Książka do przeczytania – „Zapodziani” Zbigniewa Kosiorowskiego (z dołączonymi do recenzji dwoma fragmentami powieści)

0

Nie byłbym sobą, gdybym – mimo niedawnej rozmowy z Autorem w PD (z dnia 18 listopada 2021) – nie napisał oddzielnie o tej niedawno wydanej książce! Tym bardziej, iż dotąd ukazały się o niej TYLKO dwie recenzje: pierwsza  A.D. Liskowackiego w „Kurierze Szczecińskim”  (warto się z nią  zapoznać) oraz w „Gazecie Kłodzkiej” prof. Edwarda Kuli, który był „polonistą” Autora z Jego czasów licealnych, a potem profesorem Wyższej Szkoły Nauk Społecznych w Wałbrzychu.

Wiem, że Autor otrzymał też wiele „prywatnych” mejli, ocen „przez telefon”, także w listach, ale mają one charakter prywatny, więc nie istnieją w społecznym obiegu.

Wątek główny tych wypowiedzi snuje się wokół walorów literackich i czytelniczych „Zapodzianych”, że to przede wszystkim POWIEŚĆ WZRUSZAJĄCA (piszący te słowa też tak uważa!). Ale Autor otrzymał również podziękowania  bardziej instytucjonalne, np. od Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich w Bolesławcu, skąd dowiadujemy się,  że jest to powieść, w której czuć  „kresową duszę i  w związku z tym zapraszają Autora do Bolesławca na spotkanie w ramach realizowanego przez Towarzystwo projektu „Poszukiwania Genealogiczne”.

 

Wśród listów jakie otrzymał (a udostępnił mi je „do wglądu”) jeden jest szczególny: od przyjaciela, byłego wydawcy, dziennikarza i pisarza, który  napisał:                                                                „Zbyszku, tekst w „Zapodzianych” wyraźnie nie ma czym oddychać.

Za mała jest czcionka; światła w książce wydawca też poskąpił. Zaś tekst zasługuje na wyeksponowanie, aby tym bardziej móc delektować się nim, swobodnie go przyswajać, gdyż sporo w Twojej książce różnych faktów i nazwisk. (…)

Uważam, że napisałeś opus życia (…) niezbyt często pojawia się w Szczecinie taka książka.  Nie mogę sobie w każdym razie żadnej – choćby tylko podobnej – przypomnieć”!

Podzielam Drogi Zbyszku i Szanowni Czytelnicy tę opinię!

Uważam tę powieść, a znam twórczość Autora – ZA KSIĄŻKĘ JEGO ŻYCIA!  I zgadzam się (jako b. księgarz i także wydawca), że przyjaciel piszący do Ciebie ten list ma dużo racji w kwestii ostatecznego układu książki.

„ZAPODZIANYCH” – DRODZY CZYTELNICY – WARTO (I TRZEBA) PRZECZYTAĆ!

Jest niezwykle ciekawa w treści, przejrzysta w swoim przesłaniu i konsekwentnie zrealizowana!

„Zapodziani” to utwór bogaty pod względem tak literackim, jak i czytelniczym. O czym z pewnością powiedzą Autorowi czytelnicy, którzy przyjdą na Jego spotkania autorskie (już może nawet na to najbliższe w kawiarnio-księgarni „Między wierszami” w Szczecinie, o ile nie przeszkodzi w tym wciąż wielka liczba pandemicznych zakażeń).

Swoją opinię o książce wyraziłem wcześniej w rozmowie z Autorem (w PD, pod koniec listopada ub. roku),  ale powtórzę jeszcze raz, dlaczego warto ją przeczytać:

jest MISTRZOWSKA, szczególnie w prowadzeniu przez Autora dialogów, napisana językiem czasu opowiadanych faktów! Ukazuje  niezwykle skomplikowany obraz egzystencji Polaków, Ukraińców i Żydów na dawnych kresach Rzeczypospolitej, należących dziś do Ukrainy.

 

A oto pierwszy z zapowiedzianych, wybranych przeze mnie fragmentów „Zapodzianych” …

…Stoję przed domem, który zamarł bardziej we wspomnieniach, niż w upale, od zacienionego ogrodu ciągnie nieco chłodem, kucam przy płocie z malwami, nasłuchuję i wypatruję, przez uchylone drzwi na ganku wymykają się na podwórze cienie łatwe do rozpoznania. Dziadek Hilary z kielnią w dłoni, babcia Katarzyna otrzepująca z okruchów fartuszek, mama Stanisława trzymająca za rękę ledwie odstającego od ziemi najmłodszego z wujków – Juliana, wujek Bronek szykujący się do siodłania ułańskiego ogiera, i wujek Janek tarmoszący włosy dokazującego młodszego brata Kazika. Odczytuję z pamięci, że tak mogli wyglądać w trzydziestym drugim; wujek Janek dopiero co przyjechał ze Lwowa, żeby się trochę odżywić po nieustannej głodówce w internacie, Bronisław dostał pierwszą przepustkę i szpanował w mundurze kawalerzysty z oznakami Pułku Ułanów Jazłowieckich ze Stanisławowa, mama opiekująca się młodszym rodzeństwem, a babcia i dziadek promieniejący z dumy. Jakie piękne ujęcie… Nie umiałem wcześniej wywołać takiego zdjęcia, ani tego filmu z czasem zatrzymanym w kadrze, na chwilę tylko, bo klatka za klatką czas zaczyna się cofać, postaci dzieci maleją, niektóre wracają do poczekalni; jeszcze ich pora nie nadeszła. Dziadek pojawia mi się w roku 1914; on pracuje na kolei, a babcia Katarzyna z motyką w dłoni zmierza do ogrodu, na plecach ma zawiniątko z małą Stasią, idzie się jej trudno, bo ciągnie za sobą ucapionego spódnicy Janka. Z pozoru banalne ujęcie; babcia Katarzyna między rzędami kapusty tam, gdzie drzewa się kończą, a poletko jeszcze nie, prostuje zmęczone plecy i spogląda w stronę Fabryki Cygar i Tytoniu. Jeszcze wczoraj prasowała tam tytoń do skręcania cygar, dziś jest niedzielne popołudnie, zawiniątko z małą Stasią już nakarmioną tuż obok; kapusta latoś obrodziła i dwie wielgachne głowy dają wystarczający cień na niemowlę, które śpi i nic sobie nie robi z tego, że w okolicy szykują się do wojny ruskie i austriackie armie. Mały Janek, który już chodzi, pochyla się nad siostrzyczką i patrzy jak wygląda; takie to małe, zupełnie inne niż on, co to już umie patykiem robić dziury w ziemi, a nawet pogonić kreta. I wtedy od strony fabryki dochodzi huk wystrzałów. Stasia spokojnie sapie przez sen, Jasio podskakuje z zaciekawienia, a babcia Katarzyna prostuje znad grządek pochylone plecy, robi dwa kroki wyżej, skąd widać nie tylko fabryczny komin, ale i wiszący nad wytwórnią sterowiec. Wczoraj przypatrywała się z koleżankami, gdy wypuszczano w niebo, z placu obramowanego trzema skrzydłami budynków, uwiązany do podłużnego balonu wiklinowy kosz z żołnierzami. W rozbitych nieopodal namiotach stacjonowali wojskowi, z miejskich koszar co rusz zwożono na furmankach dziwny sprzęt, ulicami przechodziły kolumny piechurów, którzy maszerowali z nieodległej stacji w stronę Tarnopola. Ruch zaczął się już przed tygodniem, ale wcześniejsze transporty kolejowe zmierzały ze stacji głównie furmankami na Stanisławów. Już wtedy Hilary po powrocie z roboty na bocznicy rozładunkowej powiedział, żeby zaczęła pakować niezbędne rzeczy, bo przyjdzie im uciekać przed wojną, no, cesarz nie da rady Moskwie. Przygotowany do drogi wóz stał w stodole już w połowie załadowany, ale arbuzy i kapusta jeszcze nie dojrzały, a teraz ten harmider. Nad fabryką krążył czarny aeroplan, z którego polowano chyba na żołnierzy przykucniętych w koszu pod balonem. Z placu trwało ostrzeliwanie tego czarnego diabła, Moskala, domyślała się Katarzyna. Aeroplan krążył i krążył, i coś z góry zrzucał jakby na tych w koszu, i co rusz strzelał, ale tak dziwnie, jakby bił z fuzji, akuratne by to było na kaczki, pomyślała. I wtedy Stasia się obudziła z płaczem, a Jasio wycelował patykiem w aeroplan i zaraz od Stanisławowa nadleciał czerwony dwuskrzydłowy smok, dopadł czarnego i znów wiatr przyniósł huk strzelaniny. Czarny dał nura nad Stawiskiem, ale rzucało nim na boki, zataczał się i wybrał złe miejsce do lądowania. Choć Katarzyna krzyczała, żeby poleciał gdzieś w czorty, zawadził skrzydłem i zwisającą mu z ogona liną o drzewa nad polem, przekręciło go na plecy i wrył się w zagon kapusty. W dziobie coś mu kichnęło, prysnęły kłęby dymu, zaległa cisza. Jasio z podziwem patrzył na patyk, z którego ustrzelił aeroplan i byłby pobiegł w kierunku stwora, żeby zakończyć polowanie, gdyby nie Katarzyna. Zabrała szybko dzieci, by nie oglądały krwawiącego, dogorywającego po wypadnięciu z kabiny carskiego awiatora z szablą przy pasie. Nawet ją nie zdziwiło jego uzbrojenie, uznała, że w razie potrzeby ci na tych latających stworach sięgają po szable i odcinają wrogowi skrzydła. Wieczorem od Hilarego dowiedziała się o wszystkich wydarzeniach dnia, dokąd austriacka żandarmeria zabrała martwego pilota, a także rozbite to coś, co oglądała po raz pierwszy w życiu. A kiedy Hilary powiedział, że główne kolumny wojska już przeszły i drogi są mniej zatłoczone, na północy grzmi od armat i front się stamtąd zbliża, więc najpóźniej za dwa dni trzeba uciekać, to, patrząc na śpiącego już Jasia, pomyślała, że nie ma strachu, bo na wszystko znajdzie się jakiś patyk i usnęła dziwnie spokojnie…

I „drugi” fragment…

…Oberlejtnant Karol Kaschunberg nie spał tej nocy, pisał i darł, pisał i klął, bo to, co zdarzyło się 12 sierpnia 1914 roku na i ponad dziedzińcem Fabryki Cygar i Tytoniu, z którego wystawił ruchomy, awiacyjny posterunek obserwacyjny, trudno było ująć w raporcie pisanym dla Armeeoberkommando, przebywającego chwilowo znów w Stanisławowie. Od godziny żołnierz czekał na pakiet zaadresowany do generała Franza Conrada von Hötzendorfa, lecz łatwiej na kopercie wykaligrafować nazwisko szlachetnie urodzonego hrabiego, znanego z porywczości i dosadnego języka, niż opisać, co się faktycznie zdarzyło. I to gdzie, właśnie tu! Trafność wybranego miejsca na wystawienie mobilnego posterunku obserwacyjnego nie mogła budzić zastrzeżeń. Budynki ogromnej fabryki z brukowanym dziedzińcem na dwieście metrów po przekątnej, zbudowano w najwyższym miejscu Monasterzysk, a sterowiec… właściwie balon obserwacyjny, wypuszczony na trzystumetrowej linie holowniczej wraz z kablem telegraficznym, wystawał wysoko nad okolicznymi górkami. Z wiklinowego kosza załoga miała doskonały widok na okolice; północ, południe, wschód i zachód, choć w tym przypadku chodziło o rubieże na północy i północnym wschodzie. Nadporucznik sprawdzał osobiście i przez lunetę widział nawet zarysy odległego o blisko 40 kilometrów Tarnopola. Obie armie już od tygodnia koncentrowały swe oddziały nad brzegami Zbrucza i Styru, aż po leżące na północnym zachodzie Brody. Ogłoszona 28 lipca mobilizacja wojsk przebiegała dość niemrawo, przyspieszyła, gdy Rosjanie ogłosili swoją. Kolejowe transporty z Węgier i Wiednia dusiły się na stacjach Buczacza, Tarnopola i Monasterzysk. W pierwszym rzędzie zdecydowano o tworzeniu lotnisk polowych w Baranowiczach i Stanisławowie, skąd operowały już austriackie rozpoznawcze aeroplany. Nieuniknione zwarcie musiało wkrótce nastąpić, na razie wojna się tliła, dając szansę sztabowcom na obmyślenie zwycięskiej taktyki.

Stanowili posterunek pierwszy piątego oddziału 2. Kompanii Balonowej, rozlokowanej na linii Buczacz – Tarnopol, z zadaniem obserwacji ruchów wroga oraz naprowadzania ognia artyleryjskiego na wybrane cele. Cesarskie i królewskie Luftfahrtruppen, w którego skład wchodziła ich Fliegerkompanie, od początku wojny zdane były na opieszały, niestety, kolejowy transport oraz dowóz sprzętu wojskowymi wozami. Piechota już w dwa dni po mobilizacji dotarła na wyjściowe pozycje wokół Lwowa i Tarnopola, gdy oni w tym czasie rekwirowali u miejscowych dodatkowe konie i fury, żeby nadążyć z przewożeniem delikatnych fragmentów maszyn latających. Po pierwszym transporcie z rampy kolejowej na polowe lotnisko w Stanisławowie mechanikom udało się złożyć ledwie trzy aeroplany; dwa lohnery C i jednego aviatika. Z balonami było łatwiej, tym bardziej że oberlejntant Kaschunberg miał w tym względzie odpowiednią praktykę, a poza tym znał tę mieścinę, wiedział, gdzie szukać chronionego dużego placu, odpowiedniego do wystawienia tak ważnej placówki. Zadanie wykonał szybko i bezbłędnie, co zaznaczono w rozkazie dowódcy z 13 sierpnia. W tej wojnie oczekiwał na awanse, uznał, że nadszedł jego czas, by się wykazać męstwem, odpowiedzialnością, ale i inteligencją, którą miał w nadmiarze, ale nie na pokaz. Jej pokłady chował pod pazuchą, nie wychodził przed szereg, nie ujawnił swoich myśli. Na pozór wykonywał jedynie rozkazy. Z precyzją i wyraźnym zapałem. Dlatego dołożył takich starań, by jego pierwszy balonowy posterunek obserwacyjny stał się pierwszy we wszystkim. I gdyby nie to fatalne zdarzenie…

– Każcie, jäger, przynieść mi herbaty. Mocnej! – rzucił przez ramię i wrócił do biurka, które ustawione w namiocie zdawało się meblem z innego świata.

Zatem, wracając do sprawy zasadniczej i głównej myśli zapisanej już w raporcie, to należało ją rozwinąć, bez wątpienia, więc dodał: „Posterunek został niespodzianie zaatakowany przez wrogi aeroplan, który ciągnął za sobą linę z czymś na kształt kotwicy i chciał nią zahaczyć balon obserwacyjny. Ponowienie prób ataku zostało uniemożliwione przez celny ostrzał żołnierzy osłaniających posterunek. Mimo to wróg wrócił. Wszczął pojedynczy ogień z pistoletu, albo z karabinu. Ponadto na broniących placówki żołnierzy zrzucił pociski na tyle celnie, że zginął gefreiter Zdenek Hlawa. Żołnierz wybiegł bowiem na plac bez hełmu i jeden z trzech pocisków trafił go w głowę, powodując śmierć na miejscu…” – przerwał, zaklął, skosztował przyniesionej przez ordynansa herbaty i splunął z niesmakiem. Od tego raportu zależała jego kariera. Korespondencja powędruje wprost do sztabu, nie do upierdliwego hauptmanna, którego właśnie zastępuje, więc tym bardziej musi być po wojskowemu precyzyjna, mimo tak wyraźnych komplikacji i braku słów, jak nazwać przedmiot, który zabił szeregowego, a głównie to, że ten głupi Czech obsadził wprawdzie stanowisko z karabinem w dłoni, ale z gołym łbem, donnerweter! Musiał odrzucić te dygresje, by uprościć raport zajmujący już dwie strony kancelaryjnego papieru. Dopisał więc najważniejsze, chcąc objaśnić, jaką nową bronią dysponują carskie siły powietrzne: „Gefreitera Hlawę zabił pocisk zrzucony perfidnie z rosyjskiego aeroplanu wprost na stanowisko osłony posterunku, ostrzelanego wcześniej niecelnym ogniem z rosyjskiej broni myśliwskiej z Tuły, co sprawdzono już po zestrzeleniu wroga”… No tak, ale jak to się stało, że obserwatorzy nie zauważyli w porę wrogiego aeroplanu, skoro po coś tam wisieli i obserwowali okolice, mając je jak na dłoni, co? Właśnie, właśnie…, patrzyli z góry na kąpiące się nago w nieodległym stawie wieśniaczki, widzieli gołe zadki dziewczyn, a tymczasem wróg ich ostrzelał, a nawet usiłował zahaczyć kotwicą. Tak było, sprawdził tamte okoliczności gapiostwa, nałożył stosowne kary, a wcześniej sprał załogę balonu po pyskach zanim kazał ich zamknąć w karcerze. Tak należało, ale czy ma o tym wszystkim zdawać sprawę w raporcie i niepotrzebnie zawracać generałowi głowę? Pominie przyczyny, że posterunek nie ostrzegł w porę o zbliżającym się napastniku, pal licho starszego szeregowego Hlawę, bo ostatecznie wróg został strącony. Trudniej pominąć nazwanie tego, czym szeregowy został tak śmiertelnie ugodzony. Nie napisze przecież, że pospolitą cegłą, bo to nie było ot takie zwykłe. Popatrzył znów ze złością, ale uważniej, na leżące obok biurka cegłówki, dwie rozpołowione wskutek walnięcia o bruk i jedną z fragmentami mózgu i włosów szeregowego. Podniósł ją do światła i dopiero teraz zauważył odciśnięte na niej znaki, chyba cechu zajmującego się ich produkcją. Cegła klinkierowa to nie byle co, wymaga odpowiedniego wypalania i nie w zwyczajnych cegielniach, a raczej w zakładach ceramicznych. Od myślenia rozbolała go głowa, chciał koniecznie rozwiązać tę zagadkę, co dawało szansę na wskazanie, skąd też wrogi aeroplan wziął ładunek takich pocisków na pokład. Wytworzenie i załadunek klinkierowych pocisków w Tarnopolu wskazywałoby, że carska armia już tam dotarła, a przecież ostatnie raporty z frontu nie wspominają o tym; kajzerowskie wojska dzielnie stoją na granicy, zbierają siły, Moskale też się zbroją, ale po drugiej stronie, więc Tarnopol jest nasz. Nieważne, niech sztab sam rozwiąże ten dylemat. Bał się snuć, a tym bardziej wyrażać takich domysłów, by go nie podejrzewano o defetyzm i wrogą dezinformację. Gdyby Rosjanie zajęli Tarnopol, byłyby tego widome oznaki, obserwatorzy z balonu nie potwierdzają walk wokół miasta. A jednak na klinkierowych pociskach odciśnięto herb grodu. Pal licho! To mogła być wroga dezinformacja, ruscy wprowadzają w błąd, by siać panikę. Tym bardziej pal licho! Ważniejsze, niestety, że carscy piloci nie poprzestają na obserwacji, ale też zrzucają na nasze pozycje klinkierowe pociski i polują na balony obserwacyjne, używając żelaznych haków i kotwic. Swoją drogą ciekawe, co stałoby się z aeroplanem, gdyby pilot skutecznie zahaczył o powłokę balonu uwiązanego na linie nośnej? W każdym razie podejmowane przez wroga próby świadczyły o zamiarze nie tylko uszkodzenia balonu. Stąd wniosek: pojawia się nowy element w taktyce awiacyjnej, dotąd pełnej szarmanckiej, choć chłodnej uprzejmości wrogich pilotów wobec siebie, mijających się bez wyrażania agresji ponad walczącymi w okopach armiami. Ale czy wolno mu zawierać takie sugestie w raporcie?

Zbigniew Kosiorowski: ZAPODZIANI, s. 363, br., Wyd. Forma, Szczecin, Bezrzecze 2021

 

Przeczytaj również: Agresja, która wydziedzicza. Aneks do „Zapodzianych”

Poprzedni artykułTrendy modowe na wiosnę 2022 – czym warto się zainteresować?
Następny artykułWykorzystanie baterii z elektrycznych pojazdów
Karol Czejarek
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here