Lech Wałęsa. Początki polskiej prezydentury

0

Po wyborach w czerwcu 1989 roku Lech Wałęsa odgrywał główną rolę w zachodzących przemianach. Mimo, że nie miał formalnie tytułu, decydował w istotnych dla państwa polskiego sprawach. Kreował rozwiązania personalne, doprowadził do zawiązania koalicji NSZZ Solidarność-ZSL-SD, która umożliwiła powołanie pierwszego niekomunistycznego rządu i wskazał na Tadeusza Mazowieckiego jako jego premiera.

Był przekonany, że będzie mógł nim łatwo sterować. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna, gdyż Tadeusz Mazowiecki jako premier był samodzielny i nie liczył się z opiniami szefa NSZZ Solidarność. Wałęsa szybko zrozumiał, że to nie on będzie rozdawał karty. Zmienił się układ sił, punkt ciężkości przesunął się do rządu. Pojawiła się groźba politycznej marginalizacji legendarnego przywódcy związkowego. Powodowany ambicją i przekonany przez Jarosława Kaczyńskiego, zdecydował się kandydować na urząd prezydenta. W jego obozie politycznym było wielu, którzy uważali, że nie nadaje się na tę odpowiedzialną funkcję. Rozpoczęły się spory i kłótnie. Jednak ówczesne solidarnościowe elity polityczne zrozumiały, że Lechowi Wałęsie należy dać szansę i przeprowadzić wybory prezydenckie. Wbrew logice, która  nakazywała, aby najpierw uchwalić Konstytucję i  ordynację wyborczą, wybrać nowy Parlament, a na samym końcu prezydenta. Lech Wałęsa swoim zachowaniem wymusił inną kolejność (Jerzy Baczyński, „Zarząd tymczasowy”, „Polityka”, nr 3/91). Do rozstrzygnięcia pozostała formuła wyborów oraz ich termin. Wybór głowy państwa mógł nastąpić przez Zgromadzenie Narodowe lub w wyborach powszechnych. Jarosław Kaczyński – główny rozgrywający w obozie Wałęsy – był zwolennikiem pierwszego rozwiązania. Przeważył jednak pogląd, o wyborach przez cały naród. Zdaniem  Zdzisława Najdera pomysłodawcą wyborów powszechnych byli ci, którzy nie akceptowali Lecha Wałęsy w roli prezydenta i w szerokiej formule wyborów widzieli szansę dla innego kandydata („Nadgonić czas” s. 574). Zdaniem tego polityka  pomysł wypłynął ze środowiska „Gazety Wyborczej” i otoczenia Bronisława Geremka. Natomiast Jan Rokita  („Anatomia przypadku”, s. 54)  uważa, że był to pomysł świty Tadeusza Mazowieckiego, a Aleksander Hall był pierwszym, który go nagłośnił. Wałęsa bardziej skłaniał się do koncepcji wyborów powszechnych, gdyż urząd prezydenta wolał zawdzięczać woli narodu. Podjęto niezbędne czynności przygotowawcze, a Sejm ustalił termin na 26 listopada 1990 r. Swoje kandydowanie Lech Wałęsa ogłosił 18 września. Komisja Krajowa NSZZ Solidarność w dniach 3-4 października 1990 r. podjęła uchwałę popierającą swojego przewodniczącego. W tajnym głosowaniu Wałęsę poparło 60 członków KK, 10 było przeciw, a jedna osoba wstrzymała się. Jan Rulewski przed głosowaniem demonstracyjnie opuścił posiedzenie wyrażając w ten sposób swoją dezaprobatę wobec Lecha Wałęsy jako kandydata na prezydenta. Wałęsa spotkał się  ze zdecydowanym atakiem ze strony swoich niedawnych współpracowników i towarzyszy walki, przede wszystkim Bronisława Geremka i Adama Michnika (Tadeusz Mazowiecki nigdy nie akceptował kandydatury Wałęsy). Pierwszy z nich już w połowie września 1990 r. w wywiadzie udzielonym „Teleramie”, a przedrukowanym przez „Tygodnik Solidarność” (nr 40/90 ) powiedział, że „ekstremistyczne wypowiedzi Wałęsy niepokoją Polaków”, a on sam „jawi się jako destabilizator”. Zapowiedział zgłoszenie Tadeusza Mazowieckiego. Adam Michnik, w artykule „Dlaczego nie oddam głosu na Lecha Wałęsę” („Gazeta Wyborcza”, 27.10.90 r.) stwierdził, że jest on nieprzewidywalny, niereformowalny i niekompetentny, a na prezydenta nadaje się tak samo jak on na spikera telewizyjnego. Przeciwnicy Lecha Wałęsy oskarżali go o antysemityzm, populizm i nacjonalizm.

            Wałęsa sam decydował o sposobie prowadzenia kampanii wyborczej. Sukces, co do którego nie miał wątpliwości pragnął zawdzięczać sobie, nie wchodził więc w żadne alianse wyborcze. Andrzej Micewski, szef jego doradców, proponował koalicję solidarnościowo-chłopską. Wałęsa odmówił i nie zgodził się też z sugestią spotkania z władzami Stronnictwa Demokratycznego. Zdaniem Micewskiego była to jedna z przyczyn nie wygrania wyborów w pierwszej turze („Krótka przygoda z Wałęsą”, „Polityka”, nr 12/91).

 Kandydowanie Lecha Wałęsy i Tadeusza Mazowieckiego pogłębiło i tak już upubliczniony 24 czerwca 1990 r. (awantura o Komitet Obywatelski) podział w obozie solidarnościowym. W swoich sympatiach i preferencjach podzielone było też społeczeństwo polskie. Różnice zdań w sprawie poparcia jednego z kandydatów wystąpiły również w Stronnictwie Demokratycznym. Władze partii przeprowadziły konsultacje z organizacjami wojewódzkimi, z których większość opowiedziała się za Lechem Wałęsą. Wystosowano list o tej samej treści  do wszystkich kandydatów z zapytaniem o ich wizję prezydentury. Odpowiedział tylko Lech Wałęsa i jemu, 12 października 1990 r. Prezydium Centralnego Komitetu udzieliło poparcia. Dla SD w podjęciu takiej decyzji, znaczenie miała akceptacja tego kandydata przez rzemiosło polskie („SD popiera Wałęsę”, „Kurier Polski”, nr 217/90). Uchwałę Stronnictwa wręczyli Lechowi Wałęsie Tadeusz Rymszewicz wiceprzewodniczący partii i Tadeusz Bień przewodniczący WK SD w Gdańsku.

W niełatwej sytuacji znalazł się klub poselski Stronnictwa Demokratycznego. Wicepremier Rady Ministrów prof. Jan Janowski wszedł w skład komitetu wyborczego Tadeusza Mazowieckiego (bez zapytania o zgodę władz partii). Optował więc za tym kandydatem. Posłowie, w zasadzie mieli wyrobiony i zdecydowany pogląd, kto powinien zostać prezydentem. Niewielką przewagę mieli zwolennicy premiera rządu.  W zaistniałej sytuacji klub poselski przyjął uchwałę, w której nie poparł żadnego z kandydatów. Podobne stanowisko zajęły środowiska młodzieżowe SD.

 Wyniki pierwszej tury wyborów były dla wszystkich zaskoczeniem. Lech Wałęsa uzyskał 40% głosów, na drugim miejscu z ponad 20% wynikiem uplasował się, pochodzący z Kanady Stan Tymiński. Tadeusz Mazowiecki uzyskał kilkanaście procent głosów. Ten bardzo skromny wynik był efektem nastrojów społecznych wywołanych radykalnymi zmianami gospodarczymi. Druga tura (9 grudnia) zakończyła się bezapelacyjnym zwycięstwem Lecha Wałęsy. Zaprzysiężenie na prezydenta RP przed Zgromadzeniem Narodowym nastąpiło 22 grudnia 1990 r. Po tym uroczystym akcie prezydent spotkał się z Konwentem Seniorów. Jako jego członek miałem okazję uczestniczyć w tym  spotkaniu.

Rada Polityczna

Lech Wałęsa zapowiadał w czasie kampanii wyborczej przyspieszenie przemian gospodarczych i społeczno-politycznych. Zapowiedział rozwiązanie Sejmu. Wkrótce po zaprzysiężeniu zaproponował utworzenie przy Prezydencie Rady Politycznej, którą mieli tworzyć reprezentanci istniejących w Polsce sił politycznych. Rada  miała być miejscem, gdzie można byłoby przedstawiać opinie, wypowiadać się w ważnych dla państwa sprawach , a nawet inicjować  i przedstawiać Sejmowi propozycje ich rozwiązania. Lech Wałęsa pragnął dać sobie i pozaparlamentarnym siłom politycznym możliwość wpływania na przebieg transformacji. Od 2 stycznia 1991 roku rozpoczęła się wędrówka zaproszonych  polityków do Belwederu na konsultacje z Prezydentem. Z tytułu piastowania funkcji przewodniczącego klubu poselskiego, byłem jednym z gości Lecha Wałęsy. Spotkanie trwało ok. 30 minut. Gospodarz w kilku zdaniach przedstawił, co chciałby osiągnąć poprzez utworzenie Rady Politycznej. Większość wypowiedzi poświęcił zaprezentowaniu wizji jego prezydentury, która ma – jak powiedział –  charakteryzować się dopingowaniem rządu, a także Parlamentu do przyspieszania reform. Pomocna w realizacji tych  zadań ma być właśnie Rada Polityczna. Prezydent zapowiadał też liczne podróże po kraju i bezpośredni kontakt z Polakami. Na zakończenie mojej wizyty w Belwederze poprosił  mnie, aby klub poselski Stronnictwa Demokratycznego przedstawił pisemną opinię o jego inicjatywie. Ze Stronnictwa Demokratycznego na konsultacjach w Belwederze była też wicemarszałek Sejmu Teresa Dobielińska-Eliszewska. Nie został zaproszony przewodniczący SD Aleksander Mackiewicz. Nie ulega wątpliwości, że był to afront wobec władz partii. Powody takiego zachowania prezydenta nie są mi znane. Brak kierownictwa partii w konsultacjach prezydenckich nie oznaczał rezygnacji z przedstawienia opinii przez władze partii w tej bardzo ważnej kwestii. Aleksander Mackiewicz omawiał ją na spotkaniu 9 stycznia 1991 roku w Sejmie z marszałkiem Mikołajem Kozakiewiczem. W tym samym dniu wraz z wiceprzewodniczącym Stronnictwa Jerzym Robertem Nowakiem rozmawiali o inicjatywie prezydenta ze Zdzisławem Najderem przewodniczącym  Komitetu Obywatelskiego i Janem Olszewskim wiceprzewodniczącym („Konsultacje polityczne władz SD”, „Kurier Polski”, nr 3/91).  Kwestia Rady Politycznej była przedmiotem obrad X Plenum CK SD. Stronnictwo Demokratyczne uznało, że prezydent ma prawo powoływać różne gremia opiniodawcze, ale nie decyzyjne. Spełniając życzenie prezydenta wystosowałem w imieniu klubu poselskiego list, w którym wyraziłem opinię na temat Rady Politycznej. Była zgodna z punktem widzenia władz partii. W liście przywołałem projekt konstytucji przygotowanej przez Stronnictwo, który przewidywał większe uprawnienia dla prezydenta („Klub poselski SD o Radzie Prezydenckiej”, „Kurier Polski”, nr 12/91).

Podobny pogląd na inicjatywę Lecha Wałęsy miały pozostałe partie polityczne. Środowiska prawnicze też zajęły negatywne stanowisko uznając, że Rada była by pozakonstytucyjną formą nacisku na Sejm (Jerzy Baczyński, Stanisław Podemski „Samotność Pana Prezydenta”, „Polityka”, nr 9/91). Pomysł Rady Politycznej przy prezydencie odebrano jako  próbę przeniesienia wielkiej polityki do Belwederu. Dla nas posłów był to też sygnał o braku zaufania dla niższej izby parlamentu. Lech Wałęsa zetknąwszy się z tak zdecydowanym oporem zrezygnował z inicjatywy.

Uchwalanie ordynacji wyborczej

Napięcia pomiędzy Prezydentem, a Sejmem przybrały formę konfrontacji przy okazji uchwalania ordynacji wyborczej, według której wybierany był by parlament. Z kręgu Senatu wypłynęła propozycja, aby izbę wyższą pozostawić, gdyż wybrana była w pełni demokratycznie, a wybory przeprowadzić jedynie do Sejmu. Początkowo Lech Wałęsa akceptował takie rozwiązanie, które jednak nie znalazło poparcia. Do rozstrzygnięcia pozostała kwestia, czy przyjęta ordynacja będzie proporcjonalna, większościowa lub  mieszana czyli proporcjonalno-większościowa. Stronnictwo Demokratyczne opowiadało się za proporcjonalną i pod tym względem panowała zgodność pomiędzy władzami partii, a klubem poselskim. Ordynacja proporcjonalna cieszyła się znacznym poparciem posłów oraz ówczesnych sił politycznych, także pozaparlamentarnych. Sejm na wniosek posła Stefana Niesiołowskiego (21 września 1990 r.) podjął uchwałę, że ordynacja będzie proporcjonalna. Kwestia ordynacji wyborczej stanęła na posiedzeniu Sejmu 7 marca 1991. Komisja Konstytucyjna przedstawiła projekt, który przewidywał wybór 345 posłów według zasady proporcjonalności, a 115 w okręgach jednomandatowych. To rozwiązanie było niezgodne z propozycjami prezydenta, który chciał, aby w okręgach jednomandatowych wybrać 230 posłów. Na kilka dni przed debatą sejmową Lech Wałęsa przesłał do Sejmu swój projekt i napisał list, który posłom odczytał  minister Sławomir Siwek. W liście Prezydent napisał m.in. że przyjęcie ordynacji w wersji Komisji Konstytucyjnej niesie „poważne zagrożenie dla terminu wyborów, jak i przyszłego kształtu naszego życia politycznego” (stenogram 53 posiedzenia Sejmu). Występując w imieniu klubu poselskiego Stronnictwa przypomniałem, że jego posłowie zaproponowali we wrześniu 1990 r. rozpisanie referendum (razem z wyborami prezydenckimi), w którym Polacy wypowiedzieli by się m.in. w sprawie terminu rozwiązania Sejmu jak również ordynacji wyborczej. Powiedziałem, że SD jest za proporcjonalnym prawem wyborczym, a za optymalny termin rozwiązania Sejmu uważa jesień 1991 r. Inicjatywa Prezydenta wprowadziła  dezorientację i irytację posłów. Powstała nerwowa atmosfera, pogorszyło to i tak już napięte stosunki pomiędzy Sejmem, a Prezydentem. Złożony projekt należało poddać procedurze sejmowej, a w istniejącej sytuacji groziło to wydłużeniem procesu legislacyjnego. Pamiętam ogłaszane przerwy w obradach Sejmu na posiedzenia Konwentu, który czekał na kolejne pisma od Lecha Wałęsy. Te wszystkie „przepychanki” pomiędzy Prezydentem, a Sejmem marszałek Mikołaj Kozakiewicz starał się ukrywać przed czekającymi na wznowienie obrad posłami. Irytację posłów wywoływało zachowanie prezydenckiego ministra Sławomira Siwka, który spóźniał się na obrady Sejmu lub je opuszczał. Awantura wokół ordynacji spowodowała, że klub poselski Stronnictwa złożył swój projekt ordynacji wyborczej. W zaistniałej sytuacji jedynym sensownym rozwiązaniem było skierowanie wszystkich projektów, także prezydenckiego do Komisji Konstytucyjnej celem opracowania jednego projektu.

Aby pozyskać posłów i senatorów Prezydent rozpoczął poszukiwanie w parlamencie zwolenników dla jego ordynacji. Prowadzone były poufne rozmowy w tej sprawie. Do mnie zwrócił się Sławomir Siwek z kancelarii Prezydenta, który w imieniu głowy państwa zaproponował zawarcie porozumienia na rzecz uchwalenia ordynacji prezydenckiej.  Za poparcie prezydenckiej wersji prawa wyborczego proponował Stronnictwu Demokratycznemu start w wyborach parlamentarnych  wspólnie z Porozumieniem Centrum, z gwarancją dobrych miejsc na listach poselskich. W przypadku przyjęcia oferty Prezydenta, według zapewnień ministra Siwka, Lech Wałęsa deklarował przyjęcie władz Stronnictwa i omówienie dalszej współpracy. Tę ofertę przekazałem kierownictwu partii. W kolejnym spotkaniu z prezydenckim ministrem towarzyszył mi wiceprzewodniczący SD Rafał Szymański i to on przekazał ofertę Prezydenta kierownictwu partii. Sprawa stanęła na posiedzeniu Prezydium CK SD, które odrzuciło ofertę Lecha Wałęsy. Wiem, że podobne sondaże prowadzone były z innymi siłami politycznymi. Stanowisko Stronnictwa było o tyle ważne, że w przypadku połączenia sił z posłami wywodzącymi się z Solidarności, w Sejmie była realna szansa przegłosowania tego projektu. Rozpoczął się bój o kształt ordynacji wyborczej. Konfederacja Polski Niepodległej – posługując się wynikami z pierwszej tury batalii o urząd  prezydenta – dokonała symulacji wyników wyborów przeprowadzonych według prezydenckiego projektu ordynacji. Z przedstawionej symulacji wynikało, że polityczny obóz Lecha Wałęsy uzyskałby w Sejmie 62% mandatów. W ten sposób powstałby monopol jednego ugrupowania, będącego wiosną 1991 r. w mniejszości.

Sejm 15 czerwca 19991 r. uchwalił przedstawiony przez Komisje Konstytucyjną projekt ordynacji wyborczej. Była ona proporcjonalna. Prezydent Lech Wałęsa podjął próbę jej obalenia i skorzystał z prawa weta, które Sejm odrzucił 28 czerwca 1991 r. W ten sposób możliwy stał się październikowy termin wyborów.

Rocznica Konstytucji 3 Maja

Kolejną sprawą, która zbulwersowała posłów było zachowanie prezydenta w 200 rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Odbyło się z tej okazji uroczyste posiedzenie Sejmu, które Lech Wałęsa zignorował (nie byłem uczestnikiem tego posiedzenia gdyż przebywałem w Wilnie na zorganizowanych przez Polaków obchodach rocznicy uchwalenia Trzeciomajowej Konstytucji). Prezydent tłumaczył się, że wcześniej – zgodnie ze swoją tradycją – zaplanował udział w kościelnych uroczystościach w Częstochowie w klasztorze na Jasnej Górze. Lech Wałęsa nie tylko zignorował sejmowe uroczystości, ale występując na placu zamkowym poddał ostrej krytyce prace Sejmu. My posłowie uważaliśmy tę opinię za głęboko niesprawiedliwą. 200 rocznica uchwalenia Konstytucji 3 Maja miała być okazją  do przyjęcia nowej Konstytucji przygotowanej przez Komisję Konstytucyjną Sejmu (byłem jej członkiem) pod przewodnictwem prof. Bronisława Geremka. Tak jednak się nie stało gdyż uznano, że Sejm nie ma prawa do jej uchwalenia z racji swojej proweniencji politycznej (był owocem okrągłego stołu). Miał to uczynić nowy Sejm wybrany w pełni demokratycznie. Niestety do uchwalenia nowej Konstytucji doszło dopiero w 1997 r.

Kilka refleksji o początkach prezydentury Lecha Wałęsy, którą do października 1991 r. mogłem obserwować z pozycji posła. Prezydent nie ułatwiał Sejmowi legislacyjnej pracy. Często zdarzało się tak, że kancelaria prezydenta przedstawiała stanowisko Sejmowi, a prezydent o tym w ogóle nie wiedział. Bywało też odwrotnie. Kandydująca na prezesa Najwyższej Izby Kontroli Wiesława Ziółkowska powoływała się na poparcie głowy państwa, tymczasem urzędnicy prezydenckiej kancelarii protestowali i mówili, że to jest nieprawda. Prezydent potwierdził jednak swoją rekomendację dla tej posłanki, o czy  prawdopodobnie nie poinformował swoich pracowników. Prezydentowi i jego urzędnikom zdarzało się niemało potknięć i zachowań, które nie powinny mieć miejsca w urzędzie prezydenta. Niezręczności zdarzały się też w kontaktach z delegacjami zagranicznymi. Trzeba podkreślić, że Lech Wałęsa starał się być aktywnym prezydentem, szukał możliwości wpływania na decyzje w ważnych dla Polski sprawach.  Niestety Konstytucja dawała niewiele uprawnień prezydentowi. Lech Wałęsa piastując swoją funkcję poruszał się w granicach prawa.

Problem roli prezydenta w Polsce jest aktualny również obecnie. Uprawnienia głowy państwa od czasów Lecha Wałęsy nie zwiększyły się, stąd też Donald Tusk sprowadził rolę prezydenta do strażnika żyrandola. Następcy Lecha Wałęsy różnie starali się wywiązywać z tej zaszczytnej, ale też odpowiedzialnej funkcji. Aleksander Kwaśniewski sprawował urząd spokojnie, nie wchodził  w kompetencje innych organów państwa. Unikał także sytuacji konfliktowych. Natomiast Lech Kaczyński starał się być aktywnym prezydentem, szczególnie na odcinku polityki zagranicznej Polski. Sposób piastowania przez niego urzędu był bardziej zbliżony do prezydentury Wałęsy. Prezydentura Bronisława Komorowskiego przypomina włodarzenie Aleksandra Kwaśniewskiego.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here