Pandemium plagiatów

0

W ostatnich dwudziestu latach wypromowałem kilkuset magistrów i licencjatów. Wiele roboczych fragmentów ich rozpraw nosiło znamiona nieoznaczonych zapożyczeń, odkrytych jeszcze na etapie wczesno seminaryjnych kontaktów z promotorem, więc udzielone autorom reprymendy i nakazane poprawki, uzupełnienia, przynosiły pozytywne efekty; mogłem później uznać poziom ich prac za zadawalający, nadający się do obrony. We wspomnianym okresie w większości uczelni prywatnych systematycznie zmniejszano ilość zajęć z ochrony własności intelektualnej, z 30 godzin wykładów i ćwiczeń (w latach 2000-2006) do godzin 12. obecnie. Poza tym prawo autorskie pojawiało się w programie zajęć dopiero na trzecim roku, już pod koniec studiów. Jeśli podobnie działo się na innych, poza szczecińskich uczelniach wyższych, to nie wolno tego pominąć przy rozważaniach przyczyn opisywanego zjawiska.

Rosnącej z roku na rok skłonności studentów do zawłaszczania cudzego dorobku, mimo powszechnego wprowadzania systemu antyplagiatowego oraz nakładanych na kradnących cudzą własność różnorakich sankcji, nie udało się uskromnić, ograniczyć. Grzech sięgania po cudze stawał się coraz powszechniejszy; mam prawo domniemywać (na podstawie licznych publikacji), że i na terenie całego kraju, i nie tylko w wyższych uczelniach prywatnych. Jest jeszcze gorzej, bo zjawisko obejmuje nie tylko studentów, ale coraz szersze grupy społeczne, zawadza o naukowców, polityków, dziennikarzy, a także kler (vide: doświadczenia Wydawnictwa Sióstr Loretanek). Być może towarzyszące nam w ostatnich latach ogólne rozprężenie i łamanie etyki w życiu społecznym, wykluczanie i niszczenie autorytetów, widoczna bezkarność osób ewidentnie naruszających prawo w różnych dziedzinach życia, a wreszcie upadek wymiaru sprawiedliwości, ułatwiają owo beztroskie sięganie po cudze; być może… Rzeczowa interpretacja tak sformułowanych sugestii wymagałaby warsztatu dociekliwego psychologa społecznego, a jednocześnie socjologa, filozofa i prawnika w jednej osobie, nie zaś wykładowcy prawa ochrony własności intelektualnej. Kogoś o takiej znajomości przedmiotu jak prof. Jan Hartman. To on w opublikowanych w styczniu 2020 r. zapiskach nieodpowiedzialnych[1], postawił i uzasadnił dość bulwersującą tezę, że „uczelnie wyższe to wylęgarnia przestępców!”

Naśladownictwo, fałszerstwo, kopiowanie, podszywanie się pod cudze, ma tak bogate tradycje, że wielu złapanych na gorącym uczynku przywołuje przykłady z historii plagiatów na usprawiedliwienie własnych kradzieży. Czasami mogłoby to nawet świadczyć o wyjątkowej erudycji plagiatorów. Sam byłem pod wrażeniem, kiedy studentka dziennikarstwa, przypisująca sobie autorstwo fragmentów skopiowanych z M. McLuhana, broniła się, że to „ być może, za daleko posunięta inspiracja, ale przecież i Michał Anioł też tak robił…, bo inspirował się da Vincim”. Poplątała inspirację z plagiatem, ale nie pomyliła na szczęście da Vinciego z DiCaprio, co dawało do myślenia, a nawet mnie wzruszyło. Wieczorem w jednej z gazet znalazłem źródło, z którego adeptka dziennikarstwa czerpała usprawiedliwienie. Opisana tam historia warta jest przypomnienia. Otóż Vinzenzo Vaccaro, konserwator zabytków z Florencji wpadł na trop paskudnego naśladownictwa, którym zgrzeszył rzekomo Michał Anioł wobec Leonarda da Vinci, kopiując jego projekt kuli, wykorzystany następnie w postaci kulistej kopuły, wieńczącej zakrystię w bazylice św. Wawrzyńca we Florencji. Uznany mistrz, główny twórca fresków na ścianach bocznych Kaplicy Sykstyńskiej oraz olbrzymiego malowidła zdobiącego sklepienie, a opowiadającego historię ludzkości od stworzenia świata, miał po sztubacku „ściągnąć” projekt kuli z rysunków geometrycznych Leonarda. Nie starczało mu sławy za genialną „Pietę”, więc sięgnął jeszcze do cudzego , ujętego w wariacjach mistrza da Vinci, który cała geometrię przestrzenną Euklidesa sparafrazował w kilku atlasach, tworząc przy okazji jakiś super oryginalny, autorski kształt kuli. Poruszony swym odkryciem konserwator nagłośnił tę kradzież intelektualną w mediach, a włoska prasa, choć to była zima i wiele się wtedy działo w polityce, a zwłaszcza w państwie watykańskim, chwyciła nośny „ogórkowy” temat, którym się żywiła przez kilka dni stycznia 2013 roku. W efekcie niepomiernie wzrosło zainteresowanie dziełami Buonarotiego, czego Vaccaro raczej nie przewidywał. Freski w Sykstynie, zwłaszcza ten najbardziej znany ze stworzeniem świata, na którym Bóg wyciągający dłoń do Adama, ujęty jest w chmurze w kształcie elipsy, mogły skłonić innych lustratorów sztuki do postawienia nośnej hipotezy, że Michał Anioł splagiatował na sklepieniu wszystkie okrąglaste formy właśnie od Leonarda. Nim rozstrzygnięto czy florencki konserwator-specjalista od kuli ma rację, ogłoszono konklawe, kardynałowie wybrali papieża Franciszka i ważniejszy od Stworzenia świata stał się fresk Pietro Perugina Przekazanie kluczy św. Piotrowi. I tak kolejny spór o kwadraturę koła przeszedł do historii. Mnie zaś zainspirował do cyklu wykładów na temat naśladownictwa, inspiracji, parafrazy, plagiatu; tego co wolno, a co już będzie karane. Tłumaczyłem wówczas m.in. , co miała na myśli autorka artykułu „Sztuka kopiowania”, akurat zamieszczonego w „Polityce”, pisząc, że „nie byłoby sztuki XX w. gdyby nie kopiowanie, zapożyczenia i powtórzenia”.

Owe wykłady, zawieszone na stronach internetowych dwóch szczecińskich uczelni oznaczone tytułem „Plagiat jako signum temporis”, miały przeciwdziałać szerzącej się tendencji naruszanie prawa autorskiego. Nie przypuszczałem wszakże, że to aż tak zaraźliwe signum, które – odporne na wszystkie szczepionki świata – nabierze wkrótce pandemicznych rozmiarów.

Plagium, plagiatus, słowa te tłumaczone z łaciny rozumiemy wprost jako kradzież, skradziony. Źródłosłów nie pozostawiający wątpliwości co do istoty czynu zwanego plagiatem. W polskim języku prawniczym brak jest definicji plagiatu. Konkretyzuje się ona w działaniach ujętych w przepisie art. 115.1 ustawy o prawie autorskim, w brzmieniu: ”Kto przywłaszcza sobie autorstwo albo wprowadza w błąd co do autorstwa całości lub części cudzego utworu albo artystycznego wykonania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 3”. Plagiat jest zatem przestępstwem polegającym na bezprawnym przypisywaniu sobie autorstwa cudzego tekstu. Nie chodzi tu o zabór mienia, jak przy kradzieży w ujęciu kodeksu karnego, lecz o bezprawne naruszenie dóbr osobistych i majątkowych przysługujących twórcy. W obowiązującej doktrynie przyjmuje się, że omawiane przestępstwo ma charakter wieloodmianowy i można popełnić je w ośmiu różnych wariantach, występujących tak osobno, jak i równocześnie. Na przykład, gdy sprawca podszywa się pod autorstwo całości cudzego utworu, autorstwo części innego cudzego utworu oraz całości cudzego artystycznego wykonania. W komentarzach J. Barty i R. Markiewicza oraz w opracowaniach innych znawców przedmiotu, znajdujemy szereg klasyfikacji i podziałów tego rodzaju przestępstw jak chociażby na plagiat oczywisty (jawny) albo też plagiat ukryty. Wydawać by się mogło, że stworzono już zamkniętą listę możliwych kategorii plagiatu, ale tak nie jest. Technologie cyfrowe otwierają bowiem nowe możliwości kompilowania, a i pomysłowość złodziei zdaje się niewyczerpana. Przodują w tym zwłaszcza studenci. Tuż za nimi sytuują się politycy i naukowcy. Słuchając wielu z nich, aż trudno uwierzyć ich doktoratom czy habilitacjom. A przecież przeszli jakąś selekcję. Rzecz w tym, że taką jakąś, chyba…

Z okresu pierwszej dekady XXI wieku utkwił mi w pamięci opisany na internetowej stronie „Polityki” rzekomy i nie rzekomy, a ostatecznie, bardzo oczywisty i spektakularny plagiat popełniony przez naukowca i polityka w jednej osobie. Oto internautka Sylwia w komentarzu pod artykułem Jakuba B., prezesa znanej krakowskiej fundacji, zasugerowała, że jest to plagiat tekstu prof. Aldony S. byłej minister skarbu, wówczas rektor Wyższej Szkoły Handlu i Rachunkowości w Poznaniu. <Co z tą etyką?> – pytała p. Sylwia, bo chodziło o wstęp do książki o etyce biznesu wydanej pod redakcja prof. S. w 2007 r. Jakub B. bez trudu jednak dowiódł, że to znana profesor popełniła plagiat, bo jego tekst powstał w 2003 r.[2] Sprawę szeroko komentowano w mediach. Złośliwi twierdzili, że sięgnięcie po przemyślenia prof. Jakuba B. mogłoby świadczyć o erudycji pani minister, a że zapomniała owe fragmenty ująć w cudzysłów, wynikało z pośpiechu, zajmowała się wszak skarbem sporego państwa europejskiego i miała co innego na głowie. Trudniej przyszłoby wytłumaczyć pewną dr hab., też z Poznania, która swojej byłej studentce ukradła z pracy magisterskiej rozdział o etyczno-filozoficznych i psychologicznych aspektach pracy lekarza. Magistrantka okazała się mądrzejsza od swej promotorki; prawie profesorki? Tu już o ewentualnej erudycji nie było mowy, co najwyżej o zauroczeniu. Pozostawało iść w zaparte, wypierać się, liczyć na zrozumienie środowiska, co w wielu przypadkach pozwalało innym złodziejom „wyjść na swoje”, choć bez twarzy. O wstydzie nie ma co napomykać. To bowiem pojęcie z zaprzeszłej epoki. Można by dodać; „takie czasy”, jakkolwiek marna to pociecha, bo na omawiane plagium – mimo wieloletniej z nim walki – nikt nie wynalazł skutecznej szczepionki. Podpowiadane przez etycznych higienistów środki zaradcze w postaci: maseczek (stosowanych jednak głównie dla kamuflażu), dystansu (z sugestią ucieczki) i mycia rąk (zaraz po kontakcie z cudzym), okazują się w takich przypadkach wątpliwe, choć mycie rąk brzmi w tym zestawie najbardziej obiecująco. Próby zacierania śladów często się udają. Jednak lista plagiatów pracowników naukowych z pierwszej dekady naszego wieku obfituje w wiele nazwisk, które można wygrzebać z pozornej niepamięci. Z pewnością jest niepełna, bo w rubryce: konsekwencje, ma białe plamy. W większości przypadków rektorzy uczelni nie zgłaszali bowiem takich spraw organom ścigania. Z przeglądu tzw. opiniodawczej prasy tamtego okresu wynika, że spektakularne (te opisane) plagiaty wśród kadry naukowo-dydaktycznej miały miejsce na kilkunastu uczelniach wyższych w Polsce. Plagiatów studentów nikt nie zliczy, choć te obciążają ich nauczycieli-promotorów. Inspektorzy NIK zajmujący się w 2001 r. rosnącą liczbą plagiatów prac dyplomowych i magisterskich zasadnie dowodzili, że jedną z głównych przyczyn zjawiska należy upatrywać w problemach kadrowych uczelni oraz w braku właściwego nadzoru nad studentami w fazie realizacji prac. Wspomniałem wyżej, że w okresie ok. 20 lat wypromowałem kilkuset licencjatów i magistrów; średnio ok. 18. w roku akademickim. Jednak okazałem się leniem. Ówczesny promotor-prymus z Akademii Ekonomicznej w Poznaniu był naraz promotorem 308 prac! Przerób wart wpisania do księgi Guinnessa. Aczkolwiek NIK nie wypowiedział się, ile z tych wybronionych prac nosiło znamiona nieoznaczonych zapożyczeń. Może wszystkie poświadczały rzetelność owego promotora, który udźwignął aż taki ciężar katorżniczej roboty i odpowiedzialności. Kpiarski i prześmiewczy ton może w tym miejscu razić, ale doprawdy w sytuacji, gdy wspomniany a opisany w roku 2001 przypadek szybko spowszedniał znajdując wkrótce naśladowców, pedagogizowanie i umoralnianie o skutkach takich praktyk, zdaje się jeszcze bardziej beznadziejne, niż ironizowanie z nich. Podjęte później przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego środki; w tym szeroka dyskusja nad projektem ustawy[3] wprowadzającej m.in. nakaz ograniczenia liczby studentów przypadających na jednego promotora z jednoczesnym zakazem zatrudniania się tych ostatnich na więcej niż dwóch uczelniach, nie przyniosły spodziewanych rezultatów. Plagiatorów nadal przybywało. Stosowane już obligatoryjnie po roku 2014 na wszystkich polskich uczelniach dwa różne systemy antyplagiatowe, zastąpiono jednym zmodyfikowanym (JSA)[4], a ten wykazywał ostatnio, że rocznie w około 40 tysiącach prac licencjackich, magisterskich i w zgłaszanych do obrony rozprawach doktorskich, wystąpiły naruszenia prawa autorskiego. Obecnie z inicjatywy MEiN podjęto w Państwowym Instytucie Badawczym prace nad rozbudową i modernizacją tegoż systemu tak, by obowiązkowym monitoringiem objąć nie tylko magisterskie i licencjackie rozprawy, ale też prace semestralne i zaliczeniowe studentów oraz publikacje naukowe doktorantów i profesorów. Szykuje się „rządowe uderzenie w plagiaty”[5], system ma – jak pisze cytowana autorka – weryfikować, nie jak dotąd kilkaset tysięcy prac rocznie, ale ich miliony. Nowy wymiar edukacji rozwija się ekstremalnie wraz z nieustannym wzrostem tak zwanego średniego poziomu wykształcenia, zaspakajając powszechny głód wiedzy w narodzie. A pojawiają się obecnie jaskółki, że będzie jeszcze ciekawiej, nad czym już pracuje zreformowane ministerstwo. Kolejny rząd, kolejny raz zapowiada skuteczną walkę z plagiatami na polskich uczelniach.

Z plagą plagiatów nie radzą sobie i inne państwa europejskie. Nie jesteśmy osamotnieni. Za dalszą i bliższą miedzą sąsiedzi nie dają się przegonić. Na przykład tam, gdzie naszym naukowcom było do niedawna tak łatwo o habilitację, czyli na Słowacji. Najpierw poszło o sposób uzyskania dyplomu magistra przez aktualnego przewodniczącego Rady Narodowej jednoizbowego słowackiego parlamentu w Bratysławie[6] oraz o plagiat w pracy doktorskiej jego poprzednika. Wkrótce w związku z powtarzającymi się coraz częściej doniesieniami o plagiatach polityków, ugrupowanie premiera Zwyczajni Ludzie i Niezależne Osobistości (OLANO), zgłosiło projekt powszechnej weryfikacji stopni naukowych słowackich polityków. Sprzeciwił się temu skutecznie minister edukacji i wiszącą nad politykami plagę dymisji, korzystne im wiatry, przewiały w inną stronę.

 Również w Niemczech od niemal dekady trwają poszukiwania plagiatorów, i też głównie wśród tamtejszych polityków. Po zarzutach o plagiat, w obliczu „ponownego otwarcia przez uczelnię postępowania ws. plagiatu jej pracy doktorskiej”, niemiecka minister ds. rodziny zrezygnowała ze stopnia doktorskiego, „aby zapobiec szkodom (…) dla pracy politycznej, a także dla swojej partii”[7].

Mnożenie podobnych przykładów wydaje się zbędne. Przedstawiona teza o ponad europejskiej pandemii plagiatów, opiera się na przebogatych przykładach. Obejmuje pisarzy, reportażystów, fotografików; piosenkarzy i tekściarzy oraz kompozytorów, architektów, reżyserów i twórców programów tv, itp.; właściwie wszystkie dziedziny twórczości, a w tym i pospolitej grafomanii, bo nawet ona znajduje swych amatorów, nie wspominając już o piractwie w internecie, przynoszącym ogromne straty twórcom i producentom. Kradnie się wszystko i niekoniecznie jak popadnie. Pojawiające się – w takim kontekście – bzdurne tłumaczenie, że w sadzie sąsiada też gniją jabłka, nie powinno uspokajać. Zwłaszcza gdy zastanowimy się jakie konsekwencje edukacyjne i społeczne niesie plagiatorstwo na polskich uczelniach.

Kończący się rok akademicki dostarczał wielu nowych przykładów w opanowaniu przez studentów metody kopiuj-wklej, stosowanej też równie szeroko przez uczniów szkół średnich oraz podstawowych. Zajęcia w trybie online tworzyły sposobną platformę dla doskonalenia tej techniki zawłaszczania cudzego autorstwa. Zakładany powrót do normalności już jesienią dla wielu studiujących (głównie tych ściągających poza obiektywem kamerki laptopa) może się okazać szczególnie przykry. A rysuje się przecież perspektywa uczestniczenia w tworzeniu sztucznej inteligencji, realizacji nowatorskich projektów cyfryzacji czy też współtworzenia technologii komputerów kwantowych, co pobudza wyobraźnię. Osiągnęliśmy już przecież tak ogromną liczbę wypromowanych licencjatów i magistrów…

Zakładany rozwój innowacyjności naszej gospodarki zależy bezwzględnie od poziomu edukacji; od oryginalności i potencjału intelektualnego młodzieży wchodzącej w dorosłe życie. Warto więc inwestować w podniesienie owego poziomu. Stąd zapowiadana walka z pandemią kradzieży intelektualnych nabiera szczególnego znaczenia. Plagiatorzy, jak i inni naśladowcy-kompilatorzy, nie zapewnią Polsce rozwoju, a tym bardziej wzmocnienia innowacyjności w żadnej z dziedzin społeczno-gospodarczych.

[1] Loose blues. Jana Hartmana zapiski nieodpowiedzialne…[w:] https://hartman.blog.polityka.pl ,pobr. 21.02.2020 r.

[2] https://www.polityka.pl/ pobr. 28.10.2010r.

[3] Projekt z lipca 2013 r.

[4] Ustawa z 20 lipca 2018 r. (Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce) nałożyła na uczelnie obowiązek stosowania Jednolitego Systemu Antyplagiatowego.

[5] U.Mirowska-Łoskot, Rządowe uderzenie w plagiaty. Będzie bat na nieuczciwych studentów i naukowców, [w:] https://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja ,  pobr. 07.05.2021 r.

[6] A. Krzysztoszek, Słowacja: Wielka weryfikacja wykształcenia polityków? [w:] https://www.euroactiv.pl , pobr. 11.03.2021r.

[7] https://www.wnp.pl/rynki, pobr. 7.02.2021 r.

Poprzedni artykułFranciszek Krakiewicz (1906-1943), pseudonim „Góral”
Następny artykułStanisław Nyczaj i Maria Wollenberg-Kluza. Morze w poezji i malarstwie
Zbigniew Kosiorowski
Dr Zbigniew Kosiorowski, prof. nadzw. ZPSB – prozaik, dziennikarz, autor licznych reportaży radiowych, prasowych i słuchowisk. Ukończył studia wyższe polonistyczne (UAM, Poznań) i podyplomowe: prawa autorskiego (UJ, Kraków), krytyki artystycznej (WSNS, W-wa), a także w dziedzinie zarządzania, doradztwa finansowego i budowy strategii spółek (SGH, W-wa). Doktorat z ekonomii w zakresie nauk o zarządzaniu (SGH, W-wa). Współzałożyciel i redaktor naczelny Wydawnictwa GLOB (1984-1990), czasopism: Morze i Ziemia (1978-1981) i Między Innymi (1985-1989). W latach 1990-2006 prezes i redaktor naczelny Polskiego Radia Szczecin SA. Medioznawca i ekspert prawa autorskiego, profesor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu, autor monografii naukowych m.in.: Radiofonia publiczna (1999), Dysjunkcje misji (2009), podręczników cyfrowych do nauczania online: Gospodarowanie kapitałem ludzkim (2011) i Ochrona własności intelektualnej (2011), a także kilkudziesięciu artykułów naukowych z dziedziny zarządzania. Założyciel i dyrektor Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami (1987-2003), kapitan jachtowy. Wydał ponad 20 pozycji książkowych, m.in.: W pętli (1985), Gnilec (1986), cykl powieści młodzieżowych Przez cztery oceany (1986-1990), Archipelag odpływów (2010), Desant (2013), Kamień podróżny (2016) i Zapadnia (2018).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here