Fragment powieści Moniki Maciejczyk „Żebrak i pies” (2015)

0

Ukraina została zaatakowana przez Rosję w sposób jaki nigdy i nikomu jeszcze niedawno nie przyszedłby na myśl. Krew i śmierć. Bezbronni cywile i dzieci. Exodus ludności. Ucieczka z Ukrainy Matek z dziećmi. I oczy… oczy tych ludzi, oczy tych dzieci. Jedynym dobytkiem… reklamówka i plecak, a na rękach dziecko i… kot lub pies. Zwierzątko domowe, którego poczucie ludzkości i taka zwykła ludzka poczciwość i miłość nie pozwoliła pozostawić w spalonych gruzach. Ogrom człowieczeństwa i ze strony agresora ogrom zbrodni. To jest nasz nowy Świat i o nim chciałam Państwu opowiedzieć być może w kolejnym moim Świata opisaniu.

Chciałam Państwu przedstawić fragment z mojej książki ŻEBRAK I PIES wydanej drukiem w 2015 roku. Pytają mnie skąd wiedziałam i jak to możliwe. A jednak…

 

Fragment powieści ŻEBRAK I PIES

Rozdział LIII    Wiosna

 

Wiosna tego roku brzemienna była nadzieją, która rodziła śmierć. Iskra wolności zapaliła stepy Ukrainy. I być może przeszło by to dla Antonia niezauważenie, jak wiele innych ważnych spraw na świecie, gdyby nie pub do którego od czasu do czasu zachodził na kufelek piwa. Wisiał tam ponad głowami wysoko… duży telewizor i gdy nie było meczu, muzyki i nieobyczajnie ubranych kobiet… to w przerwach pokazywali wiadomości z kraju i ze świata. Antonio siedząc przy piwku cierpliwie czekał na te chwile, kiedy to mógł zasłyszeć owe wieści ze świata. Tak też śledził z wolna sprawy Ukrainy, tłumacząc sobie wszystko na własny język serca. I dziwne było to dla niego bowiem zdawało mu się, że racja jest przy tym kto akurat tłumaczy… ale czy to możliwe? Zaciskał wargi aż do bólu widząc jak giną na Majdanie ludzie… na oczach jego… Antonia i świata całego. Tak, jak w filmie… tylko później już nikt nie wstawał. Leżeli tam obok siebie, krwią zbroczeni. Bożesz Ty mój, myślał sobie Antonio… dlaczego? Przecież i ci, i tamci z drugiej strony barykady, to… ludzie. Z tej samej krwi i kości, i… na podobieństwo. Bożesz Ty mój! Wzrokiem śledził chłopaka w hełmie błękitnym na głowie. Jak szedł przy kolegach, niepewny taki, zalękniony i potykał się z tej rozterki wielkiej, a jednak szedł. Szedł do przodu po wolność swoją i swego narodu. Szedł do przodu. Kule świstały w powietrzu i były bardzo celne… bo oto człowiek strzelał do człowieka, w środku miasta, w Europie… na oczach całego świata. I zginął ten chłopiec, a Antonio płakał. Płakał, pochylony nad piwem, a wielkie krople łez spływały mu po policzkach wpadając do kufla z bursztynowym płynem. Płakał w piwniczce, w łożu, a pies tulił się do niego niewiele z tego wszystkiego rozumiejąc. I znowu Antonio śledził losy ludu ukraińskiego i słuchał przemówienia samego wielkiego przywódcy Rosji. Słuchał bardzo uważnie, bo przecie wierzyć chciał, że to dobry człowiek i że na wszystkie troski świata jest jakieś wytłumaczenie. Prezydent Rosji powiedział, że tej rewolucji i krwawym zamieszkom winni Polacy, co szkolili owych rebeliantów. Pomyślał Antonio, że pewnie ludzie odpowiedzialni tak prezydentowi donieśli, to i on tak mówi na podstawie takiej. Bowiem to jeden z najpoważniejszych i najpotężniejszych ludzi świata, i jak mówi – to wie, co mówi. Jednak Antonio rady sobie dać nie mógł z tym chłopcem zabitym i z jego hełmem błękitnym. Bo jakże to tak Panie Prezydencie, ten szkolony chłopak, komandos z Bożej łaski… on był tak niepewny i dziecinny… i ten hełm niebieski? I na co by go włożył… by celem być prostym i wyraźnym. Bo jakże bardziej odsłonić się można i głowę… głowę pełną marzeń. I znów ci płakał Antonio tu i tam, ukradkiem. I rady sobie dać z tym nie mógł. No, bo jakże  to tak? Wyobrażał sobie rodziców co nad ciałem skrwawionym płaczą i naród Ukrainy w żałobie pogrążony i… płakał jeszcze bardziej. Smutna to była wiosna i pełna niepewności. Nocą czuło się w powietrzu zew tajemnicy, zapach ziemi budzącej się do życia by rodzić i woń nieznanego. Czasem późnym wieczorem Antonio jeszcze wychodził z psem jak to czynią wszyscy zwykli obywatele w naszym kraju. Tacy, którzy mają dowody osobiste, numery pesel i karty kredytowe, konta w banku, dostęp do internetu, opiekę lekarską i tysiące różnych innych rzeczy nie mniej ważnych, wśród których najważniejszym było mieszkanie. Prawdziwie legalne z meldunkiem, z zapaloną wieczorem lampą i telewizorem. Maleńkie miejsce do którego to można było powrócić po dniu pełnym utrapień i… nie bać się, że ktoś wejście lub wyjście to zauważy, a tym samym narazi na wielkie niebezpieczeństwo wyrzucenia na bruk i masę innych nieprzyjemności. Jedna tylko rzecz nie odróżniała Antonia od spacerujących z różnej maści psami postaci… to, że był wśród nich nierozpoznany jak jeden z nich. Każden jeden…

 – Antonio! Każdy jeden…

 – No, przecie gadam, że każden jeden. Podczas tych wieczornych spacerów w świetle ulicznych lamp, twarz Antonia pobladła była i wymizerowana. I nie wiadomo było czy to zasługa światła  zimnego, białego, neonowego czy lat tułaczki i bezdomności. Szedł tak sobie chłopina w ciemności z pieskiem u boku, a myśli jego fruwały na wysokościach. Bo to założyć by się było można, że żaden ze spacerujących tuż obok niego, nie myślał o samym wielkim Prezydencie Rosji. A on myślał. I to intensywnie. Pytał w myślach… dlaczego? Wyobrażał sobie, że wchodzi do wielkiego pałacu, który kiedyś to dawnymi czasy podczas Wielkiej Rewolucji Październikowej, lud rosyjski przejął na własność narodu całego, cara obalając. Ten pałac z myśli Antonia nieco inny był niż zimowy. Wielki i przepiękny, i jakby bardziej wiosenny, a może letni, bo zdało mu się, że przez okna wdzierały się promienie słońca rozświetlając komnaty, a tylko w niektórych z nich, przy zaciągniętych purpurowych storach… panował dostojny półmrok. No, więc wchodzi tak sobie Antonio przez nikogo nie zatrzymywany, jako duch ów niewidzialny do tego prezydenckiego pałacu i idzie, idzie długimi korytarzami a nikt go nie widzi i nie słyszy, bo po prostu go nie ma. Ni imienia, ni nazwiska, ni domu, ni rodziny, ani też niczego co w dzisiejszych czasach czyni człowieka widzialnym. Niewidzialny… niewidzialny Antonio. Nikt nie krzyczy, nie woła, szlabanów nie stawia, a on idzie i idzie do Wielkiej Komnaty, gdzie na tronie złotym siedzi sobie Pan Prezydent i bawi się z czarną sabaczką. Sabaczka owa ogonem wywija i tuląc się do Prezydenta, lewe ucho jego liże, a on ci wielki jako sam Car, miast surowe mieć oblicze, taki zadowolony siedzi i jeszcze się na dodatek uśmiecha. Antonio przyklęka pokornie, a czapkę zdejmuje i miętosząc w dłoniach ośmiela się zapytać. – Jaśnie Panie Prezydencie, ja jestem Antonio… bezdomny i nikogo tu nie reprezentuję tylko jedynie siebie… chociaż mnie wcale nie ma – nie omieszkał dodać by prawdzie zadość uczynić. Pomimo to pozwolę sobie Pana Prezydenta zapytać czy będzie ta wojna. Ta straszna wojna, która pogrąży narody. Ta okrutna, najokrutniejsza wojna światów o której gadała Baba Wanga… wie Pan Prezydent, ta niewidoma, stara, niepiśmienna Bułgarka do której po przepowiednie z całego świata przyjeżdżali. A i głowy koronowane, i premierzy, i prezydenci, i dyktatorzy, i ministrowie, i dostojnicy, i kto tam jeszcze. A owa Wanga oczyma duszy widziała przyszłość całą ludzi i świata, i przestrzegała po wielekroć kogo tylko mogła z tych Ich Wysokości. A i słyszała ona więcej niźli inni słyszą, bo to czasem w takie odwiedziny… palec do ust przykładała i mówiła szeptem – ciiicho, słyszeliście znowu przelecieli. Ludziska po sobie tylko spoglądali, bo ani niczego nie widzieli, ani nie słyszeli jeno to co Wanga w dialekcie bułgarskim powiadała. Ona ci to nigdy się podobnież nie pomyliła… a ową wielką i straszną wojnę przepowiedziała jako koniec dla milionów i milionów po jednej i drugiej stronie barykady. Wasza Wysokość mądrym jest władcą i wiedzy wszelakiej ludziom innym niedostępnej pełny i pewnie może mi na to pytanie odpowiedzieć. Bo ja Antonio, proszę Wielkiego Pana Prezydenta… mam marzenia. O tym domu prawdziwym co go kiedyś odnajdę i nie wiem nawet czy będzie ceglany, kamienny czy drewniany, bowiem po tylekroć go  w myślach budowałem, że nie wiem już z którego materiału najlepiej mi wyszedł. Najuprzejmiej proszę, powiedzieć mi prawdę… czy mogę dalej marzyć. Wiem, mam prawo marzyć ale czy powinienem skoro wszystko to ma się tak skończyć? Chciałem też przy tym domku mieć własny ogródek. Tam sadziłbym pomidory i patrzył jak zwolna w słońcu dojrzewają czerwienią. A i kwiaty bym hodował i nigdy nie zrywał, bo Wanga mówiła, że one czują tak jako człowiek i nie wolno. I tak właśnie najuprzejmiej chciałem zapytać czy mogę mieć te marzenia. A ponieważ każda wyobraźnia, nawet ta największa ma jakieś granice, tak i tu nagle jak przepaść urwał się Antoniemu film i… pałac znikał, a z nim Prezydent i Antonio, a wpadało wszystko to do czarnej dziury jego umysłu, nie pozostawiając żadnej odpowiedzi. A wtedy wracał Antonio z psem do domu i mył nogi przed spaniem, bo wyżej wymieniona Bułgarka Wanga także i to wszystkim zalecała, a to ku zdrowotności i długiemu życiu. I powiedział by kto, że Antonio wariat ale tak po prawdzie, to jakoś tam te swoje puzzle myśli umiał poukładać i nawet wszystko by się zgadzało… tyle, że obrazy owe były zupełnie inne niż u wszystkich. A i tak wdzięczny był Antonio losowi, że po tych jego życiowych przypadkach nie pomieszała mu się Myszka Miki z Ojcem Chrzestnym lekko doprawionym Dziadem Mrozem.

 

Autorka tekstu: Monika Maciejczyk

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here