Irak w polityce prezydenta Baracka Obamy

0
Wikimedia Commons ? repozytorium wolnych zasobów

Barack Obama jako senator a następnie kandydat na prezydenta krytycznie odnosił się do polityki swojego poprzednika George’a W. Busha. Uważał, że Bush pochopnie podjął decyzję o inwazji na Irak w marcu 2003 r. w oparciu o błędne informacje jakoby Saddam Husajn pracował nad bronią nuklearną i ponadto współdziałał z Al-Kaidą. Obiecał wówczas w kampanii wyborczej, że jeżeli zostanie wybrany prezydentem, to w zależności od rozwoju sytuacji w Iraku będzie stopniowo co miesiąc wycofywał z Iraku jedną kompanię żołnierzy. W 2008 r. Obama nie obiecywał wiele, jeżeli chodzi o przyszłość Iraku. Mówił wówczas: „Irak nie będzie idealnym miejscem, a my nie mamy nieograniczonych środków, aby próbować uczynić Irak idealnym miejscem”.

Kiedy obejmował urząd prezydenta w styczniu 2009 r. sytuacja w Iraku daleka była od stabilnej. Obama konsekwentnie jednak realizował swoje zapowiedzi programowe, by rozwiązać pragmatycznie odziedziczony po poprzedniku problem. Aby zabezpieczyć się przed atakami republikanów, zatrzymał na stanowisku szefa Pentagonu Roberta Gatesa, który pełnił tą funkcję w administracji George’a W. Busha.

Kiedy Obama wkraczał do Białego Domu, w Iraku przebywało 135 tysięcy żołnierzy amerykańskich. Postanowił, że będzie stopniowo redukował liczbę żołnierzy amerykańskich i więcej odpowiedzialności za stabilizację powierzał armii i policji irackiej. Nadzór nad realizacją swojej polityki w Iraku Obama powierzył wiceprezydentowi Joe Bidenowi. Biden jako senator zdobył duże doświadczenie w sprawach międzynarodowych. Aby dobrze wywiązać się z powierzonego mu zadania, Biden wielokrotnie podróżował do Iraku i uzgadniał wszystkie decyzje z Obamą. Prezydent był świadom, że wojna w Iraku jest niepopularna w społeczeństwie amerykańskim i wiedział, że jego plan zakończenia amerykańskiej operacji wojskowej spotka się z poparciem Amerykanów.

31 sierpnia 2010 r. w przemówieniu telewizyjnym do narodu ogłosił zamiar stopniowego zakończenia wojny w Iraku. Ogłosił „koniec misji bojowej” wojsk amerykańskich w Iraku mimo, że sytuacja w Iraku była nadal niebezpieczna. Dochodziło do zamachów bombowych, do konfliktu między sunnitami i szyitami. Coraz aktywniejsi byli terroryści spod znaku Al.-Kaidy. Już wycofał prawie 100 tys. żołnierzy i zapowiedział, że do końca 2011 zostanie w Iraku 50 tys. żołnierzy, których zadaniem będzie ochrona ludności cywilnej oraz doradzanie wojskom irackim w walce z terrorystami. Również stopniowe, już w lipcu 2011 r. wycofywanie się z Afganistanu, zapowiadał Obama i mówił o przekazywaniu odpowiedzialności za kraj Afgańczykom. W Iraku zginęło do 31 sierpnia 2011 r. 4734 żołnierzy amerykańskich a w Afganistanie 2057. „Wysłaliśmy naszych młodych mężczyzn i kobiety, którzy ponieśli ogromne ofiary w Iraku i przeznaczyliśmy ogromne środki za granicę w czasie, gdy mamy poważne ograniczenia budżetowe w kraju” – powiedział Obama[1].

21 października 2011 r. Obama oświadczył, że żołnierze amerykańscy do końca roku opuszczą Irak, kończąc w ten sposób prawie dziesięcioletnie działania wojenne w Iraku. Koszty tej operacji wojennej dla Stanów Zjednoczonych były ogromne, ponad bilion dolarów, ponad 4500 zabitych żołnierzy, 32 tysiące rannych. Do tego trzeba dodać głębokie podziały społeczeństwa amerykańskiego. W czasie tej wojny zginęło również ponad 100 000 Irakijczyków. Ogłaszając decyzję o wycofaniu wojsk amerykańskich Obama dodał, że od 1 stycznia 2012 r. Stany Zjednoczone i Irak rozpoczną „normalne stosunki między dwoma suwerennymi państwami i równe partnerstwo oparte na wzajemnych interesach i wzajemnym szacunku”. „Nasi żołnierze wychodzą z Iraku z podniesionymi głowami, dumni z sukcesu… Tak zakończy się amerykański wysiłek w Iraku” – dodał prezydent [2]. Nie wszyscy podzielali tę opinię w USA i na świecie.

„Decyzja prezydenta Obamy – piszą autorzy amerykańscy – o wycofywaniu do końca 2011 roku wszystkich amerykańskich oddziałów oznaczała, że prezydent nie zdołał przekonać Irakijczyków do trwałego partnerstwa ze Stanami Zjednoczonymi – chociaż jest również możliwe, że prezydent wcale nie chciał, żeby pozostała tam znaczna liczba amerykańskich żołnierzy i z zadowoleniem przyjął decyzję Iraku o nieprzyznaniu wojskom amerykańskim immunitetu, którego udzielenie stanowiło warunek pozostania w tym kraju”[3].

W czasie rozmów 12 grudnia 2011 r. z premierem Iraku Nuri Kamal al-Maliki, Obama obiecał, że Stany Zjednoczone będą dostarczać Irakowi sprzęt wojskowy m.in. samoloty F-16 oraz szkolić będą irackie siły zbrojne. Obama wówczas publicznie pochwalił premiera Iraku za to, że jego rząd jest wielopartyjny. Spotkało się to z krytycznymi opiniami ze strony sunnickich polityków, którzy uważali, że premier jako szyita faworyzując swoich współwyznawców.

W listopadzie 2013 r. Obama powiedział premierowi Iraku, że powinien włączyć do rządu przedstawicieli sunnitów i zażądał przyjęcia ustawodawstwa, które wzmocni demokratyczne podstawy ustroju w Iraku. W publicznych wypowiedziach, amerykański prezydent jednak chwalił go za demokratyczne rządy, które czynią Irak „silnym, prosperującym i demokratycznym” krajem.

W druga rocznicę zakończenia misji bojowej w Iraku, prezydent spotkał się 31 sierpnia 2012 r z żołnierzami i ich rodzinami w Fort Bliss w El Paso w Teksasie. Obama powiedział, że wycofał 150 tys. żołnierzy z Iraku, a ostatni żołnierze opuścili Irak w grudniu poprzedniego roku, „Opuściliście Irak z honorem – mówił prezydent –wasza misja się zakończyła z głową podniesioną do góry.

W czerwcu 2014 r. fundamentaliści islamscy rozpoczęli ofensywę w Iraku. Zajęli drugie co do wielkości miasto w Iraku, Mosul (1,8 mln mieszkańców) i grozili najazdem, na Bagdad. Prezydent Obama znalazł się w ogniu krytyki ze strony republikanów. John McCain i inni republikanie ponownie zaatakowali Obamę za wycofanie wojsk amerykańskich z Iraku w końcu 2011 r, domagali się od prezydenta zwiększenia pomocy wojskowej dla rządu. W Bagdadzie McCain oświadczył 13 czerwca 2014 r, że należy rozważyć amerykański atak lotniczy na siły rebelianckie w Iraku i wprowadzenie wojsk amerykańskich nie jako sił bojowych, ale stabilizujących sytuację w Iraku. Bojówki islamskie zwane Państwo Islamskie w Iraku i Lewancie znane w skrócie ISIL (Islamic State in Iraq and the Lavant)[4] dążyło do wprowadzenia kalifatu w Iraku i w Syrii.

Dlatego też republikanie żądali znacznego zwiększenia pomocy wojskowej dla sił opozycyjnych w Syrii i zdymisjonowania zespołu doradców prezydenta Obamy do spraw bezpieczeństwa narodowego. Republikański senator z Południowej Karoliny Lindsey Graham w programie telewizyjnym „Face the Nation” postulował naloty amerykańskie na pozycje fundamentalistów islamskich i współpracę z Iranem, aby wspólnie uratować Bagdad[5].

Obama zareagował natychmiast na krytykę swych amerykańskich oponentów oświadczając 13 czerwca 2014 r, że nie wyśle do Iraku sił lądowych. „Nie wyślemy ponownie naszych żołnierzy by walczyli w Iraku. Zwróciłem się do zespołu moich doradców do spraw bezpieczeństwa narodowego, aby przygotowali cały zestaw innych opcji” – powiedział prezydent[6]. Obama skrytykował rząd iracki za niedostateczną gotowość rządowych sił zbrojnych do walki z rebeliantami i mówił o kiepskim morale tych sił. Obama uważał, że premier Iraku Nuri al-Maliki swoją polityką doprowadził do pogłębienia podziałów w społeczeństwie irackim między sunnitami, szyitami i Kurdami. Maliki wyrzucił sunnitów ze swego rządu co zaostrzyło podziały i konflikty religijne w Iraku i groziło rozpadem kraju. Obama osobiście zaapelował do premiera Iraku, aby podzielił się władzą z sunnitami i stworzył wspólny blok koalicyjny. Prezydent zwrócił też uwagę, że Stany Zjednoczone przeznaczyły już miliardy dolarów na pomoc i szkolenie irackich sił zbrojnych. Waszyngton dostarczył Irakowi m.in. sprzętu amunicji, rakiet Hellfire, ofensywnych karabinów i helikopterów wartości 15 mld dolarów[7]. Było oczywiste w połowie 2014 r, że łatwiej przyszło George’owi W. Bushowi wplątać się w wojnę w Iraku, aniżeli Barackowi Obamie wyplatać się z problemów Iraku.

W obawie, że ekstremiści spod znaku Islamskiego Państwa Iraku i Syrii zajmą Bagdad, Departament Stanu 15 czerwca 2014 r. postanowił ewakuować znaczną część personelu ambasady Stanów Zjednoczonych w Bagdadzie. Ambasada, swego rodzaju forteca położona w tzw. Strefie Zielonej nad brzegami Tygrysu, jest największą pod względem liczby personelu placówką dyplomatyczną USA na świecie. W czerwcu 2014 r. pracowało tam 5,5 tysiąca osób. Pentagon wysłał do Zatoki Perskiej lotniskowiec „George H. W. Bush” i dwa inne okręty wyposażone w broń rakietową na wypadek udziału w operacji militarnej.

15 czerwca 2014 r. Obama oświadczył, że jakikolwiek udział Stanów Zjednoczonych w akcji militarnej w Iraku uzależniony będzie od przyjęcia przez rząd iracki planu współdziałania szyitów, sunnitów i Kurdów, i zmniejszenia podziałów wewnętrznych. Prezydent zaprosił 18 czerwca do Białego Domu czołowych demokratów i republikanów z obu izb Kongresu w celu przekonsultowania się odnośnie środków jakie Waszyngton powinien podjąć w celu sprostania zagrożeniom powstałym w Iraku. Wcześniej rzecznik prasowy Jay Carney powiedział, że „prezydent nie wykluczył niczego z wyjątkiem wysłania amerykańskich żołnierzy bojowych do Iraku”[8]. Obama powiedział zebranym kongresmanom i senatorom, że nie potrzebuje zgody Kongresu na podejmowanie jakichkolwiek działań w Iraku, ponieważ upoważnienia Kongresu z 2001 r. i 2003 r. są nadal aktualne. Postawił jednak wobec liderów w Kongresie trzy problemy, które wymagają odpowiedzi. Po pierwsze jak skutecznie sprostać zagrożeniom ze strony radykalnych sunnitów. Po drugie, jak wzmocnić irackie siły bezpieczeństwa na krótką i dłuższą metę. Po trzecie w jaki sposób zachęcić przywódców irackich do różnych frakcji do wspólnego rządzenia krajem.

Obama nie godził się na pobyt oddziałów amerykańskich w Iraku, ponieważ parlament Iracki był przeciwny udzieleniu immunitetu żołnierzom amerykańskim za naruszenie miejscowych praw. Prezydent powtarzał Amerykanom, ze nie zmierza rozwiązywać problemów za rząd tego kraju.

Po tej konsultacji z członkami Kongresu, następnego dnia 19 czerwca Obama oświadczył, że wyśle do Iraku ok. 300 doradców wojskowych, którzy wspominać będą siły irackie w walce z radykalnymi sunnitami i fundamentalistami ISIL. Prezydent dodał, że Stany Zjednoczone będą zbierać dane wywiadowcze, również przy pomocy dronów, dotyczące rebeliantów, pomogą w identyfikacji celów i w osłabieniu terrorystów. To zaś służy nie tylko interesom rządu Iraku, ale także interesom Stanów Zjednoczonych[9]. Ataki lotnictwa amerykańskiego na siły rebelianckie, co sugerowali wówczas niektórzy politycy amerykańscy były nie wskazane, ponieważ dżihadyści byli rozproszeni i przemieszani z cywilną ludnością sunnicką, W niedługim czasie później Pentagon wysłał dodatkowo kilkaset żołnierzy do Iraku, aby wspomagali rząd iracki i chronili ambasadę amerykańską w Bagdadzie.

Rząd amerykański nie ukrywał swego niezadowolenia z polityki premiera al-Malikiego, który usunął sunnitów ze swego rządu, przez co zantagonizował sobie znaczna część społeczeństwa Iraku. Na Baracka Obamę wywierano naciski, aby uzależniał pomoc wojskową Waszyngtonu dla Iraku od ustąpienia al-Malikiego, ale prezydent powiedział, że „nie jest naszym zadaniem wybieranie Irakowi przywódców” [10].

W Iraku powstała w lecie 2014 r. niebezpieczna, chaotyczna sytuacja. Krajowi groził rozpad. Tym bardziej, że Kurdowie w Iraku mieli ambicje proklamowania własnego niezależnego państwa. Obama postępował jednak ostrożnie nie chcąc pochopnie uwikłać Stanów Zjednoczonych w wewnętrzne walki w Iraku. Analizując sytuację w Iraku prezydent powtarzał, że nie widzi rozwiązania militarnego w tym kraju i z pewnością nie widzi operacji militarnej przeprowadzonej przez Stany Zjednoczone. Nie po to przyspieszył proces wycofania wojsk amerykańskich by teraz pochopnie zaprzepaścić to co opinia publiczna w USA uznała za jego sukces. Ponadto pamiętał on, że niewłaściwa decyzja prezydenta wobec Iraku może rzutować na wybory kongresowe w 2014 r, a nawet na wybory prezydenckie w 2016 r. Waszyngton nie ujawniał, czy polityka wobec Iraku była przedmiotem konsultacji z sojusznikami i krajami arabskimi. Uwaga administracji Obamy, w lecie 2014 r. skupiona była na sytuacji na Ukrainie i na stosunkach z Rosją.

W związku z zagrożeniem ze strony dzihadystów dla szyitów, w Iraku pojawiła się szansa współpracy amerykańsko-irańskiej na terenie Iraku. Rząd Obamy byłby gotów współdziałać z szyickim Iranem w Iraku, ale pod warunkiem, że Iran poparłby idee utworzenia stabilnego rządu w Iraku z udziałem nie tylko szyitów, ale także sunnitów i Kurdów. Perspektywa współpracy USA z Iranem zaniepokoiła Izrael. Premier Benjamin Netanjahu powiedział, że byłoby błędem Obamy gdyby w zamian za współpracę z Iranem w walce z Al Kaidą w Iraku, Stany Zjednoczone zmniejszyły presję na Iran, aby wyrzekł się swoich ambicji nuklearnych. Izrael uważał program nuklearny Iranu za poważne zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa.

Radykalni islamiści z ISIS zagrażali Bagdadowi i Kurdom. W stworzonym przez nich kalifacie obejmującym część obszaru Syrii i Iraku stosowali represje wobec chrześcijan i innych mniejszości. Z kontrolowanych przez radykalnych islamistów terenów uciekło ok. 200 tysięcy ludzi szukając schronienia w górach i innych bezpiecznych miejscach. Znajdowali się oni w bardzo trudnej sytuacji bez wody, żywności i dachu nad głową. „Mając unikalne możliwości zapobieżenia masakrze – powiedział 7 sierpnia 2014 r. Obama – uważam, że Stany Zjednoczone nie mogą zamykać oczu. W tej sytuacji Barack Obama postanowił odpowiedzieć na apel rządu Iraku i Kurdów, i 7 sierpnia oświadczył, że wydał rozkaz rozpoczęcia ograniczonych ataków lotniczych na pozycje bojowników ISIS. Obama powiedział, że działania ISIS grożą „ludobójstwem” i określił ich mianem „barbarzyńców”. „Jako naczelny dowódca – powiedział równocześnie prezydent – nie pozwolę, aby Stany Zjednoczone zostały wciągnięte w kolejna wojnę w Iraku”[11]. Zadaniem tej operacji była również ochrona obywateli amerykańskich, dyplomatów i doradców wojskowych przebywających w Erbil i w Bagdadzie. Obama ponowił apel do premiera Iraku Nuri al-Maiki o stworzenie rządu jedności narodowej obejmującym główne grupy religijne i etniczne i od tego uzależnił włączenie się Stanów Zjednoczonych w stabilizację i bezpieczeństwo Iraku. Prezydent nie ukrywał, że oczekuje rezygnacji Maliki ze stanowiska premiera.

– Obiecywałem w wyborach zakończyć tę wojnę i nie ma do niej powrotu – podkreślał prezydent. – Jak już nieraz mówiłem, USA nie mogą i nie powinny interweniować we wszystkich sytuacjach kryzysowych na całym świecie. Ale jeśli mamy sytuację taką jak na górze Sindżar, gdzie śmiertelnie zagrożeni są niewinni ludzi, jeśli mamy legitymację czyli oficjalną prośbę irackiego rządu, by im pomóc, i jeśli mamy operacyjne zdolności, by zapobiec masakrze, to uważam, że Stany Zjednoczone nie mogą pozostać bezczynne. Musimy działać, żeby nie dopuścić do ludobójstwa[12].

8 sierpnia dwa samoloty F-18 rozpoczęły bombardowanie pozycji bojowników ISIS w pobliżu Erbil. Prezydent poinformował, że bombardowanie pozycji radykalnych islamistów w kalifacie może być „długoterminowym przedsięwzięciem” („long-term project”). Równolegle z tą operacją amerykańskie samoloty transportowe osłaniane przez myśliwce amerykańskie zrzucały w miejscach górskich, gdzie schronili się uchodźcy, wodę i gotową do jedzenia żywność.

Działania Obamy spotkały się z poparciem republikanów, ale równocześnie uznano je za spóźnione i niewystarczające. Niektórzy uważali, że prezydent nie powinien wykluczać użycia amerykańskich sił lądowych przeciwko ISIS. Senator John McCain domagał się rozszerzenia bombardowań na Syrię[13]. Speaker Izby Reprezentantów John A. Boehner domagał się zdecydowanej rozprawy z bojownikami Islamskiego Państwa Syrii i Iraku, którzy stanowią „śmiertelne zagrożeniem dla regionu”. W podobnym tonie wypowiadali się inni republikańscy kongresmeni i senatorowie.

Natomiast przeciwko bombardowaniom pozycji ISIS wypowiadały się organizacje antywojenne. M.IN. Angela Canterbury dyrektor Council for a Livable World oraz Center for Arms Countrol and Non-Proliferation powiedziała, że jej organizacje „stanowczo potępiają wznowienie militarnego zaangażowania Stanów Zjednoczonych w Iraku” i dodała : „Nie stać nas na kolejną przegraną wojnę zagranicą”[14]. Sondaż przeprowadzony w lipcu 2014 przez Pew Research Center wykazał, że tylko 39% ankietowanych Amerykanów jest zdania, ze Stany Zjednoczone mają obowiązek interweniowania w Iraku.

Interwencja amerykańska w Iraku prawdopodobnie przyczyniła się do zmiany premiera w tym kraju. 11 sierpnia prezydent Iraku Fouad Massoum desygnował szyitę Haidera al-Abadi na stanowisko premiera Iraku. Tego samego dnia Obama wydał oświadczenie z poparciem dla al-Abadi i obiecał nowemu rządowi Iraku pomoc „partnerską” w walce „z siłami terrorystycznymi”[15].

Dotychczasowy premier oświadczył dopiero 14 sierpnia, że gotów jest ustąpić ze stanowiska, ale zachowa je do czasu utworzenia nowego rządu pod kierownictwem nowego premiera. Decyzję o ustąpieniu al-Makki podjął niechętnie i pod naciskiem prezydenta Obamy, Iranu i sił wewnętrznych w Iraku.

W 2004 roku było oczywiste, że Stany Zjednoczone znacznie straciły swoje wpływy w Iraku, o czym świadczy długotrwały opór al-Maliki wobec żądania Obamy, aby zmienił politykę wewnętrzna Iraku i doprowadził do pojednania narodowego. W końcu jednak ustąpił naciskom co świadczy o tym, że Stany Zjednoczone zachowały jeszcze pewne wpływy w Iraku.

Aby zademonstrować opozycji republikańskiej i światu, że Stany Zjednoczone nie przyglądają się bezczynnie działalności dzihadystów spod znaku Państwa Islamskiego w Iraku, Obama rozkazał lotnictwu amerykańskiemu bombardować ich pozycje w Iraku, dostarczył broń i sprzęt wojskowy Kurdom. Równocześnie podkreślił, że „amerykańscy żołnierze nie wrócą by walczyć w Iraku, ponieważ nie ma amerykańskiego rozwiązania militarnego poważnego kryzysu w Iraku”[16]. Amerykańcy doradcy wojskowi wspomagali Kurdów walczących z wojskami ISIL. Równocześnie Obama uważał, że stabilizacja wewnętrzna w Iraku może być osiągnięta nie tylko przez pokonanie dzihadystów, ale przede wszystkim przez włączenie do sprawowania władzy w Iraku wszystkich ważniejszych grup religijnych, etnicznych i politycznych. Przykładem takiego współdziałania jest Tunezja po „arabskiej wiośnie”.

19 sierpnia 2014 r. dżihadyści ISIL na terenie kalifatu islamskiego dokonali egzekucji przez ścięcie głowy dziennikarza amerykańskiego Jamesa Foleya, którego uprowadzili dwa lata wcześniej w Syrii. Oświadczyli, że jest to zemsta za amerykańskie bombardowanie pozycji ISIL w Iraku. Zapowiedzieli egzekucje kolejnych Amerykanów, których przetrzymywali. Prezydent Obama potępił tę zbrodnię i w wystąpieniu 20 sierpnia oświadczył, że „żadna wiara nie naucza masakrowania niewinnych cywilów”. Obama przyrzekł, że będzie chronił Amerykanów i „uczynimy wszystko co konieczne by sprawiedliwości stało się zadość”[17]. W tej sytuacji, 25 sierpnia prezydent polecił Pentagonowi rozpoczęcie lotów rozpoznawczych przez samoloty amerykańskie na terenach syryjskich zajętych przez dzihadystów spod znaku Państwa Islamskiego. Rząd Syrii ostrzegł Biały Dom, że powinien koordynować wszelkie działania na obszarze Syrii z Damaszkiem. Minister spraw zagranicznych Syrii powiedział jednak, że jego kraj gotów jest pomóc Amerykanom w nalotach na radykałów islamskich[18].

Republikanie krytykowali politykę Obamy w Iraku w trudnej wewnętrznej sytuacji w jakiej kraj ten znalazł się. Nie przedstawili jednak alternatywnej polityki USA w Iraku. Były wiceprezydent Dick Cheney powiedział, że rzadko zdarza się, by prezydent Stanów Zjednoczonych popełnił tyle błędów w tak wielu sprawach i zarzucił Obamie, że „opuścił Irak” i doprowadził do „porażki” USA w tym kraju. Również senator John McCain przypomniał, że błędem Obamy było wycofanie wojsk amerykańskich z Iraku w końcu 2011 r. Na pytanie zadane Amerykanom w sondażu czy zgadzają się z Obamą, czy z McCainem odnośnie obecności wojsk amerykańskich w Iraku, większość 54% w stosunku do 28% odpowiedziała w czerwcu 2014 r, że zgadza się ze stanowiskiem Obamy. Amerykanie mieli złe wspomnienia z zaangażowania militarnego w Iraku w okresie prezydentury George’a W. Busha.

Opinia publiczna w Stanach Zjednoczonych krytycznie oceniła w 2014 r. politykę Obamy wobec Iraku. Według sondażu „Washington Post – ABC” 52% ankietowanych Amerykanów negatywnie oceniło tę politykę a 42% wyraziło swą aprobatę. Jest to tym bardziej zaskakujące, że zarówno prezydent, jak i opinia publiczna opowiadali się za powściągliwą polityką wobec Iraku. Na pytanie czy Stany Zjednoczone powinny bombardować pozycje sunnickich radykałów, 45% odpowiedziało pozytywnie, a 46% negatywnie. Wśród republikanów 58% było zwolennikami bombardowań, wśród demokratów 44%, a wśród wyborców niezależnych 41%. Prawie 2/3 ankietowanych Amerykanów było przeciwnych wysłaniu amerykańskich żołnierzy do walk w Iraku. Sondaż przeprowadzony w lipcu 2014 r. przez Quinnipiac University wykazał, że 55% Amerykanów z dezaprobatą wyraża się o polityce Obamy wobec Iraku, a 37% aprobuje ją[19]. Według sondażu konserwatywnej stacji telewizyjnej Fox News, w czerwcu 2014 r. 55% Amerykanów uważało, że Obama podjął słuszną decyzję wycofując w 2011 r. wszystkich żołnierzy amerykańskich z Iraku. 41% ankietowanych uznało to „za błąd”. Jak więc z powyższych sondaży wynika opinie Amerykanów o polityce prezydenta Obamy w Iraku nie są jednoznaczne.

Obama pozostawia po sobie Irak pełen chaosu, zamachów bombowych, terrorystycznych zagrożeń, codziennych ofiar i przede wszystkim kraj, któremu grozi rozpad. Nic więc dziwnego, że polityka Obamy wobec Iraku budzi w Stanach Zjednoczonych kontrowersje. Ale prezydent jest pomny faktu, że wojna w Iraku była niepopularna i nadal społeczeństwo amerykańskie jest przeciwne wysłaniu wojsk w celu stabilizacji sytuacji w tym kraju. Stąd też polityka Obamy wobec Iraku cechuje się dużą ostrożnością, a samo wycofanie wojsk amerykańskich z Iraku prezydent określa jako „odpowiedzialne wycofanie”.

Komentując napiętą sytuację w Iraku, w Syrii i w kalifacie Państwa Islamskiego, Obama publicznie powiedział 28 sierpnia 2014 „nie mamy jeszcze strategii” jak rozwiązać ten problem. Dał równocześnie do zrozumienia, że Stany Zjednoczone nie powinny same walczyć z dzihadystami, że powinna powstać koalicja międzynarodowa. Nie uchroniło to prezydenta od krytyki ze strony republikanów, którzy zarzucali mu, że nie potrafi skutecznie sprostać zagrożeniu ze strony terrorystów islamskich. W tej sytuacji Obama podjął decyzję 2 września o wysłaniu dodatkowo 350 żołnierzy amerykańskich do Iraku. W sumie wówczas przebywało ponad tysiąc żołnierzy amerykańskich w Iraku. Część z nich stanowiła ochronę amerykańskiego personelu dyplomatycznego, część zaś byli to doradcy irackich sił bezpieczeństwa.

Powyższe działania Obama podjął m. in. po zamordowaniu w połowie sierpnia przez dzihadystów Państwa Islamskiego dziennikarza amerykańskiego Jamesa Foleya, 20 sierpnia prezydent przyrzekł, że będzie chronił obywateli amerykańskich i będzie ścigał sprawców morderstw. Kiedy dwa tygodnie później ci sami sprawcy zamordowali kolejnego dziennikarza amerykańskiego Stevena Sotloffa Obama zapewnił, że Stany Zjednoczone nie dadzą się zastraszyć radykałom Państwa Islamskiego i stworzą koalicję państw regionu w celu „osłabienia i zniszczenia tego ugrupowania. Prezydent dodał jednak, że realizacja tego celu będzie wymagać czasu i wysiłku. – Cokolwiek mordercy chcą osiągnąć, zabijając niewinnych Amerykanów, takich jak Steven, zawiodą się – oświadczył w Estonii Obama. – Zawiodą się, bo dla Amerykanów, jak i dla ludzi na całym świecie ich barbarzyństwo jest odrażające. Nie zastraszą nas. Takie potworności tylko jednoczą kraj i umacniają nasza determinację[20].

Obama zaprzeczając swoim krytykom, że nie ma opracowanej strategii 7 września zapowiedział, że wkrótce przedstawi główne jej założenia, które obejmą zarówno działania militarne, dyplomatyczne jak i gospodarcze. Podkreślił jednak, że „nie wyślemy 100 000 amerykańskich żołnierzy” w rejon Iraku i Syrii.

I rzeczywiście 10 września 2014 r. Obama wygłosił 14 minutowe orędzie telewizyjne do narodu , w którym przedstawił szczegóły strategii walki z Państwem Islamskim. Nie przypadkowo Obama wygłosił swoje przemówienie na schodach przed Błękitnym Salonem Białego Domu, z tego samego miejsca, z którego w maju 2011 ogłosił o zabiciu Osamy bin Ladena, teraz prezydent ogłosił, że Stany Zjednoczone wraz z szeroką międzynarodową koalicją „osłabią i ostatecznie zniszczą” bojowników Islamskiego Państwa Iraku i Syrii. W tym celu zadeklarował wysłanie do Iraku dodatkowo 475 doradców wojskowych. Liczba ta zwiększy się do ponad tysiąca. Równocześnie zapowiedział bombardowanie pozycji dzihadystów nie tylko w Iraku, ale także co było nową decyzją, na terenie Syrii. Aby zabezpieczyć się przed krytyką opozycji, że w ten sposób wspiera Assada, którego Obama chce obalić i który walczy także z państwem Islamskim prezydent ogłosił, że zwiększa pomoc dla umiarkowanych ugrupowań islamskich przeciwnych prezydentowi Syrii. W tym celu stworzy bazy szkoleniowe dla nich na terenie Arabii Saudyjskiej.

Prezydent uspokoił Amerykanów, że jego decyzje nie są powtórką wojny w Iraku i w Afganistanie. Nie wyśle wojsk lądowych. Będą to selektywne ataki z powietrza podobne do tych jakie Amerykanie stosowali w Jemenie i w Somalii. Doradcy amerykańscy będą służyć informacjami wywiadowczymi i szkolić Irakijczyków w obsłudze sprzętu wojskowego. Aby nie straszyć nadmiernie Amerykanów bezpośrednim zagrożeniem ze strony terrorystów Obama uspokoił ich, że wywiad amerykański nie ma żadnych dowodów zagrożenia z ich strony na terytoriom Stanów Zjednoczonych. Natomiast zagrożenie może pojawić się w przyszłości. Dlatego walka z terroryzmem, który określił mianem „raka” jest procesem długotrwałym.

„Będziemy ścigać terrorystów, którzy zagrażają naszemu krajowi, gdziekolwiek się znajdują… Zasada mojej prezydentury brzmi: jeśli zagrażasz Ameryce nie znajdziesz bezpiecznego miejsca. To nie jest nasza walka samotnie – mówił Obama. Amerykańska siła może zdecydowanie zmienić sytuację, ale nie możemy zrobić za Irakijczyków tego, co muszą zrobić sami, ani nie możemy zając miejsca arabskich partnerów w zapewnieniu bezpieczeństwa ich regionu”.

Obama zwrócił uwagę, że Państwo Islamskie nie ma nic wspólnego z islamem. Żadna religia – powtórzył – nie usprawiedliwia zabijania niewinnych ludzi, a większość ofiar dzihadystów to są muzułmanie. Zapowiedział również zwiększenie pomocy humanitarnej zarówno dla szyitów, sunnitów i Kurdów.

Nową strategię walki z terroryzmem Obama przedstawił w przeddzień 13 rocznicy ataku na Nowy Jork i Pentagon 11 września 2001 r. Wykorzystał to dramatyczne wydarzenie by uzyskać poparcie dla nowej strategii, uświadomić Amerykanom, że mimo sukcesów w walce z Al-Kaidą i innymi organizacjami terrorystycznymi w Jemenie, Somali, w Afganistanie i w Pakistanie, zagrożenie terroryzmem wciąż jest aktualne.

Swoją nową strategią prezydent wstrzelił się w przeważające opinie społeczeństwa amerykańskiego. Według sondażu CNN opublikowanym 8 września, a więc zaledwie dwa dni przed przemówieniem Obamy, 76% Amerykanów opowiadało się za wzmożeniem bombardowań na ISIS, a 23% było przeciwnych. Również większość ankietowanych (61%) była przeciwna wysyłaniu wojsk lądowych do Iraku i Syrii, a 38% było zwolennikami takiej decyzji. Równocześnie 7 na 10 ankietowanych uważało, że Obama powinien zabiegać o zgodę Kongresu na działania militarne przeciwko Państwu Islamskiemu. Mimo wsparcia dla Obamy, dla jego polityki w Iraku i w Syrii ogólna aprobata dla polityki zagranicznej prezydenta wynosiła wówczas 43%, podczas gdy dezaprobata 55%.

Dotychczasowi krytycy Obamy, w szczególności republikanie, na ogół pozytywnie ocenili jego wystąpienie i założenia nowej strategii. Zastrzegli się jednak, że będą uważnie przyglądać się realizacji jego polityki na Bliskim Wschodzie. Zwracano też uwagę, że samo bombardowanie przy pomocy samolotów F-16 nie zapewni realizację celów tej operacji, a więc zniszczenia dzihadystów.

Niektórzy komentatorzy uważali, że było to przemówienie, którego Obama, laureat pokojowej nagrody Nobla wolałby nie wygłaszać. Obama nie używa słowa „wojna”. Preferuje słowa: „operacja”, „działanie” itp. Objął urząd prezydenta jako człowiek pokoju, przeciwnik wojny w Iraku, a teraz zmuszony został do podjęcia decyzji o zwiększeniu zaangażowania militarnego na terenie Iraku.

Barack Obama chciał uniknąć sytuacji, w której Stany Zjednoczone samotnie walczyłyby z dzihadystami. Dlatego dążył do stworzenia koalicji międzynarodowej. Na szczycie NATO w Newport tylko 9 państw wyraziło gotowość wsparcia walki z Państwem Islamskim Obamie zależało na tym, aby w koalicji uczestniczyły państwa bliskowschodnie. W tym celu z misją dyplomatyczną we wrześniu udał się sekretarz stanu John Kerry. Odwiedził m.in. Turcję, Arabię Saudyjską oraz Egipt.

Obama, który od początku swojej prezydentury dążył do poprawy stosunków ze światem muzułmańskim, teraz stanął w obliczu podjęcia działań skierowanych przeciw radykalizmowi muzułmańskiemu, przeciw dzihadystom. Chciał jednak uniknąć sytuacji, w której świat zachodni znalazł się po jednej stronie, a świat muzułmański po drugiej. Podjął więc słuszną decyzję udzielenia pomocy umiarkowanym islamskim organizacjom i wciągania państw muzułmańskich do koalicji walczącej z Muzułmańskim Państwem Iraku i Lewantu.

Mimo, że Amerykanie pozytywnie ocenili strategię Obamy w walce z państwem Islamskim przedstawioną 10 września 2014 r, napływające z Bliskiego Wschodu dramatyczne wydarzenia wywołały niepokój wśród społeczeństwa amerykańskiego i poczucie zagrożenia. Pojawiły się wątpliwości co do skuteczności polityki Obamy w walce z terroryzmem. Opublikowany 17 września ogólnokrajowy sondaż „New York Times/ CBS News” wykazał, że po raz pierwszy od początku prezydentury Obamy, więcej Amerykanów dezaprobuje (58%) niż aprobuje (41%) jego politykę walki z terroryzmem[21].

Dwa tygodnie później 23 września Stany Zjednoczone wraz z kilkoma krajami arabskimi rozpoczęły bombardowania pozycji dzihadystów na terytorium Syrii. W oświadczeniu złożonym w Białym Domu Obama podkreślił, że jest to świadectwo, że Stany Zjednoczone nie walczą samotnie z islamskim terroryzmem.

[1] „New York Times”, 31.08.2010.

[2] „New York Times”, 21.10.2011.

[3] M.S. Indyk, K.G. Lieberthal, M.E. O’Hanlon „Zmieniając Historię. Polityka zagraniczna Baracka Obamy”.

[4] Lavant to historyczna nazwa krajów leżących na wschodnim, azjatyckim wybrzeżu Morza Śródziemnego. Obejmuje on dzisiejsze państwa: Syrię, Jordanię, Liban, Izrael i Autonomię Palestyńską . Do Lawantu m.in. zalicza się niekiedy także Turcję, Egipt i Irak.

[5] „International New York Times”, 15.06.2014.

[6] „New York Times”, 13.06.2014.

[7] CNN, 13.06.2014.

[8] CNN, 19.06.2014.

[9] „Jane’s Defence Weekly”, 25.06.2014, „New York Times”, 19.06.2014.

[10] „Rzeczpospolita”, 21-22.06.2014.

[11] „International Herald Tribune”, 7.08.2014.

[12] M. Zawadzki, Obama zatrzyma Kalifat, „Gazeta wyborcza”, 9-10.08.2014.

[13] J. Weisman , McCain Says Limited U.S. Strikes on Militants in Iraq. Are Not Enough „International new York Times”, 9.08.2014.

[14] „International Herald Tribune”, 8.08.2014.

[15] „New York Times”, 12.08.2014.

[16] Jeremy Bennie, Obama approves strikes against Islamic State, „Jane’s Defence Weekly”, 13.08.2014.

[17] Obama vows „justice” after Militants kill U.S. journalist James Foley, „Los Angeles Times”, 20.08.2014.

[18] M. Zawadzki, Czas dogadać się z Asadem, „Gazeta Wyborcza”, 27.08.2014.

[19] „Washington Post”, 24.06.2014.

[20] R. Stefanicki, Drugie ścięcie reportera, „Gazeta Wyborcza”, 4.09.2014.

[21] „International New York Times”, 17.09.2014 r.

Poprzedni artykuł„Ja Mikołaj Rej z Nagłowic zeznawam…” (Związki Mikołaja Reja z ziemią chełmską)
Następny artykułAleksandra Kurzak i Sebastian Karpiel – Bułecka – „Hej, kolęda”. Najpiękniejsze polskie kolędy…
Longin Pastusiak
Prof. dr hab. Longin Pastusiak - politolog, amerykanista. Ukończył studia na Wydziale Dziennikarskim Uniwersytetu Warszawskiego oraz na Wydziale Spraw Międzynarodowych University of Virginia w Stanach Zjednoczonych. W latach 1963-1993 pracował w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Od 1978 r. profesor nadzwyczajny, a od 1986 r. profesor zwyczajny. W latach 1994-2005 Profesor Uniwersytetu Gdańskiego. W latach 1985 -1988 Prezes Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Poseł Ziemi Gdańskiej w Sejmie I, II, III kadencji (1991-2001). Wiceprzewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu RP oraz przewodniczący stałych delegacji Sejmu i Senatu do Zgromadzenia Parlamentarnego NATO oraz do Zgromadzenia Parlamentarnego Unii zachodnioeuropejskiej W latach 2002-2004 wiceprezydent Zgromadzenia Parlamentarnego NATO. W latach 2001-2005 marszałek Senatu V kadencji. Profesor w Akademii Finansów oraz w Wyższej Szkole Zarządzania i Prawa w Warszawie. Obecnie jest profesorem w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, gdzie jest Dyrektorem Instytutu Spraw Społecznych i Stosunków Międzynarodowych. Prof. Longin Pastusiak wykładał na uczelniach polskich i zagranicznych. Doctor honoris causa uczelni polskich i zagranicznych. Prof. dr hab. Longin Pastusiak jest autorem ponad 700 publikacji naukowych w tym ponad 90 książek. W 2015 r ukazały się następujące książki prof. L. Pastusiaka: * Polacy w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych, Bellona, Warszawa 2015. * Prezydenci USA w anegdocie. Od Trumana do Obamy, Bellona, Warszawa 2015. * Prezydent dobrych intencji. Polityka zagraniczna Baracka Obamy, Oficyna Wydawnicza “Adam”, Warszawa.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here