Longin Pastusiak: 'Amerykanie chcą prezydenta, który zadba o grubość ich portfeli'

0

– Amerykańscy wyborcy przywiązują ogromną wagę do koniunktury gospodarczej. Zasada w USA jest taka: jeżeli sytuacja gospodarcza w kraju jest dobra, głosuje się na partię rządzącą. Jeżeli jest zła, głosuje się na opozycję – mówi Pawłowi Rogalińskiemu w drugiej części wywiadu prof. Longin Pastusiak, wybitny amerykanista i b. marszałek Senatu RP.

 

Paweł Rogaliński: – Panie marszałku, w poprzedniej części wywiadu rozmawialiśmy o metodach utrzymania popularności przez kongresmenów i senatorów. Czy wszystkie te zasady dotyczą również prezydenta USA?

Prof. Longin Pastusiak: – Nie, zdecydowanie nie. Prezydent musi w nieco inny sposób dbać o swój wizerunek. Jest to bowiem głowa państwa, przedstawiciel wszystkich Amerykanów. Jego związki z partią schodzą w tym przypadku na dalszy plan. Przykładem takiego ponadpartyjnego działania jest chociażby fakt, że Barack Obama powołał Chucka Hagela, polityka republikańskiego, na stanowisko szefa Pentagonu. To samo uczynił w przypadku posady szefa FBI – został nim Robert Mueller, również polityk opozycji, związany wcześniej z administracją prezydenta George?a W. Busha.

– Czy prezydent sam podejmuje tego typu decyzje czy też ktoś mu doradza?

– Prezydent zawsze ma wokół siebie cały aparat specjalistów. Oni mu nie tylko doradzają, ale też dbają o jego dobry wizerunek, piszą mu przemówienia, a nawet wymyślają dla niego dowcipy. Humor jest bowiem szalenie ważną bronią polityczną w Stanach Zjednoczonych, niezależnie od zajmowanego szczebla. Amerykanie lubią prezydenta, czy też polityka, który potrafi żartować z siebie, który preferuje autoironię. Nie jest jednak mile widziane naśmiewanie się z przeciwników politycznych.

– Może pan podać jakiś przykład?

– Oczywiście. Klasycznym przykładem prezydenta, który znakomicie posługiwał się humorem politycznym, jest Ronald Reagan. Jak wiadomo był on aktorem i często pytano go, czy aktor może być prezydentem Stanów Zjednoczonych. Reagan zawsze udzielał na to pytanie tej samej odpowiedzi: „Zastanawiam się czasami, jak można być prezydentem nie będąc aktorem”. Kiedy zaś w 1966 roku po raz pierwszy ubiegał się o stanowisko gubernatora Kalifornii, zapytano go jakim będzie gubernatorem. Odpowiedział wówczas: „Nie wiem, nigdy nie grałem roli gubernatora”. I takie oto odpowiedzi, dowcipy z elementem autoironii, są bardzo dobrze przyjmowane w USA. Innym ciekawym przykładem może być George W. Bush, który w roku 1977 po raz pierwszy ubiegał się w Teksasie o stanowisko kongresmena. Wówczas przegrał te wybory, ale z ówczesnej porażki wyciągnął liczne wnioski, które zresztą wykorzystał w dalszej karierze politycznej. Brzmiały one: mów prostym językiem lokalnym, opowiadaj dobre, wiejskie dowcipy (starał się przecież o poparcie w okręgu rolniczym), identyfikuj się z lokalną społecznością, nie eksponuj swoich powiązań rodzinnych i nie chwal się nimi (był synem znanego już polityka George’a H. W. Busha, późniejszego prezydenta USA).

– Jak na tym tle wygląda zachowanie naszych rodzimych polityków?

– Polscy politycy niestety zbyt rzadko posługują się humorem, za to chętnie i często wykorzystują agresję osobistą oraz obrażają swoich przeciwników. Humor polityczny potrafi być potężną bronią, jeżeli polityk wie, jak się nim posługiwać. Dowcipy pozwalają nie tylko pozyskiwać sympatię wyborczą, ale też ułatwiają reelekcję. Co więcej, pomagają zdewaluować argumentację przeciwnika nie obrażając go przy tym, dlatego też humor w Stanach odgrywa szalenie ważną rolę w kształtowaniu pozytywnego wizerunku polityka.

– Barackowi Obamie zarzuca się manipulację, a czasami nawet uważa, że stosuje zbiorową hipnozę. Czy sądzi pan, że tego typu twierdzenie jest przesadzone, czy też rzeczywiście prezydent może stosować takie techniki?

– Myślę, że w polemice politycznej wykorzystuje się różne argumenty. Owszem, Obamie zarzuca się manipulację, arogancję, niespełnianie obietnic wyborczych… To są standardowe argumenty oponentów aktualnego prezydenta. Zresztą, kiedy w 2012 roku Obama ubiegał się o drugą kadencję, jego przeciwnicy zarzucili mu: „Panie prezydencie, zgłosił pan ponad 500 obietnic i niewiele z nich udało się panu zrealizować. Jak pan to uzasadni?”. On zaś ze stoickim spokojem odpowiedział: „Właśnie dlatego potrzebuję drugiej kadencji, żeby zrealizować resztę tych obietnic, które nie zostały jeszcze spełnione”. Wszystko zależy więc od zręczności odpowiedzi i właściwej reakcji na konkretne zarzuty.

– Czy w nadchodzących wyborach w 2016 roku Jeff Bush, młodszy brat George?a Busha, będzie w stanie skutecznie zmobilizować elektorat swojego starszego brata oraz ojca i sięgnie po fotel prezydenta? Byłoby to swego rodzaju dziedziczenie popularności.

– Owszem, może się stworzyć pewnego rodzaju dynastia. Oczywiście w historii Stanów były przypadki obejmowania urzędu prezydenta przez członków tej samej rodziny ? dobrym przykładem są: John Adams i jego syn John Quincy Adams. Podobny przypadek dotyczył  innych dwóch prezydentów – Williama Henry?ego Harrisona i jego wnuka Benjamina Harrisona. Najbardziej współczenym nam przykładem jest oczywiście rodzina Bush’ów. Mówienie o dynastiach w Stanach Zjednoczonych jest dość ryzykowne, chociaż rzeczywiście Jeff Bush był znakomitym gubernatorem Florydy i jest obecnie bardzo popularny. Jego zaletą w następnych wyborach może być to, że dzięki niemu republikanie będą mieli okazję odzyskać elektorat latynoski. Latynosi są bowiem pod względem liczebności najbardziej dynamicznie rozwijającą się grupą etniczną w kraju. W zeszłych wyborach ponad 70% z nich głosowało na Obamę, stąd republikanie doszli do wniosku, że odzyskanie tej części elektoratu jest ważnym elementem strategii mogącej zapewnić partii ewentualne zwycięstwo w następnych wyborach prezydenckich. Jeff Bush ma żonę Meksykankę, sam zna język hiszpański i ma silne poparcie elektoratu latynoskiego na Florydzie. Dlatego też jest on uważany za tego kandydata, który może odzyskać dla Partii Republikańskiej władzę w kraju. Aby się przekonać, czy tak rzeczywiście będzie, trzeba jeszcze poczekać…

– Którzy prezydenci USA zasługują pana zdaniem na szczególną uwagę, jeśli chodzi o utrzymanie własnej popularności? Których by pan wyróżnił?

– Każdy dbał o swoją popularność i przykładał do niej wielką uwagę. Dość interesujący jest fakt, że obecnie inaczej ocenia się kolejne prezydentury niż w czasach, kiedy dani politycy zajmowali stanowisko w Białym Domu. Dla przykładu Harry Truman był wyjątkowo niepopularnym prezydentem Stanów Zjednoczonych i miał stosunkowo niskie notowania. Dziś jednak historycy uważają, że był jednym z najlepszych prezydentów USA. W przypadku jego następcy, Dwighta Eisenhowera, było odwrotnie – był bardzo popularnym, znakomitym generałem i miał przyjemny sposób bycia. Historycy natomiast uważają, że niewiele wniósł do prezydentury amerykańskiej i bardzo nisko oceniają jego rolę. Z kolei Richard Nixon musiał ustąpić ze stanowiska prezydenta, gdyż był uwikłany w aferę Watergate i miał przez to rekordowo niskie notowania. Dziś jednak historycy oceniają jego postać bardziej pozytywnie. Stanowisko na temat prezydentów USA zmienia się wraz z upływem czasu. Dzisiaj przeczytałem artykuł w gazecie New York Times, że w ubiegłym tygodniu notowania George’a W. Busha po raz pierwszy wzrosły i przewyższyły negatywne oceny jego prezydentury. Warto zaznaczyć, że poprzednik obecnego prezydenta Obamy był dotychczas bardzo niepopularny, uwikłany w afery związane z wojną w Iraku. Ocena danej prezydentury zmienia się w zależności od sytuacji i od dystansu czasu – wszystko to znacznie wpływa na poglądy osób oceniających danego prezydenta. Sami historycy często weryfikują swoje osądy w stosunku do opinii ludzi współczesnych danemu prezydentowi – im plus albo im minus.

– Mówił pan o prezydencie Nixonie, który musiał ustąpić ze stanowiska w związku z aferą. Dlaczego więc Bill Clinton nie tylko zachował fotel prezydenta, ale też i utrzymał swoją popularność na wysokim poziomie? Jak mu się to udało?

– Clinton rzeczywiście jest bardzo interesującym przykładem polityka, uwikłanego w bardzo poważny skandal obyczajowy, jakim była afera rozporkowa. Nie zapominajmy, że był on również oskarżany o naruszenie konstytucji. Uruchomiono bowiem przeciwko niemu procedury impeachment, czyli usunięcia prezydenta ze stanowiska za to, że mówił nieprawdę – za krzywoprzysięstwo. Mimo to Clinton był zawsze bardzo popularny – wygrał drugą kadencję, a poza tym jego popularność utrzymywała się na stałym poziomie pomimo afery.

– Dlaczego wyborcy nie stracili zaufania do prezydenta?

– Myślę, że wynika to stąd, iż Clinton uzyskiwał znakomite wyniki ekonomiczne. Amerykańscy wyborcy przywiązują zaś ogromną wagę do koniunktury gospodarczej. Zasada w USA jest taka: jeżeli sytuacja gospodarcza w kraju jest dobra, głosuje się na partię rządzącą. Jeżeli jest zła – głosuje się na opozycję. Amerykanie wybierają partię podług stanu swojego portfela. Bill Clinton miał za to ogromne sukcesy w polityce gospodarczej, zostawił zresztą po sobie, po raz pierwszy od wielu lat, nadwyżkę budżetową. Deficyt wprowadził dopiero George W. Bush, poprzez zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w wojnę w Afganistanie. Tak więc Amerykanie są w stanie wybaczać prezydentowi dopóty, dopóki jego zachowanie i kolejne decyzje nie odbiją się negatywnie na grubości ich portfeli.

– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Paweł Rogaliński

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here