W krzywym zwierciadle cz. 1/2

0

Po co ja to wszystko piszę? Może już na tyle zdziadziałem, żeby zacząć pisać historię swojego życia? W takich przypadkach zdziadziały autor na ogół opisuje swoje dolegliwości. Mógłbym o nich też pisać (robią to przecież znani literaci), ale jak na razie nie mam ich wiele. Ta żądza pisania wzbiera w człowieku jak taki „paw”[1], który podchodzi do gardła, aż sobie ulżysz. Rzecz w tym, aby puścić pawia kulturalnie i elegancko.

Jedna z historii z pawiem (podobno prawdziwa) to relacja z imienin pewnej dystyngowanej pani, która zaprosiła wiele osób, przeważnie artystów i intelektualistów. Każdy z gości przynosił jakiś prezent. Pewien pan przyszedł bez prezentu, ale za to dobrze „naprany”. Od razu poszedł do łazienki, gdzie przebywał chwilę. Po wyjściu powiedział do solenizantki z naiwną szczerością:

– Pani Zuzo, muszę pani powiedzieć, że puściłem pawia w łazience.

Pani Zuza była zachwycona. Oznajmiła gościom radośnie:

– Słuchajcie, pan Zenon przyniósł mi pawia w prezencie! Jakie to miłe.

[Zaprezentowany fragment tekstu pochodzi z rozdziału „Początki” książki Stanisława Raczyńskiego pt. „Kraków, Moskwa i Meksyk”, Szczecin 2013]

Ale do rzeczy. Pojechaliśmy w ciemno (1983). Pierwszym pytaniem, jakie zadał mi przedstawiciel Polservice’u w Meksyku, było: „Skąd pan się tu wziął?”. Dałem mu odpowiedź wymijającą, bo właściwie to ja jego powinienem był o to zapytać. Trochę się zaniepokoiłem, gdy o to samo zapytano mnie na UNAM (Narodowy Autonomiczny Uniwersytet Meksyku) na wydziale, który mnie zaprosił. Jeśli chodzi o przedstawiciela Polservice’u, było jasne, że miał tu inne rzeczy do roboty i nie powinienem był mu zawracać głowy, tylko płacić regularnie podatek. Na UNAM sprawa była równie prosta: gdy czekałem w Polsce na paszport (rok), dyrekcja Oddziału Studiów Magisterskich zmieniła dwa razy swój skład, skąd więc mieli wiedzieć, że przyjedzie ktoś z Polski? Kopia listu zapraszającego wyjaśniła nieco sprawę. Dobrze, że trafiłem w połowie semestru. Miałem aż dwa miesiące, aby nauczyć się hiszpańskiego i zacząć wykłady w tymże języku.

Młode pokolenie może nie pamiętać, co to był Polservice. Otóż reżim faszystowsko-komunistyczny lat 1950 – 1990 w Polsce, jak i w całym łagrze państw zagarniętych przez imperium sowieckie, gwałtownie potrzebował walut zagranicznych. Aby zbudować nowy czołg czy łódź podwodną, potrzebna była zaawansowana technologia, którą można było tylko ukraść albo kupić na Zachodzie. Przy ówczesnym zacofaniu technologicznym ZSRR, każdy dolar czy inny grosz zagraniczny przeznaczany był na cele wojskowe. Dlatego też przymykano oczy na nielegalny handel dewizami w państwach należących do łagru. Po prostu na czarnym rynku zawsze kursowało kilka miliardów dolarów, co stanowiło ważną rezerwę dewizową: można je było z łatwością ludziom zabrać. Eksportowano też, co było możliwe: mięso i wyroby wędliniarskie, masło, węgiel i inne dobra konsumpcyjne, które tylko ktokolwiek na Zachodzie zechciał kupić. Nie działała wtedy żadna ideologia albo solidarność klasy robotniczej. Kiedy górnicy w Anglii ogłaszali strajk, żądając lepszych wynagrodzeń, władze polskie ochoczo posyłały węgiel po cenach konkurencyjnych. Powstało przedsiębiorstwo handlowe „Pewex”, w którym sprzedawano towary (od majtek do samochodów) za dewizy, czyli pieniądze zachodnie. Pewex był jawnym przejawem pogardy rządzących dla własnego społeczeństwa, którego skromne dochody wypłacano w złotych polskich. W pewnym momencie władze poszły trochę za daleko w swej żądzy dewiz i w Peweksie zaczęto sprzedawać żywność za dolary, co spowodowało niezbyt miłą reakcję klasy robotniczej.

Podobny cel miał też Polservice. To przedsiębiorstwo eksportowało siłę roboczą.

W sytuacji, kiedy nie tylko paszport obywatela, ale i sam obywatel był własnością państwa, było dość trudno wyjechać za granicę. Zdobyć (własny zresztą) paszport było bardzo trudno, a Polservice dawał taką możliwość. Obywatel, który miał możliwość znalezienia pracy na Zachodzie, dostawał paszport, musiał jednak zobowiązać się do płacenia podatku na rzecz Polservice’u, pomimo że płacił normalny podatek w nowym miejscu pracy. Tak też trafiłem do Meksyku, gdzie nawet przez pewien czas płaciłem nielegalny podatek Polservice’u.

UNAM to uniwersytet na miarę miasta Meksyk, pod względem wielkości. Główny campus to Ciudad Universitaria, czyli Miasto Uniwersyteckie. Olbrzymi obszar, mnóstwo pawilonów rozrzuconych wśród zieleni, wszystko to zbudowane na skalistym podłożu lawy wulkanicznej. Budynki i wyposażenie są imponujące. Jest jeszcze kilka oddziałów w innych częściach miasta, i sieć szkół średnich, w sumie trzysta tysięcy studentów. Zazdroszczę Meksykanom chęci do nauki. Każdy chce coś skończyć, czegoś się nauczyć. Trochę gorzej z poziomem. Na UNAM poziom nauczania jest bardzo różny na różnych wydziałach. Nie jest możliwe utrzymać i kontrolować poziom nauczania przy tak ogromnej liczbie studentów i profesorów. Poznałem pewnego oceanologa, Szkota, który wtedy uczył na UNAM, ale znał całą Amerykę Łacińską jak własną kieszeń. Kiedy przechodziliśmy obok Wydziału Inżynierii, powiedział:

– To proszę pana wygląda tak, jak pewne miejsce nad Amazonką. Jest taki statek turystyczny, który podpływa na skraj dżungli przed zachodem słońca. Są tam ogromne, ciemnozielone drzewa. W okolicy żyją setki tysięcy ptaków podobnych do kormoranów, w kolorze jasnożółtym. Gdy zbliża się noc, ptaki zlatują z całej okolicy i siadają na gałęziach tych drzew, aby przenocować. Jest ich tyle, że dla tych, które przylatują późno, nie ma już miejsca na gałęziach wewnątrz korony drzewa i muszą się zadowolić miejscem na końcach gałęzi. To przedziwny i wspaniały widok: drzewa nagle zmieniają kolor z ciemnozielonego na jasnożółty. Patrząc, jak studenci wchodzą rano do gmachu Wydziału Inżynierii, wydaje mi się, że budynek nagle zmieni kolor. Jak oni się tam mieszczą?

Jest to zdecydowanie zbyt duży uniwersytet. Z biegiem czasu to „państwo w państwie” rozrosło się niewiarygodnie i zbiurokratyzowało. Rządzi UNAMem związek zawodowy pracowników (pracowników obsługi, nie profesorów ani studentów). Gdyby nie biurokracja, byłoby to miejsce, gdzie można by pracować. Trzeba przyznać, że utrzymanie i wyposażenie takiego olbrzyma kosztuje Meksyk ogromne pieniądze. Pensje profesorów są marne, główne koszty to nowe inwestycje i wyposażenie. Centrum komputerowe ma najnowsze superkomputery. Urządzenia sportowe są wspaniałe, ich częścią jest piękny stadion olimpijski (Igrzyska 1968) i własna zawodowa drużyna piłkarska. Centrum Kulturalne to kompleks nowoczesnych budynków: kino, teatr, biblioteka, sala koncertowa (podobno najlepsza w Ameryce Łacińskiej pod względem wielkości i akustyki). UNAM ma własną zawodową orkiestrę symfoniczną, stację telewizyjną i radiową.

Nie jestem poliglotą, toteż początki nie były łatwe. Na szczęście hiszpański nie jest zbyt trudnym językiem, a moi pierwsi studenci byli wyrozumiali.

Zaskoczył mnie wyjątkowo wysoki poziom grupy pracowników, do której trafiłem. Studia magisterskie Wydziału Inżynierii miały w tym czasie bardzo dobrą obsadę: dr Federico Kuhlman (elektronika, łączność), dr Andres Buzo (wyśmienity, znany w Meksyku i za granicą specjalista w dziedzinie przetwarzania sygnałów), dr Jorge Angeles (robotyka), dr Franisco Garcia (mikroprocesory) i pierwszy kosmonauta meksykański dr Rodolfo Neri Vela (komunikacja). Neri był pierwszym, który nas opuścił – poleciał w kosmos. Kilka miesięcy później pogratulowałem mu, że zarezerwował sobie bilet na ten właśnie lot, a nie na następny, którym był tragiczny lot Challengera. Studenci byli różni, od bardzo dobrych do bardzo słabych. Do tych pierwszych zaliczała się grupa Chińczyków (Chiny Ludowe), z którymi pracował Andres Buzo. Stworzyli silną grupę w swej dziedzinie, potem kilku z nich zrobiło doktoraty i pracuje dotąd w Meksyku.

I tak zaczynałem od zera. Po dwudziestu latach pracy w PRL miałem trzy walizki z odzieżą, kilka dolarów, które wystarczyły na pierwsze dni życia, żonę i dwoje dzieci. To było oczywiste szaleństwo jechać tak w ciemno, nie wiedząc nawet, czy mam tu zagwarantowaną pracę.

Trudno to porównać z początkami pracy na AGH w Krakowie. Jakże pełni zapału byliśmy wtedy. Grupa asystentów w katedrze Profesora Góreckiego to był dobry zespół. Robiliśmy laboratoria z niczego i uczyliśmy się na błędach. Większość rozpoczęła swoje prace doktorskie już po kilku latach. Atmosfera środowiska akademickiego Krakowa była zawsze dobra. Kontakty z innymi uczelniami i z zakładami Akademii Nauk dawały możliwości szybkiego rozwoju. Pamiętam niezliczone konsultacje z matematykami z PAN. Pewnego razu profesor Górecki poszedł ze mną do Instytutu Matematyki PAN, gdzie mieliśmy spotkanie z prof. Ważewskim, wielkim autorytetem w dziedzinie równań różniczkowych. Miałem przedstawić pewne koncepcje mojej pracy, aby profesor Ważewski wyraził swoją opinię i dał ewentualnie wskazówki do dalszych poczynań. Mówiłem długo i zawile o sprawach, w których nie poruszałem się zbyt swobodnie. Profesor słuchał uważnie. Gdy skończyłem, po pewnym namyśle powiedział:

– Gdy słucham pańskich wywodów, przychodzi mi na myśl taki koń wyścigowy. Wyobraźcie sobie panowie, że na torze jest przeszkoda, której nie da się przeskoczyć. Jeśli koń ma dobry wzrok, zatrzyma się przed przeszkodą. Jeżeli jednak koń trochę niedowidzi, nie potrafi ocenić przeszkody i swoich możliwości i nie zatrzyma się, tylko skoczy, a jak będzie miał szczęście, to i przeskoczy. To właśnie tak jak z panem, panie magistrze.

Załamałem się trochę po tej konsultacji, ale nie stanąłem. Przeszkody wprawdzie nie przeskoczyłem, ale teraz myślę, że to czasem dobrze trochę niedowidzieć.

Potem była Moskwa (1972-75). Jadąc tam, wiedzieliśmy, że to nie na długo. Głównym powodem tego wyjazdu był brak mieszkania, co po trzech latach stanu małżeńskiego i przyjściu na świat dziecka staje się faktem dość uciążliwym. W Moskwie było gdzie mieszkać, płacono lepiej (płaciła Polska Akademia Nauk) i można było spokojnie pracować.

Zawsze zastanawiałem się, jakie kryterium zastosowała Polska Akademia Nauk przy doborze kadry naukowej, którą wysłano do pracy w Międzynarodowym Kolektywie Uczonych przy RWPG. Nie było to kryterium zawodowe, ani związane z poziomem naukowym. Nie było to też kryterium polityczne: większość z nas to byli bezpartyjni, czego Rosjanie nie mogli pojąć (jak bezpartyjny może wyjechać za granicę?). Kryterium nie było też związane ze zgraniem i zdolnością do pracy kolektywnej. Posłano tam, między innymi, dwóch panów z Instytutu Automatyki PAN z Warszawy, o których było wiadomo, że już raz pobili się w gmachu Instytutu. Wydało mi się dość dziwne, że tych dwóch ludzi posyła się na dość ważną placówkę naukową za granicę, równocześnie i w to samo miejsce. Po długich obserwacjach nagle odkryłem, o co chodzi: wysyłano niepalących. Nikt z naszej grupy nie palił – było to jedyne, co nas łączyło. Po pewnym czasie PAN złamał tę zasadę, co popsuło wyraźnie atmosferę w grupie.

Praca nie była zbyt męcząca: najlepiej widzianą postawą było nic nie robić. Nie stwarzało to kłopotów ani kierownictwu radzieckiemu, ani też władzom polskim. Ci, którzy usiłowali coś robić, musieli podpaść wcześniej czy później. Inne grupy (Czesi, NRDowcy, Rumuni, Bułgarzy) byli w podobnej sytuacji. Jedynie Czechom dawano co pewien czas wycisk, wtedy gdy przyjeżdżał z Pragi ich szef, pan Knotek. Spędzali dni i noce na przygotowywaniu planów działalności naukowej. Jeden z nich żalił się kiedyś, że zajmuje im to mnóstwo czasu, ale ma też swoje zalety: jest to wszystko, czego od nich wymagają. Nikt ich nie pyta o wyniki pracy.

W moim przypadku miałem własne, konkretne zadanie, które sam sobie postawiłem: wykorzystać, co się da z dobrze wyposażonej biblioteki i skończyć pracę habilitacyjną. Centrum komputerowe też było dobre, angielski system ICL 4/50, jak na owe czasy dobry sprzęt. Był też „Mińsk” i kilka innych dziwnych komputerów radzieckich, niezdatnych do niczego. Jak ten kraj mógł awansować w postępie technicznym i naukowym mając dwadzieścia lat opóźnienia w dziedzinie techniki obliczeniowej? Nawet nasze „Odry” to były dobre maszyny w porównaniu z tym, co robiono w Mińsku. Dlatego też PRL musiała się pożegnać z tak dobrze zapoczątkowanym programem. Wprowadzono „Jednolity System” Riad, który był dla nas ewidentnym krokiem w tył. Gdyby go przynajmniej kontynuowano konsekwentnie, mogłoby coś z tego być.

Zacofanie technologiczne w połączeniu z radziecką biurokracją to były ważne czynniki, które przyczyniły się do upadku komunizmu. Typowym przykładem była sprawa papieru komputerowego. System ICL, na którym pracowaliśmy, miał dwie drukarki, jedną z literami łacińskimi, drugą z rosyjskimi. Drukarki były szybkie i wąskim gardłem były kolejki zadań do druku, które formował system operacyjny. Programiści radzieccy zabrali się więc do ulepszania go, co w końcu im się udało. Drukarki ruszyły z pełną wydajnością i wszyscy byli szczęśliwi. Euforia skończyła się wkrótce, gdy w pierwszym kwartale roku zabrakło papieru dla drukarek. Ten papier, jak każdy inny, był reglamentowany i można było kupić tylko tyle, ile było zaplanowane. Jako że plany były opracowane i zatwierdzone w roku poprzednim, nie było żadnej możliwości zdobycia dodatkowego przydziału. Tak więc po trzech miesiącach pracy Centrum Obliczeniowe stanęło. Bardziej obrotni pracownicy i ci, którzy musieli mieć wydrukowane wyniki, zaczęli przynosić swój (kradziony) papier. Teraz problem stał się nawet bardziej skomplikowany: do dużej drukarki wierszowej (lata siedemdziesiąte!) nie da się założyć trzech albo pięciu stron. Poza tym, operator dostałby świra, gdyby musiał zakładać papier przyniesiony przez osobę, której program właśnie coś drukuje. Przy sześciuset użytkownikach systemu jest to niemożliwe. Problem został rozwiązany dzięki wysiłkowi umysłowemu kierownictwa Centrum w sposób genialny. Panienki przyjmujące papier od użytkowników mierzyły linijką grubość pliku. Musiał mieć więcej niż dwa centymetry, żeby się opłacało zakładać go do drukarki. Potem, wyliczano ile czasu komputera przysługuje za przyniesiony papier, stosując zawiłą formułę matematyczną, do której podstawiano grubość pliku w centymetrach.

Zastanawiałem się zawsze, dlaczego przemysł komputerowy ZSRR był tak zacofany. Przecież mieli tam znakomitych matematyków, poziom elektroniki nie był zły, w dziedzinie automatyki uczeni radzieccy przodowali zawsze, przynajmniej w teorii sterowania (Ajzerman, Brawerman, Gurfinger, Gelfand, Rozonoer, Elsgolc, Cypkin i inni). Może przyczyną było to, że władze stosowały do elektroniki to samo kryterium co do przemysłu ciężkiego: co większe, to lepsze. Ktoś złośliwie twierdził, że w ZSRR żyje największy karzeł na świecie. Ta adoracja wielkości była wpajana obywatelom od pierwszych lat życia. Dziecko po powrocie z przedszkola chwaliło się rodzicom:

– Rysowaliśmy kota. Mój był najlepszy, bo największy.

Nikt ze znanych mi Rosjan nie wierzył, że wieża telewizyjna w Toronto jest wyższa od wieży w Ostankino. Gdy nieśmiało obwieściliśmy, że maszt radiowy zbudowany w Raszynie pod Warszawą (lata siedemdziesiąte) był najwyższą na owe czasy konstrukcją w skali światowej, popatrzono na nas jak na wariatów. To było po prostu nie do pomyślenia, aby gdzieś zbudowano coś większego niż w ZSRR. Radziecka maszynka elektryczna do golenia, o której mówiono, że wynalazł ją pewien uczony radziecki na śmietniku ambasady amerykańskiej w Moskwie, musiała być większa niż jej wzorzec (Philips). Tak więc komputer radziecki musiał być większy od swojego odpowiednika zachodniego, przede wszystkim pod względem wagi i wymiarów zewnętrznych. Przodująca Nauka Radziecka przytłaczała nas swoją wielkością. To, że nie wymagano od nas żadnych wyników, też miało z tym coś wspólnego. Po prostu Uczeni Radzieccy nie dopuszczali myśli, że ktoś z cudzoziemców mógłby zrobić coś wartościowego. W rezultacie niczego się od nas nie nauczyli.

Kontakty naukowe z Rosjanami, kolegami z instytutu, były praktycznie zerowe. Jeden z dowcipów, które słyszałem na ten temat, traktował o stopniach utajnienia pracy w instytutach naukowych ZSRR. Pierwszy stopień, to kiedy nie wiesz, co się robi w sąsiednim zakładzie. Drugi, kiedy nie wiesz, co robi twój sąsiad siedzący przy sąsiednim biurku. Trzeci, to kiedy sam nie wiesz, co robisz i po co.

Kontakty osobiste praktycznie nie istniały. Po kilku miesiącach pobytu wiedzieliśmy, kogo możemy zaprosić do domu, a kogo nie. Naszym kolegom Rosjanom po prostu nie pozwalano odwiedzać cudzoziemców. Nawet rozmowa na korytarzu mogła im przysporzyć kłopotów. „Kolektyw Uczonych” był umiejscowiony w gmachu Instytutu Problemów Sterowania Akademii Nauk ZSRR. Obserwując działanie tej instytucji, początkowo trudno mi było zrozumieć niektóre sprawy. Uderzającym był absolutny brak jakichkolwiek elementarnych oznak demokracji, nie tylko w życiu politycznym, ale i codziennym. Dla Rosjan było oczywiste, że asystent lub pracownik obsługi nie może jeść w tej samej stołówce, w której stołują się adiunkci lub docenci. Także było oczywiste, że docent nie może jeść razem z dyrektorem. Były więc trzy stołówki: jedna samoobsługowa, dla proletariatu, druga z kelnerkami dla starszyzny, trzecia mała, prywatna, dla dyrektorów. To samo dotyczyło zaopatrzenia. Równie oczywistym było dla Ludzi Radzieckich, że milicjant nie może kupować w tym samym sklepie co robotnik lub wojskowy, nie mówiąc o działaczach partyjnych, posłach do Wierchownogo Sowieta lub pracownikach Kremla.

O ile w mniejszych i mniej zbiurokratyzowanych krajach jak Polska czy Czechosłowacja można było tę „dystrybucję elitarną” załatwić w sposób bardziej dyskretny, w ZSRR wymagało to całego systemu dystrybucji dóbr. Poznaliśmy tylko dwie z wielu instytucji należących do niego: UPDK, czyli Uprawlenie po Obsłużiwaniu DipKorpusa, oraz Kremlówkę. UPDK przeznaczone było dla dyplomatów i innych cudzoziemców. Raz na tydzień zbierano w Instytucie zamówienia i wpłaty na towary atrakcyjne, jak lepsze gatunki mięsa, kurczaki, kawa rozpuszczalna, wędliny itp. Potem dyskretnie wręczano nam paczki. UPDK miało oczywiście też swoją, wewnętrzną hierarchię uprzywilejowanych. Oczywiście nie mogłem mieć dostępu do tego, co mógł kupić pracownik Ambasady lub Przedstawicielstwa RWPG, ale zawsze miałem dostęp do czegoś, o czym szary obywatel mógł tylko marzyć. Kremlówka to był wyższy stopień wtajemniczenia, UPDK miało tam swoje chody i przez nich można było nawet kupić dywan lub futro.

Dywany to dobry przykład „produktu dla wybrańców”. W republikach południowych ZSRR produkowano piękne dywany wysokiej jakości. Dla przeciętnego obywatela był to produkt trudno osiągalny. W sklepach wpisywano się do kolejki (skąd my to znamy?), gdzie czekało się około trzech lat. Jeden ze znajomych Rosjan prosił, abyśmy zamówili dla niego dywan w UPDK. Po tygodniu zawiadomiono nas, że dywan jest do odebrania, i podano adres sklepu. Krystyna pojechała z naszym przyjacielem w wyznaczonym dniu. Przebili się przez tłum przed sklepem (właśnie była dostawa) i po okazaniu odpowiedniego pisemka zostali wpuszczeni do środka. Kierownik kłaniał się w pas, myśląc, że ma do czynienia z żoną pracownika ambasady lub równie ważną osobą. Nasz przyjaciel od razu wskazał na dywan, który leżał rozwinięty na podłodze. Krystyna oświadczyła że go biorą. Słysząc to, jedna z kobiet, które również oglądały dywany, zaczęła płakać. Na pytanie, co się dzieje, powiedziała, że ona właśnie wybrała ten dywan, na który czekała trzy lata. Kierownik widząc to, zmieszał się, po czym zwymyślał płaczącą i powiedział, żeby się wynosiła, bo jak będzie przeszkadzać, to nigdy żadnego dywanu nie dostanie. Dopiero na prośbę Krystyny udało się sprawę załagodzić i zrozpaczona klientka dostała swój wymarzony dywan.

Inną historię o dywanie opowiadali nam sąsiedzi NRDowcy (dla nowego pokolenia: „Niemiecka Republika Demokratyczna”, czyli część Niemiec z dyktaturą komuny). Ich przyjaciel też zamówił dywan, krótko przed powrotem do Berlina. UPDK spóźniło się trochę, tak że dywan był do odebrania dokładnie w dniu wyjazdu. W pośpiechu pojechano do sklepu. Dywany leżały zwinięte i nie było ani miejsca, ani czasu, aby je rozwijać i oglądać. Kierownik sklepu zapewnił, że wszystkie są takie same i że jest to produkt najwyższej jakości, niewymagający sprawdzania. Wzięto dywan, zawieziono na Dworzec Białoruski i nadano na bagaż. Po przyjeździe do Berlina i rozwinięciu dywanu w salonie nowego mieszkania okazało się, że jakość wyrobu była rzeczywiście nienaganna. Jedynym nieoczekiwanym szczegółem był wzór: dywan przedstawiał ogromną głowę Lenina w pięknych żywych kolorach.

Handel radziecki to dobry temat dla pracy doktorskiej lub grubej książki. Jego nieodłącznym atrybutem była kolejka. Stano za wszystkim. Często na ulicy przed sklepem pojawiała się deska położona na dwóch pustych skrzynkach, na której stawiano wagę. Natychmiast formowała się kolejka, choć nikt nie wiedział, co będą sprzedawać. Mogły to być cytryny, mięso, rękawiczki lub majtki dla pań. Krystyna odstała kiedyś godzinę w kolejce domu towarowego „Moskwa”, gdzie przyszedł transport importowanych butów (kozaków). Kolejka szła przez trzy piętra i posuwała się szybko. Przy zakupie okazało się, co było przyczyną tak sprawnej obsługi: nie pozwalano na przymierzanie ani nawet na sprawdzenie numeru. Płacisz, dostajesz towar i do widzenia. Plac przed magazynem przedstawiał dość dziwny widok: kilkaset kobiet mierzących i wymieniających buty.

Gdy zaczęto mówić o antysemityzmie w ZSRR (lata siedemdziesiąte), Rosjanie opowiedzieli nam dowcip kolejkowy:

Jest piąta rano, zima, mróz, śnieżyca, przed sklepem spożywczym stoi kolejka. O siódmej wychodzi kierownik sklepu i oświadcza: dzwonią, że mięsa będzie mało, więc Żydzi won do domu. Żydzi poszli zrezygnowani, nie protestując. Po następnych dwóch godzinach kierownik oświadcza czekającym: dzwonią, że mięsa będzie jeszcze mniej, niż obiecano. Bezpartyjni poszli won, zostają tylko partyjni. Kolejka się przerzedziła. Upłynęły znów dwie godziny. Następny komunikat: towaru będzie bardzo mało, zostają tylko aktywiści, reszta poszli won. Wreszcie po następnej godzinie kierownik oświadcza: dzwonią, że mięsa dziś ani jutro nie będzie. Z końca kolejki odzywa się ponury głos: popatrzcie, Żydom znów się udało!

W latach siedemdziesiątych w Moskwie można było kupić wszystko. Trzeba tylko było wiedzieć, kto to może załatwić. Jeden z instruktorów na kursach prowadzenia samochodu, którego poznaliśmy dobrze, był właśnie tym człowiekiem. Składały się na to dwie sprawy: po pierwsze, uczył na kursach dla cudzoziemców i wyższych urzędników, a więc miał odpowiednie atuty w ręku. Po drugie: jako starszy instruktor nie musiał się meldować co godzinę w Uczebnym Kombinacie, skąd wyjeżdżał rano. Mógł krążyć po mieście cały dzień, co dawało mu możliwość bycia zawsze tam, gdzie był towar. Tak więc, gdy ktoś ze znajomych potrzebował kilka kilo kawioru, czapkę z norki, piłę z obrzeżem diamentowym do cięcia marmuru lub coś równie trudnego do zdobycia, transakcję załatwiano szybko i sprawnie. Naszym towarem wymiennym i zawsze niezawodnym były wyroby Polmosu, kupowane w sklepie „Baltony”.

Najbardziej skuteczną walutą był spirytus. W ZSRR nie sprzedawano spirytusu spożywczego, a w „Baltonie” był. Pamiętam, jak kilku znajomych prosiło nas prawie na kolanach o parę butelek. Oni mogli jechać w tajgę. Wtedy nie było już takich ograniczeń w poruszaniu się po kraju, jak za Stalina czy Chruszczowa. Rosjanin mógł prosić o zezwolenie na wyjazd nad Bajkał albo na spływ jedną z rzek syberyjskich. Ci ludzie dostali pozwolenie na polowanie w tajdze. Oczywiście nikt nie mógł sprawdzić, na co polują i ile niedźwiedzi czy dzików zaliczą. Ograniczenie było proste: pięćdziesiąt naboi na głowę. W Moskwie nie było możliwości kupienia amunicji. Jedyne, co im pozostało, to pertraktacje z wojskowymi żyjącymi w tajdze. Oni mieli amunicję. Niestety, nie sprzedawali jej za pieniądze, ponieważ te nie służyły im do niczego. Tak więc najlepszą walutą był spirytus: kto go miał, miał wszystko i mógł polować, ile chciał.

Moskwa lat siedemdziesiątych to było wielkie, ponure, zatłoczone i dziwne miasto. Jednak pewne rzeczy, które odkrywaliśmy tam, były zaskakujące. Kto by pomyślał, że w poczekalniach kin moskiewskich stały sprowadzone z Zachodu automaty do gry typu „ jednoręki bandyta”, gdzie grało się żetonami kupowanymi od dziadka, który sprawdzał bilety. To, że na Kalinińskim Prospekcie można było wypić dobry koktajl, nie było tajemnicą. Trochę bardziej zaskoczyło nas, że daleko na przedmieściach miasta, w dzielnicach, gdzie zimą podchodziły wilki i dojazd wymagał przedzierania się przez metrowe zaspy, odkryliśmy bar zaopatrzony w napoleona, long johna i większość znanych trunków importowanych, w którym pracował barman wyszkolony w przyrządzaniu najbardziej wyrafinowanych koktajli. Takie miejsca nie były tam jednak liczne.

Alkoholizm radziecki był przerażający i smutny. Dopiero w latach siedemdziesiątych zabroniono picia alkoholu w sklepach. Dawniej w każdym sklepie spożywczym handlującym wódką był stolik, przy którym można było szybko rozlać i wypić kupioną butelkę. Nie były to zebrania towarzyskie ani przyjacielskie pogwarki przy kieliszku. Procedura była bardzo prosta. Przy ladzie stawał człowiek, trzymając w ręku banknot jednorublowy. Po chwili przyłączał się drugi. Gdy było ich trzech, kupowali butelkę (trzy ruble), którą rozpijali na miejscu i szli każdy w swoją stronę. Po zlikwidowaniu stolików w sklepach musieli to robić na ulicy.

Często spotykaliśmy weteranów Drugiej Wojny Światowej. Wielu miało ordery, ale życie dla większości z nich było trudne. Często też nie wiedzieli zbyt dobrze, o co chodziło w całej tej wojnie. Po pierwsze wiedzieli, że Druga Wojna Światowa zaczęła się w 1941. Przedtem było tylko „oswobodzenie terenów zachodnich ZSRR”. Niektórzy niezbyt dobrze wiedzieli, gdzie walczyli. Kiedyś w autobusie miejskim jeden z pasażerów, starszy, nędznie ubrany i dobrze pijany człowiek, kiedy usłyszał, że mówimy po polsku, zaczął nam opowiadać swoje przeżycia wojenne: byłem pilotem i walczyłem w Polsce, nad Lipskiem. Aby udowodnić swoje opowieści, zakasał nogawkę od spodni i pokazał nam bliznę na nodze. Był też gotów pokazać inne, w innych częściach ciała, ale zapewniliśmy go, że nie mamy wątpliwości. Po co zresztą miał kłamać? Myślę, że rzeczywiście walczył i był ranny. Pasażerowie autobusu nie przejawiali zainteresowania. Starsza kobieta siedząca obok pokręciła głową z niesmakiem:

– Nie wierzcie mu, pijaczynie. Że też takim dają wódkę…

Wołodia był docentem na Uniwersytecie imienia Łomonosowa. Jako że nie był on moim kolegą z instytutu, gdzie pracowałem, nasze kontakty towarzyskie były bardziej „normalne”. Może nie zauważono, że widujemy się często, a może było to komuś przydatne? Wołodia i Nadia to było typowe małżeństwo inteligenckie. Pracowali oboje. Ich pensje i wyjazdy zagraniczne Wołodii pozwoliły im na urządzenie mieszkania i dostatnie życie. Będąc na wakacjach zimowych w Gruzji, Nadia upadła na nartach i złamała nogę. Po pobycie w szpitalu i powrocie do Moskwy nie mogła jeszcze chodzić. Wołodia przywiózł ją do domu i chcąc okazać się dżentelmenem, wnosił ją na rękach do domu. Nie był siłaczem, a Nadia miała swoją wagę. Skończyło się fatalnie: Wołodia nie wytrzymał, upadł na schodach i uszkodził sobie kręgosłup. Zamiast w domowych pieleszach, znalazł się w szpitalu, gdzie przebywał trzy tygodnie. Przed wyjściem ze szpitala zadzwonił do mnie, prosząc, czy mógłbym go odebrać i zawieźć do domu. Przyjechałem pod szpital o wyznaczonej godzinie. Wołodia ukazał się w bramie z kilkoma pustymi torbami. Podszedł do samochodu i powiedział:

– Wybacz, Stanisław. Musisz jeszcze chwilkę poczekać. Chłopcy prosili, żebym kupił wino tu, w sklepie za rogiem.

Pobiegł do sklepu i po chwili wrócił obładowany winem. Poszedł zanieść towar do szpitala. To był jego obowiązek, ponieważ był już w swoim ubraniu i w płaszczu, i mógł wyjść i wrócić, żeby zostawić butelki kolegom. W piżamie szpitalnej nie wypuszczano na ulicę. Kiedy załatwił swoje sprawy i ruszyliśmy, odetchnął z ulgą:

– Stanisław, nie wyobrażasz sobie, jak czekałem, żeby wyjść. Nie mogę już pić, mam wstręt do wódki i wina chyba na całe życie!

Wołodia był działaczem KPZR, co pozwalało mu na wyjazdy zagraniczne i dobrą pozycję na uczelni. Kiedyś żalił mi się, że jest przepracowany, bo organizuje kampanię wyborczą. Były to wybory do lokalnych władz administracyjnych. Zdziwiłem się:

– Nie sądziłem, że macie tu kampanię wyborczą jak na Zachodzie. Ilu kandydatów ubiega się o to stanowisko?

Tym razem Wołodia był zaskoczony.

– Jak to ilu? Kandydat jest tylko jeden, wyznaczony przez KC. Muszę mu organizować kampanię w całym rejonie, żeby wszyscy przyszli i głosowali na niego.

Nie pytałem o nic więcej. W telewizji radzieckiej pokazywano kampanie wyborcze w USA. W tych reportażach przeciętny obywatel mógł widzieć rozkrzyczany tłum zwolenników partii politycznych, stosy śmieci, które pozostały po konwencjach Demokratów i Republikanów, i cały bezsens systemu demokratycznego na zgniłym Zachodzie. Społeczeństwo radzieckie kształtowane było przez bezbłędny i wszechmocny system masowego przekazu, którego głównym narzędziem była telewizja. To nie znaczy, że wiadomości w TV były fałszywe. Po prostu to, czy coś było prawdą czy kłamstwem, nie miało najmniejszego znaczenia. Podawano wiadomości dobre dla systemu. Dziennik Telewizyjny składał się z trzech zasadniczych części: wiadomości z ZSRR, które zawsze były dobre. Urodzaj i rekordowe zbiory na Ukrainie, wzrost produkcji i stopy życiowej w całym ZSRR. Wiadomości z krajów „obozu socjalizmu” też były dobre. W dodatku zawsze pojawiał się Rumun, dziękując ZSRR za pomoc w konstrukcji domów, Bułgar dziękujący za pomoc techniczną w przemyśle, Polak dziękujący za dostawy żywności z ZSRR lub Wietnamczyk dziękujący za pomoc militarną dla odparcia agresji imperialistycznej. Wiadomości z Zachodu zawsze były złe: nieuchronny kryzys, nędza, rasizm, strajki. Nawet gdy przypadkowo nigdzie nic takiego się nie działo, podawano, że w USA był huragan, w Bangladeszu powódź, a w Japonii trzęsienie ziemi. Dobre i to.

Nie wszystko udawało się wytłumaczyć. Dlatego też rola komentatorów telewizyjnych była wyjątkowo ważna i powierzano to zadanie najlepszym fachowcom. W Chile był wtedy u władzy Allende. Zbliżał się nieuchronny i tragiczny koniec jego krótkiej kariery prezydenckiej. W moskiewskiej TV Żukow, czołowy komentator od spraw politycznych, powiedział:

– Pisze do nas rolnik z Kołchozu imienia Lenina w Małorosji: Wytłumaczcie nam, jak to jest w Chile. Jest tam u władzy marksista Allende. Dlaczego nie rozgoni reakcji?

Odpowiedz Żukowa była skomplikowana. Wyjaśniał, że władza w Chile nie jest jeszcze tak silna, aby mogła rozgonić reakcję. Trzeba wiedzieć, że w języku dziennikarsko-propagandowym słowa rozgonić (razganiać), rozgromić, unicestwić i zmiażdżyć były synonimem słowa wymordować, którego jednak unikano w wypowiedziach.

Wołodia i Nadia zaprzyjaźnili się z nami. Świadczyliśmy sobie drobne usługi handlowe, oni – tam gdzie mieli chody, my – w sklepie „Baltony”. Jednym z artykułów wyjątkowo atrakcyjnych dla pań były majtki, które zawsze mogliśmy kupić. Nadia zaprosiła kiedyś Krystynę na pogwarkę przy herbacie w ich mieszkaniu. Gdy Krystyna już wychodziła, powiedziała:

– Odprowadzę cię do bramy, tylko zejdźmy po schodach, bo chcę cię o coś poprosić.

Na klatce schodowej zniżonym głosem zapytała, czy moglibyśmy jej kupić kilka par majtek. Do dziś nie jest dla nas jasne, czego się obawiała: swojego męża, czy ścian, które mają uszy. Nie zjechały windą, bo tam przecież był mikrofon. Może były to lęki i kompleksy, które pozostały w narodzie po okresie stalinowskim? O Stalinie i jego epoce nie mówiło się wtedy w ZSRR, nawet wśród zaufanych i przy kieliszku. Alosza, gdy zapytałem go wprost, jak to było w latach pięćdziesiątych, powiedział:

– Stanisław. Ty nie możesz tego zrozumieć. Wtedy każdy miał w przedpokoju przygotowany kuferek z ciepłą odzieżą, kawałkiem mydła i niezbędnymi rzeczami osobistymi. Jak przyszli, nie było czasu się pakować. Ludzie bali się założyć firanki w oknach, bo to było widać z ulicy i można było podpaść jako drobnomieszczaństwo.

Pewna pani opowiadała nam historię swojego dziadka, zasłużonego generała z wieloma odznaczeniami wojennymi. Wkrótce po zakończeniu wojny dziadek zniknął pewnego dnia. Rodzina szukała go i interweniowała u władz, aż dano im do zrozumienia, żeby przestali, bo będzie z nimi źle. Odżałowano go i uznano za straconego. Szesnaście lat później, pewnego dnia dziadek zadzwonił do drzwi cały i zdrowy. Okazało się, że te szesnaście lat przesiedział w areszcie na Łubiance, kilka ulic od swego domu. Oddano mu ordery i przeproszono za niesłuszne aresztowanie. Nikt się specjalnie nie zdziwił; takie sprawy były na porządku dziennym, a dziadek miał wyjątkowe szczęście, że przeżył.

Ciąg dalszy: http://www.przegladdziennikarski.pl/w-krzywym-zwierciadle-cz-22

———————–

[1] „Puścić pawia” – zwymiotować

Poprzedni artykułKolorowe lato – moda męska
Następny artykuł"Dyplomata na salonach i w politycznej kuchni" J. M. Nowaka (recenzja książki)
Stanisław Raczyński
Dr hab. Stanisław Raczyński ukończył studia na Wydziale Inżynierii Elektrycznej w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Następnie, w 1969 roku, obronił doktorat, a w 1977 uzyskał stopień doktora habilitowanego w obszarze teorii sterowania i metod optymalizacji. W 1964 podjął pracę w Instytucie Automatyki i Elektroniki Przemysłowej na tej samej uczelni. Następnie objął funkcję dyrektora Centrum Komputerowego AGH. W latach 1973-1976 podjął pracę naukową (researcher) w Międzynarodowej Grupie Badawczej w Moskwie, ZSRR. Od 1980 do 1983 brał udział w Europejskich Warsztatach w dziedzinie komputerowych systemów przemysłowych. W latach 1983-1986 był profesorem wizytującym na Uniwersytecie Narodowym w Meksyku. W 1986 roku podjął pracę na Uniwersytecie Panamerykańskim w Meksyku na Wydziale Inżynierii. Jego działalność dydaktyczna obejmuje kursy z zakresu teorii sterowania, elektroniki i symulacji komputerowej. W latach 1996-2000 i 2002-2004 objął stanowisko Międzynarodowego Dyrektora Towarzystwa Symulacji Komputerowej, następnie został międzynarodowym dyrektorem McLeod Institute for Simulation Sciences. Od 1996 roku jest członkiem National System of Researchers w Meksyku. W latach 1994-2003 był dyrektorem centrum meksykańskiego w McLeod Institute for Simulation Sciences. Napisał dwie książki o symulacji komputerowej. Na swoim koncie ma również ponad 70 artykułów i referatów opublikowanych w czasopismach i materiałach pokonferencyjnych. Jest znanym klarnecistą jazzowym. Obecnie współpracuje z grupami bluesowymi w Meksyku, występuje również na koncertach bluesowych w Kalifornii i na Florydzie, USA.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here