Uczelnia: zakratowane okno na świat?

0

SONY DSC„Uniwersytet X– twoje okno na świat” – brzmi dumnie hasło na ulotce reklamującej uczelnię. Prawda, tyle, że okno to jest zakratowane.

Nowy rok studencki już dawno się zaczął, ale wciąż pozostały te same, stare problemy. Brak dokładnego regulaminu uczelni i słaba kontrola nad swoimi pracownikami doprowadziły do samowoli lokalnych despotów, którzy swe złe emocje i problemy przelewają na podległych im studentów. Ci zaś muszą znosić grymasy wykładowców z pokorą, inaczej mogą liczyć się z poważnymi konsekwencjami. Specyfiką każdego wydziału jest mniejsza lub większa samowola, ale nie należy uogólniać – są przecież jeszcze „nieskażone” części instytucji. Przyjrzyjmy się jednak tym, które działają nie tak, jak byśmy tego chcieli.

Biorąc za przykład „odnogę” filologiczną, trudno nie zauważyć, iż większość decyzji podejmują tu sami prowadzący zajęcia. Dziekanat stara się nie uprzykrzać życia studentom, pomaga im, jeśli tylko czegokolwiek potrzebują. Brzmi zachęcająco, jednak swawolę tą niestety wykorzystują niektórzy wykładowcy. Podczas uczenia przedmiotów, starają się oni wpoić w studentów własną ideologię, puszczają wodze swojej fantazji i… zaczynają tworzyć swój mały, niezdrowy świat.

„Inny świat”

Na jednych z zajęć gramatyki, pan magister ułożył następujący przykład zdania dla swoich studentów: „Wszystkie afery w Polsce tworzone są przez Platformę Obywatelską”. Gdy jeden ze słuchaczy w formie żartu nie zgodził się z tym twierdzeniem i na miejsce PO wstawił PiS, usłyszał pod swoim adresem zdanie: „To ty chyba w Etiopii telewizję oglądasz”! Ten przykład był pierwszy, lecz nie ostatni. Za nim poszły kolejne, takie jak: „Nie chciałbym być źle zrozumiany, ale sądzę, że biali ludzie górują nad czarnymi”, „Nigdy nie pozwolę Ci wyjść za murzyna”, „Przykro mi to mówić, ale papież Benedykt umarł”, „Kazałem moim żołnierzom powiesić, utopić i poćwiartować mojego szwagra”.

Podobne przykłady mnożyły się z czasem trwania zajęć. I będą się powtarzać, jeśli nikt na to nie zareaguje. Zdania tworzone przez wykładowcę są nacechowane rasizmem, niejednokrotnie urażają światopogląd, uczucia religijne i poczucie dobrego smaku poprzez swoją odrażającą brutalność wykreowaną w głowie twórczego magistra. Znajomy tegoż wykładowcy z czasów studiów, zastrzegający sobie anonimowość, dziś go nie poznaje. Mówi o nim: „Zawsze był taki cichy, zamknięty w sobie. Nie wykazywał nigdy podobnych cech. Nie mam pojęcia, co się dzieje”. Równie rasistowskie hasła głosi doktor tego samego wydziału. Według niego tylko rasa amerykańska zasługuje na miano „ludzi”, a wobec reszty narodów nie powinno się używać tego terminu. Interesujący wydaje się fakt, iż opisywany wykładowca jest Polakiem.

Przykłady poniżania studentów można zauważyć na innym kierunku humanistycznym. Podczas zajęć z języka obcego, zdenerwowana pani magister krzyknęła do rozmawiającej studentki: „Czy ty jesteś >>specjalna<<? Czy wy wszyscy jesteście jacyś >>specjalni<<”? W tym czasie na sali znajdowała się 26-letnia ucząca się kobieta, która posiadając już jeden tytuł magistra postanowiła kontynuować naukę. Oczywiście wykładowca ma prawo uciszyć grupę, którą uczy, ale czy w taki sposób?

„Jądro ciemności”

Kolejny ośrodek wart uwagi to wydział zajmujący się politologią i studiami międzynarodowymi. Wśród profesorów słynie on z jednej z najlepszych opinii. Wśród uczących się krążą jednak niepochlebne plotki o dziekanacie. Uczęszczająca tam studentka stosunków międzynarodowych mówi wprost: „tam się nigdy nic nie załatwi”. Czemu się tak dzieje? Otóż tutaj, według osób pytanych o to, pełnię władzy przejął dziekanat, nie pozostawiając wykładowcom zdania w żadnej kwestii. Mówiąc zaś „dziekanat” mają oni na myśli jedną osobę – panią prodziekan, skupiającą w swoich rękach całą moc decyzyjną i prowadzącą surowe rządy tyrana.

Według pogłosek, pani prof. X średnio na dziesięć podań, dziewięć odrzuca. Interpretuje regulamin uczelni na swój własny sposób, ograniczając prawa studenckie i zarazem zwiększając swoją kontrolę nad każdą osobą związaną z tym wydziałem. Odwołania od odrzuconych przez nią podań nie mają większego sensu, gdyż dwie wyżej postawione instancje nie mają najmniejszego zamiaru wchodzić w drogę swojej koleżance po fachu i zgodnie przytakują nawet najmniej rozsądnym postanowieniom.

„Zbrodnia i kara”

Aby nie uogólniać i nie pisać wyłącznie o pogłoskach, warto było to sprawdzić. Dwa identyczne podania (ich tekst różnił się tylko adresatem), w takiej samej sytuacji studenta, zostały złożone do różnych prodziekanów – u pani X oraz u osoby tej samej rangi, lecz z innego wydziału. Test potwierdzał to, co mówili studenci. U prodziekana innego wydziału odpowiedź brzmiała krótko: „zgoda”. Pani X uznała zaś, iż: „Nie wyraża zgody. Jest to niezgodne z regulaminem uczelni”. Wniosek? Absurd – jeden regulamin, dwie sprzeczne ze sobą decyzje. Tyle, że jedna osoba ma zamiar pomóc, druga… cóż, w końcu to ona ma władzę.

Podobny przykład może stanowić student, który dopiero pod koniec semestru zorientował się, iż jest wpisany w programie uniwersyteckim USOS na inny przedmiot opcjonalny niż wybrał i który zaliczał. Złożył więc podanie z prośbą o zmianę tego wpisu. Dodatkowo wykładowca potwierdził, iż ten uczęszczał on na jego zajęcia i dostanie ocenę pozytywną. I nie byłoby najmniejszego problemu, gdyby została zrobiona drobna korekta w programie, zajmująca informatykom zaledwie kilkanaście sekund. Niestety, znów okazało się to „niezgodne” z regulaminem uczelni i student musiał wykupić tak zwany „warunek”, czyli możliwość zaliczenia przedmiotu, na który był zapisany, w kolejnym roku.

O wypowiedzenie się w sprawie pani prodziekan został poproszony pracownik sekretariatu jednego z wydziałów uczelni. Także i w tym przypadku osoba ta prosiła o anonimowość, aby poniższy komentarz nie mógł mieć wpływu na jej życie zawodowe. Gdy usłyszała ona o pomyśle odwoływania się od decyzji prodziekan do wyższych instancji, powiedziała: „Lepiej nie chodzić do prof. M (prorektor ds. studentów), bo wtedy pani prodziekan będzie się mścić”.

„Proces”

Na wielu kierunkach Uniwersytetu działa prosta metoda selekcji: uczelnia rekrutuje nadmierną ilość osób, a następnie przez pierwszy rok nauki odrzuca tych słabszych poprzez trudne egzaminy, które zdaje jedynie część studentów. I wszystko byłoby zrozumiałe, gdyby nie fakt, że na kierunkach humanistycznych są to przedmioty stricte matematyczne, na ścisłych zaś – humanistyczne. Na kierunku informatyki lwia część uczących się odpada przez filozofię, na stosunkach międzynarodowych zaś – przez matematykę i statystykę. Tego typu selekcja nie ma na celu wytypowania najlepszych w danej dziedzinie, lecz wylosowanie ich poprzez zupełnie niezrozumiałe kryterium. Równie dobrze można by stworzyć podział według koloru oczu, czy wzrostu.

Sami wykładowcy w dużej części nie rozumieją istnienia przedmiotów zupełnie niezwiązanych z danym kierunkiem. Niektórzy tłumaczą to „matematyzowaniem myślenia humanistów” i „humanizowaniem myślenia matematyków”. Pani magister jednego z przedmiotów ścisłych stwierdziła, iż: „studentów trzeba odsiać jakimś egzaminem, bo jest ich zazwyczaj za dużo”. A pewna część osób musi nie zdać egzaminu, ponieważ próg oceny dostatecznej dostosowywany jest do wyników większości.

Gdy zaś liczba studentów nie zmniejszy się w powyżej opisany sposób, warto znaleźć jakiś inny. Spora część zajęć odbywa się, ale tylko na papierze. Z opowiadań studenta piątego roku informatyki, wiele osób jego grupy miało poważne problemy ze zrozumieniem matematyki dyskretnej, gdyż na przewidzianych 30 godzin ćwiczeń, odbyły się tylko 3. I to nie z powodu choroby wykładowcy, ale ze zwykłego lenistwa prowadzącego, który za każdym razem „dawał się namówić” na odwołanie zajęć. Zagadnienia na egzaminie zaś znacznie wykraczały poza przerobiony materiał. Wszystkie te działania doprowadzają najzwyczajniej do rokrocznego usuwania ze studiów rzeszy uczących się. Czy jednak skazywanie ich z góry na porażkę jest dobre?

„Tango”

Ktoś może zadać sobie pytanie – jaki jest cel tego artykułu? Tyleż tu krytyki… Wbrew pozorom, nie ma on na celu pogrążyć jednej czy drugiej uczelni, lecz jej pomóc. Każdy zdaje sobie sprawę, iż „do tanga trzeba dwojga”, tak więc uczelnia, aby przetrwać, potrzebuje nowych rekrutów, a studenci – uczelni.

Nie jest możliwe wypisanie wszystkich potknięć uczelni w tych kilku zdaniach, pominęłam więc wiele kwestii: od wykładowcy, który wpisywał pozytywne oceny z egzaminów, ponieważ przez pomyłkę wyrzucił prace studentów do kosza na śmieci, po podstawowe błędy ortograficzne prowadzącego zajęcia, który sam wymagał od swoich studentów bezbłędnej pisowni. Jeden z profesorów wydziału filologii powiedział kiedyś mądre zdanie: „Magistrom często wydaje się, że mogą już wszystko”. I chyba miał rację, bo to oni najczęściej z braku doświadczenia wypróbowują swoje metody nauczania. Oczywiście jak zawsze są wyjątki od reguły.

            Nie spodziewajmy się rychłego przewrotu i nagłej odnowy moralnej. Rewolucyjne zmiany są na tyle niemożliwe, na ile niepraktyczne. Wolałabym liczyć raczej na ewolucyjny postęp oraz na to, iż tekst ten ruszy sumienie Senatu Uczelni i skłoni go do doprecyzowania wielu zagadnień, uniemożliwiając tym samym nadmierną samowolę, niewłaściwie wykorzystywaną przez wielu. Ale dość już słów, teraz czas na czyny.

Autor: Studentka

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here