Dekoncentracja, repolonizacja (?) mediów…

0
Fot. Kuba Bożanowski, CC BY 2.0

Dość ryzykowne i raczej uproszczone pojmowanie koncentracji mediów jako „przeciwieństwa pluralizmu”[1], pojawiające się nie tylko w publicystyce, ale i w dokumentach Rady Europy u progu epoki zmasowanych konsolidacji finansowych w UE (początek lat dziewięćdziesiątych), rozumiane było więcej niż zagrożenie. Widziano w nim niejako automatyczne unicestwienie wielości, różnorodności poglądów niezbędnych każdemu obywatelowi, zgodnie z tezą, że ”mniejsza liczba właścicieli wiąże się z mniejszą różnorodnością treści medialnych, a pluralizm mediów może zagwarantować tylko pluralistyczna własność”[2]. W takim ujęciu tendencje koncentracyjne zdawały się szkodliwe dla rozwoju niezależnych, autonomicznych mediów, ograniczając dostęp odbiorców do różnorodnych ofert informacyjnych. Stąd o krok było do rozumowania, raczej abstrahującego od praw i logiki rynku, że pluralizm treści osiągnąć można wyłącznie poprzez zakaz koncentracji. Siła oddziaływania wolnego, a więc konkurencyjnego rynku, do którego najpierw ostrożnie aspirowaliśmy, a następnie poddaliśmy się jego hegemonii, choć nie zweryfikowała wcześniejszych obaw o zagrożeniach dla pluralizmu mediów, okazała się ważniejszą dla rozwoju gospodarczego kraju. Interes państwa przeważył (nie po raz pierwszy) nad skuteczną ochroną praw obywateli. Obecnie koncentrację kapitałową mediów skłonni jesteśmy ujmować jako „nieuniknione następstwo zarówno postępu naukowo-technicznego, jak też równoległego mu procesu przeobrażeń społecznych i ekonomicznych – co w warunkach wolnej konkurencji prowadzi do ograniczenia kręgu uczestników gry rynkowej oraz powstawania (w wyniku przyjęć i fuzji) multimedialnych koncernów, dążących do uzyskania w tym sektorze pozycji dominującej”[3]. Nieuniknione następstwo stało się faktem, wszakże jego immanentną szkodliwością dla pluralizmu można było lepiej zarządzać, ograniczając negatywne, choć przecież akceptowane w UE skutki.

NA PRZYKŁADZIE RYNKU POLSKICH MEDIÓW ELEKTRONICZNYCH

W wyniku dwóch procesów koncesyjnych (1995-96) Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji udzieliła blisko 200 koncesji radiowych i telewizyjnych. Pojawiła się wielość podmiotów nadawczych, a wraz z nią rosnąca konkurencja, wpływająca wprost na podniesienie się poziomu lokalnych, regionalnych i ogólnopolskich ofert informacyjnych. Bogactwo tamtej różnorodności tak pod względem źródeł finansowania tych mediów, jak i przypisywanych im zabarwień ideowo-politycznych oraz idących za tym wyrazistości postaw, sposobów argumentacji, poziomów rzetelności i obiektywizmu, służyło demokratyzacji życia społecznego, stanowiąc swoistą propedeutykę wychowania obywatelskiego. W parze szedł rozwój regionalnych i lokalnych gazet różnorakich opcji politycznych. Jednym słowem, sytuacja niczym z bajki, dziś nie do pomyślenia. Wszystko zaś mieściło się w haśle rozwijania pluralizmu mediów i zapewnienia obywatelom szerokiego dostępu do różnorodnych źródeł informacji. Ten zamysł edukacyjno-polityczny z początków lat 90-tych wspierały wszystkie ówczesne opcje partyjne. Taka była potrzeba chwili.

Przykładowo na zachodniopomorskim rynku radiowym słuchacze odbierali kilkadziesiąt polskojęzycznych, zróżnicowanych programów, w tym większość z nich stanowiły oferty nadawców regionalnych i lokalnych; w samym Szczecinie działało osiem prywatnych stacji. Jednocześnie postępował powolny zanik przewagi mediów publicznych nad komercyjnymi a wraz z nim umacnianie się na rynkach regionalnych w całym kraju stacji prywatnych m.in. poprzez tzw. sieciowanie, wykup słabszych podmiotów, fuzje.

Powołana do „stania na straży wolności słowa”[4] oraz wspierania rozwoju pluralizmu mediów elektronicznych w Polsce, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, nie podejmowała jednak w latach 1995-2000 koniecznych (zdawałoby się) prób monitorowania lokalności mediów, godząc się tym samym na niekontrolowane konsolidacje finansowe i połączenia; na tworzenie sieci silnych komercyjnych podmiotów regionalnych i ponadregionalnych. W 2001 r. tuż przed wszczęciem postępowań „rekoncesjacyjnych”, skontrolowano programy 39. nadawców lokalnych, szukając „pozostałych”, uwikłanych już w fuzje. W cztery lata później stwierdzono, że wskutek sieciowania programów i innych działań koncentracyjnych „lokalność stała się dobrem rzadszym, niż koncesjonowana częstotliwość”. Gdy już nie było czego ratować, podjęta po 2005 roku – z oczywistym opóźnieniem – strategia KRRiT na rzecz ochrony lokalnego charakteru i pluralizmu programowego w mediach elektronicznych, zakończyła się fiaskiem. Lokalni nadawcy najpierw – m.in. przy braku finansowych i prawnych instrumentów wspierania ich samodzielności – przestali spełniać swe zasadnicze funkcje w sferze integracji społeczności lokalnych, następnie wskutek postępującej konsolidacji, fuzji, przedziwnych przyjęć, stali się częściami większych graczy rynkowych.

W konkluzji takiej skrótowej i uproszczonej historii przedstawionego procesu można zaryzykować pogląd, że postępująca degradacja i upadek prywatnych nadawców lokalnych zostały zawinione przez KRRiT, ustawodawcę i kolejne ekipy rządowe. Podobnie jak stopniowe, coraz większe upolitycznianie mediów publicznych, ograniczające pluralizm treści w nadawanych przez nie tzw. misyjnych programach. Nieco innym zabiegom konsolidacyjnym – choć mieszczącym się w tym samym nurcie logiki rynkowych konieczności – podlegały większe podmioty komercyjne, będące jednocześnie przedmiotem uwagi dużych międzynarodowych koncernów medialnych, zainteresowanych kupnem, fuzjami, przejmowaniem stacji radiowych, telewizyjnych, regionalnych i lokalnych oraz ogólnopolskich gazet lub[5] czasopism.

Po roku 2005 obserwujemy rosnący trend penetracji polskiego rynku, ale i osadzanie się na nim wielkich korporacji, co skutkowało obecnym stanem ograniczonego pluralizmu w sektorze prasy tradycyjnej, jak i mediów elektronicznych. Znów tzw. wymogi rynku przy spóźnionym stanowieniu międzynarodowego prawa antykoncentracyjnego oraz jego jeszcze oporniejszej w Polsce implementacji, pokonały interes publiczny. Zatem ów znaczący rynek medialny w Polsce, na który składa się nadal wielość różnorodnych podmiotów o różnym stanie i sposobie zasilania finansowego (międzynarodowego i polskiego), ukształtowany też nie jednorodnie pod względem ideowym, światopoglądowym i politycznym, jarzy się jeszcze pewnym, choć ograniczonym pluralizmem treści, zarówno jeśli chodzi o ich źródło pochodzenia, jak i nadawania (wydawania). Pod tym względem polski rynek nie odbiega znacząco od innych rynków krajów UE. Jest wszakże mocniej niż inne uwikłany w spory partyjne i częściej wciągany do doraźnej walki politycznej.

ODZYSKIWANIE MEDIÓW, REPOLONIZACJA

Wiemy już, że komercjalizacja mediów dająca impuls dla konsolidacji oraz koncentracji kapitałowej, towarzyszący jej od lat konsumeryzm, ograniczają pluralizm mediów oraz swobodny dostęp obywateli do wielości źródeł informacji. Teza ta uznawana za udowodnioną nie wymaga kolejnych uzasadnień, co najwyżej możemy przyczynkowo wskazać na przykładzie Polski wybrane elementy tego procesu. Na fakt, że towarzyszyło mu na przestrzeni lat 1990-2018 przyzwolenie władzy ustawodawczej i wykonawczej – bez względu na to, która z opcji rządziła krajem. Podejmowane były próby, by ograniczyć rozwój tego procesu, ale nieskuteczne i skażone coraz większym grzechem świadomego upolityczniania prasy, radia i telewizji. Za każdą kampanią antykoncentracyjną szły często oczywiste podejrzenia, że chodzi o to, by ograniczając „złą koncentrację”, promować media sprzyjające władzy, co przed dekadą nazywano „odzyskiwaniem mediów”. Wiele wskazuje na to, że i tym razem (a może szczególnie teraz) władza dążyć będzie do osiągnięcia innych celów, niż te wyrażane w otoczce uzasadnień o konieczności przeciwdziałania koncentracji, a przede wszystkim „oczekiwanej repolonizacji”, czyli skutecznego wyrwania z „obcych łap”, zwłaszcza „niemieckim koncernom”; tych mediów, które „należą się Polakom”[6].

Podział na polskim rynku mediów został utrwalony, jego znaczące części stały się udziałem (własnością) międzynarodowych koncernów prasowych tak za przyzwoleniem odpowiednich organów UE, jak i polskiego ustawodawcy. Koncentracja miała bowiem swoich zwolenników nie tylko w świecie biznesu. W sensie gospodarczym skutkowała ona na ogół pozytywnie. Przynosi jednakże też straty i dlatego dyskusja na jej temat jest w pełni zasadna. Tak, pluralizm mediów w Polsce jest co najmniej zachwiany nie tylko przez nadmierną koncentrację kapitałową, ale też przez fakt, że przybrał on na naszym rynku formę kostniejącej politycznie dwubiegunowej dychotomii, wspartej tendencyjnością i brakiem rzetelności, nie stroniącej od propagandy. Ekonomiści, finansiści i właściciele zrobili swoje, specjaliści od wolnego słowa jakoby dopiero teraz się budzą, co nie jest prawdą, bo w obronie pluralizmu występowali już i ich poprzednicy.

Znamy dziś skutki „odzyskiwania mediów” po węgiersku, czy też raczej – by nie obrażać naszych bratanków – po orbanowsku. Znikają właśnie dwie ostatnie niezależne węgierskie stacje radiowe z powodu nie przedłużenia im częstotliwości. Więcej niż ¾ rynku prasowego jest w posiadaniu podmiotów podporządkowanych rządzącej partii Fidesz. Media gotowe do wspierania rządu, odporne na opinie krytyczne wobec premiera oraz niedemokratycznych metod kierowania państwem, mają się coraz lepiej. Strumień zleceń reklamowych płynie bowiem tylko w jedną stronę. Proces zaniku pluralizmu mediów, jak i pluralizmu źródeł oraz treści, trwał na Węgrzech stosunkowo długo; przy braku, niestety, skuteczności oddziaływania organów unijnych na toczącą się tam od 2009 roku dewastację i ograniczanie demokracji. Podobieństwa więc łatwo zauważyć. Na szczęście są i różnice.

KONKLUZJE

Czy grozi nam powielenie stosowanych przez Orbana metod? Ilustracja zagrożeń, że jest to możliwe mija się z celem; naśladownictwo widzimy już teraz. Wszakże sytuacja w Polsce, i społeczna, i polityczna, jest obecnie inna. A pluralizm choć zagrożony, nadal jest zachowany, choć w ograniczonym zakresie. Groźne jest to, że zbyt wielu nie chce zauważyć, iż w tym świecie podważanej demokracji i łamania konstytucji, media zdają się toczyć wojnę bardziej o unicestwienie ideowych przeciwników (wrogów), niż o obiektywne informowanie i pozyskiwanie obywateli (wyborców) dla uzasadnionych, wiarygodnie podawanych racji, programów. Dyskusji właściwie nie ma, zastąpiła ją walka.

Trudno uwierzyć, żeby w obecnej sytuacji rosnącego kryzysu reputacji władzy, zdecydowano się na realizację zgłaszanych przez PIS podczas kampanii wyborczej w 2015 r zapowiedzi projektu dekoncentracji, choć w ubiegłym roku premier Morawiecki informował, że ogłosi go najpóźniej jesienią 2017 roku. W sierpniu ub. r. prasę obiegły wieści: „Rząd chce się dobrać do skóry mediom zagranicznym. Dekoncentracja uderzy w TVN, repolonizacja pozwoliłaby przejąć prasę regionalną”[7], po czym we wrześniu br. minister Sasin powiadomił: „Repolonizacja mediów nie tak szybko”[8]. W październiku 2018 r. okazało się, że „Rząd nie rezygnuje z repolonizacji mediów, ale szuka sposobu, bowiem PiS nie chce otwierać kolejnego frontu walki z UE”[9] zaś publicysta „Sieci” ostatnio dowodził, że „nie da się zrobić ustawowej repolonizacji w warunkach, w których jesteśmy”[10] i najpewniej ma rację. W cytowanym tekście wspiera on zainicjowane już przez rząd przygotowania do zmiany mechanizmów wydawania środków na reklamy za pośrednictwem domów mediowych. Właśnie na tym polu podjęte zostaną kolejne, groźne dla pluralizmy mediów działania. Jakkolwiek możliwy jest i inny, znany już z nieodległej przeszłości scenariusz, gdy tlący się, wciąż pełzający płomyk np. tzw. afery KNF zacznie się gasić większym i bardziej przyciągającym uwagę pożarem łatwopalnych pluralizmów. Perspektywa wygląda fatalnie.

Autor opowiada się (w wielkim uproszczeniu) za przyjęciem takich rozwiązań prawnych o charakterze „antykartelowym”, które ograniczą[11] dalszą koncentrację na polskim rynku medialnym, nie na zasadzie odbierania obcym tego, co się „Polkom i Polakom słusznie należy”, ale wspomagać będą zachowanie i rozwój tego pluralizmu, jaki się ostał.

[1] Koncentracja własności w mediach z perspektywy Rady Europy i Unii Europejskiej, KRRiT, Warszawa 2004.

[2] B. Klimkiewicz, Własność medialna i jej wpływ na pluralizm oraz niezależność mediów, Wyd. UJ, Kraków 2004, s. 14.

[3] Z. Kosiorowski, Dysjunkcje misji, KP i SRP, Szczecin-Poznań 2008, s. 128.

[4]Ustawa z 29 grudnia 1992 o radiofonii i telewizji (Dz.U.93.7.43 – z późn. zm.).

[5] Tzw. afera Rywina z 2002 r. mieściła się w pewnym stopniu we wspomnianym nurcie.

[6] Cytowane określenia polityków zaczerpnięto z polskiej prasy, wydawanej tak tradycyjnie jak i w formie cyfrowej w okresie październik 2017 – październik 2018.

[7] https://wyborcza.pl, dostęp 22.05.2018 r.

[8] https://wiadomości.wp.pl/repolonizacja, dostęp 15.10.2018 r.

[9] https://www.money.pl/gospodarka, dostęp 26.11.2018 r.

[10] M. Karnowski, Nie ma szans na ustawową repolonizację mediów, trzeba zrobić porządek z domami mediowymi [w:] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul , dostęp 28.11.2018 r.

[11] Zakazać się jej nie da; byłoby to sprzeczne z prawem międzynarodowym.

Poprzedni artykułKazimierz Czernicki – drukarz, wydawca, redaktor, działacz społeczno-kulturalny
Następny artykułPrzyjazne stosunki G. H. W. Busha z W. Jaruzelskim
Zbigniew Kosiorowski
Dr Zbigniew Kosiorowski, prof. nadzw. ZPSB – prozaik, dziennikarz, autor licznych reportaży radiowych, prasowych i słuchowisk. Ukończył studia wyższe polonistyczne (UAM, Poznań) i podyplomowe: prawa autorskiego (UJ, Kraków), krytyki artystycznej (WSNS, W-wa), a także w dziedzinie zarządzania, doradztwa finansowego i budowy strategii spółek (SGH, W-wa). Doktorat z ekonomii w zakresie nauk o zarządzaniu (SGH, W-wa). Współzałożyciel i redaktor naczelny Wydawnictwa GLOB (1984-1990), czasopism: Morze i Ziemia (1978-1981) i Między Innymi (1985-1989). W latach 1990-2006 prezes i redaktor naczelny Polskiego Radia Szczecin SA. Medioznawca i ekspert prawa autorskiego, profesor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu, autor monografii naukowych m.in.: Radiofonia publiczna (1999), Dysjunkcje misji (2009), podręczników cyfrowych do nauczania online: Gospodarowanie kapitałem ludzkim (2011) i Ochrona własności intelektualnej (2011), a także kilkudziesięciu artykułów naukowych z dziedziny zarządzania. Założyciel i dyrektor Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami (1987-2003), kapitan jachtowy. Wydał ponad 20 pozycji książkowych, m.in.: W pętli (1985), Gnilec (1986), cykl powieści młodzieżowych Przez cztery oceany (1986-1990), Archipelag odpływów (2010), Desant (2013), Kamień podróżny (2016) i Zapadnia (2018).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here