Wakacyjny performens ze skaleczonym w Ameryce paluchem Norwida

0

Życie twórcze pisarza musi się często zasilać wspomnieniami i szukać rozmowy z cieniami…

Joseph Conrad, „Ze wspomnień”

 

Prolog

Tamta bardzo już odległa historia z wrakowiska u ujścia rzeki Hamble wciąż we mnie żyje, powraca co jakiś czas, przypominana o zaniechaniach, porzuceniu ważnych tropów, o przypływach i odpływach niweczących ślady, które zanikają, by już nigdy nie doprowadzić do celu. Wina leży po stronie ścigającego się z zegarami świata regatowca; autora odkładającego coś na potem, na później. Ale jeśli nawet owo później następuje, jest już z innej opowieści, bo nasze coś jakby już cudze.

Być może to gorące lato z nawałnicami, z wiatrem przewalającym chmury tuż nad głowami, z ulewami wpierw oczyszczającymi, a za moment grożącymi powodzią wyrzutów sumienia, jest akuratne dla takiej ekspiacyjnej powtórki.

W przetworzonym tu i znacząco skróconym[1] performansie z obrzeży socjologii i antropologii kultury, historii literatury, a także morskiej archeologii, autor zamierza sięgnąć wyłącznie po instrumenty z dziedziny badań literackich. Głównie dla uzyskania wielowymiarowości podjętego eksperymentu. W efekcie powinno to doprowadzić do zebrania w jednym miejscu szczególnego konglomeratu znaczeń. Wszakże nie autor kreował rzeczywiste uwikłania i dramatyczne przypadki w życiu oraz twórczości Cypriana Kamila Norwida, zazębiające się w różnorodnych kontekstach lądu i morza, nadziei i upadków, cmentarzy z bezimiennymi wrakami i nagrobkami kryjącymi prochy nie tych, którym je postawiono.

 

Zapodziane artefakty

Wraki i podwodne skarby, to nie wyłącznie mrzonki, a coś znacznie więcej; choć tylko fragment świata budowanego, scalanego i kreowanego przez pokolenia ludzi morza, zdobywających nowe lądy, odkrywających przestrzenie poza horyzontem; złych i dobrych, odważnych i tchórzy, walczących i branych w niewolę, tonących i ratujących się na tratwach, ale głównie ożywiających swą pracą i legendami statki, które kiedyś miały duszę. Gdy tonęły, to nie zawsze umierały, zabierając na dno całą historię swego oceanicznego życia, a czasem i dźwigane drogocenne ładunki. Rzecz w tym, że z mojej perspektywy, niektóre żyją nadal i mówią, o ile ktoś umie słuchać i odczytywać ich historie. To już zakres semantyki i znaczeń wielorakich kodów morskiej komunikacji. Trzeba się jednak śpieszyć, by zdążyć, bo zdarza się, że nieodczytane, zatracają się i giną bezpowrotnie. Tak, jak lekkomyślnie porzucony przeze mnie herbaciany kliper na cmentarzysku u wrót Cieśniny Solent.

 Mielizny Hamble na południu Anglii usiane są utraconymi, zapomnianymi, rozkładającymi się w mule wrakami żaglowców. Ongiś pięknych, dumnych i hardych jednostek, których wierność wobec załogi, kapitana i armatora została wystawiona na szwank. Gdy osiągnęły wiek dojrzały, wierność straciła na wartości. Ich los przesądzono, gdy ktoś uznał, że dalsza eksploatacja wysłużonych eksponatów staje się nieopłacalna. Pozbawione takielunku, wybebeszone z wyposażenia, masztów, lin, kompasów, zostały doholowane i porzucone na płyciznach rzeki. Te statki nie zdradziły swych marynarzy. Nie uczestniczyły też w eskapadzie kiepskiego kapitana, który nieodpowiedzialnym manewrem wprowadził je na brzeg. To nie takie wraki tam dogorywają.

 Wraki różnią się między sobą. Trzeba jednak wielu starań, by odkryć, co jest istotą ich inności. Jeśli oczywiście ma to jakieś znaczenie. Niektórych wszakże boli myśl, że najczęściej te zapadające się groby, są bezimienne. Jak rozsiane po świecie, zapomniane mogiły emigrantów.

 Cyprian K. Norwid i „Black Warrior”

 Gdzie faktycznie leżą doczesne szczątki Cypriana Kamila Norwida? Pochowano go najpierw na małym cmentarzu w Ivry pod Paryżem, z wykupionym na pięć lat miejscem, by następnie w 1888 roku ekshumować zwłoki i przenieść na cmentarz w Montmorency do „polskiego grobu zbiorowego”. W roku 1903 po wygaśnięciu koncesji na tę wspólną mogiłę i tuż przed jej likwidacją przez zarząd cmentarza, Józef Skrochowski, sekretarz księcia Witolda Czartoryskiego, „przenosi zwłoki poety – jak pisze Juliusz W. Gomulicki – przełożone przez siebie do malutkiej trumienki, do innego grobu na tym samym cmentarzu”[2]. Jak sekretarz rozpoznał, że owe szczątki, wydobyte po piętnastu latach ze wspólnego grobu polskich emigrantów, należały do Norwida? Czym prochy poety wyróżniały się od innych?

 Są statki żyjące dłużej od ludzi, które po śmierci, opuszczone, zbutwiałe, dają się rozpoznać, zachowują w kształcie rozpadającej się dziobnicy resztki dumy, a może i pamięci. Nigdy nie przypuszczałem, że spotkam „Czarnego Rycerza”, że natknę się na żaglowiec, który w połowie dziewiętnastego wieku chodził z Nowego Jorku do Hawany. Kapitan tego klipra dał ongiś Cyprianowi Norwidowi zarobić na życie, wykorzystując zdolności malarskie poety. Norwid malował część kajut żaglowca. W liście do J.B. Zaleskiego pisał: „Malowałem w następstwie dla kapitana okrętu <<Czarny Rycerz>> (Black Warrior) część do kajuty okrętu, który chodzi z New-York do Hawany – ta i inne pierwsze roboty pokryły sumkę, jaką byłem winny moim gospodarzom, i zapłaciłem im”[3].

 Losy Norwida i owego żaglowca splatają się w szczególnej metaforze. Nie tylko przez morski wiatr, który zaniósł „Czarnego Rycerza” do czyśćca, bym mógł zobaczyć, jak nietrwałe jest to, co urealniamy w materii w odróżnieniu od idei, myśli, twórczości.

 Na rozkładający się kadłub „Black Warriora” natknąłem się w 1979 roku na cmentarzysku żaglowców w Hamble. Czy był to na pewno „Czarny Rycerz”? Zdołałem wszak odczytać tylko część nazwy statku „…Warrior”. Wrak nie miał już kajut. Okaleczony kadłub straszył szkieletem wręg i szczątkami burtowego poszycia. Patrząc dziś na te szczątki, uwiecznione wówczas na zdjęciu, chciałbym się jednak nie mylić. Chociaż jakie to ma znaczenie? Żaden symbol. Można przecież powiedzieć wprost, że ludzie na emigracji zatracają się, jak statki. Gubią znaczącą część swej osobowości, a czas zniekształca ich polskie do niedawna dusze. Im dalej i dłużej od Polski, tym bliżej zapomnienia. I tak ciągle, niezmiennie od roku 1830[4]. Oczywiście, tak widziałem kiedyś z mojego pokładu. Jakkolwiek moje myślenie na ten temat i dziś jest podobne.

 Przez lata męczyła mnie owa sprawa herbacianego klipra z Nowego Jorku na cmentarzysku River Hamble. Był to „Czarny Rycerz”, upiększany pędzlem Norwida, czy też nie? Wcześniej nie starczało czasu, by zająć się wyjaśnieniem tych wątpliwości. Praca w radiu pochłaniało mnie bez reszty. Teraz wiem, że szkoda… Straciłem bezpowrotnie okazję. Lata zatarły ślady po kliprze z mielizn rzeki. A sądziłem, że „Black Warrior” jest niezniszczalny, że przetrwa w błocie rozlewiska przez wieki, że nie skruszeje pod naporem obmywających go przypływów i odpływów, że jeszcze zdążę postawić na nim stopę, zrobić lepsze zdjęcia. I choć byłem później wielokrotnie w Anglii, nigdy nie pojechałem już nad Cieśninę Solent. Dziś pozostaje morska archeologia i wsparcie przyjaciół.

 Poszukiwania

 W grudniu 2007 roku zwróciłem się o pomoc do kapitana Andrzeja Armińskiego. Wiedziałem, że Lloyd’s Register of Ships gromadzi dane o statkach, bodaj od 1764 roku, umieszczając w rejestrze wszystkie jednostki morskie o własnym napędzie i pojemności ponad 100 BRT. Zatem, w rejestrze winien się znaleźć „Black Warrior”. Potrzebowałem kontaktu, adresu, sprawdzenia, jakie należy podjąć procedury, by wejść do zasobów Lloyda.

Andrzej zrobił coś więcej niż go prosiłem. W e-mailu z 8 grudnia napisał, że zaczął poszukiwania na własną rękę i w opracowaniu: „American Clipper Ships”[5], wydanym w Massachusetts przez Marine Research Society, znalazł dwa statki z połowy XIX wieku o nazwie „Black Warrior”. Pierwszy był kliprem, a drugi parowcem. Oczywiście skupiłem się na informacji dotyczącej klipra. Tamten „Black Warrior” był średniej wielkości żaglowcem, zwodowanym w 1853 roku w stoczni Austin. Kupiła go firma William Wilson and Son z Baltimore za 90 tysięcy dolarów. Miał 71,4 m. długości i ważył 1828 ton. Żaglowcem aż do jego sprzedania, dowodził kapitan Murphy. Pierwszy rejs prowadził z Nowego Jorku do Londynu a następnie do Australii i dalej do Ameryki Południowej. Statek powrócił do Nowego Jorku 23 czerwca 1855 roku, by we wrześniu ruszyć do San Francisko, gdzie dopłynął po 124 dniach. Potem skierował się do Hong Kongu. W 1862 roku „Black Warrior” został sprzedany firmie James Baines i przeszedł pod banderę brytyjską, z nazwą zmienioną na „City of Melbourne”. Poniżej tekstu odszukałem adres e-mailowy, pod którym mogłem znaleźć obraz dziewiętnastowiecznego malarza, J. E. Buttersworta, przedstawiający uskrzydlonego „Black Warriora”. Obejrzałem, doznałem zawrotu głowy i chciałem już zamustrować na kolejny rejs klipra do Australii, gdy naszły mnie wątpliwości, czy to jest właśnie ten statek; Norwida i mój? Zwłaszcza, że kolega pytał: „Czy sądzisz, że wymieniony powyżej kliper odpowiada poszukiwanemu statkowi?”

 Staliśmy się wkrótce tropicielami śladów w przestrzeni podwodnej archeologii, literatury i marzeń… Andrzejowi przypadła rola analityka morskich źródeł historycznych, ja zaś postanowiłem sprawdzić m.in., czy informacje zawarte w komentarzach i objaśnieniach Gomulickiego tyczące życia i twórczości Cypriana Kamila Norwida, są takie, jak je zapamiętałem jeszcze ze studenckiej lektury i wczesnych zainteresowań twórczością poety. Na razie fascynował mnie „Czarny Rycerz”, gdy jako „City of Melbourn” żeglował z Anglii do Australii i Nowej Zelandii w linii Black Ball, specjalizującej się w tzw. packet service.

 

Fatum

 Norwid dotarł do Nowego Jorku na pokładzie niewielkiego żaglowca (z pomocniczym parowym napędem) „Margaret Evans”, w połowie lutego 1853 roku, po 62 dniach dramatycznej morskiej podróży[6]. Kapitan statku, Izaak Pratt, zdecydował się wyjść z portu Gravesend 13 grudnia (!). I od tegoż dnia zaczął ich prześladować pech; sztormy niszczące żagle, łamiące jeden z masztów; cholera i śmierć kilku pasażerów pochowanych w Atlantyku; brak wody, żywności, a w ostateczności głód. Trudno się więc dziwić późniejszej chorobie poety, która już na lądzie, położyła go na ponad dwa tygodnie. Nie miał środków do życia, nie mówiąc już o pieniądzach na lekarstwo. Zadziwiające jest, że rejsowi przez Atlantyk, zdarzeniom na statku, gdzie dochodziło do buntu załogi i śmierci pasażerów dziesiątkowanych przez cholerę, poświęcił (w zasadzie) fragment jednego tylko wiersza, w którym opis żeglugi ma charakter bliższy reportażowi, a nie charakterystycznym dla tego okresu jego twórczości, nostalgicznym, wzruszającym lirykom takim, jak „Moja piosenka” (Dla kraju tego, gdzie kruszynę chleba, Podnoszą z ziemi przez uszanowanie, Dla d a r ó w Nieba… Tęskno mi, Panie…), czy też „Trzy strofki” (Nie bluźń, żem zranił Cię, lub jeszcze ranię, Bom Ci ustąpił na mil sześć tysięcy; I pochowałem łzy me, w Oceanie, Na pereł więcej…). Poeta, 10 kwietnia 1853 roku, w wierszu bez tytułu, określając miejsce powstanie utworu: New-York, United States of America, oznaczonego później przez Gomulickiego jako „[Pierwszy list, co mnie doszedł z Europy]”, wraca do przeżyć na „Margaret Evans”. Po tygodniach choroby, szukania pracy i wegetowania, pisze: I dotąd skorzystałem tylko z tego, co podróż daje dwumiesięczna przez te obszary, zaprawdę straszliwe. Straszliwe, mówię, dla płynących w sposób, jaki dla takich jak ja przystało osób. Dnie były głodu, pragnienia i inne. Dni moru, dzieci konały niewinne dla mleka matek, które niewczas psowa. Widziałem także okręty rozbite. I twarze majtków wątpiących o naszym; widziałem marność ludzką tak, jak nigdy! To również bardzo interesujący utwór dla szukających odpowiedzi, dlaczego Norwid uciekał z Europy, bo dla zabawki nie szuka się grobu na półokręgu przeciwległym globu. Kwestie te jednak pozostają tu poza głównym nurtem rozważań.

 Dawno temu, w studenckim kajecie zapisałem, że po rejsie do Ameryki Norwid wzbogacił swą metaforykę morskimi akcentami. Pewnie tak było, musiałem przecież sprawdzić zasadność takiej hipotezy. Dziś mógłbym z tego wysnuć dalsze spekulacje, że Norwid zaciągnął jakiś dług w oceanie i nie przypadkowo szukał w nim wsparcia idąc wiosną na nabrzeże portowe Nowego Jorku. Rozglądał się za pracą i zarobkiem. To wtedy zapewne w kwietniu, a może w maju (?) 1853 roku, po parotygodniowej chorobie, natknął się na żaglowiec „Black Warrior”, którego kapitan zatrudnił poetę-malarza przy upiększaniu (prawdopodobnie) swojej kajuty. W ten sposób Norwid zarobił kolejne drobne pieniądze w Ameryce. Dostał je nie za wiersz, nie jako poeta. Wypracował jako malarz wnętrz na przygodnym statku. Dlaczego poszedł do portu? Czego, bądź kogo tam szukał? Jeszcze wtedy, co wynika z listów, nie stracił nadziei, że w Ameryce znajdzie dla siebie miejsce. Odchorował rejs na „Margaret Evans”, chciałby o nim jak najszybciej zapomnieć, a poszedł „oglądać” statki, kojarzące się z tym, co przeżywał przez 62 dni na Atlantyku… Mało prawdopodobne. Nie odgadnę więc dlaczego trafił na keję i potknął się o „Czarnego Rycerza”. Dobrze jednak, że tak się stało i mógł zarobić parę dolarów. Czy były to jednak pieniądze z kasy żaglowca pięknie uwiecznionego w obrazie Buttersworta? Tamten „Black Warrior”, jeśli został już zwodowany, do końca 1853 roku stał przy nabrzeżu.

 Juliusz Gomulicki nie podaje, czy mógł inaczej (niż odwołując się do listów poety) zweryfikować ową informację o malunkach Norwida w kajucie kapitańskiej „Czarnego Rycerza”. Znacznie lepiej udokumentowane są następne miesiące pobytu Norwida w Nowym Jorku, gdy po dłuższym czasie uganiania się „za przygodnym zarobkiem (…) otrzymuje dobrze płatną posadę w pracowni graficznej, w której wykonuje się rysunki do aktów i katalogów Światowej Wystawy Nowojorskiej” (J.W.Gomulicki). Ale wkrótce znów nędza, poczucie osamotnienia, nostalgia i rozpacz oraz „ciężkie zamącenia jego władz umysłowych”. Szczęśliwie, zajmuje się nim książę Marceli Lubomirski i zabiera ze sobą do Europy na pokładzie parowca „Pacyfik”. Nie znalazłem śladu refleksji z podróży tym statkiem, albo też, jako student, niezbyt wnikliwie studiowałem twórczość ulubionego poety. Zatem Norwid wrócił do Paryża. I tam już został. Na zawsze. Rzecz w tym, że choć byłem na jego grobie, nie wiem, czy pod tamtą płytą faktycznie leżą szczątki poety. O miejsce po nim upominają się również inne groby. Norwid i to przewidział pytając z sarkazmem w przesłaniu do Sokratesa i Kolumba [Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie]: (…)Coś ty, Kolumbie, zrobił Europie, że ci trzy groby we trzech miejscach kopie, okuwszy pierwej?[7] Coś ty, Norwidzie, uczynił Polonii, że „grób twój grabarz” przetrząsał trzy razy, by nie znaleźć ciebie?

W archipelagu odpływów

 Andrzej zasugerował, by szukać śladów klipra w brytyjskich rejestrach wraków, jako że wraki na wodach angielskich są dość dobrze skatalogowane. Zaczęliśmy kolejny etap penetracji przestrzeni trudniejszych do przebycia, niż poezje Norwida. Ja analizowałem listy pisane przez poetę w Nowym Jorku, szukając w nich śladów naprowadzających na „Czarnego Rycerza”, Andrzej zaś pocieszał: „nieźle się wkopałeś opowiadając mi o tym wraku, ponieważ drążę temat dalej”.

J. W. Gomulicki odnalazł, skatalogował i zinterpretował m.in. dziewięć listów Norwida, pisanych w okresie od 10 kwietnia 1853 do maja 1854 roku. Poddałem je dość jednorodnej i szczególnej, bo (przyznaję) spekulatywnej analizie. Sądziłem bowiem, że o pracy, która uratowała go przed głodem, a którą wykonywał na żaglowcu w Nowym Jorku, powinien gdzieś wspomnieć. List do Marii Trębickiej, wysłany stamtąd jako pierwszy, a jakby równolegle pisany z wierszem „[Pierwszy list, co mnie doszedł z Europy]”, zawiera mniej faktów i reminiscencji z morskiej podróży niż wspomniany utwór. Zdanie: „Mam atelier z widokiem na cmentarz – także mały ogródek w domu…”– jest dość konkretnym odniesieniem do materialnej realności jego egzystencji. Inne piękne słowa i „fakty” dotyczą sfery ducha, namiętności, które go porywają i inspirują, albo zniewalają. Nie ma tam miejsca na kajuty żaglowca i prace malarsko-bosmańskie poety. Natomiast zastanawiać może wyznanie w kolejnym październikowym liście do paryskiej powierniczki: „Mogę tu żyć z pracy rąk moich, co jest prawdziwą poezją – szkoda tylko, że na tym się kończy z powodu, iż sił – jak może Ci wiadomo – nie oszczędzałem bardzo nigdy, więc niewiele ich pozostało – odebrałem także ranę w rękę prawą, i dlatego myślano, iż trzeba będzie palec wielki amputować, skutkiem czego parę miesięcy nic robić nie mogłem, ale Bóg mię uchował i przeszło to”(J.W.Gomulicki). Parę miesięcy wcześniej, a więc prawdopodobnie późną wiosną, poeta zranił prawą dłoń. Na sztaludze, drasnął się pędzlem? Przed malowaniem kabin statku zwykle zrywa się nakładane wcześniej warstwy farb. Ciężka praca, wymagająca fizycznego wysiłku i operowania metalowymi zdzierakami; bardzo ostrymi. Dopiero później można pokrywać farbą oskrobane powierzchnie drewna. Pospolitość tych skojarzeń, nachalną próbę wyciągnięcia z nich podstaw do sugestii, że Norwid zranił się na „Czarnym Rycerzu”, mogę usprawiedliwić jedynie przekonaniem, iż Gomulicki, skoro napisał, że Norwid malował kabinę „Black Warriora”, sprawdził ten fakt. Rzecz w tym, że nie podał źródła, w którym mógłbym znaleźć więcej podstaw do snucia hipotezy i o tym, że kiedyś stałem na rozpadającym się wraku właśnie tego, a nie innego „Czarnego Rycerza”. To, że dotykałem topiących się w rozlewisku Hamble resztek klipra o takiej prawdopodobnie nazwie, mogę udowodnić. To, że były to resztki „Black Warriora” właśnie tego z Nowego Jorku, już nie.

 Kiedy z żalem odkładałem tomy pism wybranych Cypriana Kamila Norwida wraz setkami notek i wypisów, z których nic nie wynikało dla naszych archeologicznych zadań, Andrzej napisał: „Otóż, The Hampshire and Wight Trust for Martime Archaeology, organizacja zajmująca się archeologią morską centralnej części południowego wybrzeża Wielkiej Brytanii ma stronę w sieci, dokumentującą 143 stanowiska archeologiczne na River Hamble. Wśród tych stanowisk, 52 stanowią wraki w różnym stanie, od średniowiecznych po współczesne[8]. Po pobieżnym przeglądnięciu, nie znalazłem wśród nich naszego klipra. Czy jesteś w stanie na podstawie Twoich zdjęć i trasy, niebezpiecznego, jak piszesz spaceru, zidentyfikować, który wrak nas interesuje?”

Na wrakowisku

 Wskoczyłem natychmiast w rozlewiska River Hamble. Tkwię teraz w mule po pachy – pisałem Andrzejowi – i grzebię na wszystkich wyświetlanych stanowiskach, zaznaczonych na mapie. Choć nie znalazłem jeszcze, czego szukałem – to znalazłem o wiele więcej. Zafundowałeś mi ciekawą, archeologiczną przygodę z szansą na ciąg dalszy, ułatwioną dzięki pozyskanym od ciebie namiarom. Bardzo, bardzo dziękuję. Masz u mnie flaszkę…

 Zabrałem się za wykopaliska akurat 13 grudnia… Dopiero dziś to odkryłem. Otworzyłem w Internecie mapy dokładnie w 154 lata po pechowym oddaniu cum przez kapitana Pratta, który zaryzykował skok przez Atlantyk w dniu zwykle omijanym przez żeglarzy. Dlatego płynęli wówczas w sztormie, chorobie i głodzie przez 62 dwa dni. Znacznie dłużej niż Kolumb, którego nikt by nie zmusił, aby wypływać trzynastego.

 Pierwszy kartograficzny zestaw zawierał plan ogólny i możliwość wyboru 17 map szczegółowych, ujmujących brzegi rzeki Hamble od miejsca, w którym zaczyna się jej spławność aż do ujścia w Cieśninę Solent. Pamiętałem, że wtedy w 1979 roku z Jankiem Cieślewiczem wypatrzyliśmy intrygujące nas wraki, płynąc „Cetusem” do nabrzeża w stoczni Proctora. Cumowaliśmy przy drewnianym pomoście, a po obiedzie zeszliśmy na ląd, przedzierając się przez prywatne posiadłości w stronę brzegów rozlewiska coraz bardziej cuchnącego rozkładającymi się w czasie odpływu wodorostami, martwymi krabami, rybami, które nie w porę przysnęły zbyt blisko brzegu. Mieliśmy wrażenie, że ciągnący się nad pogrążonymi w mule szkieletami smród, to odór śmierci porzuconych tam żaglowców. Zapamiętałem zakole rzeki, gdzie tkwił wystający z mułu wysmukły dziób herbacianego klipra. Wszedłem dwa kroki od brzegu i zapadłem się w bagnisku. Janek radził, bym zrezygnował z gruntowania mułu. Zrobiłem więc zdjęcia. Żal było opuszczać to miejsce, poszliśmy jednak dalej i tamten fragment wycieczki już gdzieś kiedyś opisałem. Następnego dnia wyciągnęliśmy z „Cetusa” uszkodzony maszt, którego poddano oględzinom producenta i naprawie. Miałem w tym czasie kolejne godziny dla siebie. Raz jeszcze poszedłem na rozlewiska. Tym razem miałem więcej szczęścia. Odpływ zaczął się wcześniej, muł stężał. Nie zdejmując trampek, z ułamanym kijem w dłoni, przeszedłem do wraku klipra i zacząłem jego penetrację. Wlazłem na pochylony w stronę rufy, na wpół zatopiony i uszkodzony mocno pokład. W zasadzie pozostały resztki wręg i pokładników, po których strach było chodzić. Oceniłem, że z wody wystaje jedna trzecia żaglowca. Reszta kadłuba tkwiła głęboko w mule. Rozglądałem się za śladami dawnej świetności klipra. Śmierdział jakoś inaczej, niż okolica. Słońce grzało mocno, a resztki nagrzanego drewna z burt i dziobu wydzielały właściwie cierpki ni to zapach, ni to nierozpoznany swąd może jakiegoś, ostatniego ładunku; frachtu na wieczny odpoczynek. Usiadłem okrakiem na dziobnicy, przechyliłem się, zajrzałem po lewej burcie statku i wtedy odkryłem fragment jego nazwy: „…Warrior”. Zdjęcia z tej pozycji zrobić nie zdołałem, choć próbowałem. Przechylając się niebezpiecznie o mało nie spadłem w błoto. Zauważyłem jednocześnie, że woda się podnosi i zaczyna obmywać dziób. Zeskoczyłem, zapadając się po kolana, dobrnąłem do brzegu. Wróciłem na jacht. Zająłem się czekającą mnie pracą, a później zaczęły się regaty Admiral’s Cup; nasze starty na Solencie, Kanale La Manche i skrawku Atlantyku. W drodze ku gardzieli kanału otwierającego się na ocean, u wysokich brzegów cypla Lizard, patrząc na migające gdzieś w górze światła domostw, pomyślałem (nie wiem dlaczego) o morskiej podróży Norwida, o tym, że również nocą mógł poeta przepływać obok tych właśnie brzegów. Zaczynał się 13 dzień sierpnia 1979 roku, tragiczna doba dla ówczesnych uczestników Fastnet Race[9], w którym zginęło kilkunastu żeglarzy i zatonęło kilka jachtów (dołączyły do innych wraków)[10]. O wiele później, już po naszym szczęśliwym powrocie do kraju, szukając czegoś inspirującego w tekstach Norwida, natknąłem się u Gomulickiego na przypis o tym, że poeta malował kajuty na żaglowcu „Black Warrior”. Wtedy skojarzyłem ów wrak w pobliżu miasta Hamble, na rzece o tej samej nazwie. Napisałem na ten temat parę zdań, w jakimś reportażu i sprawa utknęła w jednym z wielu konspektów. Wydawała się zapomniana, zagubiona. Aż do teraz.

 W katalogach cmentarzyska

 Na mapie 452 111, a więc w miejscu najbardziej prawdopodobnym dla umiejscowienia poszukiwanego wraku, znalazłem 9 stanowisk i instrukcję „Click points to view site details”. Kliknąłem, wyświetliłem i obejrzałem wszystkie po kolei. Wraki i ich resztki fotografowane były przy najniższym stanie wody, w porze, gdy odpływ odsłaniał wszystko, co pozostało z porzuconych i zaniechanych statków. Najczęściej były to szkielety leżące w mule od dziesiątków, a nawet setek lat. Bez burt, z odkrytymi żebrami wręg, stoczone przez robactwo i czas. Wśród tych szczątków mógł się poniewierać „Black Warrior”. Krok za krokiem przechodziłem od grobu do grobu. W końcu pochyliłem się nad stanowiskiem 102. Kryło szczątki właściwie już nierozpoznawalne, jakkolwiek zidentyfikowane jako miejsce pochówku, jak się okazało, hulku „Norseman”, zwodowanego w 1847 roku. Ucieszyłem się, że to nie nasz kliper, a tylko łączące się z błotem płycizn, wybrzuszenie drewnianych, zbutwiałych, nieforemnych drzazg; ot, jakiś kurhanik wystający z mułu, na którym gromadziły się mewy i wydziobywały zakonserwowane świdraki. (To ostanie żyjątka, które jeszcze długo po zejściu kapitana nie uciekają z opuszczonych i wkrótce zapominanych żaglowców. Pierwsze nawiewają bowiem szczury, świdraki zostają do końca).

 Leżący nieopodal „Crableck” był za bardzo oddalony od rzeki, jakby go ktoś tam rzucił dla oznaczenia skraju ziemi i morza. To też nie był nasz kliper. Najstraszniej wyglądał porozrywany na boki, jakby wybuchem w ładowni, szkielet innego statku. Z daleka, niby wytopiony z tłuszczu, oczyszczony do kości, wieloryb. Owe resztki pozostały z „Lincegrove Marsh”, co napawało nadzieją, że na stanowisku HAM 111 odnajdę wreszcie zgubę. Niestety, opis tego, czego nie można było już i tak rozpoznać, brzmiał: Hard – Curbridge Creek. Nie szukałem jednak fragmentów dawnego nadbrzeża, czy też innych zatoczek. To be up the creek; faktycznie znalazłem się w tarapatach. Może z perspektywy lat, pomieszałem kierunki, pomyliłem odległości? Więc raz jeszcze prześwietlałem całe ujście Hamble do Solentu. Zdjęcie po zdjęciu. Natrumienne malunki ponad stu czterdziestu szlachetnie urodzonych, a porzuconych w angielskich błotach. Tkwią mi do dziś w pamięci, jak wszystkie cmentarze, które odwiedzałem. Pochylone, stareńkie nagrobki przy anglikańskich, prowincjonalnych kościółkach, również w Hamble, zachowały jednak znacznie więcej z życia niż usiane w rozlewisku Hamble szczątki coraz bardziej anonimowych wraków.

Powtórka, czyli nowe ślady

 Wiosną 2011 roku w Księgarni Akademickiej w Krakowie trafiłem na kalendarz życia i twórczości Cypriana Norwida w opracowaniu Zofii Trojanowicz i Zofii Dambek. Już pobieżna lektura trójtomowej, tytanicznej pracy, wzbudziła moje rosnące zainteresowanie odkrywanymi przez autorki faktami, ale też i siejący zwątpienie niepokój, co do trafności odczytania przeze mnie – nie tylko morskich kontekstów z amerykańskiego epizodu życia poety. Bodajbym nie czytał, byłbym spokojniejszy…

Rzetelność badaczek z Poznania, odkryte przez nie nowe ustalenia i ich autorskie interpretacje, nakazywały podjęcie raz jeszcze, zakończonej wydawałoby się w 2007 roku, próby. Zwłaszcza, że dotarłem w okresie „leżakowania i dojrzewania” zamkniętego przed laty tekstu, do nowych, zastanawiających informacji, z których jedna była wręcz fascynująca, (choć trudna do sprawdzenia), a inne bardziej prawdopodobne, ale nie rozstrzygające o nagromadzonych wątpliwościach.

W kolejności napływających i gromadzonych w pamięci mojego laptopa wiadomości, uwagę najpierw zwróciła treść informacji, że kliper „Black Warrior” budowany we wspomnianej już stoczni Austin & Co, jednak nie później niż na przełomie 1852/53, wyposażany był i na pochylni, i przy nabrzeżu do końca 1853 roku. Zatem, gdyby stał przy nabrzeżu wiosną 1853, to Norwid mógł się i o niego potknąć. Prawdopodobieństwo zapotrzebowania na prace malarskie (malowanie kabin) na takim, przygotowywanym do pierwszej podróży kliprze, wydaje się duże. Nie wiemy jednak, czy na pewno ów „Black Warrior” stał wówczas przy którymś konkretnym nabrzeżu wyposażeniowym w Nowym Jorku. Kolejna informacja z tego samego źródła (od mojego angielskiego interpretatora zapisów w Lloyd’s Register od Ships) głosiła, że pływający pod banderą angielską „City of Melbourn”, (czyli nasz „Black Warrior” z 1853 r.), po powrocie w 1863 r. z Nowej Zelandii, mógł kolejny raz zmienić nazwę, ponieważ rok wcześniej na łamach „Otago Witnes”, ponoć sugerował ten zamiar dziennikarz Daniel Campbell w wydaniu gazety z dnia 27 września. Brak wszakże potwierdzenia w rejestrze, że zmiana nastąpiła; zachował się jedynie dość dziwny (jak na skrupulatność angielskich skrybów) ślad w postaci niewyraźnego, i chyba skreślonego słowa hulk… oraz znaku zapytania przy dacie 1884.

Powyższe informacje, to te z gatunku interesujących, zastanawiających, ale niczego nie rozstrzygających, a nawet można zaryzykować, że nie potwierdzających słuszności niektórych moich wcześniejszych interpretacji. Zwłaszcza w kontekście analizowanych źródeł, przywołanych przez wyśmienite badaczki przedmiotu z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Wrażenie robi szczegółowa i pełna egzemplifikacja przyczyn oraz okoliczności wyjazdu Norwida najpierw do Anglii a następnie wyprawy przez Atlantyk, jej przebiegu oraz opis pobytu poety w Nowym Jorku[11]. Znacznie dokładniejsza i bardziej wnikliwa, niż w opracowaniach Gomulickiego, a wcześniej Przesmyckiego. Ale i tu natrafiam na informacje, do których brak stuprocentowej pewności.

Odnosząc się do pobytu Norwida w Nowym Jorku (marzec-maj?), autorki piszą – powtarzając za Gomulickim – o chorobie poety: ”Chorobę spowodował wypadek przy rąbaniu drzewa”, i przytaczają dalej fragment jego listu do J.B. Zaleskiego w Londynie „w parę tygodni po wydebarkowaniu zraniłem tak prawą rękę drzewem jadowitym, które między dwie koście weszło i tak rozkładać się musiało, aby wyjść z ciała, że leżałem, niezdatny do niczego jęcząc”, z którego przecież nie wynika, by Norwid zranił się podczas rąbania drewna. Zwłaszcza, że zranił prawą rękę, a był – jak się wydaje po dokonanej amatorskiej grafologicznej analizie rękopisów poety oraz dokładnym obejrzeniu jego rysunków, szkiców, akwarel oraz prac rzeźbiarskich – właśnie praworęczny. Doświadczenie autora wyniesione z dawnych lat, kiedy pracował przez kilka wakacji jako drwal (praworęczny), a także te, które posiadł przez lata pracy szkutniczo-bosmańskiej przy jachtach i żaglowcach, pozwalają wątpić, by rana prawej dłoni mogła być odniesiona podczas rąbania drewna – prawą ręką. Natomiast prawdopodobieństwo zranienia prawej dłoni podczas przygotowywania właściwego stanu drewna do malowania (w kajucie na statku), przy posługiwaniu się zdzierakiem, heblem, czy też podobnym narzędziem, jest o wiele większe.

Nie rozstrzygają tych kwestii podawane terminy choroby poety, bowiem tuż po wspomnianym przez niego wydebarkowaniu, chorował najpierw z wycieńczenia morską podróżą w okropnych warunkach; w sztormie, głodzie i panoszących się pod pokładem zakażeniach, chorobach, epidemii cholery. Zdaniem autorek „Norwid zaczął pracować na statku po przebytej chorobie, a więc najwcześniej na przełomie maja i czerwca”, co jednak nie oznacza, że już po zranieniu prawej dłoni, choć to jest prawdopodobne. „Malowałem – pisze poeta – dla kapitana okrętu „Czarny Rycerz” (Black Warrior) część do kajuty okrętu, który chodzi z New-York do Hawany”. To istotna (już raz cytowana) informacja, bo wskazuje, że pracować mógł pewnie na parowcu noszącym nazwę „Black Warrior”, nie zaś na kliprze o tej samej nazwie, stojącym przy nabrzeżu wyposażeniowym, chyba, że poeta się pomylił, albo świadomie koloryzuje. Pisze, bowiem o owym upiększaniu kajut statku dopiero po ponad roku, w liście z przełomu sierpnia i września 1854 roku, kiedy to właśnie parowiec „Black Warrior” stał się już sławny po zatrzymaniu go w Hawanie przez władze celne Kuby i pośrednim sprowokowaniu konfliktu (grożącego wojną) pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Hiszpanią, co przez szereg tygodni było tematem dnia w amerykańskich gazetach. Tu wspomnę, że autorki Kalendarza we wprowadzeniu do tomu I zasadnie przestrzegają przed „bezkrytycznym podzielaniem informacji pochodzących od samego poety”, więc i ja podzielam ich zastrzeżenie. Oczywiście, nie mam pewności, czy w liście do J.B. Zaleskiego poeta wyimaginował upiększanie statku będącego przedmiotem zainteresowania nie tylko mieszkańców Nowego Jorku – dla dodania treściom dodatkowych walorów. Mogło tak być, ale nie musiało. Tu muszę dodać, że z niekompletnych informacji uzyskanych podczas wspomnianej kwerendy rejestrów LRS w Londynie wynika, iż kliper „Black Warrior” kilkakrotnie przebywał w Nowym Jorku, (choć nie pływał do Hawany), i że latem 1853 roku mógł tam stać przy jednym z nabrzeży wyposażeniowych. Ta informacja też niczego nie rozstrzyga, ale nie można jej pominąć. Przyjmuję, przy dużej dozie uprawnionego przecież ryzyka, że poeta malował kabinę kapitańską na kliprze, nie zaś na parowcu. Czy tylko dlatego, że tak bardzo chciałbym, by była to prawda? Jasne, przecież to jest znacznie piękniejsza, bardziej inspirująca i potrzebna w tych rozważaniach prawda, czyż nie?

 Mea culpa

Nasz rycerz zagubił się, zatracił i sczezł z mojej przyczyny. To ja go porzuciłem na ponad trzydzieści lat i nie zadbałem o należny mu nagrobek. Pyszczę o swoim umiłowaniu poety-tułacza, schlebiam jego wielkości nierozpoznanej w latach tułaczki, martwię się skaleczonym paluchem na „Black Warriorze”, i co? Zachowałem się nieodpowiedzialnie. Zgrzeszyłem. Spsiałem na lądzie, zgubiłem instynkt, który nakazywał, by takich spraw nie pozostawiać na potem. Później bowiem zawsze jest za późno. Odpływy nie w porę zabierają i ludzi, i żaglowce. Pozostaje zawsze żal, że się nie zdążyło.

 Stoimy na brzegu, fale odpływu uciekają w głąb oceanu odsłaniając czasem szczątki. A czasem niczego już nie odsłaniają. Nie wiem zatem, czy w mule River Hamble dokonał swego żywota ów kliper „Czarny Rycerz” z Nowego Jorku. A jeśli tak, to nie wiem, w którym dokładnie miejscu muł przykrył ślady po naszym – Norwida i moim – „Black Warriorze”. Ale nie wiem też, co gorsza, na którym cmentarzu i w którym miejscu leżą prochy Cypriana Kamila Norwida choć na jego grobie w Paryżu składałem kwiaty.

 

Postscriptum

Autor z premedytacją założył prowadzenie w wielu miejscach wręcz detektywistyczno-literackiej gry. Do śledzenia jej w łagodniejący sierpniowy wieczór w oczekiwaniu deszczu meteorów, koniecznie przy szklance dżinu z tonikiem i lodem. (Dopiero wtedy wraki ożywają, choć nie wszystkie, ale warto spróbować). Innym śladem prowadzonego dochodzenia niech będzie wyznanie, że autor równocześnie zaryzykował wiwisekcję siebie; własnego ja, stając się obiektem i narzędziem badawczym. Taka postmodernistyczna postawa wynika z przekonania, że „żadna metoda bądź teoria, żaden dyskurs bądź gatunek, żadna tradycja bądź nowość nie są ani uniwersalne, ani jedyne czy uprzywilejowane”[12].

 Na koniec korci, by się jeszcze odwołać do marynarskich przesądów. By za ostateczny argument uznać nawracający do mnie – ostatnio w rejsach po Jezioraku, gdzie zdarza się nawet i tsunami – sen o wrakowisku na River Hamble. Jestem wtedy i tu i tam. W rozgwieżdżoną sierpniową noc, przy spadających z nieba Perseidach, gdy zaraz po pierwszej szklaneczce dżinu wymoszczę się już na szczątkach klipra, dotkliwie wyczuwam obok obecność poety; bez wątpienia Cypriana Kamila Norwida. Daję słowo. Bo nie może on przecież stróżować przy szczątkach innego statku, niż „Black Warrior”. Zwłaszcza że unosi w moją stronę skaleczoną w Nowym Jorku dłoń, a ja widzę ranę nie od rąbania siekierą drwa na opał. W jego paluchu nadal tkwi amerykańska drzazga z zapodzianego żaglowca.

 

[1] Pełną wersję obszernego szkicu na temat istoty socjologiczno-literackich metod badań jakościowych, z którego autor zaczerpnął fragmenty do niniejszej opowieści, znaleźć można w „Annuals of Marine Socjology”, PAN, Gdańsk-Szczecin-Warszawa, tom XXI, r. 2012.

[2] J. W. Gomulicki, Cyprian Norwid. Przewodnik po życiu i twórczości, PIW, Warszawa 1976, s. 190-191.

[3] C. Norwid, Listy, [W:] Pisma wybrane, t. V, w opr. J.W. Gomulickiego, PIW, Warszawa 1968, s. 252.

[4] Z. Kosiorowski, Gdy w duszy Polaka coś gra [W:] “Odra” nr 2/1984, s. 18-23.

[5] O.T. Howe, F.C. Matthews, American Clipper Ships, Marine Research Society, Massachusetts 1926.

[6] W. Gomulicki, Cyprian Norwid. Przewodnik po życiu i twórczości, PIW, Warszawa 1976, s. 73-74.

[7] C. Norwid, Poezja i dobroć, (opr. M. Piechal) Wydawnictwo Glob, Szczecin 1983, s. 290.

[8] Vide: http://www.hwtma.org.uk/projects/hamble/where pobr. 13.12.2007.

[9] S. Strasser, A race against death [w:] „Newsweek” nr 9/1979, s. 8-10.

[10] Z. Kosiorowski, Sztorm [w:] „Literatura” nr 36/1979, s. 8-9 i 15.

[11] Z. Trojanowicz, Z. Dambek, Kalendarz życia i twórczości Cypriana Norwida. Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2007, t. I, s. 516-559.

[12] L. Richardson, E. Adams St.Pierre, Pisanie jako metoda badawcza [w:] Metody badań jakościowych, t. 2, s. 459.

Poprzedni artykułPopularność polityczna a mediatyzacja polityki, tabloidyzacja i celebrytyzacja
Następny artykułBlack Friday – okazja do tanich zakupów
Zbigniew Kosiorowski
Dr Zbigniew Kosiorowski, prof. nadzw. ZPSB – prozaik, dziennikarz, autor licznych reportaży radiowych, prasowych i słuchowisk. Ukończył studia wyższe polonistyczne (UAM, Poznań) i podyplomowe: prawa autorskiego (UJ, Kraków), krytyki artystycznej (WSNS, W-wa), a także w dziedzinie zarządzania, doradztwa finansowego i budowy strategii spółek (SGH, W-wa). Doktorat z ekonomii w zakresie nauk o zarządzaniu (SGH, W-wa). Współzałożyciel i redaktor naczelny Wydawnictwa GLOB (1984-1990), czasopism: Morze i Ziemia (1978-1981) i Między Innymi (1985-1989). W latach 1990-2006 prezes i redaktor naczelny Polskiego Radia Szczecin SA. Medioznawca i ekspert prawa autorskiego, profesor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu, autor monografii naukowych m.in.: Radiofonia publiczna (1999), Dysjunkcje misji (2009), podręczników cyfrowych do nauczania online: Gospodarowanie kapitałem ludzkim (2011) i Ochrona własności intelektualnej (2011), a także kilkudziesięciu artykułów naukowych z dziedziny zarządzania. Założyciel i dyrektor Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami (1987-2003), kapitan jachtowy. Wydał ponad 20 pozycji książkowych, m.in.: W pętli (1985), Gnilec (1986), cykl powieści młodzieżowych Przez cztery oceany (1986-1990), Archipelag odpływów (2010), Desant (2013), Kamień podróżny (2016) i Zapadnia (2018).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here