Oddech długiego trwania
Przyspieszamy, bo słychać dzwony, sygnał, że zaraz zaczyna się Koncert Wędrowny „Polifonia Pomerania – Od świtu do zmierzchu/Vom Morgengrauen zum Abendrot”. Tytuł, zapisany w programie po niemiecko-polsku: „Konz/cert”, nawiązuje do wrześniowego, dorocznego Festiwalu Wędrownego „Na gotyckim szlaku”, który Fundacja Akademia Muzyki Dawnej organizuje w zabytkach pomorskich i dawnej Nowej Marchii.
Kirchweg i Unter den Linden kończą się owalnym placem. Stoją wokół niego parterowe domy z kamienia i czerwonej cegły, a wzdłuż podwórek – budynki gospodarskie. Centrum placu otacza kamienny, może metrowej wysokości murek – w głębi stoi drewniana dzwonnica. Dzwonią dzwony. Są dwa, niewielkie, wiadomo, że dwustuletnie i że z ludwisarni w Berlinie. Dwóch mężczyzn, jeden z nich to Falko Reichardt, trzyma liny w dłoniach. Ciągną….
Tylko fachowiec dostrzeże, że kościół, który jest tuż za murkiem, ma metrykę średniowieczną. Warto pozwolić, by działał na wyobraźnię. Tutejsi wiedzą, a przybysze widzą, że prosi o remont. Przypomina wiejski dom, parterowy i niebogaty. Jest z kamieni i cegieł, ze śladami przeróbek, resztkami tynku, ma spadzisty dach nad wewnętrzną i zewnętrzną fasadą oraz ścięte wpół daszki nad podwyższonymi szczytami. W jednym z nich wykuto okno, w drugim są drzwiczki, jakby na stryszek gospodarza.
A przed kościołem pojedyncze kamienie i krzyże nagrobne (bazaltowe, granitowe) – tu stoją, tam osunęły się w piach obok żeliwnych krzyży i cmentarnych płotków. W trawie leżą kloce świeżo ściętej lipy…
Kościół jak miniatura: na planie prostokąta, orientowany. Nie ma wieży, a dwieście lat temu była. Strzaskał ją piorun.
„Bim-bom, bim-bom…” – najwyższy czas na Konz/cert, drzwi otwarte. Wchodzimy – jak w opowieść, w łagodny błękit ścian. Dawno nie był odnawiany, a jakże ociepla surowość wnętrza. Zawczasu można było przeczytać w leksykonach, że wyposażenie i wystrój są tu z początku XVIII wieku, a teraz widać, że z późniejszymi dokładkami, że kościół chroni długą pamięć Gorkow aż po dziś. Przyciąga uwagę strop z desek, z Wniebowzięciem Chrystusa pośrodku, malowany w jednakowe, małe kasetony. Jest wklęsły, wnętrze kopuły? To sztuczka rysownika, iluzja – jest płaski, z szerokich desek. Oświetla go żyrandol z niedawnych czasów. Od kiedy tu jest? Dlaczego? Pewno tylko taki był kiedyś dostępny.
Zajmujemy miejsca w ławach – we wnętrzu sakralnym, niecodziennym, a przecież urządzanym na miarę ludzi i możliwości. Okna są szerokie, prawie kwadratowe, z witrażowymi szybami. Jest i witraż, skromniutki, są jasne, masywne, jakby klasyczne filary – wmalowane w niebieskie przestrzenie między oknami. Ołtarz jest ambonowy, w protestantyzmie przepisowy, lecz niezwyczajny – to kolaż malarsko-ciesielski: na ścianie kotara, podpięta do stropu, malowana (ciut wyblakła). Dostawiono do niej ośmioboczną, surową, drewnianą ambonę, którą wieńczy odlewana, metalowa korona, sięgająca stropu. Pośrodku kosza ambony jest malowany krzyż, a po bokach – dwa wersety o wadze Słowa.
Są organy. Nieduże, lecz duże na tak niedużą przestrzeń. Większą część sali wypełniają drewniane ławy dla wiernych – takie same stoją z obu stron ambony. Wszystkie zwrócone są ku niej, ku Słowu. Nie ma obrazów – jest drewniana tablica z nazwiskami pięciu mieszkańców wsi, którzy nie wrócili z wojny lat 1914-1918. Nad nazwiskami wypisano urzędową formułkę, że „polegli za cesarza i Rzeszę”, a pod nimi cytat z Ewangelii św. Jana (15,13), że dając „świadectwo największej miłości (…) oddali życie za przyjaciół swoich”.
Reichardtowie, wprowadzając w Konz/cert, mówią po niemiecku i polsku, że klucze do kościoła udostępniła parafia w pobliskim Boock i że po raz pierwszy od kilkunastu lat jest dziś otwarty dla wszystkich. Przybysze z aplauzem przyjmują wiadomość, że wieś przez dwa tygodnie go sprzątała, wycinała trawę i chore drzewa. Dokucza kornik-kołatek, niezbędny jest remont.
Na ambonę wchodzi kwartet Szczecin Vocal Projekt: Anna Guz-Rosa (sopran), Krzysztofa Romanowska (alt), Mateusz Pawelec (tenor), Adam Kuliś (bas). Przy organach zasiada Urszula Stawicka, współtwórczyni FAMD, lwowianko- krakowianko-szczecinianka. „Alleluja” Mikołaja z Radomia rozprasza ciszę. Szemrzą miechy. Kalikuje Paweł Osuchowski (piąty śpiewak): depcze miechy, lewą ręką trzyma się szafy organów, prawą dyryguje i jeszcze (uśmiechnięty!) dośpiewuje kwartetowi.
Niesie się taneczny Psalm 47 „Kleszczmy rękoma” Mikołaja Gomółki. Gdy Urszula Stawicka gra kompozycje z gdańskiej tabulatury organowej i współczesną chaconnę Pawła Szymańskiego, organy brzmią jak zespół dawnych instrumentów dętych i basso continuo. Gdy kończy, Osuchowski (jej mąż) zapowiada: „Beatus vir”, psalmo uno Wacława z Szamotuł”. Cofając się cicho na stanowisko kalikanta, głośno dopowiada: – Psalmo uno „Ego sum calicantus bonus…”. Na Konz/cercie musi być kilka osób cokolwiek zorientowanych w łacinie. Chichrają z dowcipu.
Kościół tak mały – dźwięku tak dużo. Jak tu się mieści? A mieszczą się jeszcze pieśni Franciszka Liliusa, Wacława z Szamotuł i na finał Heinricha Alberta, XVIII-wiecznego twórcy z Królewca, „Der Schlaf tritt Wald und Städten zu,/ gönnt Vieh und Menschen ihre Ruh”, co znaczy, że„sen przybywa do lasów i miast,/ spokój niesie zwierzynie i ludziom”.
Dobrze jest słuchać dawnej muzyki w dawnym wnętrzu. Jest w niej oddech długiego trwania…
Nagle pszczoła tnie powietrze. Desperacko uderza o szybę.
Autor tekstu: Bogdan Twardochleb









