Osho – garść refleksji

0

Wg Wikipedii:

OshoBhagwan Shree Rajneesh właśc. Rajneesh Chandra Mohan Jain (ur. 11 grudnia 1931 w miejscowości Kuchwada w stanie Madhya Pradesh w Indiach, zm. 19 stycznia 1990 w mieście Pune niedaleko Bombaju) –indyjski nauczyciel duchowy. Założyciel ruchu duchowego Neo-Sannyas. Studiował na uniwersytecie w Sagar, który ukończył w 1957 r. uzyskując tytuł magistra filozofii. Następnie wykładał filozofię w Akademii Sanskrytu w Raipur i później (do 1966 r.) na uniwersytecie w mieście Jabalpur. Jego wykłady zostały spisane w około 400 książkach, po części wydanych także w Polsce. Oto niektóre tytuły: „Zdrowie emocjonalne. Przemień lęk, złość i zazdrość w twórczą energię”, „Pytania płynące z serca”, „Emocje. Wolni od złości, zazdrości i strachu”, „Smak miłości. Jak kochać świadomie i bez lęku”, „Wolność. Odwaga bycia sobą”, „Apteka duszy”.

Wokół postaci Osho narosło wiele kontrowersji, zwłaszcza z okresu kiedy mieszkał w USA i był nominalnym (bo milczącym) szefem ośrodka „Rajneeshpuram” w Oregonie. Po rozwiązaniu „Rajneeshpuram” Osho wrócił do Indii i tam założył centrum duchowe „Osho Ashram”. Dziś centrum to znane jest pod nazwą „Osho International Meditation Resort”. W niniejszym artykule pominę wspomniane wyżej kontrowersje i wymagające głębszej analizy fakty związane z działalnościa Osho w USA, a skupię się na jego poglądach.

Wiele osób zarzucało mu, iż można znaleźć przeciwstawne opinie wygłoszone przez niego w różnych momentach, na co zwykle odpowiadał, że taki jest świat – paradoksalny. Nic nie jest do końca takie, jakie nam się w danym momencie wydaje. Można na każdą kwestię spojrzeć z jednej strony, potem z innej, a później może z jeszcze innej. Można najpierw upierać się przy jakiejś tezie, a potem stwierdzić, że owa teza jest błędna i znaleźć argumenty na poparcie tezy przeciwstawnej. A na koniec uznać, że obie tezy zawierały jakieś elementy prawdy lub ze żadna z nich nie miała większego sensu. Osho mawiał, że w naszym postrzeganiu świata za pośrednictwem umysłu wszystko jest mniej lub bardziej antynomiczne, czyli wewnętrznie sprzeczne, a paradoks jest jedną z najlepszych form opisu rzeczywistości.

Chciałbym na początku niniejszego artykułu skupić się na jednej z wielu spraw, o których mówił Osho – miłości. Zdaniem Osho to, co nazywamy miłością zwykle nią nie jest albo jest nią tylko w niewielkim stopniu. To, co możemy nazwać prawdziwą miłością to otwarcie serca na drugiego człowieka i chęć, aby temu człowiekowi było dobrze. A my zwykle do tego otwarcia serca dokładamy, na ogół nieświadomie, nasze potrzeby, oczekiwania, wyobrażenia (często idealistyczne) itp. Jak to przebiega według Osho? Spotykamy kogoś, kto wydaje nam się interesujący, atrakcyjny jako ew. partner/partnerka, coś nas do tej osoby skłania, czujemy życzliwość w stosunku do niej… I nasz umysł zaczyna do tego pierwszego pozytywnego impulsu dokładać podświadome działania, których efekt można opisać w ten sposób: „Chciałbym, żeby ten człowiek zaspokoił moje potrzeby. Wydaje mi się, że to jest odpowiedni kandydat/kandydatka na mojego partnera/partnerkę ”. Albo: „Tak! To jest ten człowiek! Chcę być z tym mężczyzną/tą kobietą, bo jest w nim/niej mocna, dobra energia! Albo „On tak pięknie, inteligentnie się wyraża, to musi być jakiś wartościowy, głęboki mężczyzna”. Albo „Jaka to urocza, pełna wdzięku i subtelności kobieta, to wymarzona partnerka dla mnie”. A potem zaczynamy wierzyć, że ten człowiek zaspokoi nasze potrzeby – emocjonalne, intelektualne, duchowe, seksualne…

Sądzę, że ludzie rozwinięci duchowo, o głębokiej świadomości, są w stanie dostrzec i zrozumieć przynajmniej w pewnym stopniu wnętrze drugiego człowieka, w zależności od poziomu, który udało im się osiągnąć. Natomiast tzw. przeciętni śmiertelnicy – wg tego, co mówił Osho – zatrzymują się zwykle na powierzchni lub na poziomach niewiele głębszych. W procesie poznawania drugiego człowieka najczęściej kierują się impulsami, wrażeniami, doznaniami, skojarzeniami… Filtrują w dużym stopniu to, co jest realnym przejawem istnienia drugiego człowieka poprzez swoje doświadczenia, oczekiwania, lęki itp. Tworzy się pewna struktura odczuwania obecności drugiego człowieka, która może mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Bywa tak, że powoli zakochujemy się w kimś, czasami bywa tak, że nagle „piorun strzela”, ale tak czy inaczej ma miejsce ten sam proces, związany z naszym umysłem. Uruchamiają się różne mechanizmy, wydzielają różne substancje chemiczne… Może nam się wydawać, że właśnie ten człowiek jest tym najlepszym dla nas ze wszystkich ludzi na świecie i z nim za wszelką cenę powinniśmy być, a w głębi przemyka myśl: „Ten człowiek zaspokoi moje potrzeby”.

Sednem mojego wywodu jest stwierdzenie Osho, że większość tych zjawisk, które uważamy za miłość (mowa o miłości partnerskiej) miłością nie jest. To wytwory naszego umysłu, podszyte naszymi oczekiwaniami, potrzebami, obawami itp. A miłością jest sytuacja, w której niczego nie potrzebujemy od drugiego człowieka, niczego od niego nie chcemy, możemy go nawet nie widzieć, dajemy mu wolność i tylko chcemy, żeby mu było dobrze. Czyli prawdziwą miłością jest bezinteresowna chęć, żeby drugiemu człowiekowi było dobrze. Cała reszta to są potrzeby, lęki, oczekiwania, wyobrażenia…

Może być tak, że na przykład boimy się samotności i jeśli poznajemy kogoś, z kim mamy szansę zbudować bliską relację, to oczekujemy, iż jego obecność uwolni nas od lęku przed samotnością. Albo pragniemy nade wszystko poczucia bezpieczeństwa i szukamy kogoś, kto to poczucie bezpieczeństwa nam zapewni. Itd. itp. I tutaj wyraźnie zarysowuje się kwestia, na ile to jest owa bezinteresowna chęć, aby drugiemu człowiekowi było dobrze, czyli miłość. W wielu relacjach partnerskich widać, że prawdziwej miłości jest w tej skomplikowanej strukturze mentalno-uczuciowej, jaka łączy dwoje ludzi raczej niewiele…

Mówi się, że jedyną relacją, którą cechuje prawdziwa miłość jest relacja matka-dziecko. Być może tak jest, ale idąc za tym, co mówił Osho, można nawet w takiej sytuacji mieć pewne podejrzenia. Np. gdy matka mówi: „moje dziecko powinno być takie, a nie inne, powinno postępować w sposób, który uważam za słuszny, osiągnąć pewną pozycję, znaleźć właściwego partnera/partnerkę…” W domyśle – powinno ono zaspokoić pewne oczekiwania matki. I tutaj znów pojawia się problem struktur mentalnych odległych od prawdziwej miłości.

Osho:„To, co nazywasz miłością, jest skierowane do kogoś, ograniczone do jego osoby. A miłość nie jest czymś, co można ograniczać. Możesz ją trzymać w otwartych dłoniach, lecz nie w garści. Gdy zamkniesz dłonie, okaże się, że są one puste; gdy je otworzysz, cała egzystencja stanie do twojej dyspozycji.”

To, co nazywamy miłością zwykle jest skierowane do jednej konkretnej osoby, jeżeli mówimy o miłości partnerskiej. Osho sugeruje, że prawdziwa miłość powinna być otwarta na innych ludzi. Czyli pewien obszar naszych doznań, naszych uczuć dajmy tylko jednej osobie, ale nie patrzmy na innych jak na obcych. Oni też są istotami ludzkimi godnymi naszej miłości. Im więcej jest w nas otwarcia na ludzi, tym więcej możemy dać miłości partnerowi czy partnerce. Nie ma sensu udawanie, że inni wcale nie są ważni. Przecież możemy poczuć zainteresowanie człowiekiem, który nie jest moim partnerem, moją partnerką… Nie ma w tym nic dziwnego ani złego. Jeśli udaję, że nie poczułem/poczułam owego zainteresowania, to w tym momencie zamykam się, blokuję w sobie możliwość przepływu energii miłości. Jeżeli widzę kogoś, kto wzbudza moje zainteresowanie, to nie znaczy, że zdradzam partnera czy partnerkę, tylko po prostu ten ktoś mi się podoba. Mogę wejść z nim w jakiś powierzchowny kontakt, np. wzrokowy, mogę z tym człowiekiem porozmawiać, ale to nie jest odejście od mojego partnera, mojej partnerki. Niczym to jemu/jej nie zagraża. Wręcz przeciwnie, jeżeli wzbogacam się o kontakt z drugim człowiekiem, to więcej mogę dać partnerowi/partnerce.

Osho: „Miłość to dzielenie się, pożądanie to gromadzenie. Pożądanie zawsze chce, ale nigdy nie daje, a miłość zna jedynie dawanie i nigdy nie prosi o nic w zamian. Jest bezwarunkowym dzieleniem się”.

Mowa tutaj o miłości bezwarunkowej i zapewne o pożądaniu seksualnym, ale możemy rozciągnąć pojęcie pożądania na wszelkie formy oczekiwania czegoś od kogoś. Możemy tak to ująć: „Chcę, żebyś dał mi swoją uwagę”. Albo „Chcę, żebyś dała mi swoje ciepło i bliskość”. To jest normalne, zrozumiałe, ludzkie. Ale tutaj pojawia się bardzo ważna, choć cienka kreska między moją potrzebą (im bardziej uświadomioną, tym lepiej), a oczekiwaniem, że drugi człowiek ją zaspokoi. On może to zrobić, jeżeli będzie chciał, ale nie powinniśmy nigdy mówić: „Musisz zaspokoić moją potrzebę”. Jest niezaprzeczalnym faktem, że potrzebujemy różnych rzeczy od innych ludzi i – mniej lub bardziej nieświadomie lub świadomie – oczekujemy, że bliska nam osoba da nam to, czego od niej potrzebujemy. Ale należy starać się, aby nie traktować jej przedmiotowo.

Jakie są nasze potrzeby? Po pierwsze – chcemy żyć. Po drugie – chcemy żyć jak najlepiej. W poczuciu bezpieczeństwa, w zgodzie z samymi sobą i z innymi… Chcemy mieć pod dostatkiem jedzenia, picia, seksu… Jak zaspokoić te potrzeby, aby nie odbywało się to kosztem drugiego człowieka? Jeżeli wiem, że potrzebuję czegoś i chciałbym, żeby drugi człowiek zaspokoił tę potrzebę, to wszystko jest OK. Ale jest niezmiernie ważne, a bardzo trudne, żeby nie przeszło to w próbę nakłonienia drugiego człowieka do zaspokojenia mojej potrzeby.

Na pewnych warsztatach rozwoju osobistego (w których uczestniczyłem) prowadzący opowiedział na zajęciach o swoich doświadczeniach w tym względzie. A konkretnie o sytuacjach, kiedy on tak bardzo potrzebował seksu, że poprosił swoją żonę, aby mu go dała. I jego żona – kochając go – starała się jego potrzebę zaspokoić. Ale on później czuł, że to nie było to, o co mu chodziło. „Niby dostałem to, czego chciałem, ale to wcale nie było to, o co mi naprawdę chodziło. Bo to, co się zdarzyło nie było naturalnym otwarciem się energii, prawdziwym spotkaniem erotycznym, tylko reakcją na moją prośbę”. On nie chciał samego seksu. On chciał także bliskości, połączenia… Ona tego mu nie mogła dać, bo bliskość i połączenie potrzebują wolności, muszą się zrodzić same z siebie.

Podsumowując – jest rzeczą naturalną odczuwać potrzeby i chcieć je zaspokoić, ale należy starać się, aby w procesie ich zaspokajania drugi człowiek nie stał się przedmiotem, środkiem do osiągnięcia naszych celów.

Osho: „Miłość jest prawdziwa tylko wtedy kiedy nie ingeruje w prywatność drugiej osoby, kiedy szanuje jej indywidualność”.

Drugi człowiek ma prawo czuć to, co czuje. Może nie chcieć bliskości w jakimś momencie, może nie chcieć bliskiego kontaktu, nie chcieć intymności, nie chcieć przytulić się, a nawet rozmawiać z nami. Ma do tego prawo. Wielu ludzi ma duży problem, aby uszanować to, że partner/partnerka może nie chcieć ich blisko siebie w pewnym momencie lub nawet przez dłuższy okres czasu. Jest czymś bardzo trudnym zaakceptowanie, iż bliski człowiek ma prawo mnie nie chcieć blisko siebie, może mieć powody dla których woli w pewnym momencie mnie nie widzieć, nie dotykać, nie przytulać się. Ma prawo nie chcieć wejść w przestrzeń intymną ze mną. Im bardziej akceptuję to prawo, tym lepsza może być nasza relacja. Czyli uszanowanie jego odrębności, indywidualności (łącznie z dystansem do nas, jego nastawieniem krytycznym wobec nas czy złością) może wzmacniać nasz związek.

Osho: „Pokochaj siebie! Bo jak nie pokochasz siebie, nie pokocha cię nikt inny. Nie można kochać kogoś, kto nienawidzi siebie”.

W zakres tego tematu mogą wchodzić różne zagadnienia, jak właściwe traktowanie swego ciała – zdrowe odżywianie, unikanie używek itp.; właściwe podejście do pracy zawodowej – wybór (na ile to możliwe) zatrudnienia adekwatnego do naszych predyspozycji psychicznych i fizycznych itp.; właściwe traktowanie najbliższego środowiska, w którym żyjemy – domu, samochodu (jeśli takowy posiadamy), naszej przestrzeni w pracy itp.; odpowiednie traktowanie własnej psychiki – szukanie harmonii wewnętrznej, akceptacja samego siebie, łącznie z własnymi ograniczeniami itp.

Chciałbym skupić się na pewnym szczególnym aspekcie miłości do samego siebie. Jest bardzo ważne, żeby w sytuacjach, kiedy pojawia się rozbieżność między interesem drugiej osoby i własnym umieć wybrać swój interes, mimo nawet wielkiego oddania dla drugiego człowieka, wielkiej chęci zrobienia czegoś dla niego. Oczywiście, o ile nie krzywdzi to owego człowieka. To delikatna sprawa, bo można powiedzieć, że nasz wybór po prostu samolubstwo. A chodzi tutaj o to, aby znaleźć równowagę między altruizmem, a tzw. zdrowym egoizmem. Później należałoby wytłumaczyć partnerowi/partnerce – jeśli to tylko możliwe – dlaczego wybraliśmy swój interes, swoją korzyść. Wyjaśnić, iż oczywiście myśleliśmy o dobru drugiej strony, ale w sytuacji, w której się znajdowaliśmy poczuliśmy, że najlepsze co możemy zrobić, to zadbać o siebie. Chodzi tutaj m.in. o to, abyśmy nie ustawiali się w bliskiej relacji na pozycji poświęcania się. Mogliśmy być tak wychowani, że uważamy poświęcanie się za najwyższy wyraz dobra. A bardzo trudno jest żyć, stojąc na takiej pozycji. Oczywiście jeśli jesteśmy do owego poświęcania się głęboko przekonani, np. jeśli za nim stoi silne uczucie albo poczucie, że to jest nasz obowiązek wobec dziecka czy rodzica, to staje się to naszym świadomym, godnym szacunku wyborem. Chodzi tylko o to, aby poświęcanie się czy odsuwanie siebie na bok nie było automatycznym mechanizmem, który na dłuższą metę jest szkodliwy zarówno dla związku, jak i dla osoby poświęcającej się. Psychologia uczy, że gdy przez dłuższy okres czasu „odstawia się na bok” samego siebie, to w pewnym momencie zaczynamy odczuwać dyskomfort, a potem coraz większą złość lub coraz większą apatię, brak energii do życia. W relacji partnerskiej powinna istnieć wymiana. Oczywiście jeżeli widzimy konieczność poświęcania się, np. jeżeli ktoś z naszych bliskich jest chory, to pomagamy mu, to jest oczywiste. Ale postawa automatycznego stawiania się na pozycji tego, który daje (pomaga, poświęca się) oznacza dla większości ludzi powolne usychanie wewnętrzne lub narastanie frustracji. Nie dostając tego, czego potrzebujemy zaczynamy mieć takie czy inne problemy psychiczne, mogą się pojawić choroby psychosomatyczne itp. Jeśli czujemy wewnętrzny przymus dawania (np. trwając na pozycji poświęcania się), nie mając możliwości dostania czegoś – nazwijmy to – w zamian, to prędzej czy później odbije się to nas, a także na naszych relacjach. I w rezultacie owo dawanie (tak piękne w teorii) stanie się źródłem strat i problemów…

Osho: „Miłość wymaga oddania, a my nie chcemy się oddać. Chcemy, żeby inni poddawali się nam, byli naszymi niewolnikami. Druga strona ma takie same pragnienia; mężczyzna chce zniewolić kobietę, a kobieta chce zniewolić mężczyznę. Wszyscy chcemy tego samego. Każdy może mieć inny plan, jak tego dokonać, ale zawsze celem jest podporządkowanie sobie drugiej osoby.

 

Chodzi tutaj m.in. o zrozumienie naszej tendencji, aby mieć wpływ na partnera/partnerkę, „zarządzać” nim/nią w pewien sposób. To mogą być sytuacje, w których ujawnia się nasza potrzeba władzy, potrzeba sprawczości albo takie, gdy po prostu potrzebujemy czegoś i chcemy, żeby bliski człowiek coś zrobił dla nas, zachował się tak, a nie inaczej. Gdy coś nam się w jego zachowaniu czy wypowiedziach nie podoba, to karcimy go, krytykujemy itp. Nie jest to nic dziwnego, nie jest groźna taka postawa, jeśli pojawia się sporadycznie, ale jeżeli jest to tendencja stała, przejawiająca się w ciągłym „ustawianiu” partnerki/partnera, to wiadomo, że taka relacja nie będzie funkcjonować dobrze. A im więcej dajemy wolności drugiemu człowiekowi, tym będzie lepiej i jemu, i nam.

Osho: „Odrzucenie wynika ze słabości, boisz się. Ludzie silni chcą przyjmować wszystko, co daje im życie. Osoba silna przyjmuje wszystko i jest dzięki temu bogatsza. Osoba słaba odrzuca”.

Kwestia akceptacji odnosi się oczywiście do wszystkich zjawisk naszego świata. Im więcej jest w nas otwarcia, tym więcej bogactwa życia możemy przyjąć. Ale skupmy się na kwestii akceptacji innych ludzi. Naturalną tendencją jest odrzucić to, co nam nie odpowiada w drugim człowieku. Chcielibyśmy nie mieć z nim do czynienia (gdy mocno nas wytrąca z równowagi jego postawa czy cechy charakteru), skrytykować go albo – w najlepszym wypadku – udzielić mu życzliwej rady. Zaakceptować go to rzecz bardzo trudna… Łatwiej jest o tolerancję, o przyjęcie, że drugi człowiek ma prawo myśleć i postępować według swoich zasad, nawet jeśli w naszym odczuciu i rozumieniu postępuje błędnie. Ale Osho sugeruje przyjęcie, czyli akceptację…

Osho: „Głębsza miłość wymaga otwarcia i wrażliwości. Musisz zdjąć swoją zbroję, a to jest bolesne. Zaryzykuj! Przestań przyjmować pozycję obronną i uciekać w kalkulacje umysłowe. Żyj w taki sposób, by konfrontować się z zagrożeniami. Unikając trudnych sytuacji nie będziesz wzrastał. Chciej popełniać błędy, chciej sie mylić, ponieważ to jedyny sposób by się czegoś nauczyć”.

Nie ma możliwości, aby zbudować autentyczną, głęboką relację partnerską bez otwarcia się, bez pokazania swoich słabych stron, bez przyznania się do własnych ograniczeń, lęków, kompleksów… I bez stawienia czoła reakcji drugiej strony, bez przyjęcia konsekwencji powiedzenia i pokazania prawdy o sobie. Jest to dla wielu ludzi bardzo trudne. Obawiamy się odrzucenia, boimy się utraty osoby, na której nam zależy. Ale warto pamiętać o tym, że tworząc i utrzymując iluzję kogoś, kim nie jesteśmy, prędzej czy później przeżyjemy moment weryfikacji, maska spadnie z naszej twarzy… Im większa będzie różnica między wykreowanym przez nas obrazem naszej, a realnością, tym gorzej dla nas. Jest niezbędne, abyśmy zgodzili się na własną niedoskonałość. Pozwolili sobie robić błędy, umieli powiedzieć o nich… I wybaczyć je sobie. Udawanie, pilnowanie się, kreowanie wizji własnej doskonałości na nic się nie zda. Każdy z nas popełnia błędy. Potrzebujemy tolerancji i wybaczenia dla nas. I naszej tolerancji i wybaczenia w stosunku do innych ludzi, zwłaszcza tych bliskich nam. A już w szczególności w stosunku do naszych partnerów życiowych.

Na tym kończę moje refleksje i zapraszam do lektury książek zawierających myśli Osho.

Poprzedni artykułBundesliga: Bayer Leverkusen zmierzy się z Bayernem Monachium
Następny artykułMasters – album „Masters” – Idealny na wakacyjne wieczory…
Lucjan Wesołowski
Lucjan Wesołowski - absolwent Uniwersytetu Łódzkiego na wydziale filologii polskiej. Muzyk – kompozytor i multiinstrumentalista. Jego muzyka instrumentalna została wydana w różnych krajach na ponad 20 płytach kompaktowych. Napisał ilustrację muzyczną do 8 spektakli teatralnych i wiele piosenek, wydanych na kilku płytach. W latach 80. był znany jako wykonawca poezji śpiewanej (główna nagroda na festiwalu „Śpiewajmy Poezję” w Olsztynie w roku 1984). W latach 1993-2014 mieszkał we Włoszech, gdzie prowadził firmę międzynarodowego pośrednictwa biznesowego. Zajmuje się duchowością Wschodu od lat 70. Spędził ponad rok w ośrodkach jogi i buddyjskich w Niemczech, Włoszech, Indii i Polsce. Publikował artykuły dla prasy polskiej i włoskiej na tematy muzyczne i duchowe. Autor książki pt. „Moje ABC duchowości”. Prowadzi warsztaty rozwoju osobowości.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here