Słowenia po jugosłowiańsku

0

Inaczej wygląda już nieistniejąca Jugosławia z perspektywy byłej stolicy, Belgradu, a inaczej z Lublany, gdzie akurat przebywam. Niby jednolite państwo, a rozpadło się szybko, wśród ostrych salw, w bolesnej agonii. Pozostało wiele otwartych ran. Turysta nie dostrzega wszystkich. Pseudomonolit (6 republik związkowych) rozpadł się na niepodległe kraje.

Chodzę po stolicy najbardziej północnego kraju – Lublanie. Postanowiłem zrobić spacer dokształcający z centrum do parku Tivoli, leżącego naprzeciw olbrzymiego browaru „Union”. Wychodzę zatem z kościoła Urszulanek. Niemal przygniata swą barokową fasadą od 1726 roku cały Plac Kongresowy. Po kościele oprowadziła mnie po niemiecku wiekowa siostra Urszulanka. Akurat chciała zamykać drzwi, ale postanowiła być uprzejma dla samotnego turysty. Cóż znaczy 5 minut naszego miłego dialogu „zakonnica – turysta” wobec wieczności?

Skręcam w ulicę Šubičeva. Jest szeroka, mkną po niej auta. Staję przed wielkim klocem kamienno-szklanym. Jest to budynek parlamentu, kiedyś Republiki Słowenii, teraz osobnego państwa. Metamorfozy jak u Owidiusza. Sam budynek nie jest ciekawy, natomiast wdzięczy się oryginalnym portalem wejściowym z 1959 roku. To 4 wejścia-drzwi dębowe, między którymi pięć granitowych kolumn do trzeciego piętra dźwiga 66 postaci – mężczyzn, kobiet i dzieci. Wszystkie te ciała są gołe! Raj? Polityka nagości? Lekcja anatomii na fasadzie. Zaskakuje pomysł, iż w tamtych czasach ukazali autorzy tyle golizny. Tradycyjnym gołym okiem widać: wtedy, za komunizmu, istniały jedynie dwie płcie. Veritas nuda. Fasada nader erotyczna.

Naprzeciw parlamentu, za rzędem masztów z flagami, wielki Trg Republike, czyli Plac Republiki. Jest niepokojąco pusty swym gabarytem, nieprzytulny jak warszawski Pałac Kultury, opuszczony jak Plaza de la Revolución w kubańskiej Hawanie.

 

◊ ◊ ◊

Teraz muszę skręcić w Prešernovą. Ta ulica czci nazwisko France Prešeren. France/Franciszek był największym romantycznym poetą słoweńskim. Jest twórcą tekstu narodowego hymnu. Pisał wiersze i poematy po słoweńsku albo po niemiecku. Był przecież obywatelem Austrii. Ulica sławiąca poetę F.P. jest elegancka, ocieniona solidnymi drzewami, okolona mieszczańskimi pałacykami, ma wypieszczone chodniki. Przytulna. Zatrzymuję się przed zwalistym pomnikiem. Stoi wyizolowany od trawy, trotuarów, dobrze wyeksponowany. Bez cokołu! Samotny mężczyzna podpiera się rękami w talii. Tak jakby chciał mi coś powiedzieć. To Boris Kidrić, urodzony w 1912 roku w Wiedniu (nota bene – stolica Austrii, Wiedeń to „Dunaj” po słoweńsku! Poważnie! Pytanie quizowe: jak nazywa się w takim razie rzeka „Dunaj” w języku słoweńskim?).

Kiedy państwa Osi napadły na Jugosławię 6 kwietnia 1941 roku, Kidrić stał się szefem Frontu Wyzwolenia Słowenii. Potem, po 1945, czekała na niego drabina sukcesów w ramach komunistycznej Jugosławii. Wspinał się. Działał federalnie w komunistycznym Belgradzie a serce biło dla Słowenii. A ta zawsze marzyła o samostanowieniu! Towarzysz Kidrić zmarł wcześnie na leukemię. Nie doczekał pełnej wolności swej Słowenii…

Wchodzę do Muzeum Narodowego (Narodna Galerija). To synteza dwu stylistyk: dwa budynki połączone – pałac i nowoczesna struktura. Wewnątrz same pozytywy: świetne stałe zbiory oraz dwie doskonałe wystawy czasowe: (a) Rembrandt – grafiki z jego domu w Amsterdamie, oraz (b) Zoran Mušič, dla mnie rewelacyjne odkrycie. Nie znałem go. Po 96 latach życia zmarł 2005 w Wenecji. Jeszcze jedna „Śmierć w Wenecji”… Jego oniryczne w odbiorze dzieła odzwierciedlają osobiste utrafione wizje artysty. Jego Wenecja jest drażniąca, rozmazana, brunatno-brudna, abstrakcyjnie zredukowana kolorystycznie, niepodobna do rozświetlonego słońcem oryginału. Indywidualna opowieść pędzlem.

 

◊ ◊ ◊

Mijam kolejne ambasady (USA wywiesiło dwie flagi: USA oraz tęczową LGBT, czyli jestem tu w czerwcu – the month of pride), kościoły, pałace, muzea, opuszczając powoli „Preszernową”. Przez Park slovenske reformacije docieram do tunelu. Nade mną dudniące pociągi, obok mnie ogromny ruch pojazdów i zaduch spalin. Tu kończy się Gosposvetska cesta a zaczyna wyjazdowa Celovška cesta. Kroczę obok wspomnianego browaru „Union”, dostarczającego piwa spragnionym Słoweńcom i turystom w letniej porze.

Tu zaczyna się największy park Lublany – Tivoli. To jest cel mego spaceru – samotny piękny barokowy pałac (1755) Cekinov grad. Tu rząd Słowenii otworzył niedawno „Muzej novejše zgodovine Slovenije”, a zatem „Muzeum nowszej historii Słowenii”. Tu dociera do mojej jaźni pełna zakrętów droga do wolności politycznej tego południowo-słowiańskiego narodu. Doskonale pedagogicznie pokazane eksponaty na kolejnych piętrach uczą meandrów, zmian, wolt najnowszej historii. A w pałacu „Cekin” dowiaduję się ledwie o 100 latach dziejów tego pokrojonego narodu! Początek ekspozycji to koniec I Wojny światowej, czyli jesień 1918. Z sali do sali powiększa się ciepłota uczuć: coraz więcej pojmuję z problematyki tworu „Jugosławia”, alias „Kraj Południowych Słowian”. Nazwa była utrafiona geograficznie prawidłowo, tyle że etno-politycznie fatalnie. Nie do przyjęcia. Ta nazwa nie wyciszyła animozji, nienawiści, otwartych ran między związkowymi nacjami. Zwłaszcza po 1945. Tendencje odśrodkowe – jak wiemy – zwyciężyły. NIKT z jej obywateli nie lubił nazwy „Jugosławia”. Naturalnie należało to ukrywać. Nazwa zacierała po prostu określenia narodów różnych republik.

 

◊ ◊ ◊

1918 – słynny rozpad monarchii austro-węgierskiej. Po kilku latach rozgardiaszu powstaje tu nad błękitną Lublanicą królestwo SHS, czyli twór do życia „Serbów – Chorwatów – Słoweńców”. Na tronie zasiadł król Aleksander I Karadziordziewicz. Stoję tu w muzeum przed jego marmurowym popiersiem. Pamiątka. W momencie intronizacji miał ledwie 30 lat. Mordy polityczne były na porządku dziennym w polityce Jugosławii. Król trzymał się na baczności. To on zmienił dekretem nazwę państwa z SHS na „Jugosławia” w 1929 roku. Ciekawe: jak potoczyłby się dalej jego królewski żywot na arenie Europy? Ale w trakcie wizyty w Marsylii (9.X.1934) został zastrzelony przez Bułgara, terrorystę szkolonego przez Włochów, Węgrów i Chorwatów – Włado Czernozemskiego. Podbiegł do samochodu, gdzie siedział król, 10 razy strzelił z pistoletu, ukrytego w efektownym bukiecie kwiatów.

Chodzę po salach nowszej historii, chłonąc etapy dziejów. Eksponatów mnóstwo. Oglądam paszport z czasów monarchii, która drastycznie po 1945 roku zrodziła komunizm, dyktowany przez szefa partyzantów, towarzysza Josepa Broz Tito, uwielbianego do dziś przez pogrobowców komunizmu. Na bordowym paszporcie napis „Kraljevina Jugoslavija”. Wydany zatem przed wiosną 1941. Dnia 6 kwietnia 1941 Jugosławia została napadnięta. Król i rząd uciekają do Londynu. Po dwu tygodniach chaotycznych walk, Niemcy i Włosi zwyciężają przy energicznym wsparciu Chorwatów. Ci otrzymują za to 5 regionów słoweńskich. Wyszły – nie ostatni raz tutaj – na jaw prawdziwe apetyty napadających…

W Lublanie zapanował język włoski. Zmieniono oczywiście wszędzie nazwy. Mój tutejszy adres hotelowy, czyli Slovenska cesta stał się viale Vittorio Emanuele. W Muzeum Nowszej Historii oglądam popiersie: marsową minę Benito Mussoliniego z brązu w hełmie (do końca stylizował się na rzymskiego wodza) przed blaszaną tarczą. To znak rozpoznawczy żeńskiego liceum nr 2 w mieście Lubiana. Tak (brzmiąc nader swojsko i sympatycznie po polsku!) po włosku nazywa się Lublana.

Po wygnaniu Niemców i Włochów, zapanował totalitarnie komunizm na pół wieku. Przerwa w życiorysie narodów, które teraz pokroiły między siebie teren byłej Jugosławii.

A komunizm to kult jednostki. Na ten temat też jest sporo w muzeum. Patrzę na olbrzymi transparent. Czy wisiał w hali fabrycznej? Czy niesiono go w pochodzie pierwszomajowym? Czy zdobił wysoko ścianę nad stołem zjazdu partyjnego, gdzie się nudzili towarzysze przysypiając przez parę dni znużeni bełkotem referatów?

W każdym razie na transparencie widzę tekst: „Titova pot – naša pot”. Po polsku: „Droga towarzysza Tito naszą drogą”. No comments. Moja droga po zwiedzeniu muzeum prowadzi mnie na parter, do drzwi. Za nimi otwiera się bardziej niż zielony, optymistyczny park Tivoli. A w nim kolejny pozytywny obraz – bawiące się dzieci w „otroško igrišče”. Oby ten „teren dziecięcych gier i zabaw” służył małym obywatelom Słowenii długo i demokratycznie!

Poprzedni artykułLiga Mistrzów: Przed nami ostatnia kolejka fazy grupowej
Następny artykułSzepty i krzyki Stumilowego Lasu – cz. IV
Wiesław Piechocki, doktor romanistyki Uniwersytetu Warszawskiego, nauczyciel, autor publikacji, dziennikarz. Stopnie kariery w UW: asystent, starszy asystent, adiunkt. Studiował ponadto w Paryżu na Sorbonie, we Włoszech (Perugia) oraz w Rumunii (Braszow). W czasie PRL publikował tłumaczenia utworów następujących poetów: Luciana Blaga (z rumuńskiego) oraz Eugenio Montale (z włoskiego) w „Literaturze na Świecie“. W 1981 wyemigrował z powodów politycznych wraz z rodziną przez Norwegię do Austrii. W latach 1982-2012 pracował jako nauczyciel w jedynym liceum w Księstwie Liechtenstein, w stolicy Vaduz. Nauczał w języku niemieckim francuskiego, łaciny oraz włoskiego. Wiesław Piechocki jest autorem: „Mini-Rozmówek Francuskich“, 1979; zbioru reportaży „Okolice“, 2005 oraz wspomnień „Lustro mojego czasu“, 2022. Jego wiersze znalazły się w antologii „Poezja naszych dni“, 2023. Na emigracji zamieścił setki reportaży, esejów o kulturze i sztuce w periodykach polonijnych: „Nowy Kurier“ Toronto; „Nowy Dziennik“ Nowy Jork; „Jupiter“ Wiedeń; „Panorama Polska“ Edmonton; „Nasza Gazetka“ Zurych. W języku niemieckim zamieścił 530 artykułów o tematyce kulturalnej i historycznej oraz 50 artykułów całostronicowych o dynastii Liechtenstein w lokalnej gazecie „Volksblatt“, ukazującej się w Vaduz, stolicy monarchii w latach 2000-2010. W 2015 otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski od prezydenta Bronisława Komorowskiego na wniosek ówczesnego ambasadora RP w Bernie, Janusza Niesyto. W latach 1981-2018 mieszkał z rodziną na zachodzie Austrii, blisko granicy z Liechtensteinem i Szwajcarią, od 2018 mieszka w Wiedniu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj