Od zmierzchu do świtu. Rozdział III: „Srogi”

0

Powolne były, chociaż krótkie dni zimy 1940 roku. Słońce rodziło się w krwawym wysiłku zórz: ociężałe, ogromne, ledwo zdołało wydźwignąć się nieco nad horyzont, a już je bezwład zimowy ściągał w otchłań  zachodu. Ziemia, nienasycona skąpymi barwami dnia, skuta lodem, zasypana śniegiem, martwiała pod opończą gwiazd, bezsilna przeciw dłużyźnie czarno-białych nocy. Jedynie przy piecach kuchennych panował gwar i ruch. Bo też gdzie tylko ludzie pracowali i krzątali się, rozpalano ogień w piecach, by bronił ich przeciwko chwytom bezwzględnego mrozu. Kiedy było czym palić i komu palić. Wypełnione domownikami mieszkania prawdziwie  dawały ciepło w dzień, a czerwieniły się podczas długich wieczorów od języków płomieni i żaru bierwion rozpalonych w piecach.

    Luty 1940 roku. W godzinach popołudniowych na niekończącym się błękicie nieba słońce jak wielka  pomarańcza zaczynało się  skłaniać ku zachodowi, nastąpił zmierzch i  nagle zapadła noc. Okoliczne pola i drogi pokryte wielkim białym kocem puszystego śniegu, na nim niebieskie fałdy. W obszernym i zdawać by się mogło całkowicie uśpionym domu z białego piaskowca, w jednym z okien pokoju od strony podwórka płonęło światełko, rzucając nikły odblask na studnię, nad którą chylił się, niby fantastyczne ramię olbrzymiego lotnego gada, ledwo zarysowany wałek studzienny z korbą i nawiniętym na niego łańcuchem.

W pokoju paliła się woskowa świeca, oświetlając jedynie środkową część konsoli dużego biurka i masywną sylwetkę majora Wacława Ćmakowskiego pseudonim „Srogi”, komendanta Związku Walki Zbrojnej Obwodu Busko „Borsuk”.

Na zazwyczaj pogodnej i otwartej twarzy „Srogiego” odbijała się wyraźna troska, a jego z natury wesołe, jasnobłękitne oczy jakby pociemniały.  „Srogi” po kilkakroć czytał leżącą przed nim na biurku tajną instrukcje o powołaniu i strukturze ZWZ, podpisaną przez Komendanta Głównego generała Kazimierza Sosnkowskiego. W instrukcji wzywa się „wszystkich obywateli szczerze kochających Ojczyznę, do jednolitego działania ku wywalczeniu w odpowiedniej chwili niepodległości narodowej”.

W instrukcji, podkreślano ogólnonarodowy, ponadpartyjny i ponadstanowy charakter organizacji. Została też sprecyzowana po raz pierwszy koncepcja przygotowania powstania zbrojnego na tyłach armii okupacyjnych, które nastąpi z chwilą wkroczenia regularnych wojsk polskich do kraju. Twórcy koncepcji nie przewidzieli, że jako pierwsze wkroczą do okupowanej Polski wojska sowieckie.

„Srogi” uśmiechnął się smutno, cóż nastały dla Polski trudne  dni, tygodnie, a może i miesiące. Szeroką pierś komendanta poruszyło westchnienie, a ramiona pochyliły się do przodu. Podszedł do okna i patrzył w ciemność, jakby tam spodziewał się znaleźć odpowiedź na trapiące go wątpliwości.

Takie wątpliwości dręczyły w tym czasie również innych dowódców podziemia. Dla nich również celem była niepodległość, ale przy sprzyjających okolicznościach zewnętrznych, a nie przez powstanie, które teraz miałoby nikłe szanse powodzenia i byłoby zmarnowaniem całego obecnego dorobku, uzyskanego w wyniku pokojowej pracy. 

Zanim „Srogi” miał czas,  żeby to wszystko przetrawić – myśli jego zaprzątała, krążąca legenda, która zelektryzowała społeczeństwo. Otóż major kawalerii Henryk Dobrzański, niczym sławny zagończyk, na czele pierwszego polskiego oddziału partyzanckiego, w pełnym umundurowaniu wojskowym działał na Kielecczyźnie. W czasie przegrupowania Oddziału z północnego Mazowsza do Puszczy Jodłowej oddział zatrzymał się na odpoczynek w pobliżu wsi Wola Chodkowska na obrzeżach Puszczy Kozienickiej. Do siedziby Hubala przybiegł wiejski chłopiec z  wiadomością, że 3 km od zgrupowania oddziału ugrzęzła na polnej piaszczystej drodze kolumna samochodów niemieckich. Hubal postanowił skorzystać z okazji i zaatakować, wykorzystując element zaskoczenia. Wydał rozkaz oskrzydlenia wroga i wyjścia na jego tyły, sam zaś postanowił poprowadzić główny atak.

Było październikowe popołudnie. Ciepłe jeszcze niby sierpniowe. Major Dobrzański lekko wskoczył na siodło. Obrócił swoją piękną szpakowatą klacz, puścił z miejsca galopem, za nim zatoczywszy półkole ruszył Oddział. Za wsią wjechali w las. Z lewej strony jak okiem sięgnąć las płonął, ale nie widać było ognia, tylko szarobury swąd spalenizny snuł się poziomymi warstwami i rozmazywał liszajowato na bladym błękicie. Wyjechali z lasu. Przed nimi, aż po horyzont, ziemia wydymała się w nagie i nudne wzgórze. Powietrze falowało tu migotliwie i drobno jak wstążka płynnego szkła. Teren był dość łatwy. Posuwając szwadron skokami rotmistrz dostrzegł w pewnej odległości  utkniętą w głębokim piasku kolumnę niemieckich samochodów.

Bagnet na broń! Naprzód! – Ruszyli! Z karabinami i pistoletami w rękach, z okrzykiem hurra ruszono na Niemców. Wzniósł się kurz. Oddział w pędzie rozwijał się w ławę. Utonęli w kurzu, który wiatr pędził Niemcom w twarze. Niemieckie działko rozdzierająco huknęło seriami, siekło po  łące, po rżysku. W odpowiedzi zaczęły trzaskać karabiny  hubalczyków, wszystko zaciągnęło się kłębami kurzu i białego dymu. Konie rwały jak opętane, rozpoczęła się bezładna strzelanina z obu stron. Major rwał pierwszy i walczył jak prosty żołnierz. Atak całkowicie zaskoczył Niemców, którzy chowali się pod samochodami. Gdy dym się rozproszył, ujrzano na piaszczystej drodze kolumnę  samochodów niemieckich i kilkunastu zabitych niemieckich żołnierzy.  Po krótkiej bitwie cześć żołnierzy wroga poddała się, których major, będąc pod wpływem świeżo nabytej wiedzy, o okrutnym sposobie prowadzenia wojny przez nieprzyjaciela, rozkazał zlikwidować, zaś samochody spalić. Ze strony niemieckiej poległo 20 żołnierzy i tylko jednemu udało się uciec, a po stronie polskiej zginęło dwóch ułanów, jeden zaś został ranny.

Oddział po odpoczynku ruszył dalej. Przemieszczał się pomiędzy wsiami, które sprzyjały polskim żołnierzom. Ze względu na małą liczebność starano się nie prowokować nieprzyjaciela i podejmować wyłącznie działania o charakterze samoobrony. Miejscowa ludność generalnie przyjaźnie i z życzliwością odnosiła się do polskich żołnierzy, zwłaszcza że mjr H. Dobrzański płacił za otrzymywaną żywność. Major „Hubal” często kwaterował w leśniczówkach, w których mógł liczyć na pomoc ze strony leśników. Takie działania i zachowanie ludności podnosiło na duchu i dawało nadzieje.

„Srogi” wstał zza biurka, otrząsnął się z rozmyślań, wrócił do rzeczywistości – jego barczysta postać rzucała długie cienie  na ściany zamieszkałej kwatery. Spacerował po pokoju, zatrzymywał się i znów maszerował. Wpadł w stan wewnętrznego rozdarcia. Prowadząc wewnętrzny dialog zmagał się ze sobą: „Boże mój, Boże mój, czy to już koniec Polski? Co się z nami stanie? – Czy znów czeka nas niewola? – mówił do siebie nieswoim głosem, patrząc zakłopotanym wzrokiem po ścianach pokoju. – Nie lepiej byłoby zginąć w walce?!”

„Uspokój się! – usłyszał drugi głos. Może i masz rację, że lepiej było paść w bitwie. Ale przecież nie składamy broni i nie poddajemy się. Będziemy walczyć dalej o Polskę, do ostatniego żołnierza, do ostatniej kropli krwi. Nie pozostawimy Polaków bezbronnych. Po to tu zostałeś powołany. Organizuj walkę, nie miej wątpliwości – wygramy. Musimy wygrać! A teraz odpocznij i nabieraj siły – perswadował mu głos rozsądku i nadziei.”

Ale działanie najeźdźcy na terenach okupowanych powiało grozą. Hitler mianował Hansa Franka na Generalnego Gubernatora, który nad Wisłą budził w jednakowym stopniu strach jak i pogardę. Zimny oddech śmierci poczuli Polacy. Zaczęły się więc prześladowania Polaków na nieznaną dotąd skalę. Mnożyły się wyroki śmierci, kontrybucje i kontyngenty, wywózki na przymusowe roboty do Niemiec. Dokładna organizacja oddziałów policji niemieckiej w GG pozwoliła na wprowadzenie masowego aparatu terroru i zastraszania ludności na okupowanych terenach. W konsekwencji niemiecka jurysdykcja szafowała wyrokami śmierci dowolnie, a nierzadko Polaków i osoby innych narodowości zabijano doraźnie, bez wyroku i prawa do obrony. Okupacja niemiecka na terenach ziem polskich była nieprzerwanym pasmem udręk i cierpień dla ludności zarówno pochodzenia polskiego, jak i Żydów. Masowe rozstrzeliwania dotknęły przede wszystkim przedstawicieli inteligencji polskiej.

„Srogi” usiadł na wiklinowym fotelu, założył nogę na nogę. Smutek, który chwilowo zagościł na jego twarzy, powoli ustępował. Sięgnął po srebrną papierośnicę, którą dostał od samego marszałka Polski Edwarda Rydza – Śmigłego. Otworzył wieczko. Przez dłuższy czas wpatrywał się w jego wewnętrzną stronę, na której wygrawerowane były: odznaka pułkowa i imiona drogich mu osób: Stanisławy, Krystyny i Barbary, w kolejności: żony i córek.

W wyobraźni ujrzał żonę krzątającą się po domu, Krysię wspinającą mu się na kolana i najmłodszą kruszynę Basię, kwilącą w małym łóżeczku.

Wtem przez ciało jakby pełzała jakaś niemoc. Wstał, wszedł do sieni, pchnął drzwi wyszedł na podwórko, oparł się o słupek bramy wjazdowej. Wysoko, w trzech ogromnych tęczowych kołach, zwisał lodowaty księżyc. Powietrze pełne mroźnych migocących igieł… Śnieg – na ziemi, na drzewach, krzewach i na dachach. Oddech stał się krótszy. Coś zbliżało się do niego z niepojętą szybkością… Ach, żeby  teraz znaleźć się w swoim zacisznym mieszkaniu, w otoczeniu najbliższych. Rżnący ból chwycił za serce… A po policzku, tego żołnierza – dowódcy, popłynęła duża przezroczysta łza… A śnieg sypał w oczy migocącą kurzawą i  świt już jaśniał w dali szarawą zorzą. Zmarzły ręce, zmarzła twarz i nogi. Wrócił do swojego pokoju, światło świec, drgające, wydawało się szare jak popiół. Pierś zafalowała, wydała jęk. „Srogi” padł na łóżko i zasnął kamiennym snem.

Poprzedni artykułSzepty i krzyki Stumilowego Lasu – cz. III
Następny artykułPani Profesor Zofia Książek – Zosia
Jan Chruśliński, ur. 11.03.1937 r. w Busku-Zdroju, mieszka w Warszawie. Członek Związku Literatów Polskich. Laureat trzech nagród literackich. Człowiek o ciekawym życiorysie. Kolarz w kadrze Polski LZS. Startował w wielu prestiżowych wyścigach w kraju i zagranicą. Jako już dorosły, ale młody chłopiec śpiewał i tańczył na scenie w Uzdrowiskowym Artystycznym Zespole Pieśni i Tańca w Busku–Zdroju. Po ukończeniu w 1956 roku Technikum Drogowego w Szczecinie, otrzymał nakaz pracy do Powiatowej Rady Narodowej w Łobzie. Absolwent Oficerskiej Szkoły Inżynieryjnej im gen. Jakuba Jasińskiego we Wrocławiu. Ukończył studia historyczne w Warszawie, zwieńczone pracą magisterską na temat: Emigracja sezonowa z województwa kieleckiego do Niemiec w latach 1926-1931. Pułkownik Wojska Polskiego. Służbę wojskową pełnił na różnych stanowiskach w 12 pułku drogowo-eksploatacyjnym w Modlinie Twierdzy, później w Głównym Kwatermistrzostwie WP i Centrum Szkolenia Obrony Cywilnej w Warszawie. 31 maja 1996 roku, po czterdziestu latach służby, przeszedł w stan spoczynku. W tym samym roku rozpoczyął pracę w ARiMR w Warszawie. W 2009 roku, po 54 latach służby i pracy, mając 72 lata, odszedł ostatecznie na emeryturę. Jest działaczem Warszawskiego Klubu Przyjaciół Ziemi Kieleckiej w Warszawie. Publikuje w piśmie Świętokrzyskie – Środowisko – Dziedzictwo kulturowe – Edukacja regionalna, Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim oraz w Buskim Kwartalniku Edukacyjnym. Autor książek; Rozstania i powroty (2009), Tak było... wspomnienia oficera wojsk drogowych (2010) – Książka otrzymała nagrodę Szefa Transportu i Ruchu Wojsk MON (2016), Życie wpisane w historię (2012), Starość zaczęła się wczoraj...(2013) – Książka uhonorowana nagrodą główną w dziedzinie literatury na I Polskim Festiwalu Sztuki „ORZEŁ 2016”, Miłość i wojna, nagrodzona nagrodą literacką im. Stefana Żeromskiego (2014) i Z Chrobrza na wojenną tułaczkę (2016).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj