„Jeździdło do świata” – Jan Zdzisław Brudnicki (recenzja)

0

Narrator książki (opowieści) Jana Zdzisława Brudnickiego „Jeździdło do świata”, alter ego autora, należy do starszego pokolenia urodzonych na prowincji jeszcze przed wojną, dla których nowa powojenna rzeczywistość otwierała szansę znacznego awansu społecznego. By tego dokonać, czyli opuścić dość hermetyczne środowisko wiejskie, potrzeba było nie tylko zgody i pomocy najbliższych. Przede wszystkim potrzebne było ogromne samozaparcie, wola przezwyciężenia piętrzących się trudności. Pierwszy z brzegu przykład: jak pokonać codziennie wielokilometrową drogę do szkoły i to w obu kierunkach, uwzględniając oczywiście wszystkie pory roku, po której nic nie jeździło: ani pociąg, autobus, ani nawet chłopska furmanka. Nawet najpilniejszy uczeń nie był w stanie odbyć pieszej wędrówki przez las, czyli najkrótszą z możliwych tras. Zaradzić w biedzie mógł tylko rower, pod czym rozumiemy zwykle sprawny, rzadko psujący się sprzęt na dwóch kółkach. Co jednak, gdy „cudeńko” do jazdy złożone zostało przez miejscowego wioskowego czarodzieja z dziesiątków części już samych w sobie nie nadających się do użytku? Taki wehikuł, pieszczotliwie przez bohatera nazwany „jeździdłem”, albowiem starał się zachować tę podstawową funkcję, stał się przez lata jego najwierniejszym przyjacielem. Nie tylko przenosił go z miejsca na miejsce, ale dosłownie i w przenośni skracał odległości, te liczone w kilometrach, jak i zaistniałe w głowie z powodu kompleksów pochodzenia. I tak nasz bohater z wioski podkozienickiej wyruszył swym jeździdłem „do świata”. Droga wiodła przez gimnazjum i liceum w pobliskim mieście powiatowym wprost do stolicy, na uniwersytet, później do pracy w Bibliotece Narodowej i w licznych redakcjach stołecznych pism literackich. Talent i ambicja przyniosły mu uznanie środowiska, zaowocowały wieloma publikacjami.

Co urzeka w tej biografii jednostkowej, a zarazem rodzinnej, środowiskowej i pokoleniowej? Niewątpliwie jest to zasługa urokliwego i konsekwentnego języka narracji. Na pytanie kolegi: „jakim językiem piszesz?” (swój utwór), narrator odpowiada: „językiem starego roweru”. W istocie, chwyt to przedni pozwalający autorowi na zastosowanie całej gamy środków literackich, które sprawiają, że rower (jeździdło) staje się Pegazem, prowadzącym jego i czytelnika przez niezwykłe krainy, te już zapomniane i te całkiem współczesne. Wartka narracja wyczarowuje opowieść zbitą i zwartą, utkaną z dziesiątków zdarzeń, obserwacji, faktów zasłyszanych i realnych, barwnych charakterystyk kolegów, znajomych, przyjaciół, a wszystko przetykane smakowitymi anegdotami i ciepłem pogodnego humoru.

Byłem na spotkaniu z autorem w Centrum Promocji Kultury na Grochowie, salę wypełnili nie tylko jego przyjaciele. Trwało dość długo, bo każdy czuł potrzebę podzielenia się wrażeniami z lektury, uzupełnienia faktów tej wciągającej opowieści lub zadania pytania. Rzecz czyta się jednym tchem!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here