Agresja, która wydziedzicza. Aneks do „Zapodzianych”

1

Widziałem gotujące się do ataku szwadrony. W nadrzecznej mgle. Konie parskały, niektóre zniecierpliwione uderzały kopytami przednich nóg o zmarzniętą ziemię, stały dość blisko po tej stronie Koropca, więc rzeka nie stanowiła istotnej przeszkody. Kiedy już spałem nasz dom na Folwarku ułożył się akuratnie w poprzek drogi konnicy, chyba Budionnego, choć nikt z nas nie wiedział, którędy zaatakują. A jeśli to oddziały Rokossowskiego, które szły nieopodal, ale 25. lat później? We śnie trudno zgadnąć. Po strachach zawsze podobnych i nakładających się, łatwo o zmyłkę. Na tej ziemi to demony od wieków powtarzalne. I te z 1914, i te z 1939, jak i późniejsze. Zawsze ciągnęły z tamtej strony.

Leżałem wciąż na plecach w babcinym ogrodzie między malwami. Niby to chłopię w zawiniątku gotowym do drogi. Jednocześnie wyrostek w wieku poborowym, a nawet więcej, bo już jakiś stary i skostniały. W plecach kumulowały się strachy kilku pokoleń. W każdym razie drętwiałem. Zaraz kawaleria ruszy, czułem ścisk w gardle. Dłonią wymacałem połamane gałęzie z sadu, nie było się czym bronić. Wprawdzie wujek Janek zestrzelił kiedyś aeroplan Moskala z patyka, ale kiedy to było… Przewróciłem się na bok, coś boleśnie strzeliło; nieco wyżej, pomiędzy siódmym, a ósmym kręgiem. Ból wyrwał ze snu, co mnie osłoniło na chwilę przed szarżą konnicy. Ręką trafiłem na budzik, dochodziła czwarta. W dniu moich 78. urodzin, 24 lutego, skojarzyłem. Próbowałem przewrócić się na bok, nie było łatwo. Przepocona poduszka nie pachniała malwami i ktoś z konnych nadal dźgał mnie szpicrutą między łopatkami, mimo że na jawie. Pomyślałem: oto „Zapodziani” dopominają się zagubionego przeze mnie wątku, albo sygnalizują, że pora wstać, bo czas na bezbolesne spanie właśnie minął.

Do komputera przygnał mnie lęk. Zorientowałem się, że moje Podole znów się pali. Na Stanisławów spadła nie carska, nie bolszewicka konnica, a rakiety Putina. Ruszyły i czołgi. Z północy, ze wschodu oraz wprost z Sybiru, jak zawsze. Słyszałem je zawczasu, jeszcze we śnie, kiedy grzały silniki, na dwie godziny przed napaścią na Ukrainę. Za późno się obudziłem…

Machinalnie otworzyłem plik z powieścią. Czułem, że coś się z nią dzieje. Z ekranu zainfekowanego przez kremlowskich hakerów laptopa zaczęły znikać fragmenty kresowych krajobrazów, postaci blakły, niektóre zdarzenia ktoś starał się wymazać, unieważnić. Kursor na ekranie znieruchomiał, nie reagował na moje polecenia, traciłem możliwość obrony utrwalonej, zdawało się pamięci. Z sąsiedniego pokoju, z telewizora, dobiegały dramatyczne informacje o wojnie na Ukrainie; Ania martwiała przy ekranie. Właśnie ujrzała, jak bajcy szykowali się do aneksji pamięci o rodzinie jej taty z Żytomierza. A z takim trudem udało się nam ożywić losy Jana i jego ucieczki do Polski po „Ryskim pokoju”. Teraz sałdaty z giwerami w dłoniach znów tam wejdą, zabiją opornych, a nam kolejny raz odbiorą prawo do cząstki obecnej tożsamości. Nam kawalątek pamięci, Ukraińcom zaś życie i ojczyznę. Wybuchła wojna! Coraz straszniejsza. Na naszych oczach, z jakim udziałem świata?

Kolejna doba niewypowiedzianej krwawej agresji z groźbami unicestwienia dla obrońców Ukrainy i ewentualnych jej pomocników. Rośnie liczba zabitych. Świat słyszy jęki rannych, skargi ludzi ze zbombardowanych domów, ogląda exodus uciekinierów. Tym razem agresor (jako wyzwoliciel) nie wyposażył ich w karty ewakuacyjne. Wyciągam wyblakły dokument z marca 1945 roku z potwierdzonym prawem do wywiezienia z Monasterzysk 8 kilogramów kartofli i dwóch kóz, które uratują nas później w trakcie transportu od głodu. Uciekinierzy z Ukrainy dziś ciągną za sobą walizy i małe dzieci. Najczęściej to kobiety. Mężczyźni pozostali by walczyć z agresorem, który zamierza ich wydziedziczyć. Jako podwójnie wydziedziczony przez tych samych wrogów, odczuwam ich ból. Sowieci bombardując Ukrainę pozbawiają mnie znów zaprzeszłej ojcowizny; domu i tamtych krajobrazów. Ograbiają również z marzeń, zabierają nadzieję.

Plik z powieścią, linijka po linijce zanika. Każda rakieta, każdy wybuch, każda krew i cierpienie, wymazują tamten świat. Pozostaje tylko tytuł: ZAPODZIANI… – kolejnej odsłony na naszych Kresach.

 

Zapisane: Szczecin, 25 lutego 2022r. Ukraińcy nadal się bronią…

Poprzedni artykuł# Filmy o robotach
Następny artykułśp. Maria Dakowska
Zbigniew Kosiorowski
Dr Zbigniew Kosiorowski, prof. nadzw. ZPSB – prozaik, dziennikarz, autor licznych reportaży radiowych, prasowych i słuchowisk. Ukończył studia wyższe polonistyczne (UAM, Poznań) i podyplomowe: prawa autorskiego (UJ, Kraków), krytyki artystycznej (WSNS, W-wa), a także w dziedzinie zarządzania, doradztwa finansowego i budowy strategii spółek (SGH, W-wa). Doktorat z ekonomii w zakresie nauk o zarządzaniu (SGH, W-wa). Współzałożyciel i redaktor naczelny Wydawnictwa GLOB (1984-1990), czasopism: Morze i Ziemia (1978-1981) i Między Innymi (1985-1989). W latach 1990-2006 prezes i redaktor naczelny Polskiego Radia Szczecin SA. Medioznawca i ekspert prawa autorskiego, profesor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu, autor monografii naukowych m.in.: Radiofonia publiczna (1999), Dysjunkcje misji (2009), podręczników cyfrowych do nauczania online: Gospodarowanie kapitałem ludzkim (2011) i Ochrona własności intelektualnej (2011), a także kilkudziesięciu artykułów naukowych z dziedziny zarządzania. Założyciel i dyrektor Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami (1987-2003), kapitan jachtowy. Wydał ponad 20 pozycji książkowych, m.in.: W pętli (1985), Gnilec (1986), cykl powieści młodzieżowych Przez cztery oceany (1986-1990), Archipelag odpływów (2010), Desant (2013), Kamień podróżny (2016) i Zapadnia (2018).

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here