Astoriańscy nobliści w nurtach alternatywnych przypadków

0

1.

Powojenni polscy nobliści nie mieli lekko z władzą. Spotykało ich lekceważenie, nagrody nieco po czasie, przemilczenia, choć zdarzały się aplauzy i odznaczenia państwowe – różnie bywało. Najważniejsza literacka nagroda świata trafiała zwykle w ręce twórców „nie swoich” – tak jak w przypadku Czesława Miłosza – który przyjęciem Nagrody Nobla w 1980 roku „stworzył niesprzyjające warunki dla realizacji zasad polityki kulturalnej PRL”, a na dodatek szykował się do przyjazdu do Polski, co mogło zaktywizować nad Wisłą „wrogie elementy”. Przyjęty przez usłużną władzy prasę najpierw bardzo chłodno i złośliwie (toż to renegat), jednak doczekał się jeszcze za życia należnej mu w kraju chwały, wywyższenia przez krytykę oraz popularności liczonej nie tylko w ilości wydanych książek poetyckich i ich nakładów. Z hermetycznego poety awansował – jak sam żartował – na kogoś w rodzaju Kiepury. Został wręcz Wieszczem, którego słowa wykuto na pomniku ludzi z żelaza[1]. Później przeszedł do historii, o którą zmieniające się ekipy rządowe czasem się upominały, ale jakby coraz ostrożniej, bo ewentualny cytat z jego wierszy na tak, mógł być jednocześnie na nie, czego zwłaszcza prawica w Polsce bardzo nie lubi.

Z Wisławą Szymborską było inaczej. Nobel dopadł ją w 1996 roku u szczytów popularności czytelniczej w kraju i za granicą, a ówczesna władza natychmiast potwierdziła, że uznaje ją za swoją i nie unikała okazji do ogrzewania się w blasku jej zasłużonej międzynarodowej sławy. Akurat takiego dzielenia się ciepłem nasza noblistka często skąpiła, odnosząc się do podobnych zabiegów z życzliwo-złośliwą ironią. Zmarła nim parlamentarnych liberałów, sejmową lewicę i część ludowców uznano wręcz za zdrajców, a nowe patriotyczne władze zaczęły tworzyć wreszcie prawdziwą historię Polski, preferując głównie żołnierzy wyklętych i twórców ambitnie pogrążonych w należytym wypełnianiu obowiązków wobec kraju i narodu. Tacy jak Szymborska, którzy „nie angażowali się w odzyskiwanie naszej suwerenności, nie zasługują na uznanie” – dała do zrozumienia (w 10-tą rocznicę śmierci poetki) późniejsza specjalistka od jedzenia kanapek na posiedzeniach Sejmu RP. Odnosząc się do tej dość obcesowej wypowiedzi posłanki, Paweł Smoleński przypomniał wtedy (6.02.2012) wiersz „Nienawiść”, opublikowany przez Szymborską akurat w tzw. „dniu teczek” Antoniego Macierewicza, sugerując że to jeden z powodów niechęci prawicy do poetki. Dobrze, że obecna partia władzy, nie miała jeszcze w 2012 roku wypracowanej „linii w sprawie Szymborskiej”. Nie wiemy jak jest obecnie, zwłaszcza że życząc sobie świeckiego pogrzebu noblistka nawet zza grobu manifestuje swój światopogląd, który jeszcze bardziej nie mieści się „w linii”.

Zapamiętaliśmy z Szymborskiej, że ponoć „nic dwa razy się nie zdarza” i czas jakiś pocieszaliśmy się diagnozą poetki, gdy w siedem lat po jej śmierci okazało się, iż w warunkach nowego ładu, staje się ona (diagnoza) góralską prawdą wedle Józefa Tischnera. Otóż kiedy zadawnione uznanie prawicy dla twórczości Szymborskiej przygasło, w tę lukę niełaski wpadła noblistka z 2019 roku, Olga Tokarczuk. Bez wątpienia fakt ten podważa wiarygodność sentencji „że nic dwa razy…”, bo w Polsce „zdarza się”, oczywista, i każdy to widzi (zwłaszcza jeśli chodzi o niełaskę). Zdaniem Adama Nowińskiego, aktualna władza nie trawi Tokarczuk, która zwolna staje się, jak to określił, „pisarką wyklętą”, ponieważ źle mówi o dobrej zmianie, a już o propagandzie TVP aż nazbyt dosadnie. Rodzi się więc obawa, że władza nie poprzestanie na utrudnianiu przyznania noblistce honorowego obywatelstwa Wałbrzycha. Sięgnąć może po inne środki z bogatego arsenału czasów słusznie, choć wybiórczo zapominanych. Zatem jest tak, jak podałem na wstępie: polscy nobliści nie mają lekko z władzą.

Wszystkich troje – patrząc z mojej perspektywy – połączyła zakopiańska „Astoria” (nawet jeśli nie bardzo…). Niezaprzeczalnie Miłosz i Szymborska tam bywali, a Tokarczuk raczej nie, choć tam by absolutnie pasowała, tam właśnie widzę autorkę „Ksiąg Jakubowych”. Rysuję ich metaforyczny areopag: oto troje astorianskich noblistów… Piękny ikonostas, ale czy wiarygodny? Takiej pewności nie mają osoby obecnie zarządzające obiektem, bo zdaje się, że kiedyś, ponoć, prawdopodobnie… Lecz w kronikach „Astorii” tego nie odnotowano. Olga Tokarczuk miała przecież pod bokiem swoje góry, z których ogarniała całe piękno i wszystkie dramaty mieszkańców Kotliny Kłodzkiej oraz okolic Wałbrzycha, a kiedy stała się znaczącą pisarką, tamtej magicznej „Astorii” z lat PRL-u już nie było. Ta późniejsza (po remoncie) skupiać zaczęła zgoła odrębne kręgi zainteresowanych, niekoniecznie literaturą, choć nadal jest Domem Pracy Twórczej, ale wie pan jak to jest, pisarze obecnie to jest biedny klient, słychać dziś w wilii przy Drodze do Białego.

 „Astoria”, w której można było spotkać i poznać najwybitniejszych polskich poetów i prozaików, przeminęła. Zdążyłem jeszcze w jej zakamarkach posłuchać odgłosów zażartych dyskusji tuzów literatury, a nawet potknąć się o materialne ślady ich obecności. W pamięci spotykanych tam gości żyły intrygujące historie z czasów, gdy na strychu willi młodziutki Stanisław Lem ukrywał przed bezpieką fragmenty „Solaris”, a Marek Hłasko zasadzał się na Putramenta, by zrzucić go ze schodów. Oglądałem nawet odłupane rzekomo twardą głową autora „Bołdyna” fragmenty balustrady na półpiętrze. A może szkodę taką wyrządził Julian Przyboś, zjeżdżając kiedyś po poręczy? Wielu polskich literatów wartych Nobla szusowało tamtędy na złamanie karku zwłaszcza podczas Pierwszego Astoriańskiego Zjazdu Pisarzy[2]. To były czasy!

 

2.

Odnaleziony przypadkiem pożółkły wycinek prasowy z 1968 roku mógłby poświadczyć o moim pierwszym oznaczonym kontakcie z Wisławą Szymborską. Nie ma się czym chwalić, to parę zdań, porad dla aspirującego na poetę kandydata, który wysłał kilka wierszy do „Życia Literackiego” i zabiegał o ich publikację. Doczekał się zamieszczenia fragmentu jednego z nich z takim oto wskazaniem uznanej poetki, prowadzącej w tym tygodniku pocztę literacką: „Słowa należy z rozwagą dobierać, oglądać każde pojedynczo, prześwietlać unosząc je ku słońcu, czasem stawiać w stan oskarżenia, a następnie smakować, brać na język…i próbować – dokąd, u licha, tak się Panu śpieszy?”. Wziąłem te porady do serca i później stosowałem, coraz częściej w prozie, bo poetą bywałem krótko i tylko od czasu do czasu. A Pani Szymborska jawiła mi się wtedy jako strofująca, niedostępna i chłodna osobistość. Nie znałem jej limeryków, ani skłonności do żartów, zdawała się najpierw nazbyt zasadnicza, aż usłyszałem jej śmiech oraz zobaczyłem rozbawione uwagami poetki towarzystwo, które zjechało z Krakowa do Zakopanego i odwiedziło ją w Domu Pracy Twórczej „Astoria”. Tam w jadalni Pani Szymborska miała SWÓJ stolik[3], do którego zapraszała tylko zaprzyjaźnione osoby. Ceniła sobie prywatność. Śniadania jadała w pokoju (z takiej możliwości przynoszenia śniadania „do łóżka” nie wszyscy korzystali), na obiady i kolacje przychodziła znacznie później, niż pozostali literaci; najczęściej gdy jadalnia była już pusta.

„Astoria” była zawsze intelektualnym zwieńczeniem naszych pobytów w Zakopanem, gdzie wyprawialiśmy się dwukrotnie w ciągu roku. Kiedy więc jesienią 1985 roku zeszliśmy z Anią (moją żoną) z Czerwonych Wierchów, na Drodze do Białego zapadł już zmierzch i nie mieliśmy pewności czy kuchnia „Astorii” będzie jeszcze czynna i dostaniemy coś na ząb. Plecaki rzuciliśmy w holu. W jadalni świeciło się światło i dobiegały z niej śmiechy. Przy stole po lewej stronie od wejścia siedziało rozbawione towarzystwo. Pani Zofia, kelnerka, stała w drzwiach wejściowych do kuchni, jakby na nas czekała, zaprosiła do stolika po przeciwnej stronie sali; byliśmy uratowani. Takich pierogów jak w „Astorii” nigdzie indziej nie podawano. Dopiero po zaspokojeniu pierwszego głodu, czekając na obiecaną dokładkę, zwróciliśmy uwagę na gości z przeciwnego rogu sali.

– Tam siedzi przecież Wisława Szymborska – szepnęła Ania. – Ależ mamy szczęście – ucieszyła się – takie spotkanie…

 – Z tym, że my jeszcze przy pierogach, a oni już przy winie – zauważyłem zgryźliwie patrząc jednak zazdrośnie na współbiesiadników uznanej, popularnej, a jednocześnie kochanej przez Anię poetki. – Wiesz – zaproponowałem – podejdę i poproszę o sól. Potem będzie łatwiej nawiązać konwersację, co?

 – Ani się waż! W żadnym razie. Jeszcze rozsypiesz sól, skończy się to nieszczęściem – usłyszałem wyraźnie przestrogę mimo absolutnie konfidencjonalnego szeptu mojej żony. – Jutro w księgarni na Krupówkach kupimy tomik wierszy Pani Szymborskiej, a ja potem podejdę do jej pokoju, poproszę o dedykację. Możesz iść ze mną, będzie okazja się przedstawić.

Taką aranżację zaakceptowałem, chodziło o stworzenie naturalnej okazji do zamienienia kilku zdań z uznaną pisarką i ewentualnie pozyskanie jej do współpracy z GLOBEM, którego byłem redaktorem naczelnym. Inne moje wcześniejsze zabiegi zakończyły się pozytywnie, zarówno wobec Wiesława Myśliwskiego jak i Józefa Barana. W następstwie m.in. takich rozmów szczeciński GLOB w kolejnych latach wydał kilka książek znanych w kraju poetów i prozaików, bywalców z „Astorii”.

Niestety, z Wisławą Szymborską jakoś mi wtedy nie wyszło. GLOB działał dopiero od 1983 roku i jako najmłodszy edytor walczył o swoją pozycję na wydawniczym rynki, zaś Szymborska miała w czym wybierać i w kraju i za granicą. Zatem niczego, poza miłym uśmiechem i zdawkowym „być może” wtedy nie uzyskałem. Musiałem jeszcze poczekać

 

3.

Czasem ogarnia mnie irytacja kiedy przeglądam utrwalane od lat nieprawdy o okolicznościach w jakich (i kiedy?) Wisława Szymborska miała się dowiedzieć o tym, że Kapituła Noblowska obradująca w Sztokholmie przyznała jej Nobla i ogłosiła ten werdykt w samo południe 3 października 1996 roku. Otwieram internet, wybieram w przeglądarce hasło „Nobel dla Szymborskiej”, klikam w jeden z licznych adresów i wyświetla się znane już z setek powtórzeń w innych artykułach zdjęcie robione w holu „Astorii”, przedstawiające Wisławę Szymborską w towarzystwie dziennikarzy. Obok po prawej roześmiana przyjaciółka poetki, Teresa Walas. Noblistka z papierosem w dłoni. Dłoń przykłada do czoła w geście ni to zaskoczenia, ni to w reakcji na usłyszany żart. I podpis pod zdjęciem: „Dziennikarze <Gazety Wyborczej> uchwycili na zdjęciu moment, w którym poetka dowiedziała się o przyznanej nagrodzie”[4]. Pięknie, oczywiście reporter <Gazety> przy tym był… Przy czym? Zdjęcie to zrobiono najwcześniej po g. 14.00, skoro w otoczeniu Szymborskiej znalazła się już Pani Teresa Walas, która właśnie przyjechała z Krakowa po pierwszych (z g.12.00) oficjalnych wiadomościach o werdykcie Kapituły Noblowskiej. (Dwie godziny na podróż z Krakowa do Zakopanego, to nawet w tamtych latach byłby rekordowy przelot). Właściwie zdjęcie jest fajne, oddaje nastrój i w swej obecnej wymowie jest bliskie ulubionej linii absurdów, którymi poetka nie gardziła. Więc, czy jest sens, by je odzierać z tej niezaprzeczalnie swojskiej osnowy? Rzecz w tym, że tylko ja odbieram ów absurd, inni zdjęcie traktują jako dokument, bo dziennikarz utrwalił ważny historyczny moment z gestem, kiedy Szymborska chwytała się za głowę na wiadomość o Noblu. Jednak nie chwytała się, i nie było przy tym żadnego fotografa.

Opisuję te zdarzenia z 3 października 1996 roku nie po to, żeby wskazać na niegroźne uzurpacje dziennikarskie, ale po to, aby omawiane zdjęcie nabrało właściwej treści. Absurd i ironia wynikające z prawdy i nieprawdy o okolicznościach fotografii, tworzą owo dopełnienie, które po latach należy się Wisławie Szymborskiej. Ona jak nikt umiała je łączyć, scalać w metaforze, która pełniej przedstawiała świat aniżeli fotografia jeden do jednego. Mam wrażenie, że ta z podrasowanymi okolicznościami jej powstania, ale z dopisanym tu kontekstem, czyni z niej coś więcej, i każe się również zastanawiać, co spowodowało, że właśnie wtedy Szymborska chwyciła się za głowę? Akurat wiem to, przyczyna była banalna, słyszałem, bo stałem nieopodal, choć poza kadrem. To Jej często powtarzany gest, a wówczas wywołany żartem o grożącej rychłej koronacji. Jest też owo zdjęcie świadectwem jak wiele (czasem dobrego) wynika z kreatorskich zapędów dziennikarzy i potrzeby trafienia w dziesiątkę, co rzadko się udaje. I wczoraj i dzisiaj. Zatem posłuchajmy…

 

4.

3 października 1996 roku zaczął się w Zakopanem deszczem, wichurą i łamaniem drzew w Dolinie Białego. Juhasom zrywało kapelusze, bacowie warzyli okowitę. „Astoria” w taką niepogodę nieco posmutniała ledwie z kilkorgiem argonautów siodłających Pegaza i pukających do nieśmiertelności. Na parterze babcia w papilotach z wnukami zrodzonymi z syna znakomitego poety na moment wyściubiła głowę, i zdawało się, że spogląda w kierunku drzwi wejściowych, od których dolatywało pukanie. Jednak patrzyła w inną stronę; na przeciw, gdzie rezydował krytyk bardzo literacki, nieznoszący dzieci. Znajdowałem się właśnie pośrodku, na schodach. Na pierwszym piętrze z pokoju Wisławy Szymborskiej dolatywało falujące, niepoetyckie, nieco metafizyczne brzęczenie. Widocznie radio poetki odbiera tym razem z kosmosu, skonstatowałem.

Deszcz chwilami dudnił o szyby strofami Staffa, zacinał od południa i ze wschodu, dlatego zostaliśmy z Marcinem (moim synem) w „Astorii”, rezygnując z planowanej wyprawy przez Zawrat do Doliny Pięciu Stawów. Akurat schodziłem do kuchni po wrzątek. Wpierw usłyszałem ów zamęt w eterze dochodzący z pokoju poetki (tylko Ona mieszkała na tym piętrze, w pokoju nr 9), później zobaczyłem w uchylonych na parterze drzwiach sympatyczną panię w papilotach, a następnie dobiegło mnie dudnienie do drzwi wejściowych, do których każdy z pensjonariuszy „Astorii” miał własny klucz. Bowiem ten niepowtarzalny dom pracy twórczej, skromny a z tradycjami, z jedną wspólną wygódką na każdym piętrze, (co musiało nas łączyć magnetycznie, jak Miłosza z Misiornym), nie zatrudniał recepcjonistów. Każde z nas było wszystkim, zwłaszcza w taką szarugę; jedynie kuchnia działała.

 Przy wejściu do „Astorii” stały dwie zakapturzone, ociekające deszczem postacie. Przez szyby widziałem, jak drżały. Zmoknięte i zmarznięte. W potrzebie. Otworzyłem i zaprosiłem do środka, do holu, w którym stały cztery duże fotele i stolik. Jak się okazało były to panie. Nieco spłoszone i niepomiernie śpieszące się.

 – Czy tu mieszka pani Wisława Szymborska, poetka? – spytała młodsza w języku jakby serbskochorwackim, co mogłem rozpoznać, bo władałem ongiś martwym starocerkiewnosłowiańskim. Olga (rzeczywiście Chorwatka) okazała się tłumaczką tej drugiej pani (Ingrid Jensenn[5]), ważnej dziennikarki z duńskiego „Politiken”, korespondentki tego tygodnika w Pradze. Poprosiłem, żeby zdjęły peleryny, usiadły, a ja zrobię herbaty. Z rumem. Patrzyły na mnie jakoś podejrzliwie. Gorączkowo zbierałem myśli, nakręcany nie tyle intuicją, co logiką faktów. Oto dziennikarka skandynawskiego opiniotwórczego pisma przyjeżdża właśnie dziś do „Astorii” żeby koniecznie spotkać się i porozmawiać z Wisławą Szymborską, nominowaną, jak się powszechnie uznawało, do Literackiej Nagrody Nobla. Dzisiaj, to znaczy 03 października? Przecież Komitet Noblowski ma o 12.00 ogłosić w Sztokholmie, komu tę nagrodę przyznaje. Wisławie Szymborskiej?! Zapomniałem, że pracuję nad powieścią, wróciłem do dziennikarstwa. Musiałem panie wziąć na spytki. Pani Wisława o tej porze zwykle pisze i nie przyjmuje wizyt, poinformowałem. Przecież to dopiero 10 rano. Napijemy się herbaty, za kwadrans zapukam do Pani Szymborskiej i zapytam, czy porozmawia z zagranicznymi gośćmi.

Przy herbacie z rumem, moje rozmówczynie, choć dalej niespokojne, nie postrzegając we mnie konkurenta, powiedziały więcej. Słuchałem z ukrywanym zaciekawieniem. Otóż wczoraj tuż przed północą, szef „Politiken” zatelefonował do pani Ingrid do Pragi i polecił, żeby natychmiast udała się do Zakopanego; tam odnalazła („za wszelką cenę”) Wisławę Szymborską, by najpóźniej przed południem następnego dnia przeprowadzić z poetką wywiad w konwencji rozmowy z laureatką Literackiej Nagrody Nobla. Bo wie pan, dodała tłumaczka, szef Ingrid ma brata, który jest członkiem Kapituły Noblowskiej i oni wczoraj wieczorem skończyli obrady… – tu znaczącą zawiesiła głos. Jasne, skwitowałem tę oczywistą oczywistość patrząc na zegarek. Minęła 10.20. Pora była zapukać do Wisławy Szymborskiej, którą znałem bardziej z widzenia i lektury, niż osobiście. Od lat spotykałem poetkę w „Astorii”. W tym czasie raczej się izolowała, nie trawiła natrętów, skupiała na twórczości, miała swoje szanowane przez otoczenie nawyki, ale była przy tym ciepła, uśmiechnięta i refleksyjnie zamyślona. Czasami tylko przy kolacji w gronie bardzo zaprzyjaźnionym, prawiła coś głośniej, a wszyscy przy sąsiednich stolikach nasłuchiwali, czy aby nie mówi kolejnym limerykiem. Śniadania jadała najczęściej w pokoju. Znałem więc ją głównie z wierszy, z wymiany grzeczności i czasami przelotnych uśmiechów. Raz kiedyś zamieniłem z poetką kilka zdań, przypominając treść otrzymanego od Niej w 1968 roku pouczenia na łamach „Życia Literackiego”.

Zapukałem do pokoju poetki. Po chwili otworzyła. W uśmiechu, którym mnie powitała, była ciekawość. Zwykle o tej porze nikt nie pukał do tych drzwi. Powiedziałem o paniach, które proszą o przyjęcie. Zgodziła się. Jasne, że nie mogłem pominąć nadarzającej się okazji, z której skorzystałby każdy dziennikarz. Przeprowadziłem z Wisławą Szymborską pierwszy wywiad na przysłowiowe pięć minut przed dwunastą. Rozmowa trwała kilka minut. Poetka była nieco zszokowana, odpowiadała na moje pytanie z niedowierzaniem i podejrzliwością, uznając, że upadłem na głowę. Po chwili jednak przywiodłem gości z Danii, a gdy Ingrid podała legitymację dziennikarki „Politiken” i powiedziała, z jaką misją przyjeżdża, Pani Wisława uśmiechnęła się do mnie serdeczniej i ze zrozumieniem, bo nie tylko ja upadłem na głowę. Szybko czmychnąłem na górę do telefonu, żeby nadać korespondencję do Polskiego Radia Szczecin, w której to przywoływałem reakcję Wisławy Szymborskiej na nieoficjalne jeszcze informacje, że ani chybi, będzie za półtorej godziny laureatką Literackiej Nagrody Nobla. Nie wszystko mogłem powiedzieć chroniąc swoje nieoficjalne źródło informacji, ale korespondencję okrasiłem dodatkowo, zaczerpniętymi z pamięci mojej żony fragmentami wierszy Szymborskiej i stosowną ich interpretacją. Całość wysłałem i pognałem do miasta, by kupić magnetofon. Chciałem nagrać poetkę, już za chwilę noblistkę. Magnetofonu nie kupiłem; były ciupagi, oscypki i miodula. Poprzestałem na tej ostatniej. O 11.20 zatelefonowałem do szczecińskiej redakcji, aby się dowiedzieć, jakie są reakcje słuchaczy na moją korespondencję. Usłyszałem, że żadnych, bo redakcyjni koledzy też się obawiają, że upadłem na głowę. Nie nadali, trwa narada, gdyż wiceprezes ds. programowych nie zaryzykuje kompromitacji; a nuż szef najadł się w górach szaleju i coś imaginuje. Zgrzytnąłem zębami, a odczuwając, że zasłużona sława i przywilej pierwszeństwa mogą mi umknąć sprzed nosa, wydałem kategoryczne polecenie, żeby natychmiast zamieścić korespondencję na antenie i następnie przesłać ją na antenę ogólnopolską, do Polskiego Radia w Warszawie. I tak się stało. W Polskim Radiu Szczecin jeszcze przed 12.00 zamieszczono moje zakopiańskie uzurpacje, natomiast w samo południe program III Polskiego Radia przypisał sobie autorstwo mojej korespondencji objaśniając, jak to noblistka zareagowała na wieść o nagrodzie. Słyszałem siebie, ale pod innym nazwiskiem. I tak wielka sława mnie ominęła.

Po trzynastej zaczęło się oblężenie. Pojawiły się pierwsze ekipy prasowe, wozy transmisyjne z wycelowanymi w „Astorię” antenami, tabuny rozentuzjazmowanych dziennikarzy, a każdy chciał osobiście przeprowadzić wywiad z poetką. Zaproponowałem wówczas kierowniczce „Astorii” i pani Wisławie Szymborskiej, zmęczonej już pytaniami dziennikarzy (ciągle podobnymi, wręcz takimi samymi), żeby dziennikarzy odprawić na dwie, trzy godziny i zapowiedzieć konferencję prasową dla wszystkich, na przykład o 17.00 w sali stołówkowej. I tak się stało. Po piętnastej z Krakowa przyjechali do „Astorii” przyjaciele i znajomi poetki, było więc komu poprowadzić ciąg dalszy wspaniałego wieczoru.

 Tyle już lat minęło, a jakby wczoraj, i szkoda, że strofa z „nic dwa razy się nie zdarza…” mieści się w tak różnych kontekstach, bo TO raz się zdarza, a kiedy indziej już nie.

 

5.

Nie ukrywam, pozostał niedosyt kontaktów z noblistką, niewykorzystane okazje do rozmów (a takie były), jakaś pustka; wyrwa, która ciągle się poszerzała. Mogłem ją zapełnić w jedyny sposób. I tak powstał „Pierwszy Astoriański Zjazd Pisarzy”, w którym poza Wisławą Szymborską wzięli udział wszyscy Ci, z którymi nigdy nie udało mi się wypić lampki wina w „Astorii”. Od Witkacego począwszy. To był Z J A Z D!!! Doceniony, niestety, wyłącznie w zaświatach. Przyjdzie czas i każdy będzie mógł sprawdzić, czy autor się mylił. Ale powstał też po nim wiersz bardzo zbiorowy, pisany pod przemożnym wpływem strukturalisty Karpowicza z udziałem nie tylko Przybosia, bo i innych astoriańskich zjazdowiczów, którzy skwitowali to wydarzenie:

Zjazd Pisarzy

Rozpisano ten zjazd na pomysł, literatów i ich występy

Na prędką podróż, która tyle lądu trwoni

Na poręcze, schody i boski kapitał wydobyty z zakamarków czyśćca

Na górną i dolną balustradę dla scalania zagubionych w pędzie poetów

Na ruch jednostajnie przyśpieszony z naruszaniem prędkości światła

Na strapionych przed startem i nieobojętnych po nim

Na kartkowanie popiołów w milczących adresach

Na sny we śnie z zaświatów i ich dekodowanie

A nawet na wynajęte lub błąkające się fantomy

Wszystko rozplanowano bardzo dokładnie

To była dobrze pomyślana animacja ożywającej idei

Bardzo skrupulatnie mierzono każdy przejazd

Bo nie wystarcza złożenie rąk na czas wypadania poza nawias

Taki zjazd to nie przelewki

Zajął trzy półpiętra, pół nocy i lądowisko na parterze

Skwitował anonimowe już portrety i zapodziane maszynopisy

Wszystko po tym zjeździe

Stało się wąziutkim strumieniem jeszcze jednej rozłożystej możliwości.

(„Astoria”, Zakopane, noc z 23/24 lutego, AD…)

 

 P.S.

 Niejako na marginesie muszę jeszcze dodać, że nazbyt wiele faktów z tamtego zjazdowego wydarzenia było dobrze udokumentowanych, jak choćby opisane niżej jedno z wielu astoriańskich znalezisk. Chodzi właśnie o kontekst, który tak jak w przypadku przywołanej fotografii z uwiecznienia momentu, w którym Szymborska rzekomo dowiaduje się o przyznaniu Jej Nobla, tworzy podobne uzasadnienie do okoliczności ZJAZDU, które nie były przypadkowe, rzekomo…

A zatem!

Krótko po wydaniu „Rozkładu jazdy” w liście, (którego adresat nigdy nie otrzymał), Tymoteusz Karpowicz pisał/imaginował: Drogi Kiesielu! Chodzą mi po głowie różne pomysły, ale jeden z nich, tylko Ty mógłbyś ucieleśnić. I nie w Warszawie, nie w Krakowie, a w Zakopanem, w Astorii; taki kameralny zjazd pisarzy dla wybranych zawodników. I w jakimś szczególnym dniu, bo wolałbym to wydarzenie powiązać rocznicowo z Witkacym. Tak, by nikt nam nie mógł zarzucić braku stosownych toastów, zwłaszcza na otwarcie dalej tekst jest nieczytelny, polany kawą, alkoholem i łzami znalazcy listu. Listu odkrytego zupełnie nieprzypadkowo na poddaszu „Astorii”, w czasie poszukiwań zdeponowanych w latach osiemdziesiątych u Pani Jadzi (kelnerki) zimowych butów marki „Podhale”.

 Obok butów, w stercie porzuconych przez poetów i prozaików niechcianych gratów; złamanych piór, pomiętych rękopisów i kapeluszy, w rękawicy motocyklowo-narciarskiej, będącej ongiś własnością św. pamięci Tadeusza, który mi parę takich rękawic podarował na długo przed dniem, gdy Szymborską ogłoszono w Sztokholmie laureatką Literackiej Nagrody Nobla; w rękawicy lewej, co uwiecznia zamieszczona fotografia – znalazłem ów odręcznie atramentem pisany list Karpowicza do Stefana Kisielewskiego.

Nie zdziwiłem się, a jeno rozpłakałem. Nie zdziwiłem się, bo w „Astorii” jest jeszcze wiele rzeczy do odkrycia. A rozpłakałem w przeświadczeniu, że nikt mi nie uwierzy. I dlatego nadal płacząc po odczytaniu, udokumentowałem znalezisko. Pani Jadzia zgodziła się być świadkiem odkrycia. Obecnie buty wraz z zabytkowymi rękawicami wystawiane są w Szaflarach na wystawie rękodzieła z epoki słusznie zapominanej z powodu takich właśnie butów i rękawic. Trwają zdecydowanie za długo; dłużej niż pamięć o Kisielu i Karpowiczu, z czym pogodzić się nie wolno. No i dlatego po… – niestety dalsza część tekstu jakby się zapodziała, chyba na strychu „Astorii” zagraconym alternatywnymi przypadkami, ale przecież tego cudownego strychu już nie ma, w zamian „Astoria” dostała łazienki i ubikacje w każdym pokoju, a list przepadł. Bo zawsze jest coś za coś, prawda?

 

Zbigniew Kosiorowski

Pisarz, dziennikarz (w latach 1990-2006 prezes i red. nacz. Polskiego Radia Szczecin SA, wcześniej red. nacz. Wydaw. GLOB w Szczecinie).

[1] Vide: Pomnik Poległych Stoczniowców, Gdańsk, Plac Solidarności. Napis-cytat z wiersza C. Miłosza: „Który skrzywdziłeś człowieka prostego…”,

[2] Z. Kosiorowski, Pierwszy Astoriański Zjazd Pisarzy, Teatr Polskiego Radia, Program I, Warszawa, premiera w dniu 30.11.2013 r.

[3] Były też stoliki m.in.: J. Chmielewskiej, K. Nepomuckiej, K. Siesickiej. Pisarki wobec siebie zachowywały grzeczny dystans, jakby dla podkreślenia swej niezależności i pozycji. Nigdy nie widziałem ich razem przy stoliku. Każda z nich miała wokół siebie wiernych wyznawców, ale i przyjaciół, którym nie przeszkadzało takie wyróżnienie. Nuworysze długo musieli zabiegać o stałe miejsce. Zasiedzenie zaś oznaczało udane przejście okresu próbnego i pewien rodzaj nobilitacji.

[4] Takie zdjęcie z nieco bałamutną informacją wisi obecnie na I piętrze „Astorii” obok dawnego pokoju nr 9 (przed remontem), zajmowanego każdorazowo przez Wisławę Szymborską podczas Jej pobytów w willi.

[5] Winienem zachować zrozumiałą dyskrecję, by nie narazić „nieoficjalnej informatorki” (nawet po latach),  na jakiekolwiek kłopoty.

Poprzedni artykułFragment powieści Moniki Maciejczyk „Żebrak i pies” (2015)
Następny artykułBundesliga: Hoffenheim i Bayer Leverkusen – mają ciekawych napastników…
Zbigniew Kosiorowski
Dr Zbigniew Kosiorowski, prof. nadzw. ZPSB – prozaik, dziennikarz, autor licznych reportaży radiowych, prasowych i słuchowisk. Ukończył studia wyższe polonistyczne (UAM, Poznań) i podyplomowe: prawa autorskiego (UJ, Kraków), krytyki artystycznej (WSNS, W-wa), a także w dziedzinie zarządzania, doradztwa finansowego i budowy strategii spółek (SGH, W-wa). Doktorat z ekonomii w zakresie nauk o zarządzaniu (SGH, W-wa). Współzałożyciel i redaktor naczelny Wydawnictwa GLOB (1984-1990), czasopism: Morze i Ziemia (1978-1981) i Między Innymi (1985-1989). W latach 1990-2006 prezes i redaktor naczelny Polskiego Radia Szczecin SA. Medioznawca i ekspert prawa autorskiego, profesor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu, autor monografii naukowych m.in.: Radiofonia publiczna (1999), Dysjunkcje misji (2009), podręczników cyfrowych do nauczania online: Gospodarowanie kapitałem ludzkim (2011) i Ochrona własności intelektualnej (2011), a także kilkudziesięciu artykułów naukowych z dziedziny zarządzania. Założyciel i dyrektor Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami (1987-2003), kapitan jachtowy. Wydał ponad 20 pozycji książkowych, m.in.: W pętli (1985), Gnilec (1986), cykl powieści młodzieżowych Przez cztery oceany (1986-1990), Archipelag odpływów (2010), Desant (2013), Kamień podróżny (2016) i Zapadnia (2018).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here