Postanowiłem zostać nauczycielem. Autobiografia Karola Czejarka, cz. 15

1

Szczerze mówiąc, po niespodziewanym zwolnieniu mnie z MKiS, nie miałem innego wyjścia, jak tylko wrócić do wyuczonego i z premedytacją wybranego przed laty – zawodu germanisty. Piszę „z premedytacją”, ponieważ dokonując takiego wyboru, chciałem lepiej poznać literaturę, kulturę i historię Niemiec w kontekście wzajemnych stosunków między Polską i Niemcami.

Zawsze wierzyłem, że możliwa jest pokojowa współpraca obu naszych narodów, skoro taka „harmonia” była możliwa w mojej rodzinie! Trzeba tylko umieć – jak nadal sądzę – ukazać wzajemne korzyści, jakie z takiej współpracy płyną i poświęcić się urzeczywistnieniu tej tezy. Co przez całe swoje dotychczasowe życie, pełniąc różne funkcje, starałem się robić. Dowodem niech będzie m.in. zainicjowanie przeze mnie powstania Międzywydziałowego Centrum Badań Niemcoznawczych w Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku czy sprzyjanie utworzeniu specjalizacji kulturoznawczej (obok „literaturoznawczej” i „gramatycznej”), gdy już pracowałem w Instytucie Lingwistyki Stosowanej UW.

Ale wracam do sytuacji, kiedy po zwolnieniu mnie z pracy w MKiS, po raz kolejny (po wydarzeniach „szczecińskich”), znalazłem się w bardzo trudnej sytuacji życiowej.

Tym bardziej, iż uniosłem się honorem, i… o nic nie prosząc, odwróciłem się i bez słowa opuściłem  „ministerialny” gabinet, w którym wcześniej słyszałem wiele pochwał (także od ówczesnej pani minister). A teraz – za …brak kompetencji – jak mnie poinformowała p. minister I. Cywińska – musiałem opuścić gmach MKiS przy Krakowskim Przedmieściu i to ze skutkiem natychmiastowym.

O fakcie odwołania mnie z funkcji i zwolnieniu z pracy poinformowałem tylko sekretarkę i oczywiście żonę. Od tamtego dnia – jak to zresztą miałem i mam w swoim zwyczaju – nie pokazałem się więcej w departamencie, a w gmachu ministerstwa – tylko z jednym wyjątkiem: kiedy kilka lat później ministrem został Kazimierz Dejmek i zaproponował mi funkcję swego zastępcy w randze dyrektora generalnego MKiS.

Wracając tego dnia pieszo do domu, gdyż kluczyki do mojego służbowego „poloneza” oddałem w portierni, na podwórku ministerialnym natknąłem się jeszcze na ówczesnego wiceministra KiS Michała Jagiełłę, z którym przyjaźniłem się od czasu mojej pracy w „Składnicy Księgarskiej”. Nie okazał ani żalu, ani współczucia, ani najmniejszego zdziwienia; wzruszył ramionami, jakby na potwierdzenie znanego powiedzenia „takie jest życie!”. Pewnie wcześniej o wszystkim wiedział, popierając moje odwołanie. ( To, że PRAWDZIWYCH PRZYJACIÓŁ POZNAJE SIĘ W BIEDZIE pasowało do tej sytuacji jak nigdy, więc nie będę jego postawy komentował, ale też więcej w życiu nie spotkałem się z nim!).

Nie było też ze strony kierownictwa Resortu oficjalnego pożegnania mnie, chociażby w formie spotkania z pracownikami „mojego” departamentu, ale też prawdą jest, że i sam o to nie zabiegałem.  

Nie zabrałem z gabinetu żadnych dokumentów, żadnych książek, choć były one moją prywatnością. Chciałem już być w domu, by ochłonąć z wszystkiego, co przeżyłem tego dnia.

Na szczęście ani żona, ani moje dzieci nie pytały o żadne szczegóły: co się stało i dlaczego?  Ale – jeszcze raz podkreślę – było BARDZO CIĘŻKO! Jednak nie żałowałem ani jednej godziny przepracowanej w Składnicy Księgarskiej czy w Urzędzie miasta st. Warszawy. A przede wszystkim w Ministerstwie. Dla mnie wielką satysfakcją była świadomość, że mogłem kierować i mieć wpływ na pewne procesy ważne dla rozwoju kultury i jej upowszechniania w kraju, zwłaszcza w dziedzinie PLASTYKI, a tym bardziej Książki i Bibliotek! A wcześniej – dla społecznego ruchu kulturalnego i amatorskiej twórczości artystycznej, kiedy pracowałem w COMUK-u. No i oczywiście jeszcze wcześniej – w tworzeniu nowych, polskich tradycji kulturalnych na odzyskanej po wiekach Ziemi Szczecińskiej.

Gabinetu przy Krakowskim Przedmieściu – na szczęście – też nie musiałem po sobie „sprzątać”, gdyż zawsze WSZYSTKIE SPRAWY ZAŁATWIAŁEM NA BIEŻĄCO!

Nigdy w swojej praktyce zawodowej niczego nie chowałem „do biurka”, gdyż to, co wymagało decyzji, podpisów czy mojego bezpośredniego działania – leżało na moim biurku tak długo, aż zostało załatwione!  Natłok bieżących spraw był TAK DUŻY, że rzadko zdarzało się, aby do jakiejś odłożonej sprawy móc wrócić. To zupełnie jak w domu; gdy coś wynosimy „do piwnicy” lub „na strych” raczej zapominamy, aby zabrać z powrotem do mieszkania! 

Najgorszy tego dnia był wieczór, gdyż telefon nie milkł, ale nie użalałem się przed nikim, ucinając wszelkie dyskusje na temat, dlaczego odchodzę i… „czy coś ci zaproponowano?”. NIE, NICZEGO MI NIE ZAPROPONOWANO.  Musiałem sobie poradzić SAM!

W nocy (nie mogąc zasnąć) sporządziłem wykaz instytucji, w których ewentualnie mógłbym szukać przerwanego tak nagle i brutalnie – zatrudnienia.

A pracować nadal musiałem, gdyż nie mieliśmy żadnych zasobów finansowych, które pozwalałyby nam przez jakiś czas żyć bez pracy; musiałem jak najszybciej kontynuować bieżące zarobkowanie na utrzymanie rodziny!

Pierwsze zatrudnienie znalazłem w Instytucie Goethego, który wtedy mieścił się przy ulicy Świętokrzyskiej (po dawnym Ośrodku Kultury NRD). Ówczesny dyr. pan Nobbe, którego poznałem wcześniej, gdy jeszcze pracowałem w departamencie książki i chciałem go wciągnąć do sprawy przekładów polskiej literatury w Niemczech – szukał wtedy kontaktu z warszawskimi teatrami i poprosił mnie, abym mu je ułatwił. Zawsze chciałem, abyśmy doszli do takiego poziomu „wymiany kulturalnej” (nie tylko z Niemcami), aby polskie teatry czy orkiestry symfoniczne, także wydawnictwa, miały coś „niemieckiego” w swoim repertuarze, zaś niemieckie (szczególnie w dużych miastach, jak Berlin, Hamburg, Monachium) korzystały z polskich – przykładowo – reżyserów, aktorów, scenografów,  a przede wszystkim z naszego dorobku repertuarowego i literackiego.  Bo nie „Dni Kultury”, organizowane wtedy raz na kilka lat przez obie strony (a takie były swego czasu bardzo modne) – załatwiały sprawę, lecz polska książka, wydana i przełożona w Niemczech na niemiecki, czy sztuka teatralna, koncert symfoniczny, polski dyrygent pojawiający się w normalnym, „ichnim” cyklu koncertowym! To byłoby już COŚ – dla poznawania wzajemnie naszych kultur. A pan Nobbe sprzyjał wówczas TAKIEMU myśleniu. Ale do tego jeszcze daleka droga. I dawniej i dziś.

Pracując już w Instytucie Goethego, „rozglądałem się” jednocześnie za pracą w zakresie współpracy kulturalnej (w departamencie MSZ) i była nawet taka „nieśmiała” próba zatrudnienia mnie. Ale ostatecznie nic z tego nie wyszło.

Natomiast „wyszło” już znacznie później (wyprzedzam w tej chwili pewne fakty o kilka miesięcy), kiedy przemianowano Liceum „Modzelewskiego” na imienia Goethego, w którym – równolegle do pracy „w Instytucie Goethego” – znalazłem pracę (dzięki p. dyr. Kozanowi) jako nauczyciel języka niemieckiego.

Tak samo chętnie na nauczyciela niemieckiego przyjął mnie wtedy – również równolegle do zatrudnienia „w Goethem” – pan  dyrektor ówczesnego Liceum „Pax-u” (późniejszego św. Augustyna) Zdzisław Piasecki. Chciał, abym również u niego nie tylko prowadził lekcje niemieckiego, ale i zaangażował się, jak powiedział „wymianą uczniowską z prawdziwego zdarzenia”– z „Gimnazjum im. Reismanna” w Paderborn.  

Zresztą oba licea, w których podjąłem pracę, rozwinęły wtedy intensywną wymianę szkolną: „Goethe” z austriackim Klagenfurtem i Hamburgiem, zaś „św. Augustyn” – ze wspomnianą już szkołą z Paderborn. (Do „nowatorskich” elementów tej współpracy szkół jeszcze wrócę).

I tak z dnia na dzień stałem się NAUCZYCIELEM i… polubiłem tę pracę, zdobywając przez następne lata wymagane „stopnie zawodowe” – od Nauczyciela Kontraktowego do NAUCZYCIELA MIANOWANEGO I EGZAMINATORA MATURALNEGO włącznie!

Tym bardziej, iż niezależnie od „Goethego” i „Pax-u” podjąłem jeszcze pracę w prywatnym Liceum im. „Stefana Kisielewskiego” na Ursynowie! Tym sposobem udało mi się poznać specyfikę pracy w szkole państwowej (jaką była i jest „Goethe”), w szkole „katolickiej” (jaką było Liceum „Św. Augustyna”) oraz w szkole typowo „prywatnej”, prowadzonej przez „Towarzystwo Oświatowe”, którym świetnie kierowało wówczas małżeństwo Tatarskich!

Pracując w tych szkołach, zdobywałem kolejne doświadczenia, pokonując trudności w nauczaniu całych, bardzo licznych klas, które po pewnym czasie (za zgodą dyrekcji) dzieliłem na mniejsze grupy, ale też w ramach zajęć indywidualnych poznałem pracę, m.in. z uczniem niewidomym, uczniem z porażeniem mózgowym ( z potwornie wykręconymi rękoma, w których nie potrafił utrzymać między palcami długopisu), z uczennicą z zaawansowana chorobą nowotworową…

Wszystkich ich, jak i kilka kolejnych roczników, udało mi się przygotować do zdania matury z bardzo dobrymi wynikami znajomości językowej, a sporo uczniów starało się potem na studia w Instytucie Germanistyki lub w Instytucie Lingwistyki Stosowanej UW. (Do dziś z wieloma z nich pozostaję w kontakcie, jak m.in. z panem Mateuszem Ciborowskim;  przepraszam – panem magistrem Mateuszem Ciboborowskim).

Piszę o tym nie w ramach „przechwałek”, ale by podkreślić, że udało mi się to, dzięki m.in. zastosowaniu w pracy z uczniami szkół średnich ciekawych i skutecznych metod nauczania.

Naukę poprawnego pisania i mówienia „po niemiecku”, oparłem na solidnej wiedzy gramatycznej zarówno j. niemieckiego, jak i polskiego! Uważałem, że do opanowania języka obcego nie trzeba nadzwyczajnego talentu, a raczej ogromnej cierpliwości. Również rozpoznania możliwości percepcyjnych uczącego się. SYTEMATYCZNA, dobrze zaplanowana praca, zarówno ze strony uczącego się, jak i NAUCZYCIELA – zawsze jest gwarancją sukcesu!

Ważne jest też nieustanne uświadamianie uczniom, ŻE UCZĄ SIĘ DLA SIEBIE, a poprzez poznanie nowego języka mają szansę poznania NOWEGO ŚWIATA. Bo właśnie Goethe powiedział, że „człowiek tyle razy się rodzi, ile poznaje w ciągu swego życia nowych języków obcych”… przypominałem uczniom o tej niewątpliwej prawdzie! I o tym, jak ważne jest opanowanie nie tylko języka nowego kraju, ale jego kultury i historii.

W tym czasie (nim na dobre rozkręciłem się jako nauczyciel w szkołach średnich), proponowano mi też pracę w Wydawnictwach PIW i MON na stanowiska – kierownika Redakcji Przekładów Literatury Niemieckiego Obszaru Językowego, a zabiegali o to (od dawna zresztą) w „PIW-ie” p. Zofia Rybicka, a w „MON-ie” p. Adam Kaska – obydwoje byli zresztą wybitnymi tłumaczami i długoletnimi kierownikami tych Redakcji, a zamierzali przejść na emeryturę.

W PIW-ie miałem też poparcie NIEODŻAŁOWANEJ p. red. Barbary Przybyłowskiej (zastępczyni red. nacz.) i b. red. Nacz. i dyrektora Wydawnictwa Andrzeja Wasilewskiego, jak i wielu jego współpracowników, poznanych jeszcze w okresie mojej pracy w „Składnicy Księgarskiej”, a nawet „za czasów” kierowania „Księgarnią Klubową” w Szczecinie.

Także pan Henryk Huber, którego bliżej poznałem, działając i pracując w STK (Szczecińskim Towarzystwie Kultury), wyjeżdzający do pracy w Ambasadzie w Moskwie, koniecznie chciał mi przekazać kierowane wówczas przez niego Wydawnictwo „Interpress”. W końcu jego dyrektorem i red. nacz. został nieodżałowany menadżer kultury – śp. Jan Topolewski.

Zabiegała też o mnie KAW (Krajowa Agencja Wydawnicza), proponując kierownictwo nad pionem handlowym, jak również kierownictwo Wydawnictwa INTERART (na czele z red. Wójcikiem), z którym „domówiłem się”, co do wydania „Dzieł Zebranych” Hansa Hellmuta Kirsta pod moją redakcją przez Jego Wydawnictwo.

Dziękuję WSZYSTKIM, którzy proponowali mi pracę i WSPÓPRACĘ – za „wyciągnięcie do mnie wtedy swej pomocnej ręki”! (Nie musze chyba podkreślać, jakie to było dla mnie ważne, w tamtych dramatycznych dniach).  Do dziś cieszę się z faktu, że w końcu znalazło się wiele osób, które chciały mi pomóc, doceniając wykorzystanie mojego doświadczenia.

Zdecydowałem się jednak rozpocząć pracę na zupełnie nowej niwie, w szkolnictwie, marząc oczywiście o zatrudnieniu w Instytucie Germanistyki lub w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego, ale nim do tego doszło, PRAKTYKOWAŁEM przez następne trzy lata, jako zwykły szeregowy NAUCZYCIEL. I przyznam, że całkowicie pochłonęła mnie ta praca, której zresztą poświęciłem się bez reszty!

Potem „po drodze” – nim dostąpiłem zaszczytu pracy w ILS (Instytucie Lingwistyki Stosowanej) było jeszcze Nauczycielskie Kolegium Języka Niemieckiego UW. A dopiero po nim (po sprawdzeniu się, jako wykładowca w NKJN i dostaniu dobrej opinii od jego ówczesnej Szefowej, p. prof. dr hab. Elżbiety Zawadzkiej, dostałem zatrudnienie w ILS-ie Uniwersytetu Warszawskiego, a wkrótce potem także etat w Akademii Humanistycznej (wtedy jeszcze WSH) im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku – uczelni kierowanej początkowo przez prof. Andrzeja Bartnickiego, a po Jego śmierci przez pamiętnego (szeroko znanego w Polsce) i niestety nieżyjącego już prof. Adama Koseskiego.

W międzyczasie, nim awansowałem ze szkół „średnich” do „wyższych”, udało mi się, z inicjatywy śp. pana prof. Stanisława Czochary, utworzyć „germanistykę” (na poziomie licencjatu) we „Wszechnicy Polskiej” – Szkole Wyższej TWP –  aktywnej do dzisiaj w warszawskim „Pałacu Kultury i Nauki”. Ale po kolei.

Jednak może wcześniej jeszcze uzupełnię, że moje ówczesne starania o pracę w MSZ opierałem na przygotowanym przeze mnie projekcie powołania – podległego MSZ i MKiS (na wzór Instytutu Goethego) Instytutu Współpracy Kulturalnej z Zagranicą. Ale chyba za wcześnie wtedy „wystrzeliłem” z takim pomysłem, naiwnie wierząc, że ciekawe pomysły będą przez „nową „władzę chętnie podejmowane, zaś „stare”, sprawdzone – kontynuowane. Nie doszło jednak nigdy do dyskusji i wdrożenia mojego pomysłu. MYLIŁEM SIĘ!

W Polsce – niestety – za każdym razem, przy każdej zmianie władzy – WSZYSTKO ZACZYNA SIĘ OD POCZĄTKU. Ale zostawmy ten problem; dobrze przynajmniej, że Szkoły, do których zapukałem o pracę, uznały moje kwalifikacje za przydatne do nauczania języka niemieckiego. I za to jestem  ich dyrekcjom bardzo wdzięczny.  

Na szczęście udało mi się „podzielić” tydzień tak, że w każdej z zatrudniających mnie wtedy szkół – Goethem i Pax-ie – pracowałem po 2 – 3 dni w tygodniu, a popołudniami jeszcze dojeżdżałem na zajęcia do liceum im. Stefana Kisielewskiego. Miałem każdy dzień wypełniony „od rana do wieczora”, a czasami i w nocy; gdyż do każdej lekcji musiałem się przecież indywidualnie i niezwykle starannie  przygotować.

Wtedy nie otrzymywało się planu, na jakim poziomie „językowym” są uczniowie i co dalej należy z nimi „językowo” robić.

W Goethem np. „wałkowano” „Wir lernen Deutsch”, popularny podręcznik (w czterech częściach) autorstwa Joanny i Norberta Honszów. Złego słowa na jego temat nie powiem, przeciwnie – po latach  jeszcze pochwalam, bo i ja naucznie od niego zacząłem)!

(Przy okazji kłaniam się  Jego autorom, zwłaszcza Norbertowi Honszy, pod którego organizacyjnym wsparciem i merytoryczną radą, pisałem – kilka lat później – swoją pracę habilitacyjną, do której obrony jednak nigdy nie doszło, gdyż PODOBNO nie było w Polsce nikogo, kto mógłby ją ocenić?

Ale wracając do nauczania w wyżej wspomnianych warszawskich szkołach średnich. Pragnę podkreślić, iż wspominam ten okres  bardzo dobrze.

Oddałem się zresztą wtedy całkowicie tej pracy i miałem satysfakcję z osiągniętych wyników!  Oparłem je na wykorzystaniu wybranego przeze mnie – spośród wielu – podręcznika „Deutsche Sprachlehre fuer Auslaender”(w dwóch częściach) autorstwa Heinza Griesbacha i Dory Schulz, wydanego przez Max Hueber Verlag, który wsparłem gramatyką Elżbiety Reymont i Eugeniusza Tomiczka „Grammatik? Kein Problem!”. Jednocześnie zaleciłem uczniom korzystanie ze słownika Niemiecko-polskiego i Polsko-niemieckiego Wiedzy Powszechnej autorstwa MOICH PROFESORÓW ze studiów na UAM: Jana Chodery, Stefana Kubicy i Andrzeja Bzdęgi.

Z czasem napisałem też z p. Joanną Słocińską własną gramatykę „Gramatyka niemiecka dla Ciebie”, ilustrowaną, z wieloma przykładami ćwiczeniami, także kluczem do ćwiczeń, wydaną przez Wydawnictwo WAGROS w Poznaniu. (Która, choć była w dużym nakładzie – sprzedała się bardzo szybko).

Przetłumaczyłem też, mając na myśli uczniów, (wspólnie ze swoim synem Hubertem) z języka angielskiego „Gramatykę Języka Niemieckiego COLLINSA”, którą z opracowaną przeze mnie „Tabelą odmian czasowników niemieckich” (też COLLINSA) opublikowało warszawskie Wydawnictwo „Delta”.

Oczywiście, zarówno moja gramatyka, jak i publikacje „Collinsa” były już oparte na nowej, AKTUALNIE OBOWIĄZUJĄCEJ pisowni niemieckiej!

Polecałem też (I NADAL POLECAM) oparty na nowej pisowni słownik ortograficzny języka niemieckiego DUDENA „Die deutsche Rechtschreibung”, zawierający ponad 500 tys. haseł z opisem, co oznaczają w języku niemieckim zawarte w nim słowa, a nie tylko jego aktualną ortografię, oznaczoną w słowniku na czerwono, co pozwala bez trudu zauważyć jego nową, obowiązującą dziś w niemieckim obszarze językowym  pisownię.

„Podręczniki” powyższe rozszerzałem o teksty literackie (do tłumaczenia, opisania i ustnego streszczania). Korzystałem też (i nie wstydziłem się tego) z bardzo prostych publikacji do nauczania, jak np. „Deutsch einfach” autorstwa Wernera i Alice Beile, czy „poważniejszego podręcznika” (już dla zawansowanych), kilkutomowego „Sprachkurs Deutsch!”. A zaczynałem KAŻDE zajęcia zawsze od wymowy i pisowni alfabetu (która bardzo różni się od intonacji „polskiego alfabetu”. Przede wszystkim długością wymowy samogłosek, które w niemieckim są krótkie, albo długie w porównaniu z polskim alfabetem, którego „samogłoski” są wszystkie na jednej długości).

Nagrodą „za dobrą naukę”, czyli bardzo dobre wyniki w opanowaniu j. niemieckiego były m.in. premie w postaci możliwości udziału uczniów w wymianie szkolnej z partnerską (po podpisaniu wspólnej umowy przez obie dyrekcje) szkołą w Niemczech.

Nie były to zwykłe wymiany, ale polegały przede wszystkim na wspólnym przygotowaniu się do dyskusji nt. tzw. zagadnień TRUDNYCH dotyczącej naszej wzajemnej historii. Tygodniowe pobyty  uczniów w kraju partnerskim poparte były zawsze zwiedzaniem ważnych obiektów zabytkowych, udziałem polskich uczniów w wybranych przez siebie lekcjach. Również obowiązkowym zapoznaniem się z kilkoma lekturami i wizytą naszych uczniów w rodzinach partnerskich. Starałem się też, aby nasi uczniowie uczestniczyli w świętowaniu zwyczajów kulturowych, tak różnych w obu naszych krajach. A nawet podjęliśmy próbę rocznej wymiany stypendialnej (z jednej i z drugiej strony), dla uczniów pragnących w przyszłości poświęcić się pracy na rzecz pojednania i pogłębiania dobrosąsiedzkiej współpracy. Szkoły partnerskie w Niemczech nawet wprowadziły u siebie – z naszej inspiracji – nauczanie j. polskiego dla chętnych.

Zasłużyli się w powyższych sprawach szczególnie (ze strony niemieckiej) ks. Josef Kröger, Klaus Hohmann, pani Carola Hennemeyer i Walter Hunger, oraz z naszej strony Krzysztof Mast i pani Kwiatkowska, dyr. Piasecki i wiele osób z Liceum im. Goethego, także osób postronnych – szczególnie rodziców, którzy przyjmowali u siebie w domu uczniów z Niemiec. Jeździliśmy też do b. obozu zagłady w Auschwitz, na Jasną Górę, do Krakowa, a także na Warmię i Mazury.  

Na zakończenie jeszcze dwie PRADZIWE anegdoty związane z moją pracą w szkołach:

Pierwsza wydarzyła się Liceum im. Stefana Kisielewskiego. Byłem znany z punktualności. Ale też nie przedłużania lekcji. Kiedyś więc w „Kisielu” jeden z uczniów podnosi rękę (gdy akurat zadawałem zadania domowe (przeciwko czemu uczniowie zwykle protestowali, a czyniłem to zawsze na początku, a nie na końcu lekcji) staje przede mną i mówi:

„Panie Profesorze – jest już przerwa”,

„Jak to przerwa, przecież dopiero co zaczęliśmy?”

„Nie! Jest przerwa” –  i pokazuje mi zegarek”, na którym była rzeczywiście godzina oznaczająca przerwę!

Niedowierzając, patrzę na swój zegarek – też pokazuje mi „przerwę”; zerkam na klasowy wiszący nad tablicą – ten też pokazuje czas „na przerwę”;  otwieram drzwi i sprawdzam godzinę na zegarze wiszącym na korytarzu: – wskazuje tę samą godzinę, co mój!

Poszedłem do sekretariatu i pytam panią sekretarkę o godzinę, a ta pokazuje mi zegarek wiszący na ścianie, również z godziną „na przerwę”!

Wracam więc do klasy i mówię do uczniów:

„Przepraszam Państwa za przedłużenie, to się już nie powtórzy.  PRZERWA! – i… wyszedłem z klasy, nie zadawszy im wtedy żadnego zadania domowego…

Jak się później okazało, uczniowie znając moje zwyczaje i skrupulatność, zmienili „godzinę” nie tylko na swoich zegarkach, ale także NA MOIM (nie wiem nawet jak…) i na wszystkich zegarkach naokoło, nawet na tym – w zmowie z sekretarką – wiszącym przed wejściem do gabinetu Pani Dyrektor. „UBAW” MIELI WSZYSCY TEGO DNIA, że udało im się mnie nabrać… UDAŁO!!!

Z kolei w szkole w Pax-ie, w klasie na parterze, nie wiem jakim cudem rozmnożyły się myszy; po jakimś czasie, było ich tak dużo, ze w czasie lekcji „wędrowały” po wewnętrznych parapetach, podłodze i tam, gdzie spodziewały się „jedzenia” (BYŁY OCZYWIŚCIE PRZEZ UCZNIÓW PRZEZ DŁUŻSZY CZAS W TYM CELU ODŻYWIANE).

Panie nauczycielki, gdy tylko w klasie pojawiały się myszy przerywały lekcje i wychodziły z klasy. Tylko ja nie reagowałem na te stworzonka i jak gdyby nic, zajęcia odbywały – zgodnie z planem (sprawdzenie zdania domowego, zadanie kolejnych ćwiczeń „do domu”, wprowadzenie nowego materiału lekcyjnego, jego wytłumaczenie i przećwiczenie na przykładach).

Aż któregoś dnia jeden z uczniów nadepnął na mysz, aż ta zapiszczała! Ja na to: „Co Pan robi?”, on : „Mysz – panie profesorze – MYSZ”. „I co z tego?” odpowiedziałem, co wszystkich trochę zaskoczyło…

Zdziwienie było oczywiście totalne! Ale takim byłem. Jednak rzadko się udawało  uczniom mnie przechytrzyć, ale czasem się udawało! W duchu do dziś śmieję się z takich „przygód”, jak u Gomulickiego w jego uroczych „Wspomnieniach niebieskiego mundurka”.

Ciąg dalszy nastąpi i będzie miał tytuł:

Od nauczyciela kontraktowanego do profesora Akademii Humanistycznej w Pułtusku

Poprzedni artykułBarany
Następny artykułBomsori Kim „Violin On Stage” – Niezwykły album skrzypaczki…
Karol Czejarek
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS.

1 KOMENTARZ

  1. Przeczytałem z wielkim zainteresowaniem kolejny odcinek autobiografii pt. „Postanowiłem zostać nauczycielem” i przyłapałem się na prostej, ale bardzo ważnej dla psychologicznego portretu autora konstatacji. Otóż Karol Czejarek, w przeciwieństwie do wielu autobiografów, nie oskarża złych czasów, adwersarzy ani nieprzychylnych mu instytucji o niszczenie życia zawodowego i prywatnego, tylko opisuje z entuzjazmem co czynił, na przekór wszelkim niepowodzeniom, żeby być przydatnym dla kultury i nauki. Muszę przyznać, że jestem pełen podziwu dla Jego wielu talentów: językowych, literackich i organizacyjnych, no i oczywiście dla Jego niespotykanej konsekwencji i umiejętności współpracowania z ludźmi, tymi niezbyt mu przychylnymi także. Serdecznie pozdrawiam.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here