Po śladach baronowej T. de Łempickiej

0

Książek napisano o Tamarze de Łempickiej, de domo Gurwic-Górskiej, sporo. Toteż z mojej turystycznej perspektywy, czyli niejako z tyłu zielonego samochodu Bugatti, pędzącego przez jej universum, mogę opisać kilka spotkań z jej twórczością. A jest ona obszerna, jako iż była pracowitą malarką, potrafiącą ustawić się prawidłowo na skrzyżowaniach „artyzm a finanse“. Czasem chciała być pracowita, czasem musiała. Tak bywa w życiu wielu osób…

∞ ∞ ∞ ∞

[1991] – (1) Pierwszy raz natknąłem się na jej twórczość w kanadyjskim Montrealu, kiedy szedłem główną ulicą tej metropolii. Spojrzałem w górę, zobaczyłem na fasadzie mijanego pałacu olbrzymi prostokąt materiału, obwieszczającego obraz Tamary de Ł. Gigantyczna kopia słynnego obrazu „Zielony Bugatti” na dobrych kilka pięter, powiewała lekko, dotykana podmuchami kanadyjskiego wiatru, wabiąc osoby, chłonne artystycznych doznań.

Wszedłem do Musée des Beaux-Arts; 1380, rue Sherbrooke Ouest, i zapoznałem się gruntownie z jej twórczością. Nowoczesna wizja przyszłości, feminizm w całej okazałości, podkreślone walory kobiecości.  Zafascynowany chodziłem  po piętrach, po salach, zakamarkach skrzydeł budynku. Chłonąłem wszystkie informacje o niej, jako że mój zasób wiedzy o jej licznych oeuvres był znikomy. Cały czas tkwiłem w kręgu zachwytów: aha, słynna Polka doceniana na amerykańskim kontynencie. Nie wiedziałem dotąd, iż na tym właśnie kontynencie zakończyła życie w 1980 roku.

∞ ∞ ∞ ∞

[1993] – (2) Pamiętam, iż w międzyczasie kupiłem album o niej, wydany przez specjalistyczne wydawnictwo „Taschen” – monograficzna edycja o niej. Dowiedziałem się, iż kiedy mieszkała ze swym mężem Tadeuszem de Łempickim (para emigrantów, wygonionych przez los znad zimnej Newy w kierunku chłodnej Sekwany), pracowała wiele godzin dziennie w swym paryskim atelier. Tam powstawały jej post-kubistyczne dzieła, sławiące w jej kobiecej, intymnej stylistyce akty pozujących modelek oraz martwych natur. Czasem byli to też modele (vide „Adam i Ewa”).

W albumie „Taschen” znalazłem adres tego atelier: 75014 Paris, rue Méchain 7.

Byłem akurat w Paryżu, gdzie wtedy nie było jeszcze udogodnień smartfonowo-topograficznych typu GPS. Z pomocą mojej córki, akurat świeżo po maturze w Austrii, szukaliśmy długo tego adresu w ramach kulturalnej pielgrzymki. Chodziliśmy po bulwarach (Arago oraz Port-Royal), oddychając świeższym powietrzem w Jardin de l’Observatoire, pytając przechodniów o niepozorną uliczkę Méchain, ukrytą w kompleksie budynków wielkiego znanego tu szpitala Cochin. To olbrzym medyczno-architektoniczny w tej południowej dzielnicy Paryża.

Wreszcie stanęliśmy przed tym domem, niewyróżniającym się od  sąsiednich. Kilka pięter, nieciekawa fasada. Wszedłem z córką do osobliwego podwórza, w których pragnęliśmy dostrzec ślady baronowej, malarki, której pasywny mąż Thaddée leżał w hotelowym  łóżku, arystokratycznie nie chwytając się żadnego płatnego zajęcia. Wolał sprzedawać rodzinne precjoza i skarby przywiezione z Sankt Petersburga, pardon, w międzyczasie z Leningradu, niż parać się pracą niegodną salonowego lwa carskich czasów.

Wchodzę z córką do podwórza, gdzie kiedyś ONA królowała swymi wizjami, planami i marzeniami. Ktoś nas zatrzymuje. Czego chcemy? „-Alors, on cherche l’atelier de Madame Lempicki.” Szukamy pracowni pani Łempickiej. Co? Jak? Typowa niejasna turystyczna sytuacja: w innym kosmosie, w innej epoce, nie ma już miejsca na archaiczne adresy, na osobę, której  prochy rozsypano 13 lat temu nad meksykańskim wulkanem Popocatépetl… Tempi passati… Nasz moment dziwacznego szukania nie pasuje do upływu czasu. Gone with the wind… Wyjaśnia nam młody mężczyzna: może tu kiedyś było jakieś atelier. Teraz jest tu wydawnictwo techniczne. Jest obficie oszklone, jak piętrowe akwarium. Może to jednak tu? Nikt nigdy w nim nie słyszał o malarce o rosyjskim imieniu i polskim nazwisku. Wycofujemy się grzecznie. Kurtyna. Koniec poszukiwań – bez happy-endu.

∞ ∞ ∞ ∞

[2005] – (3) W szwajcarskim mieście Baden, trochę na zachód od Zurychu, mieszkali państwo Nagliccy, niosący Polonii helweckiej kaganek sztuki scenicznej. A propos kurtyna. Opisałem działalność Naglickich w 2005 w książce „Okolice”, będącej antologią reportaży. Nagliccy zapraszali do siebie wielu aktorów, występujących na prawdopodobnie najmniejszej scenie świata. Pewnym refrenem u Inez i Feliksa Naglickich było kilka wystawionych sztuk, napisanych przez Kazimierza Brauna (ur. 1936) dla dwu aktorek, mieszkających w Toronto: Maria Nowotarska oraz Agata Pilitowska (w cywilu matka i córka!). Dramaturg napisał sztuki kameralne rozpisane na te dwie damy polskiej sceny teatralnej o Helenie Modrzejewskiej, Marii Curie-Skłodowskiej oraz właśnie o Tamarze de Łempickiej. Tytuł? „Tamara L.“

Wszystkie te sztuki widziałem, podziwiając dojrzały, niepowtarzalny kunszt aktorski dwu protagonistek. W sztuce K. Brauna o malarce Tamarze tytułową rolę gra Agata Pilitowska, udawszy się w ramach swoistej psychicznej  detoksykacji i pozbycia się stresu do znajomej zakonnicy. Maria Nowotarska gra tę siostrę zakonną. Jesteśmy w klasztorze. Rozwija się nerwowy dialog między światową, histeryczną, obrazoburczą, liberalną seksualnie artystką „z wielkiego świata“ a ustabilizowaną psychicznie starszą pobożną przeoryszą. Oglądamy kontrast postaw życiowych, niegdyś ważnych i istotnych w Europie…

Prawdziwa Tamara była córką Borysa Górskiego (z pochodzenia rosyjskiego Żyda), a matką była Malwina Dekler, też proweniencji żydowskiej, co nadmieniam, jako że dowiedziałem się o tym teraz z innej sztuki o Tamarze – o czym za chwilę.

Sama Tamara zacierała skrzętnie ślady: urodziła się bodaj w Warszawie (a może nie) i chyba w 1898 roku – może trochę wcześniej? Sprytna utalentowana światowa lisica. Na rok przed komunistyczną rewolucją wychodzi za mąż za bogatego Tadeusza Łempickiego i też w 1916 roku rodzi się ich jedyne dziecko – Maria Krystyna.

∞ ∞ ∞ ∞

[2017] – (4) Tu w Gardone, przesyconym słońcem i strzelistymi cyprysami, nad brzegiem włoskiego jeziora Garda, każde dziecko wie, gdzie znajduje się „Il Vittoriale”. Jestem na zachodnim brzegu jeziora ze słynnym Sirmione na półwyspie południowego brzegu.

Wchodzę do „Vittoriale”, alias imperium poety, politycznego awanturnika, nacjonalisty włoskiego, słowem odwiedzę ogromny teren, gdzie panował przez lata literat, wojownik, autor tekstów poetyckich i prozatorskich – Gabriele d’Annunzio. Wymieniłem parę jego przymiotów, celowo unikając wymienienia epitetów, jak amant, podrywacz, uwodziciel, lew salonowy, Don Juan, wielbiciel sporej ilości pięknych pań, Casanova, łamacz damskich serc i nie tylko serc.

Wśród szumu legend i prawdy o nim, zwiedzam kolejne ciche atrakcje tego sporego terytorium, będącym obszernym muzeum na wolnym powietrzu i w kilku budynkach, gdzie dominują miękkie sypialnie.

A w nich rozgrywały się sceny integracji seksualnej między właścicielem „lodołamaczem złudzeń i marzeń” a gośćmi płci żeńskiej. Wtedy jeszcze panowała dychotomia w tej typologii…

Wśród pań odwiedzających to urocze siedlisko kultury, literatury, kobiecych powabów i męskiej brawury pozostała w kronikach (-Ach ten czas, tak szybko umyka!) wymieniona Tamara de Ł. Stąd ta wyprawa do północnych Włoch w tym reportażu. Gdzie tu fruwa jej duch?

Na szczycie tego rozległego terytorium w Gardone króluje wielki kamienny pomnik-grób-mauzoleum. Tam spoczywa Gabriele d’Annunzio (†1938). Dotykam cokół grobu: jest gorący.

∞ ∞ ∞ ∞

[2022] – (5) Chodzę po jesiennym parku między dwoma bajecznie wyremontowanymi willami. Jestem w Konstancinie pod Warszawą, ul. Szpitalna 14/16. Jest to w tym roku rozszerzone muzeum sztuki nowoczesnej. Bazuje ono na epoce lat 1900-1930, czyli oferuje zwiedzającym dzieła sztuki powstałe w epoce krystalizującego się abstrakcjonizmu. Ale równolegle istniały jeszcze oraz powstawały zupełnie inne stylistycznie obrazy i rzeźby. Przykładowo tu skupiono się na artystach, znanych później jako przedstawicieli „école de Paris“, czyli „szkoły paryskiej”. Ich życiorysy na wizytówkach przy dziełach to niemal zawsze „urodzony w Warszawie – zmarł w Paryżu”, lub „urodzony w Krakowie – zmarł w Paryżu”.

Właścicielem tego muzeum o francuskiej nazwie Villa La Fleur („Willa Kwiat” tu ma sens – to nie tani blichtr lub snobistyczna fanaberia) jest Marek Roefler, z zawodu doktor fizyki, lecz z zamiłowania galerysta, kolekcjoner, marszand. Genialny pomysł, aby zainteresowanym ukazać bardzo monolityczną stylowo wystawę. Jest wspaniała, reprezentatywna, homogenna, daje bardzo wiele licznym amatorom sztuki.

Między willami leży park-ogród. A w nim następne dzieła, rewelacyjne rzeźby. Wszystkich obiektów do oglądania jest tak wiele! Istna silva rerum, zatem „las rzeczy”. Tu w Konstancinie następuje efekt znany z wielkich muzeów świata – po sali nr 17, po obejrzeniu 186 dzieł, tępi się uwaga, mylą nazwiska, motywy, epoki i style. Przy następnych dziełach nie reagujemy tak świeżo. Ale to nie wina pana Roeflera! Jemu należy się hołd, iż zadbał o absolutnie atrakcyjny nowy adres na mapie muzealnictwa polskiego.

Oczywiście jest tu wystawa Tamary de Ł. Ekspozycja trwa od 17 września do 17 grudnia 2022. Aspektów jej artystycznego życia jest mnóstwo. Gratulacje kuratorom tej reprezentatywnej wystawy! Daje bardzo dużo. Obcuje się tu bardzo dogłębnie i bardzo stereo z przedstawionymi obrazami, meblami i atmosferą minionych czasów artystki, która po rozwodzie z ukochanym (kiedyś) Tadeuszem, poślubiła austriackiego barona. On, Raoul von Kuffner, był niesłychanie bogaty. Mając dobry „nos” oraz intuicję kobiecą, kazała mu sprzedać swój olbrzymi majątek w Austrii i na Węgrzech. Z tym zyskiem przeprowadzili się do spokojnej Szwajcarii. Czasy były trudne, w Austrii po 1938 jeszcze bardziej antysemickie. Uratowała swemu drugiemu mężowi fortunę. A potem były następne etapy emigracji: USA i Meksyk.

∞ ∞ ∞ ∞

[2022] – (6) Swoistym pendant do oglądanych w Konstancinie obrazów jest sztuka „T. de Ł. Nienasycona”, której premierę oglądnąłem w Warszawie w Ośrodku Kultury „PROM” na Saskiej Kępie 27.10.2022. Działa on od lat pod fachowym kierownictwem Marii Juszczyk. Z czasem stał się niebywale oryginalnym i atrakcyjnym adresem (Warszawa-Praga, ul. Brukselska 23) kultury i sztuki w stolicy.

Zatem oglądam jeszcze jedną wariację sceniczną na temat Tamary – po wspomnianym spektaklu spod pióra Kazimierza Brauna w Szwajcarii. Sztukę napisała Blanka Konopka, sygnalizując tytułem specyfikę bohaterki – erotyzm, uczucia, orientacje kobiecości, feminizm, emancypację, uwarunkowania płci. Na scenie grają przekonywująco protagonistkę Katarzyna Żak oraz Ewa Makomaska. Autorka rozpisała jedną osobowość na dwa głosy, dwa ciała, dwie amplitudy: świetny zabieg sceniczny! Dotykamy zmysłową bohaterkę w dwu schizofrenicznie ukazywanych postaciach: Tamara i jej alter ego. Kobiecość contra męskość, talent contra ograniczenia, wierność contra liberalne wymogi epoki. Z tekstu sztuki dowiaduję się ponownie: Tamara była lesbijką i Żydówką. Można dowcipnie powiedzieć: „Ale nie za to ją cenimy!”

Dialogi dynamiczne, eskalacja konfliktów, świetne dialogi, erotyczność nieujarzmiona, jednym słowem tekst trafiający w sedno problematyki. Nowe spojrzenie na płeć w czasach LGBT. Scenografia typu teatro povero pozwala koncentrować się widzom na zindywidualizowanej akcji. Świetna muzyka harmonijnie dopasowana do scen dopełnia listę komplementów pod adresem tej scenicznej realizacji!

Po wyjściu ze promiennego „PROMU” nie nikną ślady po Tamarze. Jej sztuka nadal  fascynuje. Podążam tym tropem. Kiedy i gdzie ponownie spotkam znowu Tamarę?

 

                              Wiesław PIECHOCKI, Wiedeń, listopad 2022

Poprzedni artykułMoje życzenia świąteczno-noworoczne na 2022/2023
Następny artykułCnoty domu Pasquale Revoltella
Wiesław Piechocki, doktor romanistyki Uniwersytetu Warszawskiego, nauczyciel, autor publikacji, dziennikarz. Stopnie kariery w UW: asystent, starszy asystent, adiunkt. Studiował ponadto w Paryżu na Sorbonie, we Włoszech (Perugia) oraz w Rumunii (Braszow). W czasie PRL publikował tłumaczenia utworów następujących poetów: Luciana Blaga (z rumuńskiego) oraz Eugenio Montale (z włoskiego) w „Literaturze na Świecie“. W 1981 wyemigrował z powodów politycznych wraz z rodziną przez Norwegię do Austrii. W latach 1982-2012 pracował jako nauczyciel w jedynym liceum w Księstwie Liechtenstein, w stolicy Vaduz. Nauczał w języku niemieckim francuskiego, łaciny oraz włoskiego. Wiesław Piechocki jest autorem: „Mini-Rozmówek Francuskich“, 1979; zbioru reportaży „Okolice“, 2005 oraz wspomnień „Lustro mojego czasu“, 2022. Jego wiersze znalazły się w antologii „Poezja naszych dni“, 2023. Na emigracji zamieścił setki reportaży, esejów o kulturze i sztuce w periodykach polonijnych: „Nowy Kurier“ Toronto; „Nowy Dziennik“ Nowy Jork; „Jupiter“ Wiedeń; „Panorama Polska“ Edmonton; „Nasza Gazetka“ Zurych. W języku niemieckim zamieścił 530 artykułów o tematyce kulturalnej i historycznej oraz 50 artykułów całostronicowych o dynastii Liechtenstein w lokalnej gazecie „Volksblatt“, ukazującej się w Vaduz, stolicy monarchii w latach 2000-2010. W 2015 otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski od prezydenta Bronisława Komorowskiego na wniosek ówczesnego ambasadora RP w Bernie, Janusza Niesyto. W latach 1981-2018 mieszkał z rodziną na zachodzie Austrii, blisko granicy z Liechtensteinem i Szwajcarią, od 2018 mieszka w Wiedniu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj