Pomorskie włóczęgi cz. III

0

Dyplomacja obywatelska

– Nie wiadomo, kiedy organy trafiły do Gorkow, są z 1908 roku. Felix Grüneberg zbudował je dla Szkoły Seminaryjnej w Rostocku – mówi Mateusz Pawelec, który stroił instrument przed koncertem. (– Uroda ich brzmienia bierze się stąd – dopowie Urszula Stawicka już w Szczecinie – że każdy ich element jest oryginalny, bez przeróbek).

W XIX i XX wieku szczecińska firma Grünebergów była znana w północnych Niemczech, zwłaszcza na Pomorzu, oraz w Brandenburgii, Wielkopolsce, Łotwie, Berlinie. Ich czterogłosowe organy, takie jak w Gorkow, są w Legionowie pod Warszawą. Powstały dla Komarowa w dolinie Dolnej Odry. Jak znalazły się na Mazowszu? Są wyremontowane i grają.

Dom Reichardtów jest naprzeciw kościoła, w dawnym zajeździe z budynkami gospodarczymi, ogrodem, dużym podwórkiem, na którym dziś stoją długie stoły i ławy. Przed domem, na klombie, zakwitły róże, które mąż kupił żonie na domowe święto. Przy wjeździe stoi straganik: napoje, kanapki, tutejsze miody. Przybysze kupują, idą do stołów.

Nie ma nikogo bez uśmiechu – czas na profanum. Szczecin Vocal Project rozmieszcza się przed kamiennym murem dawnej obory. Będą pieśni renesansowe i barokowe, francuskie, włoskie, polskie, niemieckie. Zaczyna grać klawesyn, cichną rozmowy… Jego delikatne brzmienie nasyca przestrzeń, dołącza się śpiew: „La, la je ne l’ose dire” Pietra Certona, „Tutto lo di” Orlanda di Lasso”, „Kędykolwiek teraz jesteś”, potem znane (co widać przy stołach) „Lustig sein beim kühlen Wein…” Melchiora Francka i „El Grillo” („Świerszcz”) ulubionego Josquina des Prés. Jeszcze kryształ sopranu Anny-Guz Rosy w „Serdeczna dziewczyno” roztapia się w ogólnym zasłuchaniu, a żwawa niewiasta w słusznym wieku już zrywa się z ławy i – „Zugabe, Zugabe…” – woła. – Bi-ii-is – wtórują z boku. Na solistkę (i zespół) z uznaniem, spod drzewa, patrzą hip-hopowcy z Gorkow. Muzyka przemieniła opowieść w baśń.

Czas na rozmowy. Uśmiech do uśmiechniętej, a wynik taki, że szykowna Polka z pobliskiego Walmow (to już Brandenburgia) zaprasza na lawendowe żniwa, zbiór i sprzedaż: zapachów, olejków, likieru, miodu, rozsad… Były szef oficyny Suhrkamp chwali atmosferę Gorkow, ludzi, bliskość (półtorej godziny) Berlina. Z Berlina, z córką, przyjechał emerytowany architekt. Mówi, że urodził się w Szczecinie, kupił dom przy granicy i może być często w mieście dzieciństwa. Jego rodzinny dom jest naprzeciw cmentarza, w dawnym Postsiedlung. – Ojciec pracował na poczcie. Przy Paradeplatz –  dodaje.

– Mój ojciec też – wyrywa mi się nagle. – W tym samym gmachu, i mama, i stryj. Tylko adres pisze się inaczej: aleja Niepodległości.

Córka architekta uśmiecha się: – Co za spotkanie…

Zielona płaszczyzna łąk za domostwem Reichardtów ciągnie się aż po kreskę lasu na horyzoncie. W oddali przecina ją rząd niskich drzew, może krzewów. Pod nimi skryła się rzeczka Randow, która dawniej wyznaczała tu granicę pomorsko-brandenburską, długo niespokojną. Jasnożółty krąg słońca opada za drzewa, ogromnieje. Cisza napina płótno nieba. Gwiżdże kos. Rozmawiamy półgłosem. Pięćdziesięciolatkowie z Berlina mają dom w Gorkow. Lubią Szczecin, który przypomina im Berlin. W muzeum przy Wałach Chrobrego widzieli wystawę Elsy Mögelin, szczecinianki i berlinianki, związanej z Bauhausem, chodzą do baru mlecznego „Turysta”. – Menu ist super. I ceny.

Niebo nad Randow różowieje. Kończy się dzień: muzyczny, zielony, kwietny. – Pięknie jest w Gorkow – mówi J. Urodził się w Wilnie. Na odchodnym rzuca: – Oby w Europie nie wygrali narodowcy.

Do Szczecina jedziemy z M. i T. Ich biały landrower spokojnie mija granicę. W Dobrej świecą się uliczne lampy. W niedzielę będzie tu Polsko-Niemiecki Festiwal Róż, organizowany z gminą Blankensee. Patronuje mu Elisabeth von Armin, Australijka i Pomorzanka, słynna sto lat temu pisarka, autorka bestsellera „Elżbieta i jej niemiecki ogród” („Elisabeth and her German Garden”). Powieść napisała w pobliskim Nassenheide (dziś Rzędziny), gdzie jej mąż, podstarzały gbur, bankier i mobber, dziedziczył majątek. Ona wychowywała pięcioro dzieci, miała psy i ukochany ogród. Teraz stale dyżuruje w Dobrej, siedząc na ławeczce przy Urzędzie Gminy. Trudniej ma we wsi Buk przy samej granicy, bo tam stoi. Autorem rzeźb jest szczecinianin, Bogdan Ronin-Walknowski.

W domu jesteśmy około 23. W radio mówią o wojnie za inną granicą. O niej w Gorkow nie rozmawialiśmy, co nie znaczy, że nie była w myślach. W Gorkow, godzinę od domu, mieliśmy święto, wyjątkowe popołudnie. Baśniowe, a przecież z tego świata. Stąd. Zadzwonię do przyjaciela z Frankfurtu.

Mieszkańcy Gorkow mają dwa stowarzyszenia – Grenzland e.V. i Uecker-Randow-Zukunft e.V. Pani Magdalena mówi, że między nimi nie ma konkurencji, oba mają partnerów w Polsce. Działalność, jaką prowadzą, nazywa dyplomacją obywatelską. Zorganizowali już wiele spotkań, przygotowują następne.

Autor tekstu: Bogdan Twardochleb

(Data podróży: 15 czerwca 2024 roku)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj