O tym, co mi się życiu nie udało! (O swoich niepowodzeniach, gdyż i takie były…) Autobiografia Karola Czejarka, cz. XXII

3

O mojej żonie, rodzinie, „Szkole z klasą” (i nie tylko) – choć zapowiadałem – będzie w następnym odcinku;  w tym – zdecydowałem się napisać najpierw o tym, co mi się w życiu nie udało i dlaczego, gdyż dotąd było wyłącznie o moich dokonaniach. Ale nie wszystkie plany udało mi się zrealizować.

To, co osiągnąłem i o czym dotąd pisałem – zapewniam – nie przyszło mi łatwo, było ciągłą walką o realizację celu, jaki sobie w danym momencie życia stawiałem! I mimo wielu porażek, dumny jestem przede wszystkim z tego, co mi się udało!

Nadal – mimo swoich 82 lat – stawiam sobie cele, które jeszcze chcę osiągnąć. Zawsze było tak, że gdy je osiągałem (było ich nawet kilka jednocześnie), natychmiast budowałem następne!

Chcę przez to pokreślić, że wszystko w moim życiu było zawsze świadomie podjętym działaniem!

Czy było źle, czy dobrze, mogą ocenić Ci, którzy ze mną te zamierzenia realizowali, bo w pojedynkę niczego bym nie osiągnął!  Były one na tyle ambitne, że wiele osób powątpiewało, czy w ogóle są one realne? Ale wynikało to z mojego charakteru, także wychowania i genów moich przodków. I na pewno też z przeżytej – zwłaszcza w latach dzieciństwa i dorastania – biedy i …porażek, którym jednak NIGDY się nie poddawałem. Przeciwnie – każdorazowo mobilizowały mnie one do jeszcze intensywniejszej pracy.  

A wszystko zaczęło  się wraz  z moim przyjazdem z rodzicami w roku 1948 (już na stałe) z BERLINA do POLSKI! Byliśmy repatriantami „z Niemiec”.

Znałem pod tym względem oczywiście wcześniej zamiary swego Ojca, który mimo, że byłem wtedy jeszcze niepełnoletni, rozmawiał ze mną o tej decyzji! Moja Mama – pamiętam dobrze – broniła się  przed PRZENIESIENIEM DO POLSKI, ale w końcu uległa. Siostra Ania, która była o prawie 2 lata młodsza ode mnie, do tych „rozmów” się nie wtrącała. Jej było wtedy wszystko jedno.

Ja odwrotnie – jak Ojciec – chciałem żyć w Polsce!

Do tego zachęcał mnie też mój śp. pamięci Dziadek, u którego, gdy tylko nadarzała się okazja,  spędzałem czas w Zabrzu, gdzie – (podobnie jak mój Ojciec) – urodził się, mieszkał i umarł (w 1947r.).

Zawsze byłem dumny, że Dziadek należał do tych Ślązaków, którzy walczyli w powstaniach, aby za ojczyznę mieć Polskę, a nie Niemcy. Dużo i często opowiadał mi o swojej walce o POLSKOŚĆ ŚLĄSKA.

Ale kiedy w roku 1948 przenosiliśmy się do Polski (i „wylądowali” w Szczecinie), mój Dziadek (któremu, jak mnie – było na imię KAROL) już nie żył! Ale na pewno byłby dumny ze mnie i z mojego Ojca, że idąc Jego śladem, ZOSTALIŚMY POLAKAMI.

To był w ogóle bardzo kochany człowiek, który całe życie – jak się do dziś mówi na  Śląsku – „robił na kopalnia”, a gdy już nie miał siły na to, pracował „na kolei” (nosząc dumnie czarną „kolejową” rogatywkę, którą zakładał zawsze, nawet idąc do Kościoła na niedzielną sumę!

W 1945 roku do Zabrza weszli „wyzwoliciele” Rosjanie, wypędzili moją matkę wraz ze mną i młodszą ode mnie siostrą!  Uznali nas za Niemców i na nic zdało się wtedy wstawiennictwo Dziadka… W mojej bolesnej pamięci wciąż kołacze się TA PIESZA TUŁACZKA, którą wtedy przebyliśmy z Zabrza do Berlina; cały dobytek ciągnęliśmy na niewielkim ręcznym wózku. Do dziś nie mogę pozbyć się tej traumy!

Z powodu „niemieckości” (ze strony matki) wiele rzeczy w życiu mi się nie udało, a ponieważ są to „sprawy”, które tkwią w mojej pamięci niczym „drzazgi” – postanowiłem o nich napisać.  

Z trudem dostałem się po szkole podstawowej (kiedy już byliśmy w Szczecinie) do Liceum (wtedy jeszcze zwanego Gimnazjum), mieszczącego się przy ul. Henryka Pobożnego, renomowanego do dziś  „Pobożniaka”. Pomogli w tym znajomi Ojca, którzy znali ówczesnego dyrektora tej szkoły – uwielbianego przez rodziców i uczniów – pana Henryka Kańskiego.  

Ale po maturze już nie dostałem się (z powodu przede wszystkim swego pochodzenia) do Wojskowej Akademii Technicznej. (Gdyż pochodziłem z rodziny przybyłej z Niemiec i nadal miałem bliskich ze strony matki – w Niemczech i to w tych „gorszych”, bo Zachodnich!).

Nie muszę chyba podkreślać, że mocno „przebolałem” wtedy to niepowodzenie i choć dostałem z WAT-u skierowanie na Politechnikę Szczecińską (bez egzaminu wstępnego), nie mogłem podjąć nauki, gdyż MUSIAŁEM pójść „do pracy”, aby pomóc matce w utrzymaniu rodziny (ojciec nie żył już od kilku lat).

A do WAT-u chciałem się dostać dlatego, iż tam gwarantowano „wikt i opierunek”.

Germanistykę na UAM w Poznaniu zacząłem studiować dopiero, gdy już byłem „po wojsku” i  gdy zostałem zastępcą kier. Księgarni „Domu Książki” nr 16. Jak już wspominałem we wcześniejszym odcinku – przybrała ona imię „KLUBOWA” (z inicjatywy jej ówczesnego kierownika, świetnego księgarza, u którego „terminowałem”–  p. Henryka Malickiego).

Księgarnia mieściła się przy ul. Jedności Narodowej 5 (przy Placu Lotników – jak woleli to miejsce określać Szczecinianie).

Służąc w wojsku, nie udało mi się też: dostać do jakiegokolwiek wojskowego klubu sportowego, by mieć dogodne warunki do dalszego intensywnego trenowania kolarstwa, które wówczas było moją WIELKĄ pasją!

Moim marzeniem był wtedy „CWKS” (dzisiejsza „Legia”), albo przynajmniej „OWKS” (Okręgowy Wojskowy Klub Sportowy w Bydgoszczy)! Co mi zresztą, przed moim pójściem do wojska działacze OZKol (Okręgowego Związku Kolarskiego) i „Arkonii Szczecin” (klubu, którego byłem członkiem) – z p. Leonem Bestrym i jego synem Tadeuszem oraz p. Władysławem Boczoniem (kier. Klubu) – solennie obiecywali.

Ale nic z tego nie wyszło!

Mimo, że uzyskiwane wyniki sportowe absolutnie predysponowały mnie do „specjalnego potraktowania”. (Obawiano się, że mogę „uciec” do Niemiec, gdzie wtedy już przebywały matka i siostra), a mnie tłumaczono, rozkładając przy tym ręce: takie mamy dziś panie Karolu czasy…, nie możemy panu pomóc).

Jak to? – pytałem. NIE ROZUMIAŁEM, o co w tym wszystkim chodzi.

Na „szczęście” w sukurs (przy rozładowywaniu mojej ówczesnej frustracji) przyszło mi księgarstwo,  zajęcie się sprawami kultury w województwie, choć do dzisiaj nie mogę przeboleć, że nie pojechałem  ani w Wyścigu Pokoju, ani na Olimpiadę  (do Rzymu)! Nawet na zawody do Riesy (NRD), choć tam na afiszu,  który przechowuję do dziś wśród swoich pamiątek, było już wydrukowane moje nazwisko:  „udział w wyścigu wezmą m.in. kolarze ze Szczecina: Owczarek, Czejareck (pisane przez „ck” na końcu), Zacharewicz, Olszewski, Szematowicz”. Także z Cottbusu, Berlina, Lipska, praktycznie z całego NRD, bo miał to być rewanż za wygrane z Niemcami przeze mnie i Owczarka (On był pierwszy, a ja trzeci) kilka miesięcy wcześniej kryterium uliczne na Wałach Chrobrego w Szczecinie.

Powyższe fakty legły u podstaw mojej decyzji o wycofaniu się z czynnego uprawiania kolarstwa w 1963 roku, choć byłem wtedy:

mistrzem okręgu w jeździe na czas na szosie – i to przed takimi asami, jak m.in. Pruski, Zieliński, Bednarek:  wicemistrzem województwa w jeździe ze startu wspólnego (które wygrał Zacharewicz, a ja byłem drugi);

mistrzem okręgu na 1 km na torze (i to przed m.in. Zbyszkiem Zającem, czołowym wtedy sprinterem świata!) oraz  – mistrzem Polski (juniorów) i wicemistrzem kraju (seniorów) w jeździe drużynowej na torze na 4 tys. m.

 I tak legły w gruzach moje marzenia o sportowych sukcesach na większą skalę!

(Choć KOLARSTWO było wtedy moim WIELKIM życiowym celem, szkoda, że nie do końca spełnionym)!

W końcu może i dobrze, gdyż moja kariera zawodowa wyraźnie na tym skorzystała!

Ujście dla swej energii, znalazłem m.in. współzakładając Szczeciński Klub Bibliofilów, którego prezesem został wybitny adwokat p. Roman Łyczywek, a ja sekretarzem Zarządu, awansując też w międzyczasie z zastępcy – na kierownika księgarni.

Pracę w niej BARDZO POLUBIŁEM, niedługo potem awansowałem, zostając  mianowanym przez ówczesnego kier. Wydziału Kultury PWRN Władysława Daniszewskiego i wojewodę szczecińskiego Mariana Łempickiego na dyrektora Biura STK; zostałem też wybrany przez II Sejmik Miłośników Ziemi Szczecińskiej na sekretarza Prezydium Szczecińskiego Towarzystwa Kultury.

A z tego stanowiska powołany zostałem nadyrektora Wydziału Kultury i Sztuki Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Szczecinie.

W ten sposób zostałem jednym z najmłodszych  wtedy dyrektorów wojewódzkich Wydziałów Kultury w Polsce (z czego oczywiście byłem bardzo dumny, choć moich ambicji sportowych to nie zastąpiło!).

Przy czym chciałbym podkreślić, iż stanowiska na które awansowałem wtedy z księgarni, nie były wkalkulowane w moje osobiste rachuby; raczej zabiegałem wówczas o fotel przynajmniej zastępcy dyrektora wojewódzkiego przedsiębiorstwa „Domu Książki, gdyż chciałem, aby WSZYSTKIE księgarnie w województwie, były takie, jak „moja” Klubowa: tętniły życiem kulturalnym, wystawami, spotkaniami nie tylko szczecińskich pisarzy; były finansowo rentowne i miały też swoje nazwy – „Zamkowa”, „Piastowska”, „Pod Arkadami”, „Naukowa”, „Szkolna… (co zresztą potem nastąpiło).

(Dyrektorem PP „Domu Książki” był wtedy i to przez długie lata p. Janusz Sułkowski, a jego zastępcą p. Stanisław Wójcik, którym dziękuję za to – oceniając to z perspektywy czasu – że pozwalali mi działać i zgodzili się wówczas na moje – za porozumieniem stron – przejście do STK (Szczecińskiego Towarzystwa Kultury).

A może byli z tego zadowoleni, że w ten sposób „pozbyli się konkurenta”?  (Ciągle chciałem coś zmieniać w handlu książkami, w czym sprzyjali mi WSPANIALI najbliżsi współpracownicy w księgarni, z moją zastępczynią – panią Ireną Grodzieńską-Lendzion na czele, a w dyrekcji „Domu Książki” przede wszystkim „ART. PLASTYK przedsiębiorstwa” pan Bogdan Gustowski, kierownicy „Zwrotowni” oraz „Działu Księgarskiego” przedsiębiorstwa, panowie: Bernard Maciejewski i Władysław Litarowicz!). 

Praca w STK na Zamku, a potem w b. „Stajni” zamkowej, w której mieścił się Wydział Kultury, nim udało mi się go przenieść do gmachu głównego PWRN, pozwoliła mi trochę zapomnieć o „marzeniach kolarskich” i całkowicie oddać się nowym wyzwaniom, które koncentrowały się m.in. na dokończeniu odbudowy Zamku Książąt Pomorskich i uczynienie go swoistym Centrum Kultury; jak też na rozbudowie Biblioteki Wojewódzkiej (oraz modernizacji bibliotek powiatowych i gminnych), a także powołaniu Opery na Zamku, przekształceniu Muzeum Pomorza Zachodniego w Muzeum Narodowe, jak i utworzeniu Muzeum „Morskiego” (w gmachu Teatru Współczesnego).

Najistotniejszym (o czym dotąd nie pisałem) elementem tworzonego wówczas w województwie modelu zarządzenia kulturą był wybór wojewody na przewodniczącego Szczecińskiego Towarzystwa Kultury oraz wykreowanie na podobnej zasadzie modelu kierowania kulturą w powiatach województwa. Polegało to na zintegrowaniu w rozwijanym ruchu społeczno-kulturalnym władzy wykonawczej z działaczami społecznymi o różnych poglądach, w jednym „zarządzie” stowarzyszenia regionalnego. (Tylko w Kamieniu Pomorskim i w Pyrzycach było wtedy inaczej, gdzie przewodniczącymi zostali lekarze – w Kamieniu Pomorskim p. Józef Matuszewski, w Pyrzycach p. Antoni Żal), ale ze starostami  w prezydiach tych towarzystw!

A STK stało się federacją powiatowych stowarzyszeń społeczno-kulturalnych, w którym członkowie prezydiów – wybranych na powiatowych sejmikach kultury – stanowili Radę STK!     

Serce mi rosło, gdy widziałem jak na moich oczach i z moim udziałem (i setek zaangażowanych społeczników będących członkami STK) rosła na Ziemi Szczecińskiej – POLSKA! A tworzenie nowych tradycji kulturalnych na Ziemiach Odzyskanych – stało się wtedy jednym z moich WIELKICH CELÓW!  

Lecz po wydarzeniach GRUDNIOWYCH w Szczecinie w 1970 roku – wiele się w moim życiu zmieniło!

Z dnia na dzień zostałem wtedy odwołany z dyrektorowania kulturą wojewódzką. I to było wielkie ROZCZAROWANIE (o którym do dzisiaj nie mogę zapomnieć).

W konsekwencji pozostałem przez kilka miesięcy bez pracy i początkowo bez jakichkolwiek perspektyw, a wielu tzw. „kolegów” po prostu stchórzyła i nie pomogła. Chodziło o to, że

po wielu latach (od 1957 r.) niespodziewanie przyjechała z Niemiec Zachodnich do Szczecina w ODWIEDZINY moja siostra ze swoim mężem i dziećmi!  A ja  Ich przyjąłem! Na tym polegało moje „przestępstwo”! 

Ale nie będę nikogo z osób, którzy mnie wtedy opuścili – wymieniał z imienia i nazwiska…

Natomiast muszę wspomnieć o dwóch osobach ( z którymi nie łączyła mnie praca zawodowa), które zaofiarowały mi konkretną pomoc:

pierwszą był doc. dr Karol Koczy, który zaproponował mi, abym po nim objął kierowanie „Studium Języków Obcych” w ówczesnej Wyższej Szkole Handlowej w Szczecinie;

a drugą – ówczesny pierwszy wiceminister kultury – Tadeusz Kaczmarek, który zaoferował mi tekę dyrektora departamentu Domów Kultury i Działalności Społeczno-kulturalnej w MKiS i przeprowadzenie się w związku z tym ze Szczecina do Warszawy!

Jak wiadomo – przyjąłem „wyprowadzkę ze Szczecina”, ale teki dyrektora departamentu nie dostałem (ponieważ po raz kolejny na przeszkodzie stanęło moje tzw. „pochodzenie niemieckie”).

Ostatecznie „wylądowałem”  w Warszawie na stanowisku z-cy dyr. Centralnej „Składnicy Księgarskiej”, co zawdzięczam swojej wcześniejszej kilkuletniej pracy w księgarstwie detalicznym. Również ówczesnemu dyrektorowi Zjednoczenia Księgarstwa panu Kazimierzowi Majerowiczowi oraz Jego najbliższym współpracownikom (których też znałem z okresu swojej pracy w księgarni, kiedy często bywałem interesantem Składnicy).

Wielką pomoc wyświadczył mi też sam dyrektor Centralnej „Składnicy Księgarskiej” p. Bronisław Palimąka oraz prezes Stowarzyszenia Księgarzy Polskich (którego byłem członkiem) – Tadeusz Hussak.

Choć głównym organizatorem całej „akcji pomocy dla mnie i mojej przeprowadzki ze Szczecina do Warszawy” był wspomniany już wiceminister Tadeusz Kaczmarek. (Sprawował On – przypomnę – funkcję sekretarza stanu i pierwszego zastępcy ministra, kiedy szefami resoru kultury byli Stanisław Wroński, a po nim Józef Tejchma).

Ale podkreślę w tym momencie jeszcze raz, że mimo pomocy wymienionych wyżej osób, uzyskania szansy dalszego rozwoju zawodowego i zadomowienia się w Warszawie, bardzo przeżyłem wtedy swoje NIEPOWODZENIE i – szczerze mówiąc –  niechętnie wyprowadzałem ze Szczecina.

(Choć  przyznam się, że o pracy Warszawie zawsze „po cichu” marzyłem, ale nigdy nie przypuszczałem, że nastąpi ono w tak nieprzewidzianych i bardzo PRZYKRYCH OKOLICZNOŚCIACH)!

Moja praca w SK po kilku latach zaowocowała moim awansem do COMUK-u (Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury), zaś stamtąd – na dyrektora dep. Plastyki MKiS; następnie do Urzędu m.st. Warszawy, skąd (za na namową min. Krawczuka i wiceministra Molka) wróciłem na funkcję dyrektora Departamentu Książki i Bibliotek Ministerstwa Kultury i Sztuki.

I na tej FUNKCJI spotkało mnie kolejne ROZCZAROWANIE I KLĘSKA, gdy niespodziewanie 31 sierpnia 1990r. zostałem odwołany nie tylko z funkcji dyrektora Departamentu Książki i Bibliotek, ale w ogóle z pracy w MKiS!

A dobiło mnie, jak na „odchodne” (wręczając mi odwołanie) pani minister I. Cywińska, gdy zapytałem dlaczego muszę odejść, odpowiedziała mi: „za brak kompetencji”! Nie muszę w tym miejscu chyba podkreślać, jak strasznie wtedy słowa pani minister mnie ZABOLAŁY!!!

To w ogóle był chyba NAJCZARNIEJSZY DZIEŃ  w moim życiu! 

Brakowało wcześniej i nadal brakuje pewnej ciągłości w dokonaniach kulturalnych (nie tylko kulturalnych).

Brakuje szacunku i uznania dla dokonań tysięcy Polaków i Polek z minionego okresu, pracujących (bez kalkulacji politycznych) na rzecz dobra Polski, takiej jaka wówczas była!

Zawsze uważałem, że rozliczyć należy WINNYCH przestępstw, w tym nie tylko politycznych, ale  gospodarczych i jakichkolwiek innych, ale nie karać ludzi zbiorowo za to, że uczciwie żyli i pracowali w Polsce Ludowej!  

Postuluję zatem (korzystając  z okazji) o konieczną CIĄGŁOŚĆ HISTORYCZNĄ, nic bowiem w dziejach narodu nie powstaje nagle, potrzeba dokonań wielu pokoleń, aby Polska znalazła się rzeczywiście wśród czołowych państw świata! Wzmacniając jednocześnie jedność UE (której jest członkiem)  i budując obronność kraju w oparciu o NATO!  

Kiedy jedni wprowadzali przepisy stanu wojennego, drudzy robili wszystko, aby łagodzić jego skutki!

Ja także dążyłem w tamtych latach, do jak najszybszego powrotu do PEWNEJ NORMALNOŚCI życia kulturalnego w kraju poprzez udzielanie pomocy instytucjom kultury i środowiskom twórczym dla  zapewnienia im egzystencji i rozwoju.

I nie były to działania podejmowane dla obrony starego sytemu politycznego, w którym Polska znalazła się po drugiej wojnie światowej wbrew swej woli.

Ale wracam do sytuacji, kiedy musiałem opuścić gmach i pracę w Ministerstwie Kultury.

Całe szczęście, że posiadałem stosowne wykształcenie i praktykę, aby znaleźć „nową” pracę i zmienić rodzaj dotychczas wykonywanych czynności.

Ale długo moja „przeszłość PRL-owska” blokowała moje starania o pracę na Uniwersytecie Warszawskim! Na szczęście dla mnie znaleźli się profesorowie, którzy mi w tym pomogli.

Kilkoro z nich wymienię: prof. prof. Elżbieta Zawadzka (szefowa Nauczycielskiego Kolegium Języka Niemieckiego UW), Tadeusz Namowicz (wicedyrektor ILS UW), Hubert Orłowski (wtedy szef „poznańskiej” germanistyki UAM) , Norbert Honsza (kier. Zakładu Literatury Niemieckiej Uniwersytetu Wrocławskiego), Anna Duszak (późniejsza Dziekan Wydz. Lingwistyki Stosowanej i Języków Wschodniosłowiańskich UW i dyrektorka ILS), Tomasz G. Pszczółkowski (wicedyrektor Instytutu Germanistyki UW) oraz  Stanisław Czochara (kier. Studium Języków Obcych Akademii Humanistycznej, wtedy jeszcze Wyższej Szkoły Humanistycznej w Pułtusku), a także:

Adam Koseski (JM Rektor AH im. A. Gieysztora), Karina Bartnicka (Dziekan Wydz. Pedagogicznego AH w Pułtusku), prof. Andrzej Lam (autor przekładów niemal całej niemieckiej klasycznej, postępowej liryki) i prof. AH Janusz Rohoziński (Dziekan Wydziału Polonistyki AH).

Pomocną dłoń podali mi także wśród wielu innych – attaché kulturalni ambasad NRD i RFN w Polsce, dyrektorzy instytutów kultury Austrii, Szwajcarii, NRD i Goethe-Instytut; oferty zatrudnienia proponowali mi również:

kierownicy Przekładów Literatury Obcej m.in. PIW-u, Czytelnika, Wyd. Bellona w osobach Andrzeja Wasilewskiego, Zofii Rybickiej, Michała Sprusińskiego i Stanisława Bębenka.

Z chęcią udzielenia pomocy zgłosili się też b. szczeciniacy, a w szczególności red. naczelny (i pisarz) Wiesław Rogowski (red. nacz. „Głosu Pracy”), Henryk Huber (wtedy szef Wydawnictwa „Interpress”), wzmacniając w ten sposób moje poczucie bezpieczeństwa w związku z przeniesieniem się do Warszawy.

Byli wśród nich także dyrektorzy liceów, a w szczególności d. „Paxu” i „Modzelewskiego” (obecnie Goethego) oraz Stefana Kisielewskiego.     

Niestety – nie udało mi się zrobić habilitacji!

(Mając już napisaną rozprawę „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, wydaną przez Wydawnictwo ATUT  – Wrocław 2003),

nie udało mi się formalnie przeprowadzić ani w Warszawie, ani we Wrocławiu, ani też na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach potrzebnego do tego przewodu. Moje starania zablokował człowiek (choć – z ręką na sercu – do dziś nie wiem dlaczego), należący do czołowych postaci nie tylko polskiej lingwistyki.

Ale nie podam jego nazwiska choćby dlatego, że dzisiaj – gdy piszę te słowa – nie ma to dla mnie już żadnego znaczenia!

Natomiast tytułem „profesora” ( uczelnianego) obdarowała mnie pułtuska Akademia Humanistyczna im. Aleksandra Gieysztora w dniu 1 października 2011 roku!

A wcześniej, przez kilka lat pełniłem z wyboru pracowników, zatwierdzoną decyzją kierownictwa ILS UW i dziekanatu Wydziału Lingwistyki Stosowanej i Języków Wschodniosłowiańskich, zaszczytną funkcję Kierownika po. („po.”, gdyż nie miałem habilitacji) ZAKŁADU KULTUROZNAWSTWA STOSOWANEGO w Instytucie Lingwistyki Stosowanej UW.

Oba te „zaszczyty” choć w części pozwoliły na złagodzenie doznanej wcześniej goryczy…

ALE BYŁO MINĘŁO!

Tak samo, jak boli mnie i pewnie długo będzie bolało: niespodziewane rozwiązanie Międzywydziałowego Centrum Badań Niemcoznawczych, jakie przez kilka lat skutecznie rozwijało się w ramach Akademii Humanistycznej w Pułtusku. (O jego dokonaniach pisałem już w swojej autobiografii).

Rozwiązanie MCBN (a konkretnie, jak sformułowano to w Zarządzeniu Rektora – likwidację) odebrałem jako osobisty cios w sprawach współpracy z niemieckim stowarzyszeniem „Ost-west-forum Gut Goedelitz”! Gdyż przerwało, na jakiś czas współpracę naukową pomiędzy Pułtuskiem a Gödelitz (k. Drezna), która na szczęście będzie kontynuowana przez prof. Dariusza Wojtaszyna (moja rozmowa z Nim w międzyczasie ukazała się na łamach „Przeglądu Dziennikarskiego”).

Korzystając z okazji DZIĘKUJĘ, jako sekretarz generalny MCBN, wszystkim członkom zarządu, którzy byli w momencie powołania „Centrum” jego członkami: prof. prof. Piotr Roguski jako prezes, Radosław Lolo, Marian Dygo, Andrzej Lam, Zbigniew Leszczyński i Tomasz G. Pszczółkowski – za konstruktywną współpracę, WIELKĄ życzliwość i pomoc w realizacji programu!

Niepowodzeń było znacznie więcej. Ale ograniczę się już tylko do ich wymienienia, (bez komentowania, jak to robiłem wcześniej), bo „odcinek” i tak zrobił się długi.      

Za swoje „porażki” uważam także niespełnione plany odnośnie:

napisania – w oparciu o swoje doświadczenie nauczyciela i wykładowcy – nowoczesnej metodyki nauczania j. niemieckiego oraz podręcznika oraz

– historii literatury niemieckiej w konfrontacji z literaturą i kulturą polską!

Marzyłem też o opracowaniu słownika specjalistycznego polsko-niemieckiego i niemiecko-polskiego!

Ale odrzucam dzisiaj te PLANY na rzecz napisania książki o „Życiu i twórczości Bronisławy Wilimowskiej”, wspaniałej malarki i działaczki na rzecz nieustannego poprawiania warunków artystom plastyki, w ogóle ludziom kultury i sztuki w Polsce.

Były też zupełnie i „prywatne” moje „przegrane” jak m.in.:

niezorganizowanie dotąd wielkiego spotkania rodzinnego ze strony mojej matki i siostry oraz żony i powstałych w międzyczasie rodzin naszych dzieci.

Miałem też wielką chęć na pracę w dyplomacji polsko-niemieckiej, a przynamniej na objęcie stanowisk dyrektorskich w naszych Instytutach Kultury w Berlinie, albo w Wiedniu.

Wciąż natomiast jeszcze marzę o tym, aby znaleźć wydawcę na „10- tomowego Kirsta” w moim przekładzie i książkę o tym pisarzu.

Chciałbym też kontynuacji działań MCBN i realizacji programu, w którym znajdowały się jeszcze projekty badań porównawczych (oczywiście polsko-niemieckich) i podjęcie zagadnienia małżeństw mieszanych, w ogóle binacjonalnych (z jakiego sam pochodzę).    

Sumując dzisiejszy odcinek, MOGĘ STWIERDZIĆ:

Były w moim życiu sukcesy, ale i „porażki”, gdyż po prostu wielu rzeczy nie udało mi się zrobić.

Nigdy wcześniej nie planowałem „czasu starości”, bycia na emeryturze, w dodatku w okresie trwającej pandemii, która znacznie ograniczyła kontakty z innymi ludźmi. A tego niczym nie da się zastąpić!

Na szczęście mam kochającą żonę, rodzinę, a przede wszystkim mam swoje PISANIE, które będzie trwało…, oby jak najdłużej. Wszystkie moje NAJNOWSZE WPISY, każdy z Państwa znajdzie, klikając:

http://przegladdziennikarski.pl/author/karolczejarek/

      

CIĄG DALSZY NASTĄPI i będzie miał tytuł „ O mojej żonie, rodzinie i Jej „szkole z klasą”, ale nie tylko…

P.S. Ilustracją otwierającą niniejszy odcinek jest rysunek Andrzeja Fogtta (mojego ulubionego artysty malarza), który podarował mi go kilka lat temu słowami: „Karolu, nie każdy kamień uda Ci się podnieść”. Przyznaję Ci rację Andrzeju! Choć wierzę, że…jeśli się bardzo chce?…!

Poprzedni artykułWolność – pomiędzy marzeniami a rzeczywistością
Następny artykułFragment powieści Moniki Maciejczyk „Żebrak i pies” (2015)
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS. Rok 2024 owocował w dalsze dokonania twórcze Karola Czejarka. Oprócz 30 opublikowanych w PD artkułów, recenzji książkowych, pożegnań i rozmów, również wydanie dwóch publikacji książkowych: przekładu (z j. niemieckiego na polski) Hansa-Gerda Warmanna „Panie Abrahamson, Pańska synagoga płonie” (TSKŻ, Szczecin 2024) oraz „Autobiografii. Moja droga przez życie” (Biblioteka Świętokrzyska, Świętokrzyskie Towarzystwo Regionalne, Zagnańsk 2024). W kwietniu 2025 ukazała się monografia autora o życiu i twórczości Bronisławy Wilimowskiej „Wszystko było dla niej malarstwem” (w Wydawnictwie ASPRA-JR).

3 KOMENTARZE

  1. Bardzo ciekawe! Nie dosyć, że można dowiedzieć co się nie udało w życiu, a na dodatek dlaczego. Odwoływanie kompetentnych ludzi trwa nadal i pewnie nie ustanie. Króluje zasada BMW: bierny, mierny ale wierny. Życzę autorowi, by napisał książkę o Bronisławie Wilimowskiej. I reportaż, jak ją pisał.

  2. Drogi Karolu, przeczytałem Twój tekst: „O tym, co mi się w życiu nie udało” z duszą na ramieniu, że stanę się świadkiem Twojej wielkiej traumy, pokiereszowanej psychiki i niezabliźnionych ran, spędzających Ci sen z powiek, o czym nikt, do tej pory, oprócz Ciebie nie miał pojęcia. Stąd moja dusza na ramieniu, jak miałbym się zachować wobec Ciebie po Twojej spowiedzi. A tu taka niespodzianka! Pewnie otwierasz oczy ze zdumienia, o co mi chodzi. Otóż, drogi przyjacielu, powiem krótko – większość Twoich niepowodzeń to niedokończone pasmo sukcesów i zmarnowane szanse przede wszystkim polskiej kultury, i to nie z powodu Twoich ułomności, tylko okoliczności tworzonych przez sporą grupę zawistników, ludzi bez wyobraźni i zwykłych psujów! W niejednych życiorysach niepowodzenia, o których piszesz, przerabiane są na pełnowymiarowy dorobek i powody do dumy. A dwie największe porażki, ale nie Twoje, to kretyńska decyzja i blamaż pani Ireny Cywińskiej, nazywanej umownie Ministrem Kultury i Sztuki z haniebnym zarzutem braku kompetencji, na podstawie którego odwołała Cię z funkcji Dyrektora Departamentu. A druga wstydliwa wpadka, też nie Twoja, choć wymierzona w Ciebie, to zablokowanie habilitacji przez człowieka, którego twarzy nie znamy, ale bezsprzecznie stanowiącej witrynę ułomnej osobowości, choć, jak sam piszesz, znakomitego lingwisty. No cóż, okazuje się, że wiedza nie ma czasami nic wspólnego z etyką i moralnością osób z dorobkiem i wieloma tytułami. Ale to już ich zmartwienie. Ja gratuluję Ci zbioru rzeczy nieudanych, bo tylko wielki umysł stać na wielkie potknięcia. Z przyjaźnią i wielkim szacunkiem – Szymon Koprowski.

  3. Niepowodzenia? Daj Boże tylko takie. Wierność wpojonym w rodzinnym domu zasadom, a potem zaczynając od zera, tworzenie ciekawych rzeczy w skomplikowanych czasach, w których przyszło żyć, to wystarczająca satysfakcja. Góruje nad błahostkami „co się w życiu nie udało”, a nadgorliwców, zawistników każe wrzucić do kosza niepamięci, tak jak na to zasługują. Pasjonat zawsze znajdzie sprzymierzeńców, będzie doceniony, choć nie zawsze od razu. Czy podziw, uznanie, szacunek nie przeważą ludzkiej małostkowości? Ewa Łastowiecka

Skomentuj Paweł Anuluj odpowiedź

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj