Szepty i krzyki Stumilowego Lasu – cz. III

0

Wrócił do domu, wyprowadził rower i jeszcze ciszej niż przed chwilą przekręcił klucz w zamku. Ma dziesięć minut, żeby nie spóźnić się na pierwszą, najważniejszą dzisiaj lekcję o patriotyzmie. Był pewny, że ksiądz dyrektor, w związku z wczorajszym incydentem, ostrą krytyką żołnierzy wyklętych, jego pierwszego zaczepi w sprawie wiersza. I nie pomylił się. Gdy tylko wszedł w oczy księdza, usłyszał:
– Mam nadzieję, synu, że ochłonąłeś i przygotowałeś na dzisiaj coś chwytającego za serce. – Krzyś uśmiechnął się i kiwnął głową. – W takim razie cieszę się niezmiernie i dziękuję Bogu za twoją skruchę. A teraz do klasy! – ksiądz dyrektor klepnął go po tyłku na znak pojednania.
Krzyś ledwo się powstrzymał, żeby nie odpowiedzieć dyrektorowi siarczystym kopniakiem w dobrze odżywione dupsko, ale zgrzytnął tylko zębami i wszedł do klasy. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Wszystkie głowy pochylone były nad ekranami telefonów i podniosły się dopiero jak na komendę, kiedy wkroczył ksiądz dyrektor z głośnym: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”. Klasa odpowiedziała równie głośno i wszyscy usiedli, oprócz księdza. Chwilę uśmiechał się, a jego mocno malinowe policzki czyniły jego twarz wyjątkowo dobroduszną.
– Mam nadzieję – w końcu przemówił tym swoim te-atralnie tłumionym altem, jakby właśnie celebrował mszę świętą. – Mam nadzieje, że wszyscy, jak tu jesteśmy, wzniesiemy się niczym ptaki, rozpostarłszy skrzydła naszych dusz niesionych wzruszającymi strofami wielkich poetów – ksiądz westchnął, splótł dłonie tak, że złączone palce wskazujące przypominały lufę pistoletu, i wycelował nimi w pierś Krzysia. – Dajmy dzisiaj szansę waszemu koledze, któremu wczoraj zabrakło zimnej krwi i wiary, żeby wyważyć proporcje miedzy dobrem a złem i z bólem serca, ale jednak, zaakceptować dramat pojedynczych, samolubnych istnień jako ofiarę dla dobra większości – i ksiądz gestem dłoni połyskującej złotym pierścieniem zaprosił Krzysia na środek klasy. – No, to słuchamy… – dyrektor usiadł za profesorskim biurkiem i zapatrzył się w przestrzeń za oknem.
Krzyś odchrząknął, nabrał powietrza i prześliznął się spojrzeniem po twarzach koleżanek i kolegów z zastygłą na nich obojętnością, jak na zdjęciach z legitymacji, dowodów osobistych i podobnych dokumentów. Jeszcze raz chrząknął i otworzył usta.
– Kazimierz Przerwa-Tetmajer, wiersz „Patryota”.


Rozum, wiedza, talent, prac U nas, bratku, nie popłaca!
Postęp i cywilizacja
W kąt, gdy wchodzi do gry nacya! Możesz kpem być i cymbałem.
Możesz dureń być siarczysty, Byleś z mocą i zapałem Kraj miłował macierzysty!
Huha! Hopsa! Każdą nową
Myśl witamy krzyżem pańskim
Precz z geniuszem Europy
Farmazońskim i szatańskim!
My o jedno tylko modły
Szlem k niebu z naszej chaty:
By nam buty śmierdzieć mogły,
Jak śmierdziały przed stu laty!


Po tej zwrotce klasa nieco się ożywiła. Gdzieniegdzie rozległy się śmiechy i co niektórzy uczniowie zaczęli spoglądać na Krzysia z sympatią. Tylko ksiądz dobrodziej z głową mocno odchyloną do tyłu i lekko rozchylonymi ustami pozostał obojętny na te szatańskie wersety, ale tylko dlatego, że przysnęło się przemęczonemu misją kształtowania zdrowych charakterów biedakowi, inaczej już by huknął pięścią w blat biurka, tymczasem Krzyś ośmielony reakcją klasy kontynuował:


Hoc ha! Hopsa! Byle zdrowo,
Zdrowa dusza – zdrowe ciało!
Niechaj śmierdzi, jak śmierdziało,
Byle tylko narodowo!
Wolę polskie gówno w polu
Niźli fiołki w Neapolu!
Swojsko, polsko, po naszemu,
Hoc! Hoc! Hopsa! Tak jak wtedy,
Gdy nas naprzód tłukły Szwedy,
Potem Niemcy i Moskale
Hoc! Hoc! Hopsa! Doskonale!
Po swojemu! Po staremu!
Niechaj żyje stara cnota!
Daj nam dalej kisnąć Boże!
Jedno, drugie, trzecie morze

– Zamilcz, nieszczęsny! – ksiądz dyrektor oprzytom-niał, ale kilka sekund upłynęło, zanim zdołał wydobyć z ust głos pełen oburzenia. – Co to jest, pytam się?! Skądeś to wytrzasnął? Obraziłeś lud boży Kościoła powszechnego! Jesteś opętany! Tobie trzeba egzorcysty, ty…, ty… zafajdany barbarzyńco, komuchu z piekła rodem! Opuść mi klasę i nie pokazuj się w szkole bez opiekunów. No już, wynoś się! Wynoooś!
– A nie czuje ksiądz, że zabrakło mu poczucia humo-ru i zimnej krwi, niezbędnych do wyważenia proporcji między ironią a bolesną prawdą zawartą w tym wierszu? Trochę więcej luzu, batmanie! – Krzyś zaśmiał się histerycznie i opuścił klasę, zostawiając księdza dyrektora z twarzą tak purpurową, jakby za chwilę miała eksplodować.
– Boże, ześlij na tego psubrata grom z jasnego nieba! – ksiądz krzyknął piskliwie, jednak tego już Krzyś nie usłyszał, ale gdyby nawet, wzruszyłby tylko ramionami.
Pierwszy raz od niepamiętnych czasów, czyli od kiedy rozpoczął naukę w tej szkole, wracał z niej w doskonałym nastroju. W końcu znalazł w sobie siłę pozwalającą mu bronić godności. Nikt więcej nie będzie drwił z niego, poniżał ani rozbijał mu nosa z powodu różnic światopoglądowych. Wskoczył na rower i nie oglądając się za siebie, popedałował do domu. Jednak w czasie jazdy zmienił zamiar, minął dom rodzinny i nie zatrzymał się u dziadka, tylko skierował się wprost do Stumilowego Lasu. Im bliżej był celu, tym bardziej poważna i skupiona stawała się jego twarz. Przestał pogwizdywać i rozglądać się na boki. Ciemnozielona bryła zagajnika szybko rosła w oczach, tak że po chwili Krzyś rozróżniał pojedyncze sosny i świerki. Początkowo nie zwrócił uwagi na ważny szczegół, dopiero kiedy wjechał pomiędzy pierwsze choinki, zorientował się, że Stumilowy Las pogrążony jest w absolutnej ciszy. A przecież takie miejsca żyją pełnią bogactwa zamieszkujących je stworzeń. Przede wszystkim ptaków. A tu cisza…
Krzyś stracił towarzyszącą mu do tej pory pewność siebie, na szczęście nie zakradł się w jej miejsce strach, tylko pojawiło się zdziwienie. Zaniepokojony, rozglądał się uważnie, przeczesując plątaninę gałęzi w poszukiwaniu mizernego choćby ruchu. Może usłyszy i zaraz po tym dostrzeże dzięcioła kującego przeżarty przez tłuste larwy pień sosny? Ale nie, nie zastukał dzięcioł, nie spadła na poszycie lasu szyszka ani nie poruszył końcami gałązek słaby wietrzyk. Nie działo się nic, panował absolutny bezruch. Onieśmielony dziwną reakcją, być może wyrażającą niezadowolenie z powodu jego nagłej wizyty, oparł rower o pień starej sosny i delikatnie stąpając, żeby bardziej nie zakłócić spokoju zadumanego lasu, próbował odnaleźć miejsce, które wczoraj wieczorem odwiedził z dziadkiem. Zaglądał to tu, to tam, kręcił się i zataczał koślawe kręgi jak tropiący pies, ale gdzie tylko stąpnął, natrafiał na to samo co dwa metry w lewo lub w prawo, z przodu albo za plecami. Kiedy zniechęcony zrezygnował z dalszych poszukiwań, w tym samym momencie dostrzegł dwa pieńki, na których bieliły się resztki niedopalonych świec. Usiadł na mchu i przymknął powieki. Oparł plecy o pień dębu i wyprostował nogi. Powrócił spokój i już nie czuł się intruzem, nawet otoczenie nieco ożyło. To znaczy do jego uszu wpadały szepty, a może tylko tak mu się wydawało, ale przysiągłby, że słyszy delikatne jak pajęczyna słowa: Krzysiu, Krzysztofie… Zaufaj nam… Przychodź z dziadkiem, kiedy zechcesz… Zapraszamy… Przyjdźcie koniecznie… – szeptały szepty.
Krzyś poczuł. jak na rękach pojawia się gęsia skórka i otworzył oczy. Szepty natychmiast umilkły, a zamiast nich usłyszał tłumione odległością odgłosy: stukot kół pędzącego w niewiadomym kierunku pociągu, syrenę karetki pogotowia albo straży pożarnej i szum zmiksowany z wielu bliżej nieokreślonych dźwięków.
– Na pewno się spotkamy – obiecał otaczającym go drzewom.
Wycofał się po cichutku, tak jak się pojawił, i dopiero po przejściu kilkudziesięciu metrów wsiadł na rower i odjechał.
Dziadek uśmiechnął się szeroko na jego widok i bez ceremonii powitalnych zapytał:
– No i jak ci poszło z „Patryotą”? Udało się? – a widząc jego potakujące skinienie głową, z zadowoleniem zatarł ręce. – No, to opowiadaj, rewolucjonisto!
Krzyś zrelacjonował swój występ bez upiększeń, a potem opowiedział jeszcze, jak pojechał do Stumilowego Lasu, i co tam go spotkało.
– Jestem dumny, że mam takiego wnuka – dziadek śmiesznie wydął policzki i podniósł zaciśnięte pięści ponad głowę. – A do lasu musimy pójść jak najprędzej. Całego świata nie zmienimy, ale być może pomożemy kilku osobom. Wiesz, jest takie powiedzenie, że jeśli ratujesz jedno życie, ratujesz cały świat. To jest parafraza jednej z myśli zapisanych w Talmudzie. Druga jego część brzmi: „Jeśli człowiek niszczy jedno życie, to jest tak, jakby zniszczył cały świat”. Muszę z bólem wyznać, ze według mnie świat już dawno powinien być pustynią, ponieważ tych, co zniszczyli czyjeś życie, jest tysiące razy więcej, niż tych, co choć jedno uratowali. Ale być może za mało wiemy o tych, którzy jednak ratują. Tak czy owak, powinniśmy im pomóc, ratując kogo się da, i to nie tylko w sensie fizycznym, ale także, a może przede wszystkim, w sensie duchowym. Jeśli mamy takie możliwości, musimy je bezwzględnie wykorzystać, inaczej staniemy się wspólnikami niszczycieli świata – dziadek znowu zatarł ręce, a w jego oczach pojawił się tajemniczy błysk.
– Oczywiście, że tak należy uczynić, ale zanim co-kolwiek zrobimy, muszę ci powiedzieć – Krzyś zrobił strapioną minę – że nie bardzo wiem, jak się mam ustawić w szkole. Ta moja buda to dramat. Jedyne, co naprawdę czuję, to złość i niechęć. A ten nasz wychowawca, ksiądz Farny, mimo że gra przepełnionego miłością kapłana, to według mnie cienias i kiciarz, sztuczny, jak kapiące złotem szaty liturgiczne – Krzyś westchnął boleśnie. – Tam nic nie jest w porzo. Nie wiem, co mam o tym wszystkim
myśleć… Naprawdę nie wiem…
– Nie musisz się aż tak bardzo martwić tym, że nie wiesz, co sądzić, mając czternaście lat, bo znakomita większość dorosłych nie ma w tej sprawie żadnego zdania, albo nie chce mieć, tak jest im wygodniej i nie zwracają sobie głów czymś, czego i tak nie są w stanie zrozumieć. A ty się przejmujesz, czujesz z tego powodu dyskomfort, to znaczy, że cierpi twoja uczciwość. Już to rozdarcie dobrze o tobie świadczy, dlatego obiecuję, że spróbuję ci pomóc. Zresztą sobie też, bo musisz wiedzieć, że i ja czuję się bezsilny wobec wielu zjawisk – tym razem dziadek nie zatarł rąk, tylko westchnął głęboko i mocno zmarszczył czoło.
– Cieszę się, że nie jestem sam ze swoimi problemami, dziadku, chociaż muszę przyznać, że jeden z nich sprawił mi nawet radość.
–To znaczy?
– Muszę spełnić życzenie księdza dyrektora – Krzyś uśmiechnął się filuternie. – Nie mogę pokazać się w szkole, dopóki nie przyjdę w towarzystwie opiekuna. Czyli mogę zrobić sobie kilkudniowy urlop, ale ja nie pękam, luzik, a potem się zobaczy.
– Hola, hola, mój panie! Jaka jest twoja szkoła to jedno, ale odpowiedzialność to immanentny fragment poważnej i szlachetnej osobowości – dziadek mrugnął do wnuka. – Ja pójdę z tobą do szkoły i porozmawiam z dyrektorem.
Co ty na to?
– Oczywiście, że się zgadzam! Zarąbiście! Jestem pew-ny, że ksiądz po rozmowie z tobą przestanie mnie się w końcu czepiać! Super, dziadku!
– Tylko spokojnie, bez zbytniego triumfalizmu. Le-piej nastawić się na nieprzyjemności, słowne starcie, niż cieszyć się z góry tym, co niewiadome. A teraz zmykaj do domu, muszę się przygotować, pomyśleć, jak rozmawiać z człowiekiem przekonanym o swojej nieomylności. Ciężka sprawa, ale nie bez szans. To o której jutro?
– Będę czekał przed szkoła o dziesiątej – Krzyś objął dziadka, po czym wskoczył na rower i pognał do domu.
– No cóż – szepnął Artur Niewiadomy – zdaje mi się, że zostałem właśnie ojcem, matką, duchem opiekuńczym i sumieniem wnuka. – Po tych słowach otworzył szafę pełną książek, wyjął największą z nich, opasłe tomisko, i zasiadł z nią w fotelu. Ułożył na kolanach oprawione w granatowe płótno Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, chwilę się przyglądał, potem przymknął powieki i otworzył w ciemno. Trafił na stronę siedemset trzydziestą dziewiątą, Księgę Ezechiela, i zaczął czytać strona po stronie, aż zatrzymał się w końcu umęczony powtarzanymi bez umiaru słowami: „Synu człowieczy, podnieś lament nad faraonem, królem egipskim…”; „Synu człowieczy, każ ludności egipskiej zstąpić do świata podziemnego…”; „Synu człowieczy, prorokuj synom Izraela, biada tym, którzy sami się pasą…”; „Synu człowieczy, zwróć się ku górze Seir i prorokuj przeciwko niej…”; „Synu człowieczy, zwróć się ku Gogowi, ku krajowi Magog i prorokuj przeciw nim…”.
Po przeczytaniu po raz któryś „Synu człowieczy” zatrzasnął świętą księgę tak energicznie, aż wydało się Arturowi Niewiadomemu, synowi człowieczemu, że spomiędzy złoconych obrzeży stron trysnęła najprawdziwsza krew.
– Wystarczy – położył obie dłonie na Biblii. – Za dużo proroctw, ofiar, nakazów i zakazów, wymuszania okrutnych dowodów miłości i uległości, zaleceń, poleceń, warunków zaskarbienia sobie wdzięczności Boga i ołtarzy ociekających krwią. Przecież to koszmar!
Artur Niewiadomy zamyślił się i trwał tak z dłońmi wspartymi na okrutnej księdze, zapatrzony niewidzącym spojrzeniem w nieokreślony punkt ukryty gdzieś za meblami, za ścianami jego domu, sto metrów od fotela w którym siedział, a może kilometr dalej, albo jeszcze hen, nie wiadomo gdzie, zapatrzony w pustkę nie znającą odpowiedzi na żadną wątpliwość.
– No dobrze – w końcu dziadek Artur oprzytomniał. – Czy ja muszę szukać wsparcia w Piśmie Świętym, żeby porozmawiać z księdzem? – położył księgę na podłodze między regałem a szafką, na której mieszkał telewizor, i energicznie przeciągnął plecy. – Coś mi się zdaje, że będę raczej potrzebował cywilnej odwagi i cierpliwości, żeby nie dać się wyprowadzić z równowagi. Jedyne, czym powinienem się przejmować, to pozycja Krzysia w szkole. Co z tego wyniknie nie wiadomo, ale ważne jest, że po jutrzejszym spotkaniu sytuacja na pewno ulegnie zmianie. Pytanie, czy na lepsze…
Długo jeszcze Artur Niewiadomy snuł się po swoim karawaningowym, cygańskim domostwie, sięgał po coraz to nowe książki i czytał, aż w końcu usnął z ulubioną powieścią „Mistrz i Małgorzata” na kolanach.
O godzinie ósmej obudziło go głośne krakanie wrony. Dziadek Artur Niewiadomy błyskawicznie doprowadził się do porządku. Wypił kawę, ogolił się, a potem wciągnął na siebie najlepsze ciuchy, jakie znalazł w szafie, będącej głównie jadłodajnią dla moli, bo, prawdę mówiąc, nie miał gdzie w nich bywać. Wyglądał zabawnie, jadąc rowerem w wełnianych spodniach, białej koszuli i marynarce, z powiewającą jak bandera na maszcie żaglowca, jedwabną apaszką okręconą wokół szyi. Do szkoły przyjechał w samą porę.
– Wyglądasz jak pan Kleks – Krzyś roześmiał się ser-decznie na jego widok – chociaż nie masz brody ani wąsów! Ale czupryna całkiem, całkiem… Nie wiedziałem, że taki luzak z ciebie. Rower postaw tutaj – wskazał stojak tuż przy szerokich schodach prowadzących do głównego wejścia. – Na szczęście nic tutaj nie ginie.
Kiedy znaleźli się w przestronnym holu z dużą szatnią dla uczniów rozległ się dzwonek na lekcję.
– Dziadku, to jest właśnie nasz dyrektor – zdążył wy-szeptać Krzyś, widząc sunącego w ich stronę postawnego księdza z rozłożonymi w powitalnym geście ramionami, jakby łączyła ich wielka zażyłość.
– Niezmiernie się cieszę, że mogę w końcu pana po-znać! – o dziwo dyrektor nie użył zwrotu „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, ani „szczęść Boże”, tylko uścisnął jego dłoń i potrząsnął nią kilkakrotnie. – Zapraszam szanownego pana do gabinetu, a ty, dziecko, szoruj do klasy. Tylko bądź grzeczny! – po tych słowach ksiądz dyrektor poprowadził dziadka do siebie, wskazując drogę wyciągniętą przed siebie lewą dłonią. Za białymi, nowoczesnymi drzwiami prowadzącymi do gabinetu, kryło się wnętrze nie z tej epoki. Mimo dużego okna panował tam półmrok z powodu opuszczonych do połowy żaluzji, wziętych w nawias ciężkich, brązowozłotych zasłon wspierających się na połyskującym jak lustro parkiecie. Z lewej strony okna przysłoniętego kurtyną, spoczywało potężne biurko naśladujące gdańskie, muskularne rzeźbieniami meble. Na ścianie, za biurkiem, wielki obraz w przesadnie złoconej ramie, wyglądający na osiemnastowieczne dzieło, przedstawiający zdjęcie Jezusa z krzyża. Naprzeciw biurka skórzana kanapa z owalnym stolikiem przytłoczonym marmurowym, salcesonowatym blatem. Po obu jego stronach ciężkie fotele w takim samym stylu jak kanapa. Za kanapą wisiał barokowy krzyż, a na nim cierpiący Chrystus, prawdziwe arcydzieło niepasujące do gabinetowego przepychu. Ekspresyjnie wygięte ciało, krwawiąca rana miedzy żebrami i przepełniona bólem twarz Jezusa, potęgowały kunszt barokowego dzieła, wstrząsającego i zarazem pięknego.
– Robi wrażenie, prawda? – ksiądz dyrektor usiadł na kanapie, wskazując gościowi fotel po swojej lewej stronie.
– Nie da się ukryć… – Artur Niewiadomy zapatrzył się w wykrzywioną cierpieniem twarz Chrystusa, ale za chwilę przeniósł wzrok na fizjonomię księdza dyrektora, w której trudno było się dopatrzeć artystycznego kunsztu. Zamiast tego malowały się na niej wzmocniony gorejącymi policzkami dostatek i samozadowolenie w przykry sposób kontrastujące z Chrystusowym cierpieniem. – Ale rozumiem, że nie zaprosił mnie pan, żeby podziwiać sztukę baroku – Artur chrząknął i ułożył dłonie na oparciach fotela.
– Proszę zwracać się do mnie per księże dyrektorze – w jego oczach błysnęła złość.
– Teoretycznie ma pan rację, ale w tej chwili nie peł-ni pan posługi ani księdza, ani proboszcza, tylko piastuje urząd dyrektora niepublicznej szkoły z wysokim czesnym, dofinansowywanej z budżetu państwa, a nie kurii ani Episkopatu, więc dla mnie jest pan panem dyrektorem. Ot i wszystko, księże dyrektorze – Artur Niewiadomy uśmiechnął się z nieukrywaną ironią.
– Po tym, co usłyszałem, nie sądzę, żebyśmy mogli zna-leźć płaszczyznę porozumienia – ksiądz nadął czerwieńsze niż jeszcze przed chwilą policzki, wyraźnie przybliżające go do kanonu barokowej rzeźby charakterystyczną pyzowatością i wiśniowym rumieńcem.
– Proszę wybaczyć, ale jestem zwolennikiem umiaru i porządku w każdej dziedzinie. Gdybym złożył wizytę w kościele, jako parafianin, zwracałbym się z należnym instytucji i sprawowanej w niej funkcji: księże proboszczu albo eminencjo, gdybym miał przyjemność z godnością wyższej rangi. Tu jednak jestem w szkole, jak mi się do dzisiaj wydawało, świeckiej, ale nabieram pewności, że, proszę mi teraz wybaczyć frazeologiczne nadużycie, to tylko moje pobożne życzenie – Artur Niewiadomy uśmiechnął się filuternie.
– A jakie znaczenie ma tytulatura, frazeologizmy i inne, za przeproszeniem, figury stylistyczne, w walce o dusze młodych ludzi? Czy Boże natchnienie kierujące takimi sługami Pana, jak ja, jest czymś gorszym od niedouczonego nauczyciela szkoły świeckiej, domagającego się coraz wyższej pensji? A za co, pytam? Za szerzenie zakłamanej, materialistyczno-hedonistycznej wizji świata?! Carpe diem! Chwytaj dzień, żyj chwilą, tylko co potem? Pustka! Nicość! Otchłań bez Boga! Straszne… – ksiądz dyrektor teatralnym gestem ukrył twarz w dłoniach, ale nie zdobył się na łkanie, tylko po chwili podniósł głowę i kontynuował. – A przecież jedynym źródłem, z którego czerpiemy wszelką wiedzę warunkującą godne życie, jest Biblia, bowiem zawiera prawdę i tylko prawdę! Spisane są w niej czyny i słowa Boże przeznaczone dla każdego z nas, tak jak były skierowane do naszych dalekich przodków w wierze. I nie ma co dalej dyskutować, wystarczy otworzyć serce.
– Otóż to! Nie dyskutować… A mój wnuk zamę-cza rodziców pytaniami, na które nie znajduje w szkole odpowiedzi.
– A nie przyszło panu do głowy, że może zadawać złe pytania, z gruntu fałszywe? I po co na nie odpowiadać, lawirować, skoro najprościej i najuczciwiej jest zawierzyć boskiemu ładowi bez aroganckich pytań?
– Chce pan powiedzieć, że problem ciążenia, kulistość Ziemi i podobne zagadnienia, to arogancja? Tak?
– Jest coś ważniejszego niż pańskie, za przeprosze-niem, pogańskie zarzuty. Niestety, nie może pan znać, bo skąd, z czym święty Paweł zwrócił się do Kolosan w bardzo ważnym liście. Otóż pisał, że Bóg jest tym, który uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa światłości, królestwa swego Syna, w którym zapewnione mamy odkupienie. Chrystus bowiem dzierży prymat w porządku stworzenia i w porządku zbawienia. Właściwie nie wiem, po co to mówię do człowieka tak owładniętego ciemnością.
– No to ja, ciemny człowiek, powiem panu, jasny człowieku, o czym w swojej teologii mówi z kolei Jan – ksiądz dyrektor wyprostował plecy i wbił wzrok w Artura Niewiadomego, nie spodziewając się po nim takiej riposty, a on kontynuował. – Jan mówi, że świat Boga cechuje się podziałem na światłość i ciemność, życie i śmierć. Ale jest aż nadto oczywiste, iż ten dualizm nie ma nic wspólnego z filozoficznym badaniem dobra i zła i jest częścią historii zbawienia. Wszystko dotyczy wnętrza człowieka, jego poszukiwań prawdy i światła, polegających w gruncie rzeczy na bezustannym wielbieniu Tego, który objawił się słowem i czynem, prawdami nie podlegającymi dyskusji. Kosmos i świat zewnętrzny, w którym żyjemy, nie mają znaczenia, Panu waszemu nie chodzi o wiedzę, tylko o wiarę. A mnie niekoniecznie.
– Że też Bóg nosi takie indywidua po ziemi! Takich jak pan powinno się ekskomunikować, a najlepiej palić na stosach, żeby już nigdy w takich łbach nie zrodziła się żadna podobna myśl! Zgroza!
– Proszę skończyć z tymi bredniami! Nie stoję przed świętym oficjum, pan nie jest Mikołajem z Łęczycy, a ja nie jestem heretykiem, tylko dziadkiem wrażliwego ucznia, który buntuje się przeciw nacjonalistyczno-religijnej hucpie! To jest szkoła podstawowa, a nie kuźnia młodocianych inkwizytorów mających w przyszłości zasilić ultraprawicowy elektorat! I to ma się podobać Bogu? Tylko chory z nienawiści może tak myśleć. A podobno ten pański Bóg dał człowiekowi wolną wolę. A skoro tak, musiał wcześniej podarować mózg, żeby z czasem zagnieździł się w nim rozum. Ale to już nie po pańskiej myśli. Pan jest zwykłym…
– Dosyć, prostaku! – ryknął ksiądz dyrektor. – Za-mknij tę grzeszną gębę i opuść to miejsce, pókim dobry! I żebym tu więcej nie widział ani pana, ani tego pańskiego pokurcza, gówniarza z piekła rodem! Przeklinam was! Won! – ksiądz zerwał się z kanapy, wskazując roztrzęsioną ręką drzwi.
– O, mój drogi księże, trzeba uważać na słowa – Artur Niewiadomy zmienił nagle ton i zwrócił się do dyrektora w sposób, jakiego wcześniej ten się domagał. – Kara za tak ciężkie słowa skierowane przeciw bliźniemu, są skierowane przeciw Bogu i będą przez Niego srogo ukarane, akurat o to jestem spokojny – uśmiechnął się zjadliwie. – Pismo Święte pełne jest opisów gniewu Jego. Polecam księdzu tę lekturę przed snem, bo coś czuję, że waćpan raczej nic nie czyta, tylko ogląda telewizję, prawda? – i nie czekając nowego wybuchu złości, opuścił pokój księdza dyrektora. Zamykając za sobą drzwi, usłyszał na pożegnanie siarczyste przekleństwo.
Krzyś czekał na finał rozmowy przy stojaku na rowery. Widząc dziadka w otwierających się drzwiach szkoły, podbiegł do schodów.
– No i jak było? Opowiadaj!
– Ciekaw jestem, czego się spodziewałeś po audiencji u czarnej ekscelencji – uśmiechnął się smutno i położył dłoń na ramieniu wnuka. – To jest człowiek opętany wizją świata, który praktycznie nie ma dużo wspólnego z nauką Chrystusa. Jeśli jest w nim coś katolickiego, to obłęd charakterystyczny dla czasów inkwizycji. On wierzy i żyje nadzieją na powrót minionych czasów, mariażu tronu i kadzidła. To nieprawdopodobne, ale waszemu dyrektorowi nauka i jej współczesne osiągnięcia nie są do niczego potrzebne, wręcz przeszkadzają. Jego świat jest rzeczywiście płaski, wsparty na czterech żółwiach, a z nieboskłonu spogląda na to swoje gospodarstwo Bóg, kierujący wszystkim Pan i Władca, wysługujący się, miedzy innymi, waszym księdzem. To znaczy tak to postrzega i tak traktuje swoją obłędną misję ten apostoł oświaty.
– A co ze mną?
– Otóż, mój drogi, nasz sługa boży powiedział, że nie chce nas nigdy więcej widzieć.
– Super! – Krzyś triumfował, nie zastanawiając się, jakie konsekwencje mogą spotkać jego i dziadka. Natomiast ksiądz dyrektor dalej będzie mógł spokojnie paść swoje owieczki, nie obawiając się żadnych przykrych konsekwencji. Nie ma w okolicy odważnych, poza Arturem Niewiadomym, żeby przeciwstawić się księdzu, a poza tym nikt nie jest zainteresowany szkolnymi utarczkami. Ksiądz to ksiądz, święty człowiek, i nie ma co się czepiać drobiazgów.


***
Ksiądz dyrektor długo nie mógł się uspokoić po wyjściu Artura Niewiadomego. Krążył po gabinecie, ciężko sapiąc, a nawet otworzył okno na oścież, mimo że z natury był istotą ciepłolubną. Odczuwał na tyle wyraźny brak powietrza, że w końcu wsparł dłonie na parapecie i przez dobrą minutę głęboko oddychał. Kiedy już księże ciało i zamieszkująca je dusza jako tako uporały się ze stresem, jaki zafundował im ten obrzydliwy heretyk pozbawiony szacunku i czci należnej świętym osobom, przyszła kolej na bardziej radykalny sposób przywracania równowagi duchowej. Ksiądz otworzył drzwi ciemnej, zdobionej podobnie jak gdańskie biurko biblioteczki i sięgnął do barku ukrytego za grzbietami udającymi opasłe tomy uczonych pism.
– Tylko to może mi pomóc – mruknął, napełnił kryształową koniakówkę złocistym Hennessy i na powrót usiadł na kanapie. Złość na bezczelnego aroganta minęła już po pierwszym łyku, a mimo to dawny spokój nie wracał. Ksiądz dyrektor Bernard Farny ciągle słyszał dźwięczące mu w uszach słowa: „Coś czuję, że waćpan raczej nic nie czyta” Nawet Hennessy nie zdołał utopić szyderczych słów: „nic nie czyta”.
Prowadzenie szkoły, zarabianie pieniędzy i plany rozbudowy jej w gigantyczne, tajemnicze centrum nie tylko edukacji, pochłaniały księdza bez reszty, a sutanna i wystrój gabinetu były już tylko dalekim echem czasów prawdziwej posługi. Dzisiaj polityka stała się jego głównym zajęciem, choć wmawiał sobie, że posłannictwem jest kształtowanie dziecięcych charakterów. Im dłużej rozmyślał nad rozmową z Arturem Niewiadomym, tym większy ogarniał go niepokój i rodząca się na nowo złość, nie pozwalające mu usiedzieć w spokoju na kanapie. Co chwilę wstawał, spacerował po gabinecie od ściany do ściany, chrząkał i mruczał coś w głębokim zamyśleniu. W efekcie wypił jeszcze dwie koniakówki Hennessy, po czym odwiedził po kolei wszystkie klasy, zalecając na zakończenie lekcji gorącą modlitwę w intencji Krzysia i jego dziadka, zmanierowanego grzesznika, który, jak się okazało, znał Biblię, Boże jedyny, wybacz, lepiej niż on, ksiądz i nauczyciel. Nie może tego tak zostawić i nie zostawi! To nic innego jak diabelska sprawka, piekielna prowokacja! To przypadek najwyższej rangi! Nikt w jego dzielnicy nie będzie nosicielem zatrutej mądrości, bez względu na to, jakie jest jej źródło. Nikt…
***
Krzyś i jego dziadek w milczeniu prowadzili rowery. Widać było, że dzisiejsze wydarzenia pozostawiły w ich umysłach głęboki ślad. W pewnym momencie Krzyś zatrzymał się i zapytał z chmurną miną:
– I co teraz? – minęła jego chwilowa radość wywołana wizją życia bez szkoły i z każdym krokiem wzmagał się niepokój. Nikt, kogo zna, nie znalazł się w podobnej sytuacji. Wielu znajomych ma już za sobą, inni jeszcze przed sobą obowiązek ukończenia szkoły choćby podstawowej, jednak znakomita większość dąży do zdania matury, bo bez niej rysuje się kiepska przyszłość. Co w takim razie będzie z nim?
– Co dalej? Hm… – dziadek przez chwilę milczał. – Na pewno coś wymyślimy. Nie ma sytuacji bez wyjścia. Jedno jest pewne: nie pozwolę, żeby ten zbój w sutannie wykoślawiał wasze dusze! Nie będzie wpajał w was nienawiści do każdej niemiłej mu odmienności. Tak być nie może!
– Dziadku, ale nasz dyrektor to podobno jakiś gigant, wielka figura!, mega postać, ważniejszy niż na to wygląda. No i przede wszystkim ksiądz. Będziesz walczył z Kościołem?! – Krzyś przeraził się własnymi słowami.
– Spokojnie, mój drogi, nie mam zamiaru walczyć z Kościołem. Ani z pisanym z małej, ani z dużej litery.
– Nie rozumiem, o czym mówisz.
– Mój drogi, ty z takiej szkoły nie wiesz, o czym mó-wię? Kościół jako budowla pisze się z małej litery, natomiast ten, o którym myślę, czyli wspólnota ludzi jednego wyznania, to właśnie Kościół zasługujący na pisownię z dużej litery, i nikt nie powinien rościć sobie do niego prawa na wyłączność. Tymczasem księża, od wikarego po papieża, traktują tę skądinąd zacną instytucję jak korporację, hierarchicznego kolosa z usadzonym na jego szczycie Bogiem, nie mającym o tym fakcie zielonego pojęcia. Przecież to najzwyklejsza piramida emocjonalna wyciskająca z maluczkich doczesne dobra bez najmniejszej szansy na duchowe ani żadne inne procenty, nie tylko jutro, ale nigdy. Nigdy! Jedyny prawdziwy Kościół, według Biblii, to Ciało Chrystusa, o który ci urzędnicy spod znaku krzyża powinni dbać, a jego powagę chronić swoim życiem duchowym i fizycznym bez względu na własne koszty. Pamiętaj, Krzysiu, że nie mam zamiaru walczyć z tak rozumianym Kościołem, tylko z rozbisurmanionym, bezczelnym księdzem i jemu podobnymi, którzy nie mają pojęcia, co jest ich prawdziwą powinnością wobec tej zacnej instytucji, której podobno poświęcają życie. Gdyby piekło istniało, wasz dyrektor byłby jego wiecznym rezydentem. Amen! – dziadek Artur aż się zasapał. – A teraz wracaj do domu, tylko ani słowa rodzicom o tym, co się nam ostatnio przydarzyło i o czym rozmawialiśmy. Mimo wszystko staraj się myśleć pozytywnie, a jutro, zamiast do szkoły, przyjdź do mnie – Dziadek przytulił Krzysia na pożegnanie.
Po rozstaniu z wnukiem Artur Niewiadomy wprowadził rower na podwórko, ale nie wszedł do swojej warowni, tylko ruszył niespiesznie w stronę Stumilowego Lasu. Zapragnął towarzystwa ciszy zamieszkującej pośród starych sosen, świerków, dębów i wielu innych wiekowych drzew. To miejsce jeszcze nigdy go nie zawiodło. Usiadł pomiędzy wystającymi z poszycia korzeniami, wsparł na nich ramiona jak na oparciach starego fotela, oparł plecy o wiekowy pień i przymknął powieki. Będzie siedział tak długo, dopóki nie usłyszy uspokajających szeptów Stumilowego Lasu. Nawet nie próbuje nazwać cudownych właściwości tego miejsca, wystarczy, że czuje jego moc równą niemalże boskiej omnipotencji, bo jak inaczej nazwać pojawienie się dzielnego wojaka Szwejka podczas ostatniej wizyty w lesie? Co za szczęście, że świadkiem był Krzyś, inaczej nie dałby wiary własnym zmysłom, a tak…
– Niczego nie musisz się obawiać – usłyszał delikatny jak szelest listków szept. – Nawet gdybyś nie przyprowadził wnuka, w końcu musiałbyś uwierzyć.
– Ale czemu to ma służyć i dlaczego akurat ja wziąłem udział w zdarzeniu, którego nie jestem w stanie pojąć? – Artur Niewiadomy zdał sobie nagle sprawę, że siedzi sam naprzeciwko siebie, jakby patrzył w lustro. – Przecież to niemożliwe! – krzyknął wzburzony, jednak nie usłyszał własnego głosu, tylko poczuł narastające przerażenie. – Ale jakim cudem?!
– To nie ma nic wspólnego z cudem – odpowiedział dziadek Artur sam sobie – Chociaż, przyznaję, trudno w to uwierzyć.
– No właśnie, a jeszcze trudniej pojąć, dlaczego roz-mawiam z samym sobą. To już nie pachnie cudem, tylko raczej potężnym defektem mózgu!
– Otóż uwierz, wszystko jest w należytym porząd-ku, mimo wrażenia ogarniającego cię szaleństwa. Jesteś człowiekiem, ale w tym przypadku lepiej zabrzmi: istotą niesłychanie wrażliwą, dzięki czemu możesz doświadczać stanów ducha i umysłu, jakich inni nie są w stanie nawet sobie wyobrazić, żeby nie wiem jak torturowali upośledzoną, niewykształconą sferę duchowości, nie wyduszą z niej nic, co by rozjaśniało ich ponury świat schematów.
A tobie się udaje. Rozumiesz?
– Staram się, ale mimo to… – Artur Niewiadomy po-łożył dłoń na czole, jakby sprawdzał, czy nie ma gorączki. – Jestem świadkiem i uczestnikiem wydarzeń bardziej pasujących do poetyki Starego i Nowego Testamentu, niż banalnej, prymitywnej codzienności.
– Otóż to, mój drogi. Dzieje się tak dzięki transakcji wiązanej, ponieważ ty wybrałeś nas wszystkich tu obecnych, chociaż nie zawsze widocznych, a my, Stumilowy Las, wybraliśmy ciebie na członka magicznej społeczności, której stałeś się właśnie częścią. Jesteśmy tobą, a ty nami. Od tej chwili żyjesz na tym świecie nie tylko w swoim, ale także w naszym imieniu, tak jak i my to czynimy w stosunku do ciebie.
– Ale czym sobie zasłużyłem?
– Zadziwiłeś nas już swoją pierwszą wizytą, kiedy przy-szedłeś z leżakiem pod pachą i elementarzem dzieciństwa: „Kubusiem Puchatkiem”, a potem długo czytałeś na głos, aż zmorzył cię sen. To była pierwsza książka, którą pozostawiłeś zakopaną w naszej ziemi. Podzieliłeś się z nami swoimi lękami, ale także nadzieją, no i przede wszystkim zaufałeś nam. Przecież mogłeś Puchatka sprzedać, wyrzucić, oddać, albo zostawić pomiędzy innymi, zapomnianymi książkami, do czasu, kiedy po twojej śmierci przyjdzie ktoś, kto wyrzuci wszystko, co po tobie zostanie.
– Pamiętam, pamiętam… – Artur Niewiadomy westchnął.
– To dobrze, a twoja wizyta z tą akurat książką była jedynie odłożoną w czasie konsekwencją nazwania przez ciebie tego miejsca Stumilowym Lasem. Być może nie czujesz tego, ale żyje w tobie wrażliwiec, który przetrwał kataklizm doroślenia, socjalizacji w świecie zdradliwych ideologii, braku niekwestionowanych przez nikogo wzorców etycznych i moralnych, gdzie wszystko odbywa się bez świadomych, pogłębionych wyborów, co w konsekwencji powoduje marnotrawienie czasu i energii na działania gwarantujące przede wszystkim diabelnie skuteczne wyniszczanie samego siebie. Tak to jest…
Artur milczał próbując uporządkować to, co właśnie usłyszał, ale nie bardzo mu się to udawało. Nie docierało do niego, że został włączony i stał się częścią… No właśnie, częścią czego. I co teraz będzie? – zadawał sobie pytanie spod zmarszczonych brwi. Szukał we wspomnieniach zdarzenia, które choć w przybliżeniu byłoby porównywalne z tym, co go spotkało, ale mimo wytężania pamięci aż do bólu nie przypomniał sobie żadnych porównywalnych zdarzeń. Nie zaświtała mu ani jedna myśl będąca choćby dalekim skojarzeniem czegoś, czego mógł kiedyś doświadczyć, może w dzieciństwie, albo…
– Nie, przepraszam – Artur głęboko odetchnął i zro-bił nieszczęśliwą minę – nic z tego nie rozumiem. Proszę, wybacz mi, kimkolwiek jesteś, ale mam poważny kłopot ze znalezieniem kategorii dla zdarzenia, z którym właśnie mam do czynienia. To okropne uczucie! Gdybyś mógł poczuć co wyrabia w tej chwili moje serce… Po prostu słabo mi. Boję się, że mogę nie wytrzymać tego napięcia.
– Nic nie mów. Doskonale czujemy bicie twojego ser-ca i nawet nie dziwimy się szalonemu rytmowi. Ale nie martw się, to za chwilę minie. Natomiast problem szkoły twojego wnuka i ludzi pokroju księdza dyrektora sam się nie rozwiąże. Tylko ty możesz coś w tej sprawie uczynić.
– Ale jak?!
– Wszystko w swoim czasie. W tej chwili najważniej-sze jest to, żebyś odzyskał równowagę ducha i przyzwyczaił się do myśli, że możesz przy naszej pomocy czynić prawdziwe cuda. Masz jeszcze jakieś wątpliwości? Pytaj…
Artur Niewiadomy zmarszczył brwi i wbił wzrok w czubki butów, jakby dostrzegł w nich coś niezmiernie interesującego, a po chwili podniósł głowę i uczepił się spojrzeniem szczytów monumentalnych choin.
– Czym Stumilowy Las różni się od innych, całkiem podobnych miejsc, że dzieją się w nim tak nieprawdopodobne historie, jak pojawienie się dzielnego wojaka Szwejka w towarzystwie pani Müllerowej?
– Proste pytanie – cichutko westchnął las – jak to za-zwyczaj jest z większością pytań, jednak próba najbardziej nawet wyczerpującej odpowiedzi nigdy nie obejmie ani nie wyjaśni całości zjawiska. Na pewno jest w nim podobieństwo do ewolucji od czasów „prabulionu”, w którym pierwotne białka łączyły się w prymitywne twory przypominające dzisiejsze wirusy i bakterie, aż do czasów przeistoczenia się ich w kręgowce. Jednym słowem: szmat czasu. W naszym przypadku ewolucja oznacza nieustający rozwój sfery duchowej, inteligencji świata istot zielonych i pośrednich, a także nieznanych wam form egzystencji nieorganicznej, które łączy wspólny, szeroko pojęty obszar fizyki, chemii i rozwijającej się przestrzeni aktywnych metaneuronów tworzących dla wymienionych form jedno środowisko współodczuwania, podejmowania decyzji i konkretnych działań. Oczywiście z zastrzeżeniem, że nie wszystko można wytłumaczyć i określić dzisiejszym językiem ludzkich znaczeń. Musisz się z tym pogodzić. Jednak najistotniejsze są możliwości fenomenów Stumilowego Lasu, z których będziesz mógł korzystać. Tak postanowiło gremium.
– Chciałbym uwierzyć w to, co usłyszałem, ale coś się we mnie buntuje. Przecież to brzmi jak jakaś piramidalna fikcja! Rzecz pozbawiona sensu, urągająca zdrowemu rozsądkowi! – Artur Niewiadomy coraz energiczniej kręcił głową.
– Jak, w takim razie, nazwać twoje postępki? Czyta-nie drzewom literatury nie mieści się w standardach zachowań przeciętnego człowieka, a już zakopywanie przeczytanych książek kwalifikuje się praktycznie do leczenia psychiatrycznego. I co ty na to? Jak widzisz, nie wszystko, co się wokół nas dzieje, da się zmierzyć i zważyć akademickimi metodami. Ale dla nas twoje zachowanie, grzebanie książek, jest absolutnie naturalne, a więc normalne. Mimo że nie zdajesz sobie sprawy, dlaczego tak postępujesz, chwała ci za to! Musisz wiedzieć, że podczas czytania twój mechanizm emocji w kolaboracji z kilkoma jeszcze innymi, zachodzącymi w tobie procesami, wzbudza reakcję podobną do programowania waszych komputerów. W ten sposób robisz nam wspaniałe prezenty, dzięki temu możemy posunąć się jeszcze dalej i wizualizować w postaci biohologramu opisywane wydarzenia, ale przede wszystkim opisywane postacie, dlatego spotkałeś tu Szwejka z panią Müllerową. Czy teraz jaśniej masz w głowie? – Artur przytaknął. – No, to świetnie. A teraz wracaj do domu i odpoczywaj, zbieraj siły, bo przyszłość, jak to przyszłość, niejednokrotnie nas jeszcze zaskoczy – delikatny szum wiatru układający się w słowa i zdania ucichł, a w Stumilowym Lesie na powrót zapadła absolutna cisza.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj