Polski jazz. Lata powojenne (cz. 1/4)

0
193

Wszystko przez ten jazz. Tak mawiała moja Mama, gdy tylko w domu coś było nie tak. Moi Rodzice nie zwalczali jazzu, ani też mojej brody czy sposobu ubierania się. Po prostu jazz był dobry, dopóki wszystko w domu szło dobrze.

[Zaprezentowany fragment tekstu pochodzi z rozdziału „Jazz” książki Stanisława Raczyńskiego pt. „Kraków, Moskwa i Meksyk”, Szczecin 2013].

 

Miałem wspaniałych rodziców. Gdy wybuchła wojna, miałem rok. W Krakowie była panika, wszyscy gdzieś uciekali. Potem rodzice opowiadali, jak pobiegli ze mną na dworzec kolejowy, żeby wyjechać z miasta gdziekolwiek. Wojsko zamknęło w tym dniu dworzec i nie dostali się do pociągu. Potem mówiono, że wszystkie pociągi, które tego dnia wyjechały z Krakowa, zostały zbombardowane i mało kto z podróżnych przeżył. Jak można było wtedy żyć z małym dzieckiem, gdy nie było podstawowych produktów żywnościowych?

Wkrótce Niemcy wysiedlili nas z mieszkania. Wyjechaliśmy do Wieliczki, gdzie rodzice wynajęli pokój w małym domu. Pamiętam przez mgłę tylko koniec wojny: pewnego dnia w ogródku spadły dwie bomby, a naprzeciw, po drugiej stronie drogi – jedna. Gdyby któraś z nich trafiła w nasz dom, nie zostałoby z niego nic.

Potem już nie wychodziliśmy ze schronu, bombardowania nasilały się. Trzeba było zmienić schron na większy i głębszy. Pamiętam, jak przebiegaliśmy przez drogę, na której stał czołg niemiecki, ostrzeliwując jakiś okoliczny cel. Potem długie dni i noce spędzone w piwnicy jakiegoś dużego domu, gdzie po pewnym czasie jedynym pożywieniem była zagotowana woda – z przerdzewiałej beczki blaszanej – z sacharyną. Co odważniejsi wychodzili czasem w nocy, aby zobaczyć, kto aktualnie jest nad nami: Niemcy czy Rosjanie. Sytuacja zmieniała się kilkakrotnie.

Pewnego dnia przyszedł do naszej piwnicy handlarz, oferując słoiki za smalcem. Rodzice kupili jeden, nie wiem za co, pewnie za resztki biżuterii mamy. Okazało się, że słonina to była cienka warstewka, pokrywająca stearynę, którą był wypełniony słoik.

Potem przyszli Rosjanie. Wróciliśmy pieszo do Krakowa.

Nie mogę powiedzieć, abym miał trudne dzieciństwo. Jestem jedynakiem, co ma swoje dobre i złe strony. Zawsze miałem kłopoty w komunikacji z otoczeniem. Byłem zamknięty i małomówny. Mama opowiadała, że będąc małym dzieckiem, długo nie mówiłem i zdawało się, że nigdy nie zacznę. Pewnego dnia wieziono mnie w wózeczku, kiedy rozpadało się nagle. Podobno rozejrzałem się i powiedziałem:

– Pada deszcz.

Od tego czasu zacząłem mówić normalnie. Teraz wiem, dlaczego tak się stało: po prostu przedtem nie było nic na tyle godnego uwagi, aby o tym mówić.

Nie było łatwo żyć w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, ale ojciec jakoś sobie radził. Podziwiam go do dziś. Był artystą plastykiem i nigdy nie sprzeniewierzył się ani nie poddał komunie (…) nie uprawiał „socrealizmu” lub sztuki propagandowej, co robiło wielu jego kolegów. Walczył o swoje prawa i o przeżycie z pasją i wytrwałością. Borykał się też z problemami mieszkaniowymi, jak większość ludzi w owych czasach.

Mieszkanie na Retoryka było duże (trzy pokoje), nie było więc mowy o tym, abyśmy go mogli zajmować sami. Początkowo jeden pokój zajmowała jakaś rodzina, w drugim mieszkał pewien muzyk z siostrą. Potem muzyk zmarł, a jego siostra wyjechała. Władze zawiadomiły nas o dokwaterowaniu pewnego człowieka, pana J. z synem. Ojciec zgodził się (nie miał innej możliwości), a nowy lokator był szczęśliwy i zachwycony dobrym przyjęciem. Potem sprawy przybrały inny obrót. Otóż J. był typowym przykładem tego, jak komunizm wypaczał psychikę ludzi, których starał się podporządkować. Pan J. przez całe życie był fryzjerem w jakimś małym miasteczku podkrakowskim. Gdy nastała komuna, poczuł, że to jego szansa życiowa. Zapisał się do partii i awansował. Powiedziano mu, że od tej chwili już nie jest fryzjerem, tylko profesorem uniwersyteckim. To nie był żart. Zrobiono go wykładowcą perukarstwa i charakteryzacji w Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie. Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie uważam, aby J. był kimś gorszym lub lepszym od mojego Tatusia. Był zapewne człowiekiem uczciwym i dobrze wykonywał swój zawód. Wielu ludzi awansowało w podobny sposób, jednak J. nie wytrzymał i dosłownie odbiło mu. Nie trzeba było długo czekać na konflikty we wspólnym mieszkaniu, zwłaszcza że mój tatuś pracował w domu, a syn pana J. zaczął pobierać lekcje gry na akordeonie.

Po wielu latach wojny domowej J. postanowił się zemścić i pognębić ojca: wyprowadził się, przekazując swój pokój Milicji Obywatelskiej na kwaterę. Milicjant, który potem mieszkał z nami przez kilka lat, był może zdrowszy psychicznie od J., czego niestety nie można było powiedzieć o jego żonie, tak więc konflikty domowe pozostały i stały się integralną częścią naszego życia.

Z jazzem zetknąłem się jeszcze jako dziecko w latach pięćdziesiątych, właściwie niechcący. Tak się złożyło, że pierwsze jam session w Polsce odbyło się w domu, gdzie mieszkaliśmy (Kraków, Retoryka 18), dwa piętra nad nami, w mieszkaniu państwa Fersterów. Pamiętam, że do późna dudnił kontrabas i perkusja i nie można było spać. To był koniec lat pięćdziesiątych i początek sześćdziesiątych. Zainteresowanie jazzem w Polsce wzrosło ogromnie po słynnym przemówieniu Chruszczowa na temat sztuk pięknych. Szczególnie popularny stał się bebop („wymysł zdegenerowanej klasy burżuazyjno-imperialistycznej na zgniłym Zachodzie”).

Potem poznałem Wojtka Karolaka. On stał się zafascynowanym wielbicielem jazzu po obejrzeniu wystawy antyamerykańskiej pod nazwą „Oto Ameryka”, gdzie pokazywano wszystkie straszne aspekty życia w USA: gangsterów, Coca-Colę, pistolety, bombę atomową, buty na „słoninie” i jazz. Przez chrypiący głośnik puszczano nagrania jazzowe. Ta wystawa była obowiązkowa dla szkół i tak Wojtek, jako uczeń Liceum Muzycznego, musiał ją obejrzeć. Słysząc tam boogie-woogie, oszalał i natychmiast w domu zaczął je odtwarzać i ulepszać. Kiedy pierwszy raz odwiedzili mnie wraz z Andrzejem Dąbrowskim, usiedli do pianina i zagrali na cztery ręce Lady Be Good, co z kolei mnie wprawiło w zachwyt. Potem to były długie godziny nieudolnych prób i ćwiczeń, aby wydobyć z instrumentu coś, co przypominało imperialistyczne boogie-woogie lub ragtime. Nie wiem, czy wszyscy polscy jazzmani tamtego pokolenia zaczynali od wystawy „Oto Ameryka”. Jeśli nie, zaczynano w podobny sposób. Moje dzieci i ludzie trochę młodsi nigdy tego nie zrozumieją.

Często w biografiach wielkich artystów mówi się, że mieli trudne dzieciństwo. Nie wiem, czy to jest nieodzowny atrybut w zdobywaniu umiejętności i sławy. Niedawno dowiedziałem się, że Dizzy Gillespie jako dziecko był bity przez swojego ojca w każdą niedzielę, niezależnie od tego, czy coś przeskrobał czy nie. Dzieciństwo wielu znanych jazzmanów amerykańskich było podobne, albo i gorsze. Faktem jest, że wszyscy polscy jazzmani tamtych lat mieli trudne dzieciństwo przez sam fakt, że wyrośli w epoce faszyzmu, komuny i terroru.

Wtedy nie tylko nie było mowy o rock and rollu (jeszcze nie istniał), ale też jazz był sztuką wyklętą. Nie istniały na rynku ani w radiu nagrania jazzowe, i jedyne, co było, to Godzina jazzu (słynne Jazz Hour) Willisa Conovera w „Głosie Ameryki”. Niektóre zespoły uprawiające muzykę taneczną w Polsce przemycały pewne elementy jazzu. Odkryliśmy to w nagraniach zespołu Górkiewicza i Skowrońskiego, który wprawdzie nie grał jazzu, ale muzyka, którą uprawiał, była czymś podobnym i wykonana na dobrym poziomie. Do tego zespołu wrócę potem, wspominając jego echa, które dotarły do mnie nieoczekiwanie w Meksyku w roku 1993. Lata 1958-1960 zawsze kojarzyć mi się będą z tym, co wyczynialiśmy z Wojtkiem Karolakiem i Rysiem Horowitzem. Andrzej Dąbrowski, „Gucio” Dyląg, Rysio Ruszil też należeli do kręgu młodych jazzmanów, o których było wiadomo, że będą wybitnymi muzykami. Andrzej Kurylewicz i Wanda Warska mieli już wtedy status jazzmanów wysokiej klasy. Bywaliśmy wszędzie razem, też i na wakacjach. To były cudowne miesiące, a czas spędzany w Krościenku nad Dunajcem nigdy się już nie powtórzy. Atmosfera tego miejsca była nie do opisania. Krościenko to piękne miasteczko (wieś?) i pięćdziesiąt lat temu było spokojne i pustawe, a jednak pełne życia i ciekawych ludzi. Rano budził nas zwykle dźwięk trąbki „Kuryla”, który mieszkał nieopodal. Andrzej i Wanda to byli tytani pracy: ćwiczyli od wczesnych godzin rannych. Potem mieli próby (Gucio, Andrzej Dąbrowski, Kuryl na trąbce, Wojtek na saksofonie altowym) na strychu chałupy, w której mieszkał Kuryl. Grali wspaniale.

Tubylcy tolerowali nas. Nawet udało się załatwić „chałturę” w gospodzie ludowej. Włączono mnie też do zespołu, na klarnecie. Andrzej Dąbrowski zajął się reklamą – przez kilka dni jeździł po Krościenku na rowerze, wykrzykując:

– LUUUDZIEE!!! Przyjdźcie w sobotę do gospody! Będzie grał zespół Andrzeja Kurylewicza!!!

Ludzie przyszli, bardziej z ciekawości. Górale to muzykalny naród. Bardziej słuchali i patrzyli, niż tańczyli, ale nikt nie miał zastrzeżeń co do muzyki.

Krościenko miało wszystko, co powinna mieć wieś letniskowa: przychylnych mieszkańców, zapach gnojówki i świeżego siana, rodziny z dziećmi z miasta, miejscowego wariata (bardzo sympatyczny i rozmowny), kościół, świetlicę, gdzie było pianino, kilka prywatnych jadłodajni, kamieniste plaże Dunajca, Pieniny, miejscowego „bezbożnika” i normalne ludzkie konflikty.

Bezbożnikiem był gospodarz J.Z., u którego mieszkaliśmy. Przynajmniej tak go kwalifikował miejscowy proboszcz. J.Z. był już starszym człowiekiem. Żona mu umarła przed laty, zamieszkał z młodą dziewczyną na „kocią łapę”. Nie chciał się wyspowiadać i pijał zdrowo, nie miał więc zbytniej ochoty uczęszczać do kościoła. Ksiądz chwytał się wielu sposobów, aby ocalić jego duszę. W końcu dopiął swego. Pewnego dnia J.Z. popiwszy trochę za dużo, wracał do domu, a że zmysł równowagi zawodził go i było ciemno, przewrócił się parę razy. Wreszcie trafił do domu i legł zmorzony snem. Gdy się obudził po wielu godzinach, stwierdził brak swojej sztucznej szczęki. Wyleciała mu gdzieś po drodze. Ludzie znali tę szczękę, jako że gubił ją już parę razy przedtem. Ktoś, kto znalazł szczękę, zaniósł ją do kościoła. Ksiądz wreszcie był górą. Oświadczył, że odda szczękę, gdy J.Z. przyjdzie po nią osobiście. Tak więc J.Z. musiał pójść do kościoła, gdzie nie można się przecież nie pomodlić i nie dać na ofiarę.

Wieczory tych gorących miesięcy w Krościenku kojarzą mi się ze smakiem miejscowych alkoholi – wódka TRUSKAWKÓWKA i wina: Trzy Korony i Złota Grań. Truskawkówka była wspaniała, choć trochę lepka i gęsta od cukru. Panienki, które tam przebywały na wakacjach, były urocze i wszyscy z nas podkochiwali się w nich wszystkich. Między nami nie było nigdy nieporozumień pod tym względem, choć czasem wynikały drobne problemy. Pamiętam, że kiedyś nagle zjawiła się w Krościenku grupa „złych”. Przyjechali autostopem i myśleli, że zawładną okolicą. Dowodził nimi pewien plastyk (J.P.), wówczas student Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Przyjęli postawę agresywną i konflikt wisiał na włosku. Zdawało się, że mordobicie jest nieuniknione, zwłaszcza kiedy Rysiu Horowitz zapytał jednego z nich w gospodzie:

– Powiedz, dlaczego ty masz taką wielką głowę?

Nie wiem, jak by się to skończyło, ale pokój został uratowany przez przypadek. Przywódca „złych” J.P. skoczył z górnej części przęsła mostu do Dunajca, na głowę. Nie wiem, co go do tego skłoniło, przecież było wiadomo, że w tym miejscu rzeka ma nie więcej niż jeden metr głębokości, a dno jest kamieniste. Potem opowiadali, że to walenie głową było u niego nałogowe. Miał wiele podobnych wypadków. Zawieziono go do szpitala, we wsi zapanował spokój. Delektowaliśmy się tą atmosferą spokoju, spacerując nocami, sami (bez panienek) po uliczkach. Kiedyś, przed jakimś świętem, mieliśmy okazję usłyszeć próbę miejscowej orkiestry dętej. Jej członkowie (miejscowi górale), robili próby w nocy i nie chcieli, aby ktokolwiek ich słyszał lub oglądał. Zamykali się w świetlicy na rynku, zamykali też okiennice. Muzyka jednak wypływała przez szpary i cienkie ściany i wypełniała pusty rynek. Przez szczeliny w okiennicach można było podpatrzeć ćwiczących, ale najwspanialsza była sama muzyka: nikt chyba nie zdoła opisać albo powtórzyć atmosfery, jaką stwarza okropnie fałszująca orkiestra dęta, której marsze rozlegają się długim echem odbitym od ścian sąsiednich chałup, na pustym ryneczku Krościenka przy świetle księżyca w pełni.

Ale dość melancholii. Na co dzień Krościenko było miejscem niezliczonych przygód i wygłupów. Pamiętam, jak Andrzej, na plaży nad Dunajcem, wypełnionej przez tłum letników, włożył sobie do mokrych, białych slipek długi obły kamień i gonił z nim tam i z powrotem. Kamień przylgnął do wilgotnych slipek i oscylował seksownie w dół i w górę.

Każdego ranka Andrzej Kurylewicz i Gucio Dyląg budzili tych, co usiłowali spać trochę dłużej, wymieniając frazy bebopowe: Andrzej na trąbce, Gucio na fl¨ugelhornie. Mieszkali w chałupach oddalonych o kilkaset metrów.

Okolica pełna była muzyki. Po wsi chodził dziadek klarnecista. Zawsze dawaliśmy mu kilka złotych, aby coś zagrał. Wojtek Karolak był zachwycony jego muzyką. Trzeba przyznać, że grał wspaniale, oczywiście ze słuchu, na prymitywnym starym klarneciku, do którego stroiki wystrugiwał z drewna, jakie miał pod ręką.

Kończyłem wtedy liceum. Co pewien czas szkoły organizowały „zabawy szkolne”, gdzie można było potańczyć i poznać panienkę. Dla nas, nowych fanatyków jazzu, to była okazja, aby posłuchać czegoś w rodzaju jazzu, który produkowały zespoły taneczne w owych czasach. Można też było zagrać coś samemu w przerwie. Pojawiły się też szybko miejscowe sławy. Kiedyś powiedziałem do Wojtka:

– Przyjdź koniecznie do nas (Liceum im. Witkowskiego w Krakowie), mówią, że przyjdzie „Giga” Morański i może coś zagra. To sławny pianista jazzowy!

Poszliśmy na tę zabawę. Giga przyszedł też i dał się namówić na występ w przerwie między tańcami. Wojtek był rozczarowany, nie podobało mu się, że Giga nie całkiem trzymał się we frazie i miał pewne braki jak chodzi o harmonię.

Po bardziej uważnym wsłuchaniu się w boogie-woogie, które wykonywał Giga, musiałem przyznać mu rację. Dla mnie Giga grał dobrze, choć może jego frazowanie i harmonia nie były całkowicie poprawne. Potem doszedł do dobrego poziomu i został świetnym pianistą zawodowym. Grałem z nim przez wiele lat.

Ale w latach 1955-1958 jazz grał każdy i jak mógł. Mało kto wiedział, że typowa fraza bluesowa musi mieć dwanaście taktów i określone następstwo akordów, że „standard” jazzowy ma frazę ośmiotaktową i strukturę AABA, i że solo perkusyjne też powinno „siedzieć” we frazie granego utworu. Improwizacje były bardzo prymitywne, ale dla nas to była muzyka wspaniała, nowa i tchnąca wolnością.

Pod koniec lat pięćdziesiątych już istniały zawodowe zespoły jazzowe. W jednej ze swych późniejszych audycji radiowych Jan „Ptaszyn” Wróblewski wspomina czasy pierwszych festiwali jazzowych w Sopocie. Ma rację w jednym ze swych komentarzy na temat poziomu ówczesnego jazzu w Polsce: jedynym muzykiem, który wtedy grał jazz absolutnie poprawnie, choć może nie najbardziej błyskotliwie i imponująco, był Jerzy „Duduś” Matuszkiewicz. Jego improwizacja była bezbłędna, czego może nie odczuwali niezbyt obeznani słuchacze. Przeciętny poziom muzyczny innych był raczej niski. Nawet ci, którzy mieli dobre wykształcenie muzyczne, nie zawsze czuli te podstawowe atrybuty jazzu, jakimi są „relaks” i „swing”. Od samego początku utworzyły się różne środowiska jazzowe. Wyraźny był podział na zawodowców (Kurylewicz, Matuszkiewicz, Trzaskowski, Wasio, Tomys), amatorów i młodzież. Karolak, Dąbrowski, Namysłowski zaliczali się do młodzieży. Muniak i Urbaniak jeszcze w ogóle nie istnieli. „Giga” Morański, Jacek Brzycki, ja i wielu podobnych stanowiliśmy szare masy młodych amatorów. Kupiłem sobie wtedy (1958) klarnet i ćwiczyłem na nim zawzięcie.

Każdy brał się za jakiś instrument. Czasem dochodziło do wydarzeń dość dziwnych. Pamiętam jak były perkusista zespołu „Plastyk Jazz”, Andrzej D., zapragnął zostać puzonistą. Kupił sobie instrument i zapisał się na lekcje do Wasia, który był wtedy sławą puzonową. Potem opowiadano taką scenkę: przez Planty szedł nasz początkujący puzonista w towarzystwie kolegów z „Plastyk Jazzu”. Był po drugiej lekcji, na której nie mógł poznać nawet wszystkich pozycji puzonowych. Spotkali Wasia. Andrzej przywitał go i powiedział:

– Przepraszam cię, stary, ale nie mogę przyjść na lekcję w tym tygodniu, bo mam koncert.

Oczywiście miał wystąpić jako puzonista.

Tak się złożyło, że byłem na tym koncercie. Był to „trójmecz” pomiędzy trzema zespołami: „Plastyk Jazz”, „Muzyk Jazz” i „Zespół Kazimierza Łątki”.

„Muzyk Jazz” składał się z Karolaka (fortepian), Andrzeja Dąbrowskiego (perkusja), Gucia Dyląga (trąbka!), Ryśka Rushila (klarnet), Andrzeja Pieli (puzon), nie pamiętam reszty składu. Nazwali się „Muzyk Jazz”, ponieważ studiowali w Liceum Muzycznym w Krakowie i to, co grali, miało dużo wspólnego z dobrą muzyką.

Kaziu Łątka nie grał jazzu, raczej beguiny i rytmy „południowe”.

„Plastyk Jazz” był faworytem. Po kilku utworach w ich wykonaniu zapowiedziano:

– Teraz będzie PUZON SOLO.

Przygasły światła, Andrzej wystąpił do przodu z puzonem, zaczęli. W pewnej chwili zrobili „break”, w którym Andrzej miał wykonać coś specjalnego. Nie wiadomo, czy to przez tremę, czy przez pewne braki w wykształceniu muzycznym, jedyne, co wydobył z instrumentu, to krótki „kiks”, a potem cisza. Sala zamarła, aż ktoś z ostatnich rzędów wrzasnął:

– PUZON SOOOOLO!!!

Zespół wznowił przerwany utwór, nagrodzono wszystkich oklaskami. Nie zraziło to Andrzeja. Ćwiczył wytrwale i osiągnął w końcu status puzonisty jazzowego.

„Plastyk Jazz” to był ważny i niezbyt znany rozdział historii jazzu w Polsce. Podporę jego stanowili pianista „Giga” Morański, Rysiek Krukierek na trąbce, Jurek Okunowicz na klarnecie. Grali z wielkim entuzjazmem i dużą muzykalnością, choć muzyków zawodowych „skręcało”, gdy słyszeli, jak ten zespół beztrosko profanuje zasady frazowania i harmonii. „Plastyk Jazz” był zespołem popularnym wśród młodzieży, miał też powiązania z bandami chuliganów, którzy grasowali po mieście. Nie było łatwo wejść na zabawę, na której grał „Plastyk Jazz”. Przed bramą zwykle kłębił się tłum chętnych, trzeba było szukać innych dróg.

Kiedyś weszliśmy z Wojtkiem Karolakiem na zabawę w Instytucie Geograficznym przez okno od klozetu. Grał „Plastyk Jazz”. Pamiętam dramatyczną i zarazem komiczną scenę, kiedy przez okno wpadła cegła rzucona przez kogoś, komu nie udało się wejść. Tańczący rozbiegli się, dziewczyny w krzyk, wokół pełno odłamków szkła. Cegła upadła obok perkusji na estradzie. Muzycy wycofali się pospiesznie, zabierając instrumenty. Tylko Giga pozostał niewzruszony przy fortepianie, bohatersko kończąc zaczęte boogie-woogie.

Andrzej nie grał na tej zabawie. Poprzedniego dnia miał przykre zdarzenie. Na skutek pewnych zatargów w zespole „napuszczono” na niego zbirów z wrogiej bandy chuliganów. Dopadli go na Plantach, potem jeszcze raz przed jego domem i pobili. Wyrwał się w końcu i uciekł, ale puzon został. Napastnicy wzięli instrument, podeptali go, a potem położyli na krawędzi balustrady Mostu Dębnickiego, na zasadzie „spadnie czy nie spadnie?”. Spadł. Wtedy, „u geografów”, Andrzej podszedł do nas z podbitym okiem i powiedział do Wojtka:

– To okropne. Wyobraź sobie że mnie napadli, pobili i zabrali mi puzon!

Gdy odszedł, ktoś powiedział z ulgą:

– Nareszcie ktoś to zrobił. Od dawna powinni byli zabrać mu instrument!

Sprawa trafiła do sądu. Andrzeja przeproszono i odkupiono mu puzon.

„Plastyk Jazz” prosperował dobrze, byli coraz bardziej znani i grywali zawsze w soboty i niedziele, przeważnie na zabawach szkolnych. Potem zmienili nazwę. Nie było to zamierzone, ale konieczne. Dyrektor Liceum im. Nowodworskiego w Krakowie gdy dowiedział się, że na zabawie ma grać „Plastyk Jazz”, krzyknął:

– Po moim trupie! Nigdy się na to nie zgodzę!.

W pewnym sensie miał rację; na zabawach z udziałem „Plastyk Jazzu” często dochodziło do bijatyk i trudno było utrzymać porządek. W zespole i w gronie wiernych słuchaczy zaczęto radzić, co zrobić. Jurek Okunowicz znalazł wyjście dziecinnie proste:

– Jeśli nie może grać „Plastyk Jazz”, zagra „MELODIX”. Tak więc zespół przyjął nazwę „Melodix”, nieobciążoną złą famą.

Czytaj dalej: http://przegladdziennikarski.pl/polski-jazz-cz-24/

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułStomatologia zachowawcza, czyli jak chronić i leczyć zęby
Następny artykułJak reklamy przedstawiają społeczny dowód słuszności?
Stanisław Raczyński
Dr hab. Stanisław Raczyński ukończył studia na Wydziale Inżynierii Elektrycznej w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Następnie, w 1969 roku, obronił doktorat, a w 1977 uzyskał stopień doktora habilitowanego w obszarze teorii sterowania i metod optymalizacji. W 1964 podjął pracę w Instytucie Automatyki i Elektroniki Przemysłowej na tej samej uczelni. Następnie objął funkcję dyrektora Centrum Komputerowego AGH. W latach 1973-1976 podjął pracę naukową (researcher) w Międzynarodowej Grupie Badawczej w Moskwie, ZSRR. Od 1980 do 1983 brał udział w Europejskich Warsztatach w dziedzinie komputerowych systemów przemysłowych. W latach 1983-1986 był profesorem wizytującym na Uniwersytecie Narodowym w Meksyku. W 1986 roku podjął pracę na Uniwersytecie Panamerykańskim w Meksyku na Wydziale Inżynierii. Jego działalność dydaktyczna obejmuje kursy z zakresu teorii sterowania, elektroniki i symulacji komputerowej. W latach 1996-2000 i 2002-2004 objął stanowisko Międzynarodowego Dyrektora Towarzystwa Symulacji Komputerowej, następnie został międzynarodowym dyrektorem McLeod Institute for Simulation Sciences. Od 1996 roku jest członkiem National System of Researchers w Meksyku. W latach 1994-2003 był dyrektorem centrum meksykańskiego w McLeod Institute for Simulation Sciences. Napisał dwie książki o symulacji komputerowej. Na swoim koncie ma również ponad 70 artykułów i referatów opublikowanych w czasopismach i materiałach pokonferencyjnych. Jest znanym klarnecistą jazzowym. Obecnie współpracuje z grupami bluesowymi w Meksyku, występuje również na koncertach bluesowych w Kalifornii i na Florydzie, USA.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here