Pomiędzy księgarnią a STK było wojsko: (zasadnicza służba wojskowa 1959-1961). Autobiografia Karola Czejarka, cz. 6

2

Chciałem iść do wojska! Tym bardziej, że jako dobrze zapowiadającemu się kolarzowi panowie Leon Bestry i Władysław Boczoń, bardzo wpływowi wówczas działacze sportowi obiecali,  że zaraz po przysiędze, „wyciągniemy Cię z  Jednostki i umieścimy w Legii, a co najmniej w OWKS w Bydgoszczy. A tam będziesz mógł już tylko trenować!”. Nic takiego się nie stało!  

Ale powołanie mnie do wojska w Szczecinie, a więc w miejscu zamieszkania (co raczej się nie zdarzało), w dodatku do jednostki mieszczącej się tuż obok toru kolarskiego, spotęgowało we mnie nadzieję, że moje plany sportowe się ziszczą. M.in. o wyjeździe w torowej reprezentacji Polski na Olimpiadę do Rzymu. Byłem święcie przekonany, że panowie Bestry i Boczoń dotrzymają danego mi słowa; przecież przyrzekali – „… tor masz pod nosem, a czasu na treningi ZAŁATWIMY Ci tyle, ile będziesz go potrzebował”!  

„Uzbrojony” w te oświadczenia – 15 października 1959 roku – przekroczyłem  NA ROWERZE (!) – bramę koszar V pułku zmechanizowanego 12 dywizji, przy ulicy Wojska Polskiego w Szczecinie, a TOR KOLARSKI rzeczywiście widoczny był z okna budynku mojego zakoszarowania.

Z radości zacierałem ręce, gdyż wcześniejsze obietnice wydawały się naprawdę realne, tym bardziej, że pan Leon Bestry był wówczas bardzo ważną postacią nie tylko w zarządzie okręgu, ale i w centralnych władzach kolarskich, zaś pan Władysław Boczoń był dyrektorem klubu sportowego (stoczniowo-gwardyjskiego) „Arkonia”, którego barwy reprezentowałem.

Lecz moje miejsce urodzenia i rodzina w Niemczech, znów „dało znać o sobie!”. Gdyż ani CWKS w Warszawie, ani OWKS w Bydgoszczy, nie przyjęły mnie do siebie.  

Warunki do uprawiania sportu na miejscu – owszem – zapewniono mi w pułku, ale dopiero „po przysiędze”, z zaznaczeniem, że tylko „w czasie wolnym od służby”, jak to określił mjr Kuryłek w jednym ze swoich dziennych rozkazów. „Będziemy Was Czerajek (on też przekręcał moje nazwisko) zwalniać na treningi, ale dopiero po odbyciu okresu rekruckiego”.

Nie mając wyboru, przyjąłem te warunki i tak już zostało do końca mojej służby – 25 października 1961r. Została ona wtedy nawet nieco przedłużona, z uwagi na kryzys kubański. Na szczęście konflikt rozszedł – „po kościach”, a ja …wróciłem do księgarni, choć marzyła mi wtedy zupełnie się inna kariera.

Gdyby z „KOLARSTWEM” W WOJSKU POWIODŁO mi się, to myślałem wówczas o studiach na AWF-ie i pozostaniu po zakończeniu kariery kolarza, trenerem bądź nauczycielem wf-u. A tak, chcąc nie chcąc, wróciłem do księgarstwa.

Muszę jednak powiedzieć, że „do wojska” chciałem iść świadomie, aby tym samym oderwać się od opieki państwa Polaków, którzy przyjęli mnie do siebie jak syna i zapewniając jak synowi wszystko, czego potrzebowałem (po wyjeździe Mamy do Niemiec). Wreszcie chciałem sam decydować o swoim dalszym losie.

Chcieli nawet podjąć starania o zwolnienie mnie z wojska po to, abym studiował, gdyż uważali, że „wojsko w moim przypadku” – to będą zmarnowane 2 lata! W zamian chcieli, abym nadal „naukowo” opiekował się ich dziećmi – Tadeuszem i Marysią (którą nazywałem Simoną). Ale tej propozycji nie mogłem od nich przyjąć, nie mając gwarancji, że będę mógł w przyszłości odwdzięczyć się Im”.

W każdym razie – z takimi przemyśleniami, pełen nadziei na sukcesy w kolarstwie, zgłosiłem się 15 października 1959r, punktualnie o ósmej rano – zgodnie z wezwaniem – w koszarach, przy ulicy Wojska Polskiego w Szczecinie!

Przydzielono mnie do plutonu dowodzenia w pułkowej artylerii. (Przypomniałem sobie, że mój śp. Ojciec służył także w artylerii – i podobnie, jak ja – posługiwał się tam „lornetą nożycową”).

Przekraczając bramę koszar, żywiłem nadzieję, że wreszcie będę miał takie same warunki do trenowania jak inni, znani w tamtym czasie zawodnicy, których powoływano do wojska tylko po to, aby kontynuowali swoje kariery sportowe. Ja jednak – w przeciwieństwie do nich – NIGDY takich warunków nie miałem. 

Pracowałem przed wojskiem w księgarni (bo musiałem pracować, by wspomóc finansowo swoją Mamę po śmierci Ojca; a po Jej wyjeździe do Niemiec, aby móc samemu utrzymać się ). „Wojsko” było więc dla mnie swego rodzaju nadzieją, przede wszystkim na WIELKI SPORT! Ale – ta nadzieja „potoczyła się tak, jak się potoczyła…”

Dobrze, że pan Polak – ostrzegł mnie, jak „nie podpaść” już pierwszego dnia w wojsku!

„Jak szef kompanii będzie wydawał mundury” – poradził mi wiele tygodni wcześniej – „bierz to, co poleci w Twoją stronę i nie dyskutuj z nim, że coś jest za duże, za małe, albo nie pasuje. Wszystko potem już na spokojnie dobierzesz sobie, w drodze wymiany z innymi”. Tak też zrobiłem!

Dodał też: „Gdy już po wydaniu mundurów zaprowadzą was pod natrysk, nie namydlaj się całkowicie, bo zakręcą wodę… i nagle usłyszysz:  NA KORYTARZU ZBIÓRKA! …Nie wychodź wtedy spod natrysku; zaczekaj na następną grupę, bo inaczej, jak oferma –  będziesz szukał swego munduru, którego i tak nie znajdziesz…!”.   

„To, co mam zrobić, żeby tego uniknąć”? – zapytałem.
„Zaczekać, aż przyprowadzą następną grupę. Wtedy wyjdź, ubierz się w pierwszy lepszy mundur i dołącz do swojej grupy, która bez ciebie nie odejdzie daleko…”

A gdy mnie zapytają, gdzie byłem?  

Powiedz, że MUSIAŁEŚ …do toalety!

Nigdy nie zapomnę pierwszego alarmu w okresie rekruckim! Ostrzeżony przed nim, schowałem mundur z butami pod zagłówkiem, o czym zapomniałem. Wyrwany ze snu wyleciałem jak głupi na korytarz (w ciemnicy, bo światła wszystkie zostały wyłączone), gdzie zwykle wszystkie mundury były ułożone „w kostkę” i… zgodnie z radą pana Polaka – wciągnąłem na siebie pierwszy lepszy i popędziłem po broń. Na zbiórce stawiłem się o przeznaczonym czasie. Ale byli i tacy, którzy „w czasie nie mieścili się nigdy”, nie mogąc znaleźć swego munduru.

Pierwsze dni pobytu w koszarach w ogóle były bardzo trudne, ale powiedziałem sobie – „jeśli narazie  nie możesz trenować, traktuj ten dryl , jak na hali siłowy trening i wykonuj wszystko z PODWÓJNĄ ENERGIĄ”!

Jednak największe męki przeżywałem z powodu… onuc! To takie szmaty, którymi owija się stopy, aby ich „nie odparzać” w ciężkich wojskowych butach, które wtedy jeszcze miały w zelówkach gwoździe. Do końca służby nie potrafiłem ich prawidłowo założyć (a skarpet nie było) i po kilku dniach stopy miałem otarte do krwi.  Zdecydowałem się zgłosić do lekarza na Izbę chorych…

Tego dnia „do Izby” zgłosiło się ponad 200 kotów (tak w wojsku nazywa się rekrutów)! Dyżurujący felczer w randze podporucznika, kazał nam ustawić się w dwuszeregu i zarządził: „Ciężko chorzy – wystąp!”

„Ciężko chory, lekko chory?”– rozmyślałem przez chwilę – w końcu zrobiłem 3 kroki do przodu… Takich jak ja, było zaledwie kilku. Tym, którzy wystąpili przed szereg, kazał wejść do środka budynku z zamalowanymi na biało oknami z „czerwonym krzyżem” oznaczającym „szpital”. „Reszta w prawo zwrot i do fryzjera!” (do ostrzyżenia, oczywiście na …pałę!”).

Gdy wróciłem do plutonu, ze zwolnieniem od zajęć na kilka dni i prawem noszenia w tym czasie kapci, nie mogłem rozpoznać swoich kolegów. Ogolono im głowy i wszyscy wyglądali tak samo.

Ale w sumie – swoją służbę wojskową (poza okresem rekruckim) – wspominam dobrze!

Mogłem się najeść, miałem wygodne łóżko, a z każdym dniem, koledzy i przełożeni – zarówno podoficerowie,  jak i kadra oficerska (dowiedziawszy się o moich dotychczasowych sportowych wynikach) – chciała, abym TRENOWAŁ! Jak mogli – umożliwiali mi to „po przysiędze” przez cały, 2 – letni okres pobytu w koszarach. Nawet na poligony pozwalano mi zabierać rower! DZISIAJ DZIĘKUJĘ IM ZA TO!

Mogłem więc popołudniami (w czasie wolnym od zajęć) jechać sobie na trening. Dostawałem w tym celu przepustki od szefa plutonu – pamiętam do dziś jego nazwisko i stopień – plutonowy Stanisław Daniłowicz! (Wspaniały człowiek, który z czasem stał się moim dobrym kolegą). Dawał mi je „in blanco”, oczywiście za zgodą naszego dowódcy plutonu por. Ryszarda Chorążewskiego, który codziennie przypominał mi na porannym apelu:

„Tylko postaraj się Czejarek (często też przekręcał na „CZERAJEK”) nie podpaść na tych przepustkach, a i morda w kubeł, gdyby cię jakiś patrol zatrzymał”. Oczywiście te przepustki sam sobie wypełniałem i podpisywałem, w „zastępstwie” za por. Chorążewskiego i plutonowego Daniłowicza… Chodziło o to, że odpowiedzialność za opuszczenie koszar bez munduru BIORĘ NA SIEBIE…!

– Czy to jest jasne CZERAJEK?.

„Tak jest, obywatelu poruczniku!”– odpowiadałem, a on puszczał do mnie ”oko”, uśmiechając się przyjaźnie pod nosem! 

NAJGORSZE przed przysięgą było to, że gdy dowództwo składające się z zawodowych żołnierzy, „po pracy” wracało do swoich domów – w koszarach władzę przejmowali kaprale ze służby czynnej (po szkole podoficerskiej). Wtedy oni „wyżywali się” na pierwszym roczniku, czyli „kotach”. A czynili to w sposób absolutnie niezgodny z jakimkolwiek regulaminem.

Wiele było nieprzespanych nocy, czyszczenia korytarza „przysłowiową” szczoteczką do zębów, a także „marszów” (w pełnym rynsztunku i…w samej bieliźnie) dookoła placu apelowego lub wzdłuż długiego korytarza, co wyglądało komicznie, a przede wszystkim było poniżające. Jednak nikt nie składał na to „czołganie plutonu” skargi.  W ogóle skarg dotyczących tzw. fali w wojsku po prostu nie było. Gdyby ktoś się na to odważył – „nie miałby już życia”.   

Na szczęście jakoś to wszystko wytrzymałem i dzisiaj śmieję się z tego. Ale zostawmy te przykre wspomnienia. Było, minęło. O kilku „przypadkach”, których byłem świadkiem, chcę jednak jeszcze opowiedzieć.

Zdarzyło mi się, że gdy wracałem z jednej „treningowej” przepustki (wtedy akurat z „Polic przez Tanowo do koszar) i zbliżałem się do bramy, wartownik, kiedy mnie zobaczył, zakrył twarz rękoma, co oznaczało, …że COŚ SIĘ WYDARZYŁO!  

Jak zwykle, już z daleka zawołałem do wartownika: „Linka w dół”, tym razem jednak nie opuścił jej, a gdy stanąłem przed szlabanem – usłyszałem przez głośnik z PLACU APELOWEGO wezwanie dowódcy pułku: „Chodźcie tu!”.  Podjeżdżam i widzę, że cały pułk stoi na placu apelowym: ogłoszono nagły wyjazd na poligon. Czekano tylko …na mnie. Doliczono się bowiem, że (jak zwykle przekręcając moje nazwisko)  brakuje „Czerajka” z plutonu dowodzenia!

Zamarłem ze strachu, podchodząc z rowerem na trzy kroki do dowódcy pułku, który wrzasnął w moim kierunku: „Degraduję was do stopnia szeregowego (byłem wtedy st. szeregowym), a po powrocie z poligonu – zameldujecie się DO RAPORTU u dowódcy dywizji! …Niech Was przykładnie ukarze”.

Wyjąknąłem: „Tak jest, obywatelu pułkowniku”.

„A teraz – dodał po chwili – jazda po mundur, broń i lornetę (nożycową), bo my tu kurwa zamarzniemy”… (Tzw. „mięso”– wtedy i tak chyba jest do dziś – zawsze było w wojsku  nieodłącznym  elementem  żołnierskiego języka).

Dowódcą 12 dywizji, w której służyłem, był wtedy, młody jeszcze gen. Jaruzelski, który wysłuchawszy mnie, powiedział: „Wracajcie do pułku i nie podpadajcie więcej, a stopień bombardiera (jak nazywa się stopień st. szeregowego w artylerii) zostawiam wam”. Po chwili dodał jeszcze: „Dużo dobrego o Was już słyszałem; nawet wiele osób wydzwaniało do mnie w waszej sprawie, ale przenieść was do innego okręgu nie mogę.  Wydałem zalecenie, żeby maksymalnie umożliwiali wam trenowanie!”. Powiedziałem tylko – dziękuję!

Generał tym samym zaakceptował moje „uprawianie sportu” i od tamtej pory – oficjalnie (choć nadal tylko w czasie wolnym od zajęć), … zostałem KOLARZEM PUŁKU”! Oszczędzano mnie w przydzielaniu służb, wart, dyżurów w kuchni itp. – „Niech jeździ i niech nas reprezentuje, świadcząc o tym, co żołnierz może osiągnąć w CZASIE WOLNYM w trakcie służby”!

„Czas wolny” w wojsku był od ok. 17:00  do 21:30; wtedy żołnierze mogli pisać listy do rodziny i swoich dziewcząt; mogli przebywać w świetlicy, pójść do kantyny, prać swoje onuce…

Telewizji wtedy jeszcze nie było, ale można było zagrać w ping-ponga, siatkówkę, naprawiać różne swoje rzeczy.

Koledzy, jak mogli starali się mi ułatwić życie w koszarach; naprawiali rower, zostawiali kolację, wbijali gwoździe w moje zelówki (czego ja nie potrafiłem), a nawet zastępowali w służbie, np. …przy obieraniu ziemniaków, czy zbieraniu jesienią liści spod drzew.

W niedziele, ci którzy mogli, chętnie przychodzili na zawody, w których brałem udział i głośno mnie dopingowali. Szczególnie lubili przychodzić na tor kolarski, ale „po zawodach” musiałem im dać się przejechać na torówce (rowerze z tylko  tzw. „ostrym kołem”), którą przechowywałem w kotłowni. (Moja szosówka miała „pozwolenie” przebywania ze mną w pokoju, czasem też w magazynku broni, który znajdował się tuż za „moją” izbą żołnierską.

Robiliśmy wspólnie zdjęcia (podobne do tego, jakie otwiera dzisiejszy odcinek). Z wieloma osobami naprawdę się wtedy zaprzyjaźniłem i kontynuowałem te „przyjaźnie” jeszcze długo, długo „po wojsku”. A z niektórymi osobami do dziś pozostaję w listownym bądź meilowym kontakcie, jak np. z Józefem Czubakiem czy Mirosławem Hamerskim, mieszkającymi daleko od Warszawy. Większość z nich pochodziła ze wsi lub małych miasteczek Lubelszczyzny, zamojskiego, przemyskiego i „zza Buga”. Chętnie wieczorami słuchali moich opowieści o przeczytanych książkach, o moich „polsko-niemieckich” przeżyciach rodzinnych, o pracy w księgarni, a zwłaszcza o planach sportowych, jakie miałem. Zawsze musiałem im szczegółowo relacjonować wyścigi, w których brałem udział, szczególnie te, które odbywały się poza Szczecinem.

W płocie oddzielającym przestrzeń koszarową od toru kolarskiego zrobiono mi nawet specjalną „dziurę” (tzn. wstawiono ruchome szczeble, które można było wyjąć, by przenieść między nimi rower) i  mogłem jeździć na treningi.

Nie mogłem narzekać, ale zazdrościłem swoim kolegom-kolarzom, którzy odbywali swoją „służbę” w kompaniach sportowych, gdzieś na strażnicach wopowskich (Wojsk Ochrony Pogranicza), albo „lądowali” w Radomiu, w Łodzi czy w Bydgoszczy. Ich nazwisk jednak nie wymienię, choć je dobrze pamiętam; wszystkim swoim rywalom życzyłem zawsze dobrze, a tego, że bywałem nieraz słabszym od nich, nigdy nie usprawiedliwiałem „swoją” służbą wojskową.

Mogę nawet pochwalić się, że zawsze starałem się być fair  i cieszyłem się również z sukcesów innych! Szkoda tylko, że „wojsko” praktycznie zakończyło moją karierę sportową, ale tego, że w nim byłem i mam za sobą zasadniczą służbę – NIE ŻAŁUJĘ. Przeciwnie, widziałem jak wielu chłopców odbywających ze mną służbę – zdobywało konkretne zawody, stawało się np. kierowcami czy dobrymi mechanikami.

Nie spotkałem się w wojsku praktycznie z żadnymi problemami. Dostawałem regularnie jedzenie (które mi smakowało i wystarczało), miałem zapewnioną odzież na lato i na zimę. Nawet byłem dumny ze swego munduru wyjściowego, dobrze dopasowanego i zawsze dokładnie wyprasowanego. Zgrzeszyłbym więc, gdybym – wspominając swoją służbę wojskową – coś „w niej” źle ocenił. Choć oczywiście swoje przeszedłem!

…Alarmy, poligony, strzelania, wyjazdy do PGR-ów na wykopki i żniwa – to była codzienność.   

Poligony (chyba nie zdradzam tajemnicy, bo wszyscy wiedzą, gdzie się nadal znajdują) zaliczyłem chyba wszystkie; i ten k. Torunia, i ten „pod Poznaniem”, i ten „w Drawsku Pomorskim”. Wciąż też „żyje” we mnie pewna przygoda, jaka wtedy na jednym z nich miała miejsce.

Otóż nasz porucznik nie pojechał z nami na poligon do Podgórza, bo zdawał maturę.

Przed wyjazdem zrobił odprawę naszego (swojego) plutonu, prosząc: „Panowie – tylko żeby nie było tak, że jak przyjadę za kilka dni, to usłyszę od dowództwa, że pluton dowodzenia to albo tamto…!”. „ OBYWATELU PORUCZNIKU, wszystko będzie dobrze, proszę się niczego nie obawiać”, zapewniali go naraz wszyscy, jakby składali przysięgę…

Por. Chorążewski był rzeczywiście człowiekiem bardzo dobrym, niemal „ojcowskim”, mimo młodego jeszcze wieku; zawsze stawał w naszej obronie, ale gdy wrócił i wszedł do naszego namiotu – powiedzieć, że był wściekły, to nic nie powiedzieć! Podniesionym głosem – niby sędzia – rozdawał niemal wszystkim kary; jednemu 10 dni aresztu, drugiemu rok, trzeciemu… 5 lat więzienia! A gdy zobaczył kaprala Płoszajskiego, który złamał półośkę w naszym samochodzie sztabowym, bo na poligonie wjechał w drzewo (jedyne, jakie tam było!) –  KRZYKNĄŁ: „A tobie Płoszajski zawnioskuję DOŻYWOCIE!”. Na co ten, jakby nigdy nic, odpowiedział: „chuja” (przepraszam za to słowo, ale tylko ono oddaje atmosferę tamtej sytuacji) – „2 dni możesz mi dać, nic więcej!” (bo tylko tyle „kary” miał wtedy wg regulaminu „do dyspozycji” dowódca plutonu…

Zdrętwiałem!  Już po kilku dniach wszystko poszło w zapomnienie, tym bardziej, że od tego zdarzenia, pluton wzorową służbą (bo „złamanie półośki” było tylko nieszczęśliwym wypadkiem)  odkupił „winy”. Był w ogóle „zgraną paką”! I naprawdę WZOREM!

Ciąg dalszy nastąpi

Kolejny odcinek (VII) będzie miał tytuł: „Marzyła mi się kariera kolarza!”

  1. W trakcie pisania tego odcinka zadzwonił do mnie ze Stepnicy Janusz Hałdys, z którym jeździłem na rowerze; kolega kilka lat starszy ode mnie. Od kilku miesięcy „nie miałem od niego znaku życia”. Okazało się, że jest w Domu Opieki Społecznej, żaląc się, że choć taktują go tam dobrze – tojest gorzej jak w więzieniu”. Tak powiedział! Dlaczego Januszu?– spytałem.

– „Bo od wielu miesięcy nikt nie może wyjść poza obiekt z powodu COVIDU”!

„Nawet zębów z Mieszkowic nie mogę odebrać!”. Ale cieszę się, że przynajmniej udało mi się dodzwonić do Ciebie, z przypadkowo pozyskanego telefonu!  Nie mamy tu żadnego dostępu do komórki”.

– „A Internet macie? Bo moglibyśmy od czasu, do czasu porozmawiać ze sobą przez Skype`a ”?

„O czym Ty mówisz, Karolku?”…i  połączenie nagle zostało przerwane (usłyszałem tylko obcy głos: kto ci dał ten  telefon?” A potem już była cisza.

Łezka mi się w oku zakręciła? „Napiszę Januszu o Tobie”, pomyślałem wtedy „… wspomnę naszą przyjaźń w odcinku, który będzie o… kolarstwie…” Cieszę się, że zdążyłem Ci jeszcze powiedzieć, że jestem przy pisaniu swojej autobiografii…

„A czy moje życie w ogóle zasługuje na to, aby o nim wspomnieć?” – jak bym „usłyszał” echo tej rozmowy.

„Januszu drogi, każdy z nas ma za sobą coś, co warte jest przekazania innym!”.

Napiszę o tym w następnym odcinku. I o naszej wciąż trwającej przyjaźni…

Poprzedni artykułPrezent na święta od Zofii Tyszkiewicz
Następny artykułIda Haendel: Polska jest dla mnie ojczyzną
Karol Czejarek
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS.

2 KOMENTARZE

  1. Drogi Profesorze,
    bardzo dziękuję za Twoje wspomnienia.
    Jestem młodszy o prawie jedno pokolenie i wiele rzeczy dla mnie jest nowością.
    Może gdybyśmy jako społeczeństwo poznawali życiorysy innych, to może mniej byłoby niezdrowych podziałów. Gdzieś zaniedbana została edukacja …
    Michał Kulik

  2. Szczerze uśmiałem się po przeczytaniu tej historii wojskowo-kolarskiej. Wprawiła mnie w dobry nastrój i postanowiłem sięgnąć do swoich wspomnień związanych ze sportem. Zobaczymy co z nich pozostało.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here