Od praktykanta w księgarni do dyrektora departamentu książki w ministerstwie! Autobiografia Karola Czejarka, cz. 4

3

Zawsze chciałem być W ŻYCIU KIMŚ! I udowodnić, że na polskość zasłużyłem. Ale po tym, jak przyjęto mnie na praktykanta w księgarni nr 16 Domu Książki w Szczecinie, przekształconej z czasem w „Klubową”, nigdy nie uwierzyłbym, że kiedyś będę dyrektorem Wydziału Kultury Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Szczecinie, a potem także m. st. Warszawy! I że swoją pracę „z książką” zakończę jako dyrektor departamentu (KSIĄŻKI) w Ministerstwie Kultury i Sztuki. (Z którego to stanowiska odwołała mnie i w ogóle zwolniła z pracy, i to ze skutkiem natychmiastowym, b. pani minister Izabela Cywińska, z uzasadnieniem, że …nie ma Pan kompetencji?! A de facto – za służbę Polsce, gdy była PRL-em!

A przecież nawet jeszcze wtedy, podobnie jak i wcześniej, gdy odchodziłem z funkcji dyrektora Wydziału Kultury Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Szczecinie – mogłem podążyć „za matką” do Ahrbergen, jako urodzony w Berlinie. ALE NIE!

NIGDY mi to nawet przez myśl nie przeszło, choć bardzo tę chwilę „odmówienia mi kompetencji” przez p. Cywińską przeżyłem!!!

A PRZECIEŻ NIC NIE POWSTAJE Z NICZEGO! Dla mnie Polska przed zmianami politycznymi była również uznawana w świecie. I pracowałem dla takiej, jaką wtedy była, a mój śp. ojciec też wrócił do takiej, bo nie było innego wyboru! Dla mnie ojczyzna zawsze była, jest i pozostanie CZYMŚ PONADPARTYJNYM!

I z pewnością była taką dla kilku powojennych pokoleń Polaków, którzy po wojnie podnosili ją „z kolan”. To znaczy, że jeśli dziś mamy Polskę wolną, będącą członkiem UE, to zawdzięczamy to również – TAK TWIERDZĘ – i tamtym pokoleniom, które z takim trudem ją odbudowywali. Ale te dywagacje pozostawiam ocenie Czytelników.

Kiedy zacząłem pracować w księgarni, wreszcie… przestałem być głodny! Za własne, choć bardzo skromne wtedy pieniądze mogłem się najeść do syta. Zwłaszcza po poznaniu Państwa Heleny i Stanisława Polaków. Naprzeciwko księgarni, w której pracowałem, przy ul. Jedności Narodowej 5 w Szczecinie (dziś tej księgarni już nie ma) – prowadzili oni sklep mięsny, który sprzedawał też „na gorąco”: flaki, kaszankę, bigos… Po jakimś czasie nawet zamieszkałem u nich, przy ul. Jana Styki 33 m.2, gdy po wyjeździe mojej matki i siostry do Niemiec (w 1957r.), odebrano mi mieszkanie po rodzicach przy ul. Okrzei 1 b.

Państwu Polakom za „wikt i opierunek” oraz za możliwość mieszkania z nimi, jak mogłem – pomagałem przez kilka lat w wychowywaniu ich dzieci – Tadeusza i Marysi (którą nazywałem Simoną), odrabiając z nimi lekcje, a wcześniej – odwożąc najpierw do przedszkola, potem szkoły. Tadeusz nawet próbował – za moim przykładem – ścigać się na torze. Gdy już dorósł, pracował jako „plastyk” w jednym ze szczecińskich zakładów pracy. Ale po kolei.

Po zdaniu matury, przez kilkanaście dni byłem studentem Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie. (Starałem się dostać do tej renomowanej uczelni, gdyż zapewniała „wszystko”, to znaczy „akademik, mundur, podręczniki i wyżywienie”, a na III roku – nawet dość pokaźne, jak na ówczesne czasy, stypendium i stopień podporucznika WP.

Lecz moje „SZCZĘŚCIE” (a może i dobrze, że tak się stało?) nie trwało długo.

Któregoś dnia zostałem poproszony do komendanta (to był chyba jakiś Rosjanin, gdyż mówił po polsku z wyraźnym „ichnim” akcentem), który wręczył mi skierowanie… na Politechnikę Szczecińską (uwzględniając zdane egzaminy na WAT-cie). Powiedział: nie możecie u nas studiować, mając rodzinę w NRF-ie! Chyba to rozumiecie? „NIE ROZUMIEM!”, panie generale, odpowiedziałem! Na co on, tylko rozłożył ręce, a mnie spłynęły po policzkach łzy… Choć prawdą jest, że aby dostać się na te studia, nie podałem w ankiecie osobowej informacji o rodzinie w tzw. Zachodnich Niemczech.

Wróciłem więc do Szczecina i skorzystałem z oferty mojego szkolnego kolegi – Jerzego Świątkiewicza, którego spotkałem zupełnie przypadkowo. Powiedział, abym zatrudnił się w znanej mu księgarni, w której akurat poszukiwano kogoś zaufanego na „przyuczenie się do zawodu”.

Poszedłem pod wskazany adres przy ul. Jedności Narodowej 5, bo naprawdę nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, i… przyjąłem tę pracę, choć nie zaspakajała ona w najmniejszym stopniu moich ambicji. „Jak to? Po „maturze” będę tylko praktykantem? Wielu moim kolegom powiodło się od razu o wiele lepiej.” Tak sobie wtedy myślałem…

Zawsze, gdy ktokolwiek „później” chciał przeszkodzić mi w karierze, podszeptywał przełożonym moje „niemieckie” pochodzenie. A gdy po roku 1990 już pracowałem w Instytucie Lingwistyki Stosowanej UW, prześladowała mnie opinia, …że „on jednak zbyt długo pracował w administracji, aby „tak z marszu” mógł teraz przejść do „nauki”.

(Jakby chciano zakwestionować w ten sposób moją znajomość j. niemieckiego, która była i pozostaje bardzo dobra; (niemiecki i polski – to przecież moje „Muttersprachen”)! A nauczaniem i pisaniem o stosunkach polsko-niemieckich, jak i tłumaczeniami zajmowałem się zawsze, tzn. od ukończenia studiów.

Ale ten zarzut (po roku 1990), że brakuje mi doświadczenia z pracy na wyższych uczelniach, szczególnie negatywnie odbijało się w moich późniejszych staraniach o habilitację. Nigdy nie doszło do jej obrony, gdyż – jak mi oświadczono – nie ma w Polsce specjalisty, który potrafiłby ocenić moje „zajmowanie się Kirstem”! To była tylko „zasłona dymna”, gdyż głównym sprawcą mojego niepowodzenia był po prostu mściwy człowiek (choć wybitny germanista, którego nadal cenię za jego dorobek naukowy).

Wspominam o tym, gdyż przez długie lata doświadczałem na sobie „bycia obywatelem II kategorii”. Przed rokiem 1990 zarzucano mi przede wszystkim „wrogie” NIEMIECKIE POCHODZENIE, a po roku 1990 – wieloletnią pracę w „tamtej Polsce”. Odczuwałem to wyjątkowo boleśnie i nadal uważam za głęboko krzywdzące.

Do dziś brakuje w Polsce ciągłości historycznej. Niesprawiedliwie traktowani są m.in. ci, którzy w PRL-u rzetelnie wykonywali swoje obowiązki wobec kraju i nie popełnili żadnego czynu karalnego! A przecież także dzięki ich pracy i oddaniu Rzeczypospolitej, mamy po latach Polskę wolną i demokratyczną, w której PRAWO (MOŻE?) WRESZCIE BĘDZIE RÓWNE WOBEC WSZYTKICH! Ale wracam do swojej pierwszej pracy etatowej w księgarni.

„Za ladą” księgarską stanąłem dopiero ok. pół roku później. I to w asyście „Pana Kierownika” – nieżyjącego już Henryka Malickiego! I chyba do końca życia nie zapomnę mojego pierwszego spotkania z klientem, który zapytał mnie, czy mamy „Dumę o hetmanie”? Mieliśmy oczywiście, na co głośno wyrwało mi się: …”Żeromskiego?”. A pan kierownik na to (przy tym kliencie): „proszę szukać pod „Ż” panie kolego”! Myślałem, że się „pod ziemię zapadnę” ze wstydu! Czyżby p. Malicki zwątpił, że wiem, kto napisał „Dumę o hetmanie” i nie wiem, gdzie należy szukać tej książki?!

Mimo tej swego rodzaju wpadki – chwalę do dziś PANA KIEROWNIKA. Był znakomitym fachowcem, ale przede wszystkim pozwolił mi działać, przyjmując różne moje inicjatywy (praktycznie wszystkie) do realizacji. M.in. wprowadzenie wolnego dostępu do półek, obsługę klientów przy okrągłych stolikach, przy których stały wygodne fotele, czy też zostawianie na noc oświetlonych witryn (a mieliśmy ich aż 8) z nowościami wydawniczymi. Zgodził się nawet na sprzedaż „kawy” w księgarni, przez specjalnie do tego zatrudnioną kelnerkę.

Udało mi się też poszerzyć asortyment księgarni, inaczej ustawić działy specjalistyczne i zainicjować sprzedaż reprodukcji malarskich, płyt gramofonowych itd. itp. Po jakimś czasie pan Malicki „zrobił” mnie nawet swoim zastępcą (po pani Marii Janiszewskiej, która mu to zasugerowała), a po moim powrocie z wojska (z czynnej służby, którą odbyłem w latach 1959-1961), zostałem – z jego inicjatywy – KIEROWNIKIEM KSIĘGARNI! A była to już funkcja licząca się w hierarchii księgarskiej. Zwłaszcza takiej placówki, jaką myśmy wtedy byli: księgarnią wojewódzką, z szerokim asortymentem wydawnictw medycznych, muzycznych, filozoficznych, socjologicznych i w ogóle książek „humanistycznych”.

Posiadałem już w tym czasie tytuł zawodowy „młodszego księgarza”, z którego byłem bardzo dumny. (Następnymi stopniami były: „księgarz” i „starszy księgarz”, które niebawem również stały się moim nabytkiem, co oczywiście wiązało się z zaliczeniem stosownych egzaminów organizowanych przez dyrekcję Domu Książki i Stowarzyszenie Księgarzy Polskich). Po jakimś czasie stałem się bardzo aktywnym działaczem tego Stowarzyszenia. Jednocześnie podjąłem studia zaoczne: najpierw w Poznańskiej Szkole Handlowej (w specjalności księgarstwa), a potem na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, uzyskując tytuł magistra filologii germańskiej.

Wspomniany Jurek Świątkiewicz (nie wiem, co się później z nim stało) pomyślał o mnie, jako o „księgarzu”, ponieważ wcześniej – jeszcze jako uczeń w Liceum im. Mieszka I, do którego razem chodziliśmy (nawet do jednej klasy), udzielałem się w bibliotece szkolnej, która była jednocześnie Biblioteką Punktu Konsultacyjnego Uniwersytetu Poznańskiego w Szczecinie. W niej dorabiałem sobie miesięcznie 180 zł. do szkolnego, niewiele wyższego wtedy stypendium. (Ale mogłem w ten sposób, choć trochę pomóc matce w utrzymaniu domu, gdyż w aptece, w której w końcu znalazła pracę jako fasowaczka (osoba, która sortuje i paczkuje lekarstwa), zarabiała 660 zł. W tamtych latach było to za mało, aby wyżywić rodzinę, opłacić czynsz, kupić węgiel, ubranie i jedzenie.

I tak zaczęła się moja „kariera” księgarska, …od praktykanta, a właściwie gońca! Czyli od rozpakowywania książek w magazynie znajdującym się w piwnicy pod księgarnią, jak i nieustannego noszenia ich stamtąd „do góry”, na tzw. „front księgarski” i układania na półkach.

Rozwoziłem też sprzedane książki do bibliotek publicznych lub na pocztę (te były przeznaczone dla adresatów poza Szczecinem). A gdy po wojsku byłem już kierownikiem księgarni, udało mi się rozbudować tę formę sprzedaży dla „klientów zbiorowych”: bibliotek publicznych, zakładów pracy, bibliotek szkolnych, a przede wszystkim dla Pomorskiej Akademii Medycznej i Wyższej Szkoły Handlowej, które wtedy dysponowały pokaźnymi funduszami na „zakupy nowości” (zresztą nie tylko nowości, gdyż dopiero tworzyły swoje księgozbiory; chętnie pomagałem im w tym).

W magazynie księgarni, w którym „praktykowałem” przez kilka miesięcy, byłem pomocnikiem pana Czesława Poszwy, który „rządził” zapasami. Składował książki według własnego pomysłu, zwłaszcza podręczniki medyczne, które kupowaliśmy od PZWL-u w dużych ilościach. Pan Czesław sortował też „moją naukę”, jak nazywał inne dyscypliny humanistyczne i „moją” beletrystykę oraz …pilnował tzw. „półek klientowskich”– indywidualnych odbiorców, a zwłaszcza bibliotek. (Na te „półki” odkładało się nowości, czasami nawet po kilka egzemplarzy, gdyż biblioteki „powiatowe” kupowały wtedy książki również dla podległych im bibliotek gminnych).

W każdym razie Pan Czesław był doskonale zorientowany w tym, co miał „na dole” i wspomagał swoją pracowitością tzw. „front księgarski”. Tylko dział muzyczny miał swoje zapasy w oddzielnym pomieszczeniu na „półpiętrze” i na bezpośrednim zapleczu tego działu.

Gdy już byłem kierownikiem, raz w tygodniu, w każdy poniedziałek przed pracą (którą zaczynaliśmy o 10:00, kończyliśmy o 18:00, a jak były imprezy „Klubu Bibliofilów”, to ok. 22:00) omawialiśmy wspólnie zamówienia na zapowiedziane tytuły, jak i wszystkie inne kwestie związane z prowadzeniem księgarni. Głównie pod kątem ich sprzedaży! Oczywiście omawialiśmy także i tzw. „nowości wydawnicze”. Bardzo bowiem starałem się, aby WSZYSCY wiedzieli możliwie WSZYSTKO o tym, co dzieje się w księgarni, aby w każdej chwili mogli zastąpić nieobecną koleżankę czy kolegę.

Wiele też dowiedziałem się od Pana Czesława, jak „wyglądała” wojna niemiecko-polska w 1939r. z jego perspektywy, a przede wszystkim, jaki był los żołnierzy polskich w oflagach, w których on sam przebywał. Z jednego udało mu się zbiec, a gdy go złapano – pracował jako robotnik przymusowy w fabryce mundurów k. Berlina. I choć miał OKROPNE przeżycia w latach wojny, nie był mściwy po kapitulacji Niemiec, bo jak mówił – trafił i na dobrych Niemców, którzy mu pomagali, a po wojnie zapraszali z rodziną na spędzanie urlopów w Niemczech. Regularnie też przysyłali mu paczki z odzieżą i żywnością (gdy u nas z zaopatrzeniem było jeszcze bardzo źle).

Interesowało mnie, dlaczego nie ścigał po wojnie tych „Złych” Niemców, którzy wymordowali dużą część jego rodziny? Odpowiadał na to: „my katolicy, przebaczamy swoim winowajcom”. Jako człowiek z przekonania „prawicowy”, narzekał przy mnie często na – naszą „władzę ludową”, używając przy tym wiele brzydkich słów. Krytykował ustrój, przede wszystkim za głodowe pensje, brak mieszkań dla młodzieży (miał dwóch dorastających synów), za brak życiowych perspektyw…

Jestem pewien, że mówił mi o tym po to, że gdybym kiedyś miał wpływ na to, co się dzieje w kraju, nigdy nie zapominał o ludziach takich, jak on – jego zdaniem – niedocenianych, a przecież kochających swoją ojczyznę tak samo, jak ci, którzy za tę ”miłość do Polski” dostawali ordery… Ubolewał też nad losem mojej matki i moją życiową sytuacją, zwłaszcza po tym, gdy już mama wyjechała do Niemiec i tam pozostała.

Wierzył jednak, że sobie poradzę i nawet przepowiadał mi karierę księgarską. Także w kolarstwie był – razem ze swymi synami – moim zagorzałym kibicem, podobnie jak większość moich współpracowników. Zresztą przed księgarnią zawsze stało mnóstwo rowerów, bo moi koledzy KOLARZE – też byli moimi klientami.

Tym bardziej, że w końcu trafiłem „za ladę” – wyposażony w nowy ciemnogranatowy kitel (pracując w magazynie miałem czarny, już nieco sfatygowany), liczydła, paragony, na których wypisywało się sumy sprzedanych książek – i… szczerze polubiłem swoją pracę!

Zwłaszcza rozmowy z klientami o książkach, a odwiedzało nas coraz więcej ludzi z tzw. inteligencji, profesorów, artystów, lekarzy, muzyków. Z czasem zacząłem też samodzielnie jeździć „po nowości i zapasy” do poszczególnych wydawców w Warszawie, Poznaniu, Krakowie, także do Składnicy Księgarskiej, jej ekspozytur i dyrekcji w stolicy, jako „kierownik ważnej, wyróżniającej się w Polsce księgarni”. Zacząłem też zabierać głos na zebraniach kadry kierowniczej całego przedsiębiorstwa, a w Warszawie (na zebraniach w Zjednoczeniu Księgarstwa i w SKP, zabiegając przede wszystkim o uznanie księgarstwa za handel specyficzny, a nie tylko – jak inne sklepy – za sprzedaż towarów).

Ta „walka” o zaliczenie księgarstwa do pionu kultury, a nie handlu, trwała aż do końca mojej pracy w resorcie kultury i mogę z dumą powiedzieć, że wyszedłem z niej zwycięsko! Jak też ze starań, aby „Domu Książki” – jako całości – nie połączono z „Ruchem”, firmą prowadzącą kioski z gazetami, które zaczęły sprzedawać też książki, ale obok nich w coraz szerszym asortymencie towary niemające nic wspólnego „z kulturą”.

I tak, z każdym miesiącem, rokiem, stawałem się w Szczecinie coraz bardziej znanym nie tylko wśród klientów, ale i szczecińskich ( także warszawskich) księgarzy i wydawców, których podpatrywałem, chcąc ich „prześcignąć” w inicjatywach zwiększających sprzedaż książek. Również w dotarciu z książką do KAŻDEJ GMINY, do każdej wsi w województwie!

Moja popularność rosła także z tego powodu, że po kilku latach kierowania „Klubową”, jak i potem hurtem księgarskim (SKŁADNICĄ KSIĘGARSKĄ w Warszawie), w której byłem z-cą dyr. nacz. ds. handlowych), kierowane przeze mnie instytucje stały się rentowne, a do ich działalności państwo nie musiało dopłacać.

Zawsze dążyłem do tego, aby „Klubowa” była nie tylko księgarnią, a swoistym „CENTRUM KULTURY”. I tak się stało, z działającym w nim prężnie „Szczecińskim Klubem Bibliofilów”, z samodzielnymi sekcjami zwolenników utworzenia uniwersytetu w Szczecinie, „Ekslibristów”, czy „Wystaw książkowych i koncertów” oraz spotkań autorskich.

W każdym razie księgarnia „pękała” od inicjatyw: wystaw, koncertów, różnych tematycznych seminariów, którym przewodzili profesorowie, prawnicy, lekarze, dziennikarze, muzycy, aktorzy, artyści plastycy, czy oficjalni przedstawiciele szczecińskich oddziałów OGÓLNOPOLSKICH organizacji twórczych.

Aby nie być gołosłownym – wymienię kilkanaście nazwisk, które dynamizowały działania Klubu Bibliofilów, a jednocześnie zwiększały sprzedaż książek. Księgarnia z deficytowej stała się RENTOWNA!

Pomogło mi w tym wiele osób, które bezpośrednio przyczyniły się do powstania Szczecińskiego Klubu Bibliofilów, a potem wraz ze mną przeniosło się do Szczecińskiego Towarzystwa Kultury: Roman Łyczywek (adwokat), Zenon Zaniewicki (prokurator w stanie spoczynku), Bogdan Dopierała (historyk), Henryk Lesiński (dyr. Woj. Archiwum Państw. w Szczecinie), ks. Roman Kostynowicz (kustosz Katedry w Kamieniu Pomorskim), Helena Raszka (poetka), Jan Papuga (pisarz podróżnik), Jerzy Pachlowski (prozaik, marynista), Erazm Kuźma (mój b. wychowawca w szkole średniej, polonista), Stanisław Orłowski (mój nauczyciel PW szkole średniej), Henryk Mąka (dziennikarz, autor książek morskich), Leon Królak (bibliofil „z krwi i kości”), Wiesław Rogowski (dziennikarz, pisarz, działacz społeczny), Ryszard Liskowacki (pisarz, redaktor naczelny miesięcznika „Spojrzenia”), Ireneusz Gwidon Kamiński (pisarz, historyk), Bogdan Gustowski (gł. dekorator – plastyk PP „Domu Książki” w Szczecinie); do tej grupy dołączyli potem, (gdy już pracowałem w STK) m.in. Kazimierz Kozłowski (dyr. Wydz. Kultury PPRN w Świnoujściu), Józef Matuszewski (przewodn. Towarzystwa Społ.-Kulturalnego w Kamieniu Pomorskim), Stanisław Skarbiński (starosta myśliborski), Stanisław Pieklak (dyr. bibl. w Policach), Kazimierz Sztajnert (prac. Wydz. Kultury PWRN), Łukasz Niewisiewicz (artysta malarz), Barbara Tkaczyk (kier. Wydziału Kultury ZSL), Barbara Kalińska (kierownik Wydz. Kultury PPRN w Policach), Ryszard Bobek (ekonomista), Mikołaj Szczęsny (krytyk muzyczny), Ludwig Piosicki (art. plastyk, ekslibrista), Stefan Mollin (dyr. Powiatowego Domu Kultury w Świnoujściu), Jerzy Pobocha (lekarz psychiatra), Jan Szyrocki (założyciel i dyrygent Akademickiego Chóru Politechniki Szczecińskiej), Szczepan Kopyciński (lekarz laryngolog), Stefan Marczyk (dyrektor Filharmonii Szczecińskiej), Wojciech Myślenicki i naprawdę jeszcze wielu, wielu innych.

Wraz z rozwojem księgarni, rodził się wokół niej ruch społeczny, wspierający nie tylko sprzedaż książek, ale podejmujący w coraz szerszym zakresie inicjatywy służące istotnym potrzebom kulturalnym środowiska, takich jak: tworzenie w Szczecińskim polskich tradycji kulturalnych, wspieranie działań zwolenników powołania uniwersytetu, ale też nowych domów kultury i bibliotek. Dokończenie kompletnej odbudowy Zamku Szczecińskiego, z umiejscowieniem w nim nowoczesnego teatru muzycznego. W każdym razie ruch bibliofilski w tych wszystkich sprawach spełniał niebywale ważną rolę!

Spotkania w „Klubowej” miały także znane autorytety „z Polski”: m.in. prof. Leszek Kołakowski, rektor UAM Gerard Labuda, Jerzy Ziołek, dyrektor Wydawnictwa Poznańskiego, jak też znani i popularni autorzy: Jan Sztaudynger, Maja Berezowska, Marek Hłasko, Melchior Wańkowicz, Zenon Klemensiewicz, Eugeniusz Paukszta, Jerzy Flukowski, Paweł Jasienica, Stanisław Maria Saliński czy Wojciech Żukrowski. Do „ogólnopolskich” zaliczaliśmy wtedy też Joannę Kulmową oraz aktorów, którzy zrobili potem kariery w filmie (Wacław Ulewicz, Andrzej Kopiczyński).

Nikt za swoją działalność nie otrzymywał dodatkowych honorariów, godził się na „pokazanie” w „Klubowej” społecznie, co czasami powodowało konflikty z dyrekcją Domu Książki (która chciała mieć wpływ na listę zapraszanych osób). Wtedy „zasłanialiśmy się” poparciem: Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, z p. Stanisławem Krzywickim, ówczesnym sekretarzem STK i red. Władysława Daniszewskiego, ówczesnego kierownika Wydziału Kultury PWRN. Ze strony „władzy politycznej” – wielką życzliwość i zrozumienie okazał Henryk Huber.

(Ciąg dalszy nastąpi)

i będzie miał tytuł: „Jeszcze o mojej pracy z książką”

P.S.

Gdy pisałem te słowa, ciężko zachorował mój Przyjaciel, znakomity pisarz Jan Chruśliński (lat 83), którego poznałem w latach, gdy pracowałem w księgarni. Życzę Mu wyjścia z kłopotów zdrowotnych, a PT Czytelnikom polecam Jego książki, a zwłaszcza „Złapcie go” (o tzw. „fali” w wojsku), „Miłość i wojna”, „Tak było”, „Rozstania i powroty”, a przede wszystkim „STAROŚĆ ZACZĘŁA SIĘ WCZORAJ”.

A tak w ogóle – Janku, wyhamuj troszkę, aby kapitału zdrowia wystarczyło Ci jeszcze na książkę o szczecińskim kolarstwie (którą już piszesz) i dla Twojego – równie ukochanego, jak Szczecin – Buska, w którym się urodziłeś!

Pamiętaj, że literatura także musi być WYPOCZĘTA! Tylko wtedy jest prawdziwa, „z życia wzięta”! A takie są Twoje książki, które nawiązują do początków powojennej Polski. Bez dokonań Twoich bohaterów książkowych nie było by dzisiejszej Rzeczypospolitej. WSZYSTKO MA SWOJĄ PRZESZŁOŚĆ, TERAŹNIEJSZOŚĆ I PRZYSZŁOŚĆ! Jest „kołem” historii. A ja, gdybym nadal był w „Klubowej”– zorganizowałbym prezentację Twojej twórczości we wszystkich ośmiu witrynach jednocześnie! I oczywiście wieczór autorski z Tobą. A tymczasem TRZYMAJ SIĘ I ZDROWIEJ!

 

Poprzedni artykułW jaki sposób przed wiekami pewien niemiecki burmistrz Szczecina rozsławił na cały świat swoje miasto
Następny artykułTroska o życie poczęte nie kończy się w chwili porodu
Karol Czejarek
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS.

3 KOMENTARZE

  1. Dziękuję za kolejną opowieść o wydarzeniach kulturalnych w Szczecinie sprzed kilkudziesięciu lat!
    Godny uwagi jest też ten cytat:
    „Wspominam o tym, gdyż przez długie lata doświadczałem na sobie „bycia obywatelem II kategorii”. Przed rokiem 1990 zarzucano mi przede wszystkim „wrogie” NIEMIECKIE POCHODZENIE, a po roku 1990 – wieloletnią pracę w „tamtej Polsce”. Odczuwałem to wyjątkowo boleśnie i nadal uważam za głęboko krzywdzące.”

  2. Wiele w naszym życiu zależy od tego jaką mamy sylwetkę psychiczną. Ten fragment pokazuje, że potrafisz Karolku ukręcić z piasku bicz, w beznadziei znajdujesz okruchy, które sklejasz w fundament czegoś znaczącego. I nie warto nawet wspominać tych co skrycie próbowali go podminować. Niech sobie giną w mrokach zapomnienia Ewa Ł.

  3. Czytając tę część nie sposób nie przywołać cytatu „Cokolwiek zamierzasz zrobić, o czymkolwiek marzysz, zacznij działać […]”, o czym niestety wiele osób zapomina i zniechęca się po pierwszych niepowodzeniach. A szkoda. Cała Twoja historia jest dowodem na to, że dzięki wytrwałości i konsekwencji można osiągnąć bardzo dużo. Całe szczęście, że obok ludzi, którzy rzucają innym kłody pod nogi z czystej i bezinteresownej złośliwości, są i tacy którzy równie bezinteresownie wyciągają pomocną dłoń.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here