Szantaż emocjonalny – czym jest i jak go rozpoznać

0
Autor fotografii Grzegorz Przyborek

Punktem wyjścia do poniższych rozważań, a także zachętą do pogłębienia i rozszerzenia wiedzy na temat szantażu emocjonalnego stała się dla mnie lektura wywiadu Marianny Fijewskiej z 46-letnią wychowanką pewnej rodziny zastępczej, zamieszczonego 23 lipca br. Autorka – jako redaktor – współpracuje z Wirtualną Polską w zespole Social Media od początku 2017 r. i zajmuje się tematami społecznymi. Do samego wywiadu pragnę powrócić w dalszej części artykułu.

Drugim ważnym źródłem informacji stał się wywiad w Eks Magazynie, który przeprowadziła Joanna Jałowiec z Piotrem Mosakiem – psychologiem, specjalistą terapii związków z Centrum Psychoterapii Psycholog.com.pl. W wywiadzie dzieli się z redaktor naczelną swoją wiedzą teoretyczną, i, co ważne, swoim ogromnym doświadczeniem w pracy psychoterapeuty z ofiarami szantażu emocjonalnego.

Z szantażem emocjonalnym spotykamy się w swoim życiu, rodzinie, w małżeństwach, pomiędzy bliskimi przyjaciółmi. Może on także występować wśród partnerów życiowych; jest też czasem praktykowany przez dzieci. Często nie zdajemy sobie nawet sprawy, że ulegamy takiemu manipulowaniu – emocjonalnemu szantażowi. Ów szantaż występuje najczęściej w stosunkach rodzinnych, właśnie ze względu na bliskie relacje. Emocjonalny szantaż polega głównie na wpędzaniu kogoś w poczucie winy, aby uzyskać swoje cele. I „podległa” osoba będzie robić wszystko, czego chce szantażysta, żeby nie czuć się źle. Jakże częsty zarzut szantażującej matki: „To ja dla ciebie tak się poświęcam, a ty nie chcesz…”. Szantaż emocjonalny można nazwać pewnego rodzaju grą. „Grą”, ponieważ, jak sama nazwa nam podpowiada, gra się na czyichś emocjach i wpędza się go w poczucie winy. Taki mechanizm szantażu raczej nie zadziała w relacjach z obcą nam osobą. W sytuacjach tego typu możemy po prostu odmówić, czy nawet wyśmiać taką próbę.

Szantażem emocjonalnym może być także manipulowanie prośbami. Przykład: „Bardzo cię proszę, zrób to. Ale jeśli odmówisz, to będę taka smutna, nieszczęśliwa, tak się na tobie zawiodłam, tak mi przykro, że nawet tego nie jesteś w stanie dla mnie zrobić”. W normalnych relacjach, w sytuacjach, gdy przedstawiamy komuś prośbę, musimy się liczyć z możliwością odmowy, niespełnienia prośby. Zakładamy, że usłyszymy „nie”. Natomiast szantażysta emocjonalny na taką odmowę reaguje oburzeniem, pokazuje jak mu źle. Prośba staje się więc wymaganiem, bo jak nie, to będą „koszty emocjonalne”. Szantażysta postępuje tak, że jeśli nie damy mu tego, czego chce, to poniesiemy karę niespełnienia jego potrzeb.

Należy rozróżniać postawę egoisty od zachowania egocentryka. Ten pierwszy dba przede wszystkim o siebie, nie chce jednak psuć relacji z innymi. I, jak uważa Piotr Mosak, tak pojmowany i zdefiniowany egoizm jest w sumie czymś dobrym. Natomiast egocentryk uważa się za osobę najważniejszą na świecie, i liczą się tylko jego potrzeby, a inni mają spełniać jego zachcianki, pełnić rolę służalczą. I to właśnie najczęściej egocentrycy stają się szantażystami emocjonalnymi. Ich charakterystyczną cechą jest też fakt, że nie są uczciwi. Skoro są najważniejsi, to idą „po trupach do celu”.

Ciekawe są jego obserwacje z własnej praktyki psychoterapeuty na temat zachowań i własnych odczuć osób szantażowanych emocjonalnie. Często zdarza się, że taka osoba przez wiele lat nie zauważa, by działo się coś złego. I cały czas myśli, że być może coś zrobiła źle, zawiodła męża czy mamusię. Dopiero kiedy zaczyna ponosić dodatkowe koszty, np. traci znajomych, pieniądze, własny wolny czas, następuje etap przejrzenia na oczy. Te dodatkowe czynniki, inne niż te emocjonalne, stanowią przełom w ich życiu. „Takie osoby przychodzą do mnie i nawet nie wiedzą, co powiedzieć. »Przecież tej matce się należy, tyle lat się mną opiekowała«. Często są bardzo pogubione w tym, co czują”.

Ciekawa jest odpowiedź na pytanie o genezę powstawania roszczeniowych postaw przyszłych szantażystów emocjonalnych. „Po wielu latach pracy w zawodzie, mogę powiedzieć, że wiele cech to genetyka. Rodzimy się z pewnym bagażem, który nosimy w sobie i to jest 50 proc., a drugie 50 proc. to wpływ środowiska i wychowania. Szantażystę emocjonalnego można rozpoznać już w przedszkolu. To dzieci, które wszystko innym odbierają, a same nie rozumieją, że trzeba coś dać. (…) Rodzice niekiedy pozwalają takiemu dziecku na szantażowanie, a ono szybko się uczy, jak manipulować innymi”.

Inne ciekawe informacje znalazłem w wypowiedziach Tomasza Nęckiego, lekarza, absolwenta Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, zamieszczonych na stronie poradnik zdrowie.pl, i poświęconych szantażowi emocjonalnemu. Autor zauważa, że poprzez działanie na emocje ofiary osoba szantażująca chce po prostu uzyskać swoje cele. Według niego, z szantażem emocjonalnym związane jest pojęcie mgły (angielskie FOG, stanowiące skrót od trzech słów – Fear – bojaźń, lęk, strach; Obligation – obowiązek, przymus; oraz Guilt – wina). „Mgła wynikająca z szantażu emocjonalnego to nic innego, jak »zamaskowywanie« ostatecznego przekazu, który ma wywołać w ofierze strach, uczucie winy oraz poczucie obowiązku”. Wszelkie komunikaty wysyłane do ofiary, które wywołują u niej nieprzyjemne uczucia i mają sprawić, by ofiara postąpiła w oczekiwany przez szantażystę sposób, należy uznać za przejawy szantażu emocjonalnego. Autor uważa, że nie wszyscy ludzie, którzy szantażują emocjonalnie innych działają w pełni świadomie. Mogą zdarzyć się sytuacje, kiedy sam szantażysta nie zdaje sobie sprawy z tego, że jego komunikacja z innymi ludźmi nie przebiega prawidłowo.

Ciekawie przedstawia się klasyfikacja postaw przybieranych przez ludzi szantażujących emocjonalnie innych. Otóż specjaliści zajmujący się zagadnieniem szantażu emocjonalnego wyróżniają cztery różne postawy, które mogą przybierać osoby stosujące tę formę manipulacji. Pierwszą z nich określa się jako prokurator. Jego szantaż wydaje się najbardziej oczywisty i stosunkowo łatwo go rozpoznać. Każdy przejaw oporu wywołuje w nim złość. Niedostosowanie się ofiary do żądania prowadzi do jawnej złości prokuratora przejawiającej się agresją – czynną, np. w postaci gróźb („aktywny prokurator”) lub bierną, np. milczenie („prokurator bierny”). Za przykład takiej postawy prokuratora może służyć stwierdzenie: „Jeśli kiedykolwiek skontaktujesz się ze swoim poprzednim partnerem, to cię skrzywdzę”. Prokurator dąży do takiego związku, w którym to tylko on rządzi, wierzy w słuszność tego, co robi, i w to, że tylko on ma prawo realizować swoje pragnienia.

Drugą postawę nazwano biczownikiem. W tym przypadku ofiara jest przekonywana, że jeśli nie spełni wymaganych od niej oczekiwań, to …szantażysta doświadczy jakiegoś cierpienia, np. smutku czy przygnębienia. Za przykład może posłużyć zdanie kierowane do ofiary: „Jeżeli zdecydujesz się na wyjazd beze mnie, to będzie mi strasznie przykro, możliwe nawet, że się załamię”. W swoim postępowaniu przypomina trochę postawę małego dziecka: „Jeśli nie pozwolisz mi obejrzeć filmu, to przestanę oddychać i umrę”. Mogą oni oczekiwać, że ofiara postara się zrobić wszystko, by poprawić ich nastrój. Tej grupie szantażystów emocjonalnych dosyć trudno przychodzi branie odpowiedzialności za swoje życie, a za wszystko to, co się im przydarza obarczają innych.

Cierpiętnik z kolei reprezentuje następną postawę osób stosujących szantaż emocjonalny. Mogą oni oczekiwać, że ofiara postara się zrobić wszystko, by poprawić ich nastrój. Spodziewają się, że u ofiary pojawią się poczucie winy i odpowiedzialności za stan cierpiętnika. Cierpiętnicy są niezwykle wyczuleni na stan swojego samopoczucia, a nieumiejętność rozpoznania ich stanu, postrzegają jako obojętność z naszej strony. Do perfekcji opanowali grę „Zgadnij, co mi zrobiłeś!”. Chociaż pozornie wydają się słabsi, to niektórzy uważają ich za „skromniejszą odmianę tyranów”. Odwołując się skutecznie do naszych postaw opiekuńczych, wykorzystują je bezlitośnie. Jeśli pomożemy im „tylko ten jeden raz”, to na nim nie poprzestaną.

Czwartą postawę reprezentuje kusiciel. Zgodnie z tym określeniem kusiciele starają się nakłonić ofiary do postępowania zgodnie z ich oczekiwaniami, wspominając o czekającej nas nagrodzie. Ilustracją może być zdanie: „Jeśli zrezygnujesz ze spotkań z przyjaciółmi i poświęcisz mi więcej czasu, to wtedy w naszym związku zacznie się wreszcie lepiej układać”. Ofiara jest przekonana, że gdy ulegnie szantażyście, ten spełni jej obietnicę. Jednak te „oferty” pojawiają się tylko po to, by to jedynie oni uzyskali to, czego chcą. A nasze pragnienia, by otrzymać to, co nam obiecali? Dopiero wielokrotne rozczarowanie powoduje, że zdajemy sobie wreszcie sprawę, że jesteśmy emocjonalnie szantażowani. Na ogół nie pamiętamy, że kusiciele nigdy nie dają nic za darmo.

Specjaliści zajmujący się tematyką szantażu emocjonalnego podkreślają, że jego istotą jest „wywoływanie negatywnych emocji w sytuacji, gdy ktoś nie chce postąpić zgodnie z wolą tego, który go stosuje. Przytłoczenie bliskiej osoby silnymi i nieprzyjemnymi emocjami sprawia, że szantażyści bardzo często stawiają na swoim”. Szczególnie daje to efekty na poziomie rodzic – dziecko. W tych relacjach szantaż emocjonalny bywa stosowany jako metoda wychowawcza. Stosując ten sposób wychowania, nie zdają sobie sprawy, jak takie zachowania wpływają destrukcyjnie na dziecko. Może to mieć też negatywne efekty w postaci zaburzeń postrzegania samego siebie albo też przenoszenia takich wzorców na bliskie relacje w dorosłym życiu. Zdarza się też, że rodzice zaczynają stosować szantaż emocjonalny w sytuacji, gdy tracą kontrolę nad własnym dzieckiem – na przykład, gdy opuści dom. Gdy nie mogą się pogodzić z ich usamodzielnieniem, zaczynają stosować szantaż emocjonalny, by różnymi metodami wpływać na ich plany życiowe czy też częstotliwość odwiedzin.

„Ona nigdy nie biła mnie przy nim, ale pamiętam taką sytuację, jak skończyłam 18 lat i tata powiedział, że mogę już zacząć oglądać razem z nimi filmy, które leciały po 20. A mama była przeciwniczką telewizji.(…) Więc wpadła w furię. I wtedy właśnie zrobiła to, co często robiła, jak chciała wymóc coś na nas – upadła na ziemię i udawała zapaść. Aż w końcu ojciec powiedział: »Zosia, spokojnie. Będzie tak, jak mówisz«. Wtedy ona wstawała, jak gdyby nigdy nic, i wracała do tego, co robiła wcześniej”.

Marta, bohaterka wywiadu Marianny Fijewskiej, dorastała w warszawskiej kamienicy z mamą, ojcem, dziadkiem i młodszym bratem. Po śmierci dziadka i odejściu ojca od rodziny, brata zabrała milicja do domu dziecka. Matka zaczęła pić, nie zajmowała się córką, ta ostatnia wychowywała się więc na ulicy. W wieku 7 lat trafiła do domu dziecka. Gdy miała 10 lat trafiła do rodziny zastępczej prowadzonej przez małżeństwo nauczycielskie. Wraz z nią rodzice adoptowali jeszcze czterech chłopców z domu dziecka. W swoim środowisku uważano ich za porządną rodzinę. Marta szybko i boleśnie poznawała prawdę. Adopcja nie była spowodowana ani powołaniem, ani miłością. Motywem zaś były pieniądze, które państwo dawało na utrzymanie tej rodziny zastępczej.

Cała piątka dzieciaków trafiła do tej rodziny z całym bagażem swoich dotychczasowych doświadczeń, nawyków wynikających z braku opieki i błędów popełnionych przez biologicznych rodziców. Adopcyjni rodzice, szczególnie matka i babcia wychowywali ich według tego „co było napisane w podręcznikach”. Obie uważały, że źle wychowana dziewczyna może przynieść rodzinie największy wstyd. Sama przyznaje w wywiadzie: „I ja cały czas odczuwałam takie piętno. Piętno bycia dziewczyną”. Natomiast jej braciom wiele sprawek uchodziło na sucho. Wobec niej matka stosowała różnego rodzaju szykany, kary za byle jakie niedociągnięcia. Była także bita przez matkę pejczem po nogach. Nie miała się też komu poskarżyć. Szukała wsparcia u swojego adopcyjnego taty. Ale efektem były jego kłótnie z żoną. Ojciec trzaskał więc drzwiami i zamykał się w swoim pokoju.

Mimo to uważa, że to on ją bardzo kochał. Z chwilą pojawienia się Marty w ich domu przelał na nią swoją miłość. „Tak jakby zapomniał o mamie i może dlatego ona mnie tak nienawidziła”. Jednak i on nie umiał okazywać jej rodzicielskiej czułości. Ale pomagał jej w nauce, chodził na wywiadówki. Ona jednak pragnęła, by ją po ojcowsku przytulił. Na pytanie Marty, dlaczego tego nigdy nie zrobił, odpowiedział: „A co by ludzie pomyśleli, jakbym ja, obcy facet, sadzał sobie na kolanach młodą dziewczynkę?”.

Marta uważa, że jej adopcyjni rodzice pobrali się z rozsądku, nie z miłości. Ich małżeńskie nieporozumienia, kłótnie (szczególnie po pojawieniu się Marty w ich domu) spowodowały, że nie mógł już wytrzymać takiej sytuacji. Postanowił więc odejść. I… powiesił się. A później jeszcze dwóch jej przybranych braci odebrało sobie życie w ten sam sposób. Mimo że, jak sądzi Marta, każdy z nich miał swoje problemy, to jednak ona w sercu o wszystko oskarża swoją mamę. „Ona wywierała na całej rodzinie straszną presję, chciała, żeby wszyscy byli od niej zależni”. Dwaj pozostali bracia (35 i 40 lat) mieszkają teraz w swoich domach, samotni, bez rodzin. „Ona jest całym ich życiem. Od niej się nie da odejść, można tylko umrzeć”. Gdy stała nad grobem brata, który się powiesił, usłyszała od matki: „Ty będziesz następna”.

Marta ma teraz własną rodzinę. Z chwilą, gdy poznała swojego męża, wiedziała, że on ją uratuje, uwolni od tego toksycznego związku z matką. Gdy urodziła pierwsze dziecko, matka w szpitalu powiedziała z wyrzutem: „Jaką będziesz matką, jak ty nie umiesz dawać nikomu miłości?”. Przeraziły ją te słowa, gdyż nie wiedziała czy sobie poradzi. „Ale ta miłość przyszła i wiem, że nigdy nie będę taką matką, jaką ona była dla mnie”.

Obecnie spotykają się czasem na ulicy, ale wtedy Marta odwraca od niej wzrok, gdyż boi się spojrzenia matki. I sama dziwi się, jak ona, 46-letnia kobieta, zachowuje się tak, jakby „podkulała ogon, jak dziecko”. Poruszające dla mnie było jej zdanie w wywiadzie: „Dzieci poznały moją mamę jak były mniejsze, do dziś mi mówią: mamusiu, to nie jest człowiek”.

I teraz warto powrócić do rozterek pacjentek, o których opowiadał terapeuta Piotr Mosak. One po wielu latach doświadczania szantażu emocjonalnego, toksycznych i niszczących relacji próbowały się od tego uwolnić i przychodziły do niego z prośbą o pomoc. Ale wciąż tkwiła w nich „zadra uzależnienia” od szantażysty. Potwierdzeniem niech będą słowa Marty z wywiadu: „Ale czy ja odeszłam do końca? Nie wiem. Mieszkam w tej samej miejscowości, też jestem nauczycielką tak jak mama i myślę… myślę, że gdyby mamie pogorszyło się zdrowie i trzeba było ją myć, zajmować się nią, to poszłabym tam jako pierwsza”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here