Rozmowa z Janem Chruślińskim, byłym kolarzem oraz znanym pisarzem o Jego najnowszej książce pt. „Wygrać z samym sobą”

0

Karol Czejarek (KC): – Janku szanowny, „Panie Generale” kochany – jak się do Ciebie zwykle zwracam (choć jesteś „tylko” pułkownikiem, ja „aż” st. szeregowym) – kogo opisałeś w swej najnowszej książce? Dotarły bowiem bardzo pozytywne opinie od różnych osób, które nie tak dawno uczestniczyły w promocji Twojej książki w Busku.

I zapytam: dlaczego w Busku, skoro spora część książki poświęcona jest b. kolarzom szczecińskim (w tym i mnie, za co Ci dziękuję)?

Jan Chruśliński (JC): – Drogi Karolu, muszę Cię najpierw przeprosić, gdyż pytanie do tego wywiadu przysłałeś mi rzeczywiście w mejlu już dosyć dawno.

KC: – Tak, dokładnie 1 sierpnia (więc upłynęło trochę tygodni od tamtego czasu); myślałem nawet, że się na mnie obraziłeś, bo nie byłem na Twojej promocji w Busku…

JC: – Nie, nie obraziłem się, jak mogłeś w ogóle tak pomyśleć? A odpowiadam dopiero dzisiaj, ponieważ po drodze miało miejsce wiele zdarzeń, które opóźniły moją odpowiedź…

KC: – Co się stało?

JC: – … któregoś dnia zaczepiłem nogą o krawężnik i przewróciłem się tak niefortunnie, że mocno uszkodziłem sobie prawą rękę, co wyłączyło mnie całkowicie z możliwości pisania. Potem miały miejsce inne sprawy rodzinne, o czym nie będę tu wspominał.

A przechodząc do odpowiedzi na Twoje pytania, chciałbym najpierw – jeśli pozwolisz – zacząć od tego, jak w ogóle doszło do pomysłu napisania tej książki „o kolarstwie”, do czego od dawna mnie zresztą namawiałeś?!

KC: – Namawiałem dlatego, iż jesteś nie tylko wielkim talentem pisarskim, ale sam uprawiałeś przez wiele lat kolarstwo (dyscyplinę, którą ja także uprawiałem i nadal kocham) i nie widzę nikogo innego, kto mógłby taką książkę – o istocie kolarstwa, jego pięknie i „walki ze samym sobą” – napisać! Gdyż jest to sport bardzo piękny, ale i bardzo trudny… żeby wygrać, trzeba WSZYSTKICH biorących udział w danym wyścigu szosowym zostawić za sobą! (Na torze kolarskim jest nieco inaczej, ale też trudno; a już wyścig indywidualny czy drużynowy „na czas” – istna „mordęga”).

JC: – Bardzo dziękuję Ci za POCHWAŁĘ mojego „talentu pisarskiego”! Zawsze byłeś łaskawy dla mnie i dla moich książek. A wracając do Twojego pytania, jak książka powstała – odpowiem Ci tak:

W roku 2019, z inicjatywy zasłużonego trenera szczecińskiego kolarstwa Zbyszka Borowskiego, sędziwego już dzisiaj Pana (przy okazji SERDECZNIE Go pozdrawiam)…

KC: – Ja też serdecznie Go wspominam i pozdrawiam!

JC: – Ale wracając do Zbyszka Borowskiego – nadal pełnego werwy i pomysłów, dzięki jego pomysłowi, odbyło się w Szczecinie „Spotkanie po latach” – kolarzy, przyjaciół, kolegów i naszych znajomych.

Nawet niektórzy przyjechali na nie z najdalszych zakątków Europy i świata.

A jeszcze przed kilkudziesięcioma laty spotykaliśmy się na treningach i wyścigach. Rywalizowaliśmy ze sobą na szosie i torze. (I de facto dogoniliśmy wtedy – w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ub. wieku – ówczesną ogólnopolską czołówkę kolarską, co m.in. było naszym celem; ja np. zostałem członkiem kadry Ludowych Zespołów Sportowych, a Ty byłeś dobrze zapowiadającym się kolarzem torowym).

I właśnie na tym „spotkaniu wspomnień dawnych kolarskich mistrzów” zrodził się pomysł napisania tej książki!

KC: – To bardzo dobrze, gdyż dzięki temu mamy dziś autentyczną opowieść o kolarstwie, jakie uprawiano w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku. Było ono zupełnie inne od dzisiejszego! Sprzętu, jaki mają do dyspozycji dzisiejsi kolarze, nie da się nijak porównać z naszymi „rumakami”.

JC: – Cieszę się, że tak uważasz! Znasz się przecież na tym jako literaturoznawca, w dodatku byłeś kolarzem, który podobnie jak ja, poznał – SMAK AUTENTYCZNEGO „ŚCIGAŃSTWA”.

Ale wracając jeszcze do tego spotkania, które jak słyszałem (gdyż osobiście nie mogłem wtedy na nim być) – było bardzo udane! O czym przecież wiesz, gdyż je sam moderowałeś (choć byłeś kolarzem „Arkonii”, a to było spotkanie kolarzy KS. „Czarni”, (wtedy był to najliczniejszy i NASILNIEJSZY szczeciński klub), więc wiesz jak było.

KC: – Tak, tak – oczywiście! Byłem na tym spotkaniu razem z żoną i świetnie się bawiliśmy. Pamiętam, jak na nieśmiałą propozycję trenera Zbyszka Borowskiego, by może utrwalić tamte wydarzenia w książce – obecni na tym spotkaniu kolarze tłumnie opowiedzieli się „za”. Wtedy nawet głośno powiedziałem: „Panowie, przecież mamy w naszym gronie pisarza – Janka Chruślińskiego – niech napisze tę książkę!”.

A w tej chwili pokazujesz mi ją i przekazujesz z piękną odręczną dedykacją. (Magdzie i Karolowi, moim przyjaciołom, z nadzieją, że książka będzie się podobała…). Otóż Janku – BARDZO NAM SIĘ PODOBA! Napisałeś ją genialnie. Twoja opowieść jest pełna romantyzmu, ukazuje ciężką pracę kolarzy na treningach i wspaniałą, niepowtarzalną atmosferę na wyścigach. Potrafiłeś „ocalić od zapomnienia” tamte chwile, które wciąż żyją w naszej pamięci.

JC: – Cieszę się, że się udało!

KC: – Jak najbardziej UDAŁO! Przyjmij gratulacje za tę książkę ode mnie i mojej żony (która stała się również Twoją wielką fanką, przede wszystkim jako pisarza; bardzo podobały się Jej Twoje wcześniejsze książki, zwłaszcza „Starość zaczęła się wczoraj” oraz „Miłość i wojna”).

Ja do Jej „wyboru” dorzucam jeszcze Twoją opowieść o życiu w wojsku pt. ”Złapcie go”.

JC: – DZIĘKUJĘ Wam bardzo.

KC: – Ze swego najnowszego dzieła możesz naprawdę cieszyć się i być dumnym, bo powstała znakomita publikacja!

(Korzystając z okazji, GORĄCO polecam ją Czytelnikom PD i to nie tylko „Przeglądu Dziennikarskiego”. Bowiem nie ma dotąd w naszej literaturze sportowej takiej książki o kolarstwie!)

Ale powiedz proszę – drogi Janku – od siebie kilka słów o niej.

JC: – OK! Tak więc po dwóch latach żmudnej pracy książka wreszcie powstała i ma tytuł: „Wygrać z samym sobą”, przy czym pochwalę się, że otrzymała dwie bardzo dobre recenzje wydawnicze.

Pierwszą napisał pracownik naukowy Uniwersytetu Szczecińskiego – Pan dr Ryszard Stefanik, zajmujący się naukowo kolarstwem Szczecina i na Ziemi Szczecińskiej (zresztą syn czołowego kolarza tamtego okresu „Czarni Szczecin”).

Drugą napisał dziennikarz sportowy Polskiego Radia, który przejechał 30 Wyścigów Pokoju jako sprawozdawca – Włodzimierz Rezner!

Natomiast recenzję w której ocenie podlegają różne elementy powieści: język, styl, fabuła, sposób konstrukcji dialogów, charakterystyki bohaterów miejsce akcji, realistyczność świata przedstawionego, napisała Elżbieta Musiał poetka, eseistka, publicystka i graficzka.

KC: – Gratuluję Ci tych opinii; ja tym razem nie będę Twojej nowej książki recenzował, bo jest w niej rozdział także o mnie, jako b. kolarzu „Arkonii” Szczecin.

JC: – Ano jest! Gdyż byłeś wtedy bardzo dobrym kolarzem torowym, nawet mistrzem i wicemistrzem Polski w jeździe drużynowej na czas. Odnosiłeś także sukcesy na szosie, zdobywając m.in. mistrzostwo okręgu w jeździe na czas i wicemistrzostwo w jeździe ze startu wspólnego.

KC: – Ale było, minęło. Dodam tylko, że Szczecin szczyci się pięknym torem kolarskim (niestety mało dziś używanym), na którym wychowało się wielu ówczesnych mistrzów kraju, jak m. in. Zając, Mąkowski, Hałuszczak, Mosbauer; wtedy także „na szosie” było kim się chwalić, wystarczy przypomnieć Tadeusza Drążkowskiego, Bernarda Pruskiego, Rajmunda Zielińskiego, Mariana Bednarka, Jerzego Mikołajczyka, Wojtka Matusiaka czy Czesława Polewiaka.

Celem naszej rozmowy jest nie tylko popularyzacja Twojej najnowszej książki, ale i Twojego talentu literackiego, o czym na łamach Przeglądu Dziennikarskiego wielokrotnie pisałem, i to zawsze w superlatywach.

JC: – I wdzięczny Ci jestem za to!

KC: – Wróćmy wobec tego do pytania, na które mi dotąd nie odpowiedziałeś.

Dlaczego promocja książki odbyła się w Busku, a nie w Szczecinie czy w Warszawie, np. z okazji 100-lecia Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów, skoro jest ono jednym ze sponsorów finansowych wydania książki?

JC: – Złożyło się na to kilka powodów: po pierwsze dlatego, że swoją kolarską karierę, po „Czarnych” Szczecin, kontynuowałem w LZS Busko-Zdrój i tam osiągnąłem wyniki jeszcze lepsze niż miałem w Szczecinie. Busko zresztą jest moim miastem rodzinnym…

KC: – No to jest powód, że zdecydowałeś się na promocję właśnie tu.

JC: – Tak kocham to miasto! Choć Szczecina i Łobza miast mojej młodości, także nigdy nie zapomnę!

W Busku też znaleźli się społecznicy, którzy postanowili uczcić najlepszych kolarzy regionu i wybudowali nawet pomnik „Buskiego Kolarza”, na którym upamiętniono m.in.: Franciszka Koselę, Adama Wolańskiego, mnie, Andrzeja Imosę, Waldemara Dudkiewicza, Henryka Wojciechowskiego i Stefana Przynarowskiego.

KC: – Kto był inicjatorem tego oryginalnego pomysłu? Może w ślad za nim podążą inne miasta?

JC: – Inicjatorem przedsięwzięcia było Buskie Stowarzyszenie Kulturalne, które wsparło Towarzystwo Miłośników Buska-Zdroju.

Inspiracją do powstania pomnika stała się moja książka „Wygrać z samym sobą”.

W imieniu Buskiego Stowarzyszenia Kulturalnego, budowę pomnika oraz promocję książki zorganizował – Jarosław Zatorski, zasłużony i niestrudzony społecznik, b. burmistrz pobliskiego Chmielnika (w którym przez kilka lat mieszkała moja żona – Iza). Dzieło swoje realizował przy poparciu Burmistrza Miasta i Gminy Buska-Zdroju Waldemara Sikory.

KC: – No, rzeczywiście należy ich za to POCHWALIĆ! A kto zaprojektował pomnik i go wykonał?

JC: – Projekt pomnika wykonał mgr inż. Architekt Tomasz Zatorski, a wykonawcą był artysta rzeźbiarz Sławomir Micek!

KC: – A kiedy nastąpiło jego odsłonięcie?

JC: – 25 lipca bieżącego roku!

KC: – Nie na wszystkie pytania mi odpowiedziałeś…

JC: – … dlaczego w Szczecinie nie odbyła się promocja książki? Bo nie można było znaleźć organizatora tego przedsięwzięcia (?).

KC: – Jak to? Czyżby nikt nie zabiegał o promocję książki, której pomysł napisania jej zrodził się właśnie TAM? Tym bardziej, że dokumentuje ona sukcesy kolarskie zwłaszcza Szczecina i Ziemi Szczecińskiej?

Tym bardziej, iż był czas, że SZCZECIN mógł wystawić drużynę na Wyścig Pokoju (w której pojechaliby: Pruski, Bednarek, Zieliński, Polewiak, Mikołajczyk i Klabecki), a na torze: byli do dyspozycji na olimpiady i mistrzostwa świata tacy zawodnicy, jak m.in. Zając, Mąkowski, Hałuszczak, Mosbuaer, Grzegorek i jeszcze wielu innych…

JC: – Myślę, że przez skromność nie umieściłeś w tym gronie swojego nazwiska? Wygrywałeś w tamtym czasie na torze z takimi zawodnikami jak: Bek, Zając, Józefowicz, Borucz, Wachecki i z wieloma innymi znakomitymi torowcami tamtego okresu!

KC: – Dziękuję za uznanie, ale nie o mnie w tej rozmowie chodzi, a o Twoją książkę „Wygrać z samym sobą”. Co przez tak sformułowany tytuł chciałeś przekazać czytelnikowi?

JC: – W sportach opartych na rywalizacji uważa się, że źródłem naszego zagrożenia jest przeciwnik i to z nim „walczymy”. Jednak gdy bliżej się przyjrzeć sytuacji, tak naprawdę walczymy sami z sobą, a walka toczy się w „naszej głowie”. A jeśli pokonałem swoje własne słabości – to już wygrałem, bo ważniejsza jest droga niż osiągnięcie celu.

KC: – Pięknie to Janku wyraziłeś! Zgadzam się Tobą, że wysiłek hartuje i sprzyja pokonywaniu własnych słabości. Kolarstwo jest rzeczywiście (ale chyba każdy sport ?!) WIELKĄ SZKOŁĄ ŻYCIA!

JC: – Doświadczyłem tego wielokrotnie na własnej skórze. Zdobycie wysokiej formy i przejechanie wyścigu o długości 200 (i więcej) kilometrów, wymaga solidnego przygotowania i ogromnej siły charakteru, szczególnie w trudnych momentach.

KC: – Co znaczy w trudnych momentach?

JC: – No np. w chwilach słabości, kryzysu na trasie, nagłego braku sił! Ale chcę przez to powiedzieć, że

uprawiając sport, stajemy się coraz wytrwalsi, zorientowani na cel i zmotywowani do jego osiągnięcia. Te cechy pomagają również POTEM, w życiu zawodowym, kiedy także trzeba wznosić się ponad swoje lenistwo, strach, ograniczenia, itd.

KC: – Dlatego w peletonie i w ogóle na wyścigach panuje zasada: bądź twardy! Ale czasami warunki pogodowe na szosie są takie, że nie możesz być bezwzględnym, bo inaczej zepchną cię też kiedyś do drugiej czy trzeciej grupy?

JC: – Tak, trzeba być zawsze fair, bo jeśli się jest „w porządku”, to gdy zajdzie potrzeba – współzawodnicy także pomogą ci w trudnej sytuacji.

 KC: – Janku masz stuprocentową rację! Uprawianie kolarstwa było i dla mnie „szkołą życia”, w której trening wymagał żelaznej konsekwencji!

JC: – Za to po osiągnięciu sukcesu przyjemnie było pokazać się rywalom na pudle, odebrać nagrodę, puchar, dyplom, słuchać oklasków.

KC: – Tak było! Ale już następnego dnia, trzeba było wracać do szarej rzeczywistości, znów przemierzać setki treningowych kilometrów. I to po pracy, gdyż nie było wtedy „kadrowego” (albo było, ale tylko dla nielicznych). Większość z nas musiała normalnie pracować, aby zarobić na skromne utrzymanie.

Ale cieszę się z tego, co udało nam się tego dokonać, a zebrane wtedy doświadczenie przydało nam się na całe życie!

JC: – Ważne, że po zakończeniu „karier kolarskich” udało nam się ukończyć studia i awansować w życiu zawodowo-społecznym. Ty zostałeś m.in. profesorem uczelnianym, ja osiągnąłem w wojsku stopień pułkownika, jestem pisarzem, członkiem Związku Literatów Polskich, wyróżnionym Odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej ! 

KC: – Czy polecasz dziś innym uprawianie kolarstwa, choćby amatorsko?

JC: – TAK POLECAM!

Kolarstwo to sport dla każdego. Uprawiając nawet rekreacyjnie, czy turystykę kolarską, poprawiamy swoją kondycję, wydolność, siłę, a przede wszystkim zdrowie.

Jeżdżąc na rowerze, odpoczywamy! Przede wszystkim… głowa, bo skupiamy się na zupełnie innych odczuciach i wrażeniach, niż zwykliśmy to robić na co dzień.

Polecam kolarstwo dla osób w każdym wieku!

Nie trzeba od razu jeździć szybko i w trudnym terenie. Z czasem, gdy złapiemy bakcyla, to sami będziemy łaknęli więcej i więcej.

Na moich dzisiejszych kolarskich przejażdżkach uśmiecham się pod nosem sam do siebie, widząc osoby w podeszłym wieku kręcące z mozołem pod górę lub też z uśmiechem na twarzy jadące w dół.

To jest wspaniałe, gdy widzi się, że kolarstwo nie ma ograniczeń i każdy może je uprawiać bez względu na wiek czy też płeć.

A ponadto „KOLARZE” to jedna wielka rodzina i z przyjemnością patrzę, jak z roku na rok ta „rodzina” się powiększa. I jadą „w trasę” bez znaczenia czy świeci słońce, czy pada deszcz.

Dodam jeszcze, że gdy jadę na rowerze jestem nadal najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

 KC: – A konkretnie czego nauczyło Cię kolarstwo?

JC: – Na pewno dążenia do celu, wytrwałości i pokory, ale też umiejętności pokonywania cierpienia! Nauczyło mnie też czerpania przyjemności i radości z rzeczy, których nie możemy kupić za żadne pieniądze, a mam tu na myśli przede wszystkim zdrowie oraz czas.

KC: – Wytłumacz mi to bliżej; sam wyznawałem zasadę, że nie każda wygrana jest sukcesem, a nie każda przegrana porażką.

W sporcie na ogół nie ma czasu na rozpamiętywanie porażek i sukcesów, bo tego typu reakcje wiążą się z wydatkowaniem tak bardzo potrzebnej każdemu sportowcowi energii.

Jednak warto pamiętać, że wygrana może być istotnym elementem budującym u zawodnika pewność siebie, a przegrana – informacją o kierunku jego dalszej pracy.

JC: – Ok. Zgadzam się z tym! I jeszcze dodam, co uważam w kolarstwie za najcenniejsze. To „bycie w naturze” i …endorfiny wywołujące ogromne zadowolenie po ukończonym wyścigu. To też chwile radości z wzajemnych gratulacji i wspólnego przeżywania emocji przez zawodników, którzy jeszcze przed chwilą ścigali się „na śmierć i życie” z sobą i między sobą.

KC: – Czyli: wyścigowa atmosfera, sportowe współzawodnictwo, szacunek do drugiego zawodnika, współpraca i wyrzeczenia na rzecz sportu było tym, co dawało Ci energię w codziennym życiu?!

JC: – Tak, zgadza się! Szczególnie lubiłem wyścigi szosowe ze wspólnego startu, gdyż dawały możliwość bezpośredniej rywalizacji. O wyniku decydowała nie tylko wydolność poszczególnych zawodników, ale też sposób w jaki rozgrywał się wyścig.

Wszystko dzieje się bardzo dynamicznie i trudno przewidzieć kolejność zawodników na mecie. Dzisiaj jeszcze bardziej POZIOM kolarzy jest wyrównany.

I jeszcze jedno: zawodnicy zmagając się na trasie, zaledwie kątem oka mogą podziwiać piękne tereny położone obok niej. I chyba każdy, choć na chwilę zawiesza wzrok na złocących się polach rzepaku, błyszczącej tafli wody jezior i rzek, czy mieniących się różnymi odcieniami zieleni lasów. W pamięci pozostają również towarzyszące tym miejscom zapachy kwiatów, zboża, pól, lasów, ale też…wsi i miasteczek, przez które się przejeżdżało.

 KC: – Janku, na zakończenie naszej rozmowy powiedz mi jeszcze, którego z kolarzy zapamiętałeś najbardziej ze swoich „buskich” już czasów? Bo w Szczecinie, gdy Ciebie już nie było, często rozmawialiśmy w „peletonie” o Tobie. Niektórzy nawet mówili: szkoda, że nie ma już Chruślińskiego! Gdyż byłeś Kimś, kto bez przerwy dowcipkował i coś opowiadał innym, ale chyba tylko dla „niepoznaki”, żeby w którymś momencie „wyrwać do przodu”! I powiem Ci – drogi Janku – przyjacielu niezawodny, że zawsze podziwiałem Twoją „żywiołowość”, pracowitość i karierę, jaką zrobiłeś nie tylko jako kolarz, ale i tę już po zakończeniu kariery kolarskiej.

Powtórzę: skończyłeś studia, a służąc w wojsku – awansowałeś od szeregowego aż do stopnia pełnego pułkownika; znalazłeś też uroczą żonę, wychowałeś dwóch synów i jesteś dziś uznanym pisarzem. Ile „z tego” zawdzięczasz kolarstwu?

Pozostałeś jednak człowiekiem skromnym, życzliwym innym, bardzo koleżeńskim, gościnnym i dumnym ze swego Busko-Szczecińskiego życiorysu.

Gratuluję Ci nowo wydanej, kolejnej już książki!

I nie żartuję, tylko wyrażam to w tej chwili jak najpoważniej, zasłużyłeś na stopień generała w stanie spoczynku! (A może jeszcze ktoś o to dla Ciebie wystąpi? Chociażby prezes kieleckiego oddziału ZLP, Stanisław Nyczaj, którego to oddziału jesteś aktywnym członkiem?! Jeśli Hermaszewski został generałem za swój lot w kosmos, to Twoim „KOSMOSEM” jest ciężka praca i życiowe dokonania!

JC: – Odpowiadając na to pytanie, muszę powiedzieć, że mam w pamięci wielu kolarzy, żeby wszystkich wymienić, byłaby to bardzo długa lista.

KC: – Wymień jednak – proszę Cię – choć kilka nazwisk, gdyż to już historia!

JC: – No dobrze. A więc z szosy, z wyścigów ogólnopolskich najbardziej utkwili mi: Wacław Wrzesiński z Polonii Warszawa, Stanisław Królak z Sarmaty, Marian Więckowski z Legii, Janusz Paradowski z Warszawianki, z młodszych zapamiętałem: Rajmunda Zielińskiego, Jana Magierę, Ryśka Zapałę, Franka Koselę, Franka Surmińskiego, Antka Palkę, Janka Pietkiewicza, Tadeusza Zadrożniego, Edka Błaszczyka, Lucjana Józefowicza, Henryka Siwka, Waldka Dutkiewicza, Stefana Przynarowskiego, Mieczysława Mielę, Waldka Dutkiewicza i naprawdę wielu, wielu innych….. A z buskiego LZS, do dzisiaj utrzymuję kontakty ze Staszkiem Walaskiem i Bogdanem Fortuną.

W pamięci pozostaje też zawsze Andrzej Imosa, mogę powiedzieć – moje kolarskie odkrycie, wielki talent kolarski, który zginął tragicznie podczas treningu kolarskiego na szosie.

Ponadto wspominam sympatycznie Mariana Poleskiego, Ryśka Łuszcza, Jurka Szykuło, Cześka Kobosa, Alka Adamina.

KC: – Opowiadałeś mi kiedyś o swoim spotkaniu z jeszcze „przedwojennym” i „powojennym”, ongiś bardzo dobrym kolarzu: Wacławem Wrzesińskim, pochwal się tym naszym Czytelnikom.

JC: – Mam w pamięci m.in. ciekawą pogawędkę z Wacławem Wrzesińskim, po kolacji w hotelu w Myśliborzu, po jednym z etapów Wyścigu „Przyjaźni”, na którym pożyczyłem mu oponę, co pozwoliło mu kontynuować etap.

Opowiadał mi o różnych wydarzeniach z Wyścigów Pokoju i innych wyścigów, w których brał udział. Ale wspomniał również, o swojej okupacyjnej przeszłości, występował, pod pseudonimem „Zuch” Służył w Tajnej Organizacji Polskiej w szeregach kompanii motorowej, przemianowanej na Pierwszy Szwadron Strzelców Motorowych, a następnie w Związku Walki Zbrojnej i w Armii Krajowej; walczył też w organizacji „Wachlarz” w okolicach Berdyczowa i w powstaniu warszawskim. Potrafił barwnie i ciekawie opowiadać

KC: – A przyjaźniłeś się też ze Stanisławem Królakiem?

JC: – Ze Stanisławem Królakiem nawiązałem bardzo bliskie kontakty już po uprawianiu kolarstwa. Co jakiś czas odwiedzałem Pana Stanisława w jego kultowym sklepie z rowerami na Grochowskiej w Warszawie.

Bywała ze mną tam czasami Iza – moja żona. Na wizytę umawialiśmy się telefonicznie.

Królak był smakoszem dobrych pączków. Toteż w prezencie przynosiliśmy Mu je, ale częściej Pan Stanisław czekał na nas, zaopatrzony wcześniej w pączki od „Bliklego”.

Siadaliśmy wtedy przy niewielkim stoliku, obok lady sklepowej, a córka p. Staszka, Pani Ewa Królak-Bończak​, podawała pączki i kawę.

Wówczas na ogół naciągałem Staszka Królaka (który był uroczym człowiekiem) na wspomnienia i wtedy – w uroczysty, barwny i pogodny sposób, opowiadał SWOJE historie kolarskie. Przy czym miał duże poczucie humoru i dystans do życia.

W powietrzu unosił się zapach świeżo parzonej kawy, w tle grało polskie radio, a „historii z Jego wyścigów” była niezliczona ilość!

M.in. o słynnej Meerane i… „pompce”, której w tunelu, przy wjeździe na Stadion X-lecia, miał użyć przeciw kolarzom ZSRR…

Pamiętam słowa Królaka, które często za kimś cytował, że „Kolarstwo to nie jest gra. Kolarstwo to jest sport. Twardy, ciężki, który wymaga wiele wyrzeczeń. Można grać w piłkę, tenisa lub hokeja. Ale nie można grać w kolarstwo.”

KC: – Janku szanowny, DZIĘKUJĘ CI za te wspomnienia. Dziękuję w ogóle za TĘ ROZMOWĘ!

JC: – I ja dziękuję, a zakończę ją słowami mojej świętej pamięci Matki, która często do mnie mówiła: „Miej odwagę marzyć i te marzenia przekuwać w czyn, ale do tego potrzebny jest talent, ciężka praca i cierpliwość ”.

 

Poprzedni artykułEliminacje MŚ 2022: Reprezentacja Polski zagra z San Marino i Albanią
Następny artykułW stronę oceanów. Rzecz o Jerzym Porębskim (Epitafium dla przyjaciela)
Karol Czejarek
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here