W stronę oceanów. Rzecz o Jerzym Porębskim (Epitafium dla przyjaciela)

0

Niepowtarzalny format Poręby z Wysp – szantymena i doktora od ryb, znanego ongiś na łowiskach od Georgii Południowej po Alaskę – skłania do refleksji nad pierwszymi wyborami absolwenta UJ w Krakowie, przyszłego naukowca-rybaka, poety, kompozytora i wokalisty. Bo nie przypadek wiódł go w stronę oceanów, które mamiły wielką przygodą ożywiając wyobraźnię chłopca z Bytomia. Najpierw kształtowały wrażliwość i talent, a później w nagrodę za trafność wyboru waliły na odlew sztormową falą karmiąc w zamian swoistym poczuciem estetyki i rytmu. Gdzieś tam na przeczuwanych przez Jerzego krańcach Wielkiej Wody, do których dotarł teraz po 82 latach twórczego życia; w owym ledwie wyobrażanym zapętleniu czasu i sensu ludzkiej egzystencji, wykluwał się zaczyn jego oryginalnej twórczości. Tam rodził się ów fenomen Poręby; początek i kres metafory, która okazała się trwalsza od naukowych paradygmatów. Zapisana nutami setek ballad z życia rybaków. W konwencji oryginalnej, scalanej przez lata tyrania na morzu dialektyki, przeplatanej naprzemiennie nurtami metafizyki i socjalnej realności.

 

Na początku był chaos

Najpierw rozdzielił nas zbieg okoliczności, choć szliśmy w tym samym czasie w takim samym kierunku. Na północny zachód w stronę morza. Z tym, że Jurek zmierzał od południa, z Krakowa, a ja z Torunia. Bo u mnie na UMK najpierw kolejny raz odmówiono mi stypendium socjalnego, następnie odroczono wydanie w AZS-ie kartek na dożywianie, zaś obiecane pieniądze z ZSP mógłbym przeznaczyć jedynie na opłacanie kolejnych lekcji gry na trąbce. Mirkowi – kumplowi z roku – wiodło się nie lepiej. Przed głodową śmiercią zostaliśmy uratowani, gdy w uniwersyteckiej bibliotece czekając na wypożyczenie książki, Mirek przejrzał gazety i znalazł anons: „Przedsiębiorstwo Dalekomorskie Bazy Rybackie w Szczecinie pilnie poszukuje kandydatów do załogi statku-bazy „Kaszuby”. Wysokie wynagrodzenie i przygoda na oceanach…” Potrzebowaliśmy pilnie i jednego, i drugiego. Postanowione, wyruszamy na morze, będziemy rybaczyć.

28 października 1964 roku wylądowaliśmy nad ranem w Szczecinie. Od strony wody ciągnęła mgła, przeszliśmy przez most na Łasztownię i tam między gruzami i podniszczonymi budynkami z czerwonej cegły, szukaliśmy furtki do Edenu. Los omyłkowo skierował nas przed drzwi Działu Kadr Przedsiębiorstwa „Gryf”, na których przytwierdzono ogłoszenie, że kandydaci do mustrowania na rybackie trawlery są oczekiwani od zaraz. Szef działu poczęstował nas prawdziwą kawą (!), rzucił na stolik druki do wypełnienia: „jutro lekarz, przeszkolenie bhp, maleńka zaliczka tak około dwa tauseny…” Podpisujemy, mówiły oczy przyjaciela. Schody zaczęły się przy oznaczeniu miejsca stałego zameldowania, bo nie mieliśmy takiego. Dyrektor gotów był nas zameldować w swojej willi; rybacka flota pilnie potrzebowała do patroszenia morszczuków tak zdeterminowanych facetów. Niestety nie mieliśmy też „uregulowanego stosunku do służby wojskowej”, jako studenci, którzy po pierwszym roku zaliczyli dopiero co obóz wojskowy, ale jeszcze nie złożyli przysięgi. I tak przez ten brak koniecznego ślubowania, nie wypłynęliśmy na oceany. A było blisko, by ruszyć z rybakami w świat i gdzieś tam na antarktycznych łowiskach poznać wkrótce kandydata na „Wielkiego Porębę z Wysp”, o czym on wtedy miał jedynie mgliste pojęcie. Poza tym w 1964 roku Jurek nie komponował, nie pisał ballad, nie śpiewał, nie grał na gitarze, bo męczył trąbkę i fortepian. Nie pieczętował też ogonów co ciekawszych śledzi dla potrzeb przyszłego doktoratu. Jeszcze Morski Instytut Rybacki i żeglarze o nim nie słyszeli. Potencjalnie mogło mnie z nim wtedy łączyć wyobrażenie jakiegoś tam oceanu (z lektur), no i trąbka. Ja byłem mistrzem w graniu na powiatowych pogrzebach Ave Maria. On dotknął już wielkości uprawiając jazz w Krakowie z późniejszymi (1968) założycielami Old Metrepolitan Band. Ale już wtedy przeczuwałem Jerzego, a nawet zdawało się, słyszałem jak śni na jawie swoje oceany w rytmie synkopy.

 

Najpierw naukowiec

Rozpoznaję na jednym ze zdjęć gościa, który Jerzego przypomina: dość wychudzony (po studiach przecież i nocnych koncertach w „Rotundzie”), w białym kitlu (żeby nie popaprać złowionych dopiero co morszczuków?), patrzy w moją stronę uważnie, jakby coś podejrzewał. Chyba to On; doktor oceanografii biologicznej, dobrze zapowiadający się naukowiec żywych zasobów mórz, uczestnik rejsów badawczo-zwiadowczych na Południowym Atlantyku i pierwszych połowów krewetek i głowonogów. Jeszcze przed gonitwą za krylem poniżej Falklandów. Za nim już pionierskie badania ichtioplanktonu w Zatoce Pomorskiej, a przed – Pacyfik. ON, obrońca wielorybów, więc raczej z harpunem w dłoni wyszarpniętym z rąk starego wielorybnika, a nie z rysikiem… Nabieram podejrzeń, że to jakiś przebrany za Jurka facet… Poręba za biurkiem, z ołówkiem w dłoni? No nie! To nie może być Wielki Poręba z Wysp, gdyż nasze wyspy nie udźwignęłyby takiej sromoty. No, chyba że właśnie wtedy pisał doktorat o rozmieszczaniu tarlisk morszczuków na Południowym Atlantyku. Więc tylko chwilowo w kitlu i przy stole z kałamarzem… Rzecz jasna inaczej prezentował się na łowiskach ubabrany po pachy, bo „wtedy pracują wszyscy – jak wspominał po latach – od kadry oficerskiej, poprzez rybaków i sieciarzy, po pracowników przetwórni i chłodni. Czasami od świtu do świtu. Wydać sieci, wybrać je, przesortować rybę, dostarczyć do przetwórni, później zamrozić, a tym czasem sieci już znowu są wydane…”[1], więc gdzie tam biurko i biały kitel uczonego. Faktem, że niemal równolegle i głównie za biurkami powstawały wtedy zręby nowego nurtu w nauce polskiej. Na lądzie, w Szczecinie, Gdańsku i w Warszawie, rozwijała się socjologia ludzi morza, pęczniały prace naukowe o życiu marynarzy i rybaków. Obrodziło profesorami, z których jeden tylko (ze znanych mi osobiście), wcześniej nim napisał zdanie o dalekomorskich rybakach, patroszył razem z nimi śledzie na Północnym Atlantyku. I jego prace choć nieco zwietrzały jeszcze dziś warte są lektury (prof. Ludwik Janiszewski). Dziesiątki tomów innych uczonych socjologów od ryb oraz życia rodzin marynarzu i rybaków jakby straciły na ważności; bezwzględnie zmurszały, stanowiąc zapodziany dokument z epoki, która minęła. Najpierw umarło polskie rybołówstwo dalekomorskie, a tuż po nim ów nurt badań socjologicznych też pogrążył się w odmętach niepamięci. Jako że to „byt kształtuje świadomość”, jak zapewniali klasycy. Armatorzy dawno przepadli, statki poszły na złom, ale historia tamtej epoki i jej dzielnych ludzi morza pozostała nadal żywa. Jest śpiewana, przeżywana, trawestowana, na nowo aranżowana. Historie łowczych flotylli, trudnej egzystencji rybaków i ich tęsknoty, nadal żyją; wystarczy wejść do portowej tawerny. A im dalej od morza, tym głośniej wybrzmiewają, najmocniej z kwadratem odległości od niego. W oparach czterech piwek faceci, którym i dziś marzy się wielka przygoda, wypływają w rejs nie podnosząc tyłków z miejsc. Cóż, miejsce oryginałów zajęły substytuty, matrosów ze statku badawczego „Wieczno” zastępują uzurpatorzy wychowani w para marynistycznej subkulturze.

 Pisane na morzu ballady Jerzego (zaczął w 1967 roku balladą Dni mijają i tygodnie… wypatrując z „Wieczna” oddalający się Przylądek Dobrej Nadziei), przetransferowane w wymiar obcych Mu obyczajów, nabierają nawet jakby szczególnej iluminacji. I choć często w bełkotliwym wydaniu obrażającym nasze uszy przywykłe do klasyki, „żyją jak cholera”, a niektóre nabierają charakteru hymnu (Gdzie ta keja?), kiedy to nie należy tańczyć, bo można oberwać. Dotąd nikt z taką determinacją nie chronił pamięci i dorobku kilkunastu znanych mi nie tylko z lektur socjologów od marynarzy i rybaków. Ich dzieła przepadły w milczeniu, natomiast teksty Jurka ballad brzmią coraz głośniej, czasami z dobrze dobranymi akordami i śpiewanymi na głosy przez porządne kapele folkowe, szantowe i inne, a także znalazły się w repertuarze Edyty Geppert, wykonywał je Artur Żmijewski (w filmie „Porzucone”), stanowiły też muzyczno-wokalną kanwę w kilku serialach filmowych. Czy i na tym m.in. polega fenomen wielkości Poręby z Wysp?

Nie zdezaktualizował się. W balladach wykreował uniwersalną metaforę o ponadczasowych pragnieniach, nadziejach, tęsknotach oraz lękach ludzi morza. Prawdę dość prostą do zdefiniowania, wręcz banalną i zinterpretowaną już przez naukowców w setkach przebrzmiałych opracowań socjologicznych o stanach emocjonalnych marynarzy i rybaków.

Ale tylko On tak czysto i bez fałszu tę prawdę poddawał artystycznemu przekształceniu, komponując z niej oryginalną oceaniczną galaktykę morskiej poezji

Jasne, że poezja i nauka, to dwa odrębne nurty komunikacji i porównywanie ich wytworów, zestawianie, wartościowanie, jest co najmniej ryzykowne. Więc nie o takim naiwnym wartościowaniu tu mowa.

 

Razem w morze.

Jerzego Porębskiego znałem od zawsze… Jeśli było troszkę inaczej, to i tak przeczuwałem Go i na lądzie, i w morzu, od dawien dawna. Pewnie od pierwszej papierowej łódki, zwodowanej w górskim strumieniu, wysłanej w stronę oceanu.

Nasze spotkanie w 1965 roku wydawało się już na wyciągnięcie ręki; tuż, tuż. Zabrakło jednak, jak już wspomniałem, najważniejszej pieczątki w kadrach „Gryfa”. Trochę trwało zanim uścisnąłem dłoń kolesiowi, który gdzieś na Atlantyku, zawsze pozdrawiał z wysokiej burty statku bazy, kolebiących się pod żaglami. Rozpoznałem go po błysku w oku i zaczątkach liści laurowych na skroni. To musiał być On. Jego ławice kryla, moje sezony regatowe; później i admiralskie huragany (AC’77 i ’79), pędzące jedne za drugimi, wciąż nas zbliżały, aż wreszcie…

Przyszło lato 1985 roku, gdy poetka i dyrektorka Domu Kultury w Świnoujściu, Helena Kapusta, zaprosiła mnie do udziału w pracach jury festiwalu szantowego „Wiatrak”. Świnoujskie szantowisko okazało się estradą dającą szansę na spotkanie ze śpiewaną poezją i balladami morskiego doktora. Akurat bolały mnie korzonki i zapytałem, czy mógłby mi pomóc. Zaprowadził mnie do baru. I nic to, że był doktorem od ryb. Pomogło! I odtąd go ceniłem, lubiłem i polecałem innym, będącym w potrzebie, bowiem i Jego poezja miała moc calvadosu; metafizyczno-atawistyczną siłę. Mieliśmy wciąż nowe wspólne tematy, mnożyły się transcendentno-oceaniczne sprawy do załatwienia, bombastyczne plany na rejsy, (realizowane na papierowych łódeczkach), projekty nagrań i ich zwieńczenie płytami, tysiące, tysiące innych różności wypełniających nasze życie w nurtach, które wciąż się przecinały, dopełniały, i tak przez blisko 40 lat, a życie wciąż gnało. W tym czasie przepłynąłem ponad 30 tysięcy mil pod żaglami, ale ani jednej z Nim. Owszem, śpiewał dla moich argonautów na pokładach czarterowanych przeze mnie dla Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami statków, bywał z żoną Helenką w naszym mieszkaniu w Szczecinie, graliśmy w bilarda w Zakopanem, zwiedzaliśmy bary w Krakowie (ciągnąc potem do lochu Camelota, bo Piwnica „była już nie taka…”), ale nigdy nie szarpaliśmy za tę samą linę, choć było tak blisko. Obiecałem, że przyjadę do Lubina nad Zalewem i na Wicku pożeglujemy na Jego łódce. Niestety, nie zdążyłem… Jeszcze w czasie swej szpitalnej rehabilitacji po operacji kręgosłupa udzielał mi zabawnych konsultacji językowych z zakresu śląskiej gwary, co wykorzystałem w „Metanoi”[2]. Potem były już tylko maile, telefony i kartki. Lina, którą do oswojenia odkładaliśmy na potem, pozostała na dnie tej samej szafy, co połatane dżinsy i nóż z „Kei”.

Kiedyś zastanawiałem się, co by śpiewał, gdyby wybrał inne uprawy, niż srebrne ławice, w których – najpierw szukał – a potem złowił złotą rybkę. Co by grał i na czym, gdyby miast diamentowego kilwateru, omamiła go wcześniej w Krakowie i poprowadziła na ugory jakaś zgubna magia zadymionych podwawelskich jam, a nie zew oceanu. Mogło być różnie. Sen nierówny snu, zwłaszcza snutego ongiś pod dyktando nakazów pracy; takich z fuzlem czasów słuszne minionych, kiedy to przecież jedynie ocean i jego przyciąganie dawały nam namiastkę wolności, ale dopiero za horyzontem. No, a tamten młokos (Jureczek z przeszłości) chciał zobaczyć prawdę: z morza, z oceanu, z życia marynarzy.

 Zdobywał laury, najwyższe nagrody na wszystkich liczących się międzynarodowych i ogólnopolskich festiwalach szantowych od Krakowa po Świnoujście, od Polski przez Holandię, Wielką Brytanię po USA. Jako poeta, kompozytor, solista i instrumentalista; grał na gitarze, na trąbce oraz fortepianie. Najczęściej występował z zespołem „Stare Dzwony”, których był współtwórcą.

 

 

 

Jurek prozaik-reportażysta

 Dni mijają i miesiące, Jurek odpłynął już na Wyspę Wiecznego Żeglarza, a ja znów, podobnie jak przed paroma laty odkrywam w Jego twórczości[3] jakby na nowo czytanego Melville’a. I nie są to słowa na wyrost, gdy myślę o tym, że obydwaj wiedzieli, o czym piszą, że znali morze i pracę na statkach nie z opowieści, nie z drugiej ręki, a z autopsji. W pierwszym przypadku przekładało się to na metaforę morskiego dramatu; doskonałą prozę mitologizującą walkę, szaleństwo i obsesyjną pogoń za białym wielorybem, w drugim (jakby a’reburs) na odmitologizowaniu rybackiej harówy i wykorzystaniu jej, jako inspiracji do poetyckich ballad. Nie są to w żadnym stopniu porównania wartościujące, stawiające w jednym rzędzie twórczość wielkiego marynistycznego epika i śpiewaną poezję morską Jerzego Porębskiego, który akurat w tym gatunku wielkim bardem był. Wszakże istotą sprawy zdaje się tu być Jego proza; snute w tej książce i wiele objaśniające gawędy w dobrym stylu.

 I nie wiem, co bym dla was śpiewał, co bym dla was grał, gdyby mnie… – wyznał ongiś szczerze Andrzej Korycki, szukając genezy i swego artystycznego powołania, zwieńczonego przynależnością do „Starych Dzwonów”[4]. Każdy z nas zaczyna kiedyś stawiać podobne pytania i szuka odpowiedzi. W tej konwencji, sięgania do źródeł inspiracji i objaśniania praprzyczyn, mieści się Jurkowe „Z rybakami w świat”, które jest czymś więcej niż zbiorem gawęd, reportaży literackich, czy też wspomnień okraszonych bogatą ikonografią, nie tylko zdjęciową. Zadziwia tu różnorodność gatunków, pociągają udane próby łączenia wielu stylistyk w poszczególnych częściach tomu, co czyni je czytelniczo bardziej atrakcyjnymi. Takiej „artystycznej monografii” nie doczekała się dotąd, jak sądzę, żadna flotylla rybacka świata, żadna grupa zawodowa. Mowa o książce nietuzinkowej, podzielonej na cztery części: Z rybakami w świat, Zamykanie kół, Archiwalia, i Teksty piosenek, ułożonych według wydawanych (1985-2009) albumów płytowych artysty. Część I autor potraktował jako dość osobliwy ze względu na formę zbiór wspomnień. Intrygujące w tej strukturze Zamykanie kół, będące wywiadem-rzeką, dopełniało I część poprzez konteksty nie tyle faktograficzne, co odnoszące się do sfery myśli i wyobraźni Porębskiego; tłumaczyły filozoficzne sedno Jego morskiej galaktyki, rozumianej jako Wielka Woda; metafora wszechoceanu i wszechczasu.

 

Załączone w kolejnej części teksty piosenek same układają się do melodii słuchanych przez nas tyle razy tak w interpretacji mistrza, jak i innych wykonawców na estradach w kraju i zagranicą. Dla wielu Jerzy Porębski, jako autor i wykonawca, stał się już klasykiem polskiej ballady morskiej. I nie trzeba tego dowodzić recenzjami z prasy, czy też egzemplifikacją nagród, jakie zdobył na najważniejszych festiwalach szantowych. Dla Jego dawnych kolegów-rybaków, piosenki te zdają się reportażami z ich życia, dla nieznających tego fachu, fascynującymi historiami, będącymi metaforą życia i przemijania, nostalgii i przygody, przepływów i odpływów naszych marzeń, nadziei, miłości i zwątpień, a w końcu starzenia się, rozrachunków z życiem. Cisną się znów na usta zapamiętane strofy, które czasem śpiewamy, dla podniesienia ducha, dla przyjemności. Autor to wiedział, nie bez powodu wyznał, że część IV w zamyśle całego tomu była głównym celem wydania tej książki.

Dziś dodam, że ballady Porębskiego zawierają uniwersalne w takim artystycznym ujęciu treści, sensy wciąż aktualne, otwierające przestrzenie warte nie tylko zwiedzania. Jurek stał się twórcą ważnego poetyckiego nurtu w polskiej marynistyce: śpiewanej ballady morskiej, porównywalnej z dokonaniami poetów spod znaku Latarni Posejdona, czy tych najwybitniejszych rodzimych liryków, uwiecznionych w antologii Jacka Czajewskiego: Morze i żagle w poezji polskiej.

Pewnie wypadałoby tu ponownie wpleść stosowną apostrofę do magii ławic z Krzyża Południa, które uwiodły, ale nie zwiodły Jerzego, lecz czyniąc z Niego wiarygodnego świadka i przewodnika. O takich relacjach można napisać, że charakteryzuje je „autentyzm przeżyć autora”, encyklopedyczna wierność faktom, a jednocześnie dar snucia interesujących opowieści. W przedstawionej nam prozie Jurek nie fantazjował, nie wymyślał oceanicznego świata ludzi morza; darował go nam z realistyczną wiernością, kronikarską rzetelnością i gawędziarskim polotem. Kreatorem stawał się w morskiej poezji, gdzie często korzystał z konwencji ballad, pieśni kubryku, a także klasycznej szanty. Nie znam żadnej z Jego ballad, która nie tworzyłaby głębszej metafory, mądrego przesłania nawet w słowno-sytuacyjnym humorze i grze skojarzeń. Bo i żartobliwy ON, czasem sarkastyczny, wszakże liryk, oryginalny w skojarzeniach, głęboko refleksyjny, rozumiejący bliźniego i jego potrzeby, te najprostsze, erotyzmem podszyte też. A wyróżnia się magiczną umiejętnością uderzania w struny naszych marzeń, transcendentnych doznań. A to przecież tylko jedna strona Jerzego Porębskiego, bo Jego należało słuchać, kiedy śpiewał, i jak śpiewał. Dlatego taką popularnością cieszyły się radiowe opowieści Jerzego na antenie Polskiego Radia Szczecin oraz Radia Koszalin, okraszane balladami nie tylko z płytowych albumów, ale i wykonywanymi na żywo z dużą dozą i ryzykiem improwizacji, w czym okazywał się mistrzem.

 

Odpłynął Johny do Hilo…

Jerzy pisał i śpiewał o świecie, którego już nie ma, o statkach dawno zezłomowanych, o flocie, która nie istnieje, o srebrnych ławicach, za którymi uganiają się obcy rybacy, o polskich rybakach, którzy jeśli go słuchają, to tylko wtedy prostują emeryckie grzbiety. Łza w oku się kręci, bo tamten świat odszedł. Nie ma już wielorybich stad… i nie ma ludzi z tamtych lat, a przypominane rejsy są odmianą snu, bo przecież wiemy, że nie popłyną już chłopaki w rejs…

 Tak, zaczytałem się, pochłonął mnie znów Jurka ocean. Przewijam znów na laptopie stronę za stroną od Pierwszego rejsu po Statek – jak dom, otwieram wytrychem niebieską sferę zamykanych kół i pławię się w balladach z pięciu wydanych albumów, wspominam też jak po raz pierwszy zaprosiłem Jurka do radia, by się Nim podzielić ze słuchaczami. Jasne, że trochę się wzruszam, bo przecież czegoś żal. Czy tego, że mijamy? To takie uczucie zapożyczone z arsenału wzruszeń, dla których u Jerzego Porębskiego znajdziemy usprawiedliwienie w zakończeniu jego prozy, gdy zamykał ją słowami: „… w każdym z nas, bez względu na wiek, posturę, charakter i zawód, kryją się pokłady romantyzmu, które nie często potrafimy u siebie i innych zobaczyć”.

Prawdą jest też, że utonęlibyśmy w wyświechtanych morskich farmazonach, w nurcie grafomańskiego oceanicznego banału (ewentualnie od święta odnowieni ożywczym dojeniem wielorybów), gdyby nie ON; poeta, kompozytor, solista, wokalista i bard znakomity. Jakkolwiek znalazł (i Bogu dzięki) naśladowców podążających Jego poetyckim szlakiem, to trudna droga przed nimi. Nikt bowiem dotąd nie potrafił wyrazić tak artystycznie morskiego autentyzmu kołowrotu pracy na morzu (wyrastającego z wieloletnich osobistych doświadczeń na rybackich statkach badawczych i trawlerach), ciężkiej mordęgi umęczonych ryboli i ich tęsknoty za domem. A w chwilę później, już po powrocie na ląd (do żony i psa) – tęsknoty za Wielką Wodą, do której – jak mówił nasz poeta; Honorowy Obywatel Miasta Świnoujście – „trzeba mieć dystans”.

 A niech tam! Raz jeszcze przewijam strona za stroną znaną opowieść, z Jego i trochę swojego życia; przewijam…

 Dni mijają i tygodnie…, epoka oraczy morza kryje się za horyzontem, wielu z naszych odpłynęło już w stronę Wyspy Wiecznego Żeglarza, ale ten ocean wciąż trwa, żyje, czasem się rozpogadza, nie raz marszczy brew wyczekująco zerkając na batutę w ręku Poręby, który jeszcze nie wszystko o nim powiedział. Więcej nie zdążył. Zmarł 18 sierpnia 2021 r. w Świnoujściu.

[1] P. Oleksy, Wyspy odzyskane, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2021, s. 223.

[2] Powieść w zapowiedziach wydawniczych FORMY.

[3] J. Porębski, Z rybakami w świat, Wydawnictwo Medyczne, Bielsko Biała 2016 r.

[4] Renomowany zespół szantowy, skupiający wybitnych instrumentalistów, autorów tekstów i wykonawców.

(Założyciele: Janusz Sikorski, Jerzy Porębski, Marek Szurawski, Ryszard Muzaj, 1982 r.; później Andrzej Korycki i Dominika Żukowska).

 

Poprzedni artykułRozmowa z Janem Chruślińskim, byłym kolarzem oraz znanym pisarzem o Jego najnowszej książce pt. „Wygrać z samym sobą”
Następny artykułDwie książki Krystyny Cel: „Literackie sukcesy Nike” i „W kręgu świętokrzyskich pisarzy”
Zbigniew Kosiorowski
Dr Zbigniew Kosiorowski, prof. nadzw. ZPSB – prozaik, dziennikarz, autor licznych reportaży radiowych, prasowych i słuchowisk. Ukończył studia wyższe polonistyczne (UAM, Poznań) i podyplomowe: prawa autorskiego (UJ, Kraków), krytyki artystycznej (WSNS, W-wa), a także w dziedzinie zarządzania, doradztwa finansowego i budowy strategii spółek (SGH, W-wa). Doktorat z ekonomii w zakresie nauk o zarządzaniu (SGH, W-wa). Współzałożyciel i redaktor naczelny Wydawnictwa GLOB (1984-1990), czasopism: Morze i Ziemia (1978-1981) i Między Innymi (1985-1989). W latach 1990-2006 prezes i redaktor naczelny Polskiego Radia Szczecin SA. Medioznawca i ekspert prawa autorskiego, profesor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu, autor monografii naukowych m.in.: Radiofonia publiczna (1999), Dysjunkcje misji (2009), podręczników cyfrowych do nauczania online: Gospodarowanie kapitałem ludzkim (2011) i Ochrona własności intelektualnej (2011), a także kilkudziesięciu artykułów naukowych z dziedziny zarządzania. Założyciel i dyrektor Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami (1987-2003), kapitan jachtowy. Wydał ponad 20 pozycji książkowych, m.in.: W pętli (1985), Gnilec (1986), cykl powieści młodzieżowych Przez cztery oceany (1986-1990), Archipelag odpływów (2010), Desant (2013), Kamień podróżny (2016) i Zapadnia (2018).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here