– Od wielu, wielu lat amerykańska polityka stanowi wzór dla całego świata. I nic dziwnego w tym, że inni nie są w stanie dorównać politykom zza oceanu – mówi Pawłowi Rogalińskiemu dr Rafał Trzaskowski, politolog i europoseł będący członkiem delegacji Parlamentu Europejskiego ds. stosunków z USA.
Paweł Rogaliński: – Jak zdobywa się popularność polityczną w Stanach Zjednoczonych?
Rafał Trzaskowski: – Płacąc za to grubą kasę!
– Rozumiem [śmiech]. Pomijając jednak kasę samą w sobie, jakie metody stosują politycy amerykańscy, by zyskać poparcie elektoratu?
– Mówiąc na poważnie: z jednej strony są to metody podobne do tych, które są wykorzystywane w Europie, czyli przede wszystkim dbałość o rozpoznawalność.
– A z drugiej?
– W Stanach Zjednoczonych dużo większą rolę odgrywają kontakty z wyborcami, co z kolei wynika z innego systemu wyborczego, który nie jest tak bardzo podporządkowany partiom, jak na Starym Kontynencie. To więc nie partie decydują, kto znajdzie się na liście wyborczej i jaka będzie kolejność nazwisk kandydatów, bo tam istnieją jednomandatowe okręgi wyborcze, w związku z czym najważniejsze jest poparcie obywateli. W związku z tym można wystartować w wyborach nawet wbrew swojej partii i nadal mieć sporą szansę dostania się do Izby Reprezentantów. Tak więc dobry kontakt z elektoratem to absolutny priorytet.
– Do przeprowadzenia takiej kampanii należy jednak pozyskać bogatych sponsorów, a to z kolei również wiąże się z późniejszym zabieganiem o ich interesy, prawda?
– Owszem. Pieniądze w USA mają ogromne znaczenie, zupełnie inne niż w systemach europejskich, bo bez nich nie ma szans na zdobycie tam poparcia. Inność systemu wynika też z faktu, że całkowicie naturalnym trybem jest zabieganie o interes regionu i grup nacisku, które są najbardziej aktywne, oraz oczywiście o interes ludzi, którzy mieli wkład w daną kampanię wyborczą.
– Którzy amerykańscy prezydenci najskuteczniej potrafili utrzymać wysoki poziom swojej popularności i co robili, by osiągnąć ten cel?
– Bardzo wiele zależy od cyklu wyborczego, a więc, najprościej mówiąc, czy mieli szczęście. Ważne z pewnością jest to, czy w danym okresie miała miejsce recesja, czy też wzrost gospodarczy. Istotny jest też fakt, czy dany polityk skrupulatnie wywiązywał się ze swoich obietnic wyborczych. Najważniejszym przykładem z ostatnich lat jest na pewno Bill Clinton. Udało mu się utrzymać na stanowisku przez dwie kadencje, gdyż skoncentrował się na gospodarce i problemach zwykłych Amerykanów. Jego hasłem wyborczym było „The economy, stupid„, a jego wizerunek był bardzo spójny i dobrze zarządzany. Przypadek George’a W. Busha trudno ocenić, gdyż został na drugą kadencją całkowitym fartem i to w bardzo podzielonych pod tym względem Stanach Zjednoczonych. Jednym z wcześniejszych przykładów jest także Ronald Reagan, który również dość dobrze rozumiał problemy zwykłych ludzi i przez osiem lat miał wyjątkowo spójny program. Poza tym obniżył podatki, czego społeczeństwo bardzo oczekiwało, a także skrupulatnie wywiązywał się ze złożonych wcześniej obietnic wyborczych.
– A Barack Obama?
– To znów kłopotliwy przykład, bo czas urzędowania Baracka Obamy przypada na okres największego od blisko osiemdziesięciu lat kryzysu gospodarczego, więc trudno w tym momencie o popularność. Do tego doszły problemy ze spójnością wizerunku, bo miał zakończyć wojny…
– Otrzymał przecież Pokojową Nagrodę Nobla.
– Tak, owszem, ale przede wszystkim miał być tym prezydentem USA, który będzie się skupiał głównie na wyrównywaniu nierówności pomiędzy Amerykanami. Poza tym trzeba też pamiętać, że zarówno za Reagana, jak i Clintona były jednak inne czasy w porównaniu z tym, co mamy dzisiaj. Za czasów obu wspomnianych prezydentów najważniejsze było porozumienie ponad podziałami, a Republikanie współpracowali z Demokratami w najważniejszych dla kraju sprawach. W tej chwili podziały są tak głębokie, że nawet, jeśli Republikanie wiedzą, że Demokraci mogą mieć rację, to nigdy im tej racji nie przyznają i będą celowo wsadzać kij między szprychy.
– Mimo tych trudności Obamie udało się utrzymać przy władzy i wygrać kolejne wybory prezydenckie.
– Tak, udało się, choć z dużym trudem. Poza tym w ostatnich wyborach Barack Obama nie miał silnego republikańskiego kontrkandydata.
– Czy myśli pan, że do utrzymania się Obamy przy władzy mogły przyczynić się jakieś elementy perswazji, manipulacji?
– Możliwe, ale do sukcesu Obamy przyczynili się przede wszystkim sami Republikanie, bo swoją polityką, kolokwialnie mówiąc, strzelili sobie w nogę. Stało się tak dlatego, że w prawyborach za bardzo przesunęli swoje deklaracje programowe „w prawo”. Kandydat Republikanów, żeby móc dostać nominację, musiał wyrażać bardzo radykalne poglądy. Na prawym skrzydle republikańskim harcowali różni wariaci z Tea Party. Niestety, ale trzeba ich nazwać w tak jasny sposób. W każdym razie kandydatowi było później bardzo trudno zmienić swoje zdanie na bardziej centrowe, umiarkowane, i wycofać z wcześniejszych, bardzo ostrych wypowiedzi. Wiadomo bowiem, że wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych skupiają się na centrum sceny politycznej, a nie na marginesach. Poprzez próby złagodzenia swojego stanowiska Mitt Romney stał się zupełnie niewiarygodny. Wyborcy nie kupili jego nagłego, światopoglądowego przesunięcia się w stronę centrum.
– Powracając do technik perswazji i manipulacji…
– Na pewno Obama skorzystał z pomocy speców od wizerunku i oni w znacznym stopniu pomogli mu zdobyć przewagę wyborczą. Ale w USA zawsze był czarny piar: kiedyś w formie spotów telewizyjnych, dziś przede wszystkim za pomocą mediów społecznościowych i blogów. To z pewnością odgrywało ważną rolę w kampanii, ale wątpię, żeby był to czynnik decydujący.
– Czy uważa Pan, że inni anglojęzyczni politycy równie dobrze wykorzystują marketing polityczny do promocji własnej osoby, jak to robią Amerykanie? Czy też może politycy w USA są absolutnymi pionierami w tej dziedzinie?
– Amerykanie zawsze wyznaczali trendy polityczne i to głównie dlatego, że w USA przeznaczano na te cele ogromne kwoty pieniędzy. W Kanadzie, Australii czy wreszcie w Europie mało kto zatrudnia aż tylu konsultantów ds. wizerunku; bez znaczenia w przypadku tej ostatniej czy mówimy o Polsce, Francji, Irlandii czy Wielkiej Brytanii. Po prostu nie ma u nas tak olbrzymich pieniędzy w aparacie partyjnym i politycy nie obracają tak dużymi kwotami. Wystarczy zobaczyć jakie zaplecze posiada poseł do polskiego Sejmu, jakie eurodeputowany, a jakie znów kongresmen w USA. Kongresmen ma obok siebie sztab ludzi, którzy nieustannie pracują na jego wizerunek. Są tam wydawane olbrzymie środki na reklamę i na wszelkiego rodzaju techniki marketingowe, w związku z czym Amerykanie zawsze byli bardziej zaawansowani pod tym względem. Po drugie należy też wziąć pod uwagę czynnik językowy. Angielski jest językiem światowym, więc stosunkowo łatwo śledzić wszystko to, co dzieje się w kampaniach wyborczych w USA. Potem też mimowolnie próbujemy naśladować pewne techniki czy zachowania. Amerykanie zawsze byli pionierami, bo pierwsi użyli do celów kampanii wyborczej: radia (prezydent Roosevelt w latach 30-tych XX wieku), telewizji w wielkich debatach (spotkanie Kennedy-Nixon), czy wreszcie mediów społecznościowych na tak wielką skalę (przykład Obamy). Od wielu, wielu lat amerykańska polityka stanowi wzór dla całego świata. I nic dziwnego w tym, że inni nie są w stanie sprostać i dorównać politykom zza oceanu, bo jakież mają atuty Brytyjczycy w porównaniu z całą resztą Europy? Tylko to, że używają języka angielskiego. Oczywiście, chcąc nie chcąc, wszyscy również przyglądali się kampanii wyborczej Camerona, ale nie było tam nic nowatorskiego. Wszystko zależy więc od skali zjawiska i uwagi, jaką poświęca się danej kampanii, choć i tak wszystko to ponownie sprowadza się do pieniędzy.
– Czy politycy w Europie powinni się uczyć technik utrzymywania popularności od ich amerykańskich kolegów? Czy metody budowania charyzmy wykorzystywane za oceanem znajdują zastosowanie na Starym Kontynencie?
– Z pewnością jest wiele rzeczy, których możemy się od nich uczyć, ale wielu też nie da się przełożyć na europejskie warunki polityczne. Kiedy czytałem opracowania kampanii wyborczej Baracka Obamy to blisko połowa tekstu dotyczy stricte identyfikacji głosujących, bo w USA od lat istnieją zaawansowane systemy, które badają kto i jak głosuje w danym regionie. Aby powstały tego typu opracowania trzeba zebrać ogromną ilość danych, należy regularnie chodzić, sprawdzać i rejestrować wszystkie głosy… Na Starym Kontynencie nie ma nigdzie choć w połowie tak rozwiniętego systemu. Poza tym znamienna jest też kwestia zbierania pieniędzy przez Internet – w Europie nie stosuje się takich rozwiązań. W tych kwestiach nie ma się czego uczyć od Amerykanów.
– A w których sprawach można podpatrywać polityków zza oceanu?
– Cała Europa uczy się od Amerykanów aktywności na serwisach społecznościowych typu Twitter i Facebook, używania wirali i narzędzi im podobnych. Tak samo uczymy się utrzymywania kontaktów z elektoratem. Te wszystkie amerykańskie techniki rozmowy z wyborcami: door to door czy canvassing wymyślili Amerykanie. Europejczycy obecnie też próbują wcielać je w życie, natomiast ma to u nas nieco inny charakter. Zupełnie inna jest sama technika prekampanii czy prawyborów, której w Europie raczej nigdy nie stosowano. Obecnie próbujemy wprowadzać tego namiastki, ale nigdzie nie ma to tak szerokiego wymiaru, jak w Stanach Zjednoczonych. Krótko mówiąc tam, gdzie możemy się uczyć i przenieść pewne rozwiązania na grunt europejski, jak najbardziej powinniśmy to robić, bo Amerykanie są zdecydowanie bardziej zaawansowani w niektórych technikach. Z kolei na innych polach amerykańskie rozwiązania nie mają zastosowania w Europie.
– Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał: Paweł Rogaliński,
Bruksela, Parlament Europejski , 01.10.2013.













Bardzo ciekawy wywiad. Przypomina mi sie ten który pan przeprowadził kiedyś z z ekspertem firmy Commmunications. My się tylko możemy uczyć od nich, bo niestety zbyt ciency w uszach jesteśy jeszcze
Mam tylko jedno pytanie.
Barak Obama dostał nagrodę Nobla zaraz po wyborze go na prezydenta.
Zastanawiam się czym się zasłuzył otrzymując ta nagrodę. Myślę,ze nie zadecydował w tym wypadku kolor skóry.Nigdzie nie mogłam się doczytać za co ta nagroda dla Baraka Obamy,,,,,,,,,,,,,,,,hymmmmmmmmmmmm