Istnieje pewne tajemnicze powiedzonko po polsku: „on/ona plecie banialuki“. Gada głupoty, niedorzeczności – to jest sens tego szyfru. Wiedziałem, że za tym kryje się bośniackie miasto Banja Luka. Nigdy nie wiedziałem, dlaczego. Zawsze marzyłem, aby poznać miasto Banja Luka. Teraz studiuję przy pomocy internetu etymologię. Okazuje się, iż w XVII wieku Hieronim Morsztyn to wymyślił, tworząc romans o tytule „Historia ucieszna o zacnej królewnie Banialuce“. Ucieszne dziełko wydano dopiero po śmierci autora. Bohaterka miała miano miasta! Co prawda, nadal trudno wytłumaczyć źródło. Dlaczego bajeczna królewna o konotacji bzdur ma do czynienia z bośniackim miastem? Jak Morsztyn doszedł do Banialuki?
Warto o tym wspomnieć. Przypominam tym samym autora, który umarł akurat 400 lat temu (w roku 1623!). A ja zaraz wysiądę z autobusu z Zagrzebia i poznam to miasto. Ma ono nadal sporo tajemnic dla mnie. Również etymologię. „Banja“ to „zdrój“ a „luka“ to „port“. Gdyby Banja Luka leżała nad Adriatykiem – zrozumiałbym. Ale leży uroczo wśród efektownych gór. Gdzie jest ten port? Do morza daleko, jak z Sanoka do Sopotu. Dlaczego Banja Luka tak się dziwnie nazywa? Lecz podobno „banja” pochodzi od „ban”, czyli coś w rodzaju wielkiego pana, wojewody („pan”). A „luka” to w polskiej fonetyce „łąka”. A zatem „Pańska Łąka”? Prysły domysły…
Mój autobus przekroczył granicę (podwójna kontrola, szybka i bez szykan) Chorwacji z Bośnią i Hercegowiną [BiH] w miasteczku Gradiška. Pierwszy raz wjeżdżam do państwa, utworzonego dopiero w marcu 1992! Ten fakt sprowokował i zainicjował krwawe fazy zażartej wojny po rozpadzie Jugosławii, udającej federacyjną jedność i polityczną ugodę od 1945. Gdyby obok mnie siedział w autobusie obywatel BiH, od razu pouczyłby mnie:
Tak, jesteś w BiH. Ale powinieneś wiedzieć, iż dojeżdżasz do stolicy Republiki Srpskiej [RS], stanowiącej odrębny człon BiH. Tak, Banja Luka to stolica „RS”. Zobaczysz wszędzie ten skrót „RS”, a raczej w wariancie cyrylicy „PC” na każdym kroku. My, Serbowie, historycznie, podkreślamy tu naszą dominację. Granica między BiH a PC jest skomplikowana. Spójrz na mapę. Nasze dzieci uczą się jej detali w szkołach. Turyści nigdy nie wiedzą czy są w RS czy w zasadniczej Bośni. A może w Hercegowinie? Dla nich to nie jest ważne. Dla nas owszem. Daleko za górami, leży Sarajewo, stolica całego BiH, ale w naszej części PC rządzimy po serbsku. Teraz mamy sporo kłopotu w Kosowie, ale jakoś to pokonamy. Bóg nam pomoże”.
BaLu – BaLu
Po takiej lekcji, uświadomiony nieco z polityki i geografii BiH, wysiadam na dworcu autobusowym Banja Luka. Taksówką (nie dochodzą tu oczywiście miejskie autobusy) do hotelu. Płacę w KM (Konwertibilna Marka – waluta w BiH), ale również mógłbym w EURO. Chętnie akceptowana jest EURO-pejska waluta we wszelkich transakcjach i wszędzie w BiH. Po polsku KM nazywa się marka zamienna. Ciekawe, że wyraz „marka” umarł jako nazwa wiekowa w Niemczech, a żyje wśród Słowian na Bałkanach…
Zarezerwowany hotel „Cezar” akcentuje nazwą raczej luksus w stylu bośniacko-serbskim niż przypomina bytność Rzymian na tych ziemiach, bardzo bardzo górzystych. W restauracji hotelowej opary dymu. Wszędzie dym. Mówię o tym krytycznie kelnerowi. Dziwi się, iż ja się dziwię: tu w BiH po prostu wolno palić nadal w lokalach!
W trakcie premierowego spaceru w B. L. rozglądam się. Sam chodzę po Banja Luce. Nikt mi o niej nie będzie opowiadał banialuk! Wszystko jest tu dla mnie frapujące. Turystyka żyje z niespodzianek. Już aspekt religijny przechadzki jest godny zanotowania. W ciągu godziny idę trudnym religijnym szlakiem:
(a) mijam siedzibę katolickiego biskupa obok potwornego betonowego nowoczesnego kościoła. Chcę wejść. Zamknięty. Spoglądam w górę na szczyt ażurowej wieży-dzwonnicy.
(b) oglądam czcigodny meczet Ferhadija z 1579, wybudowany przez Turków, wysadzony skutecznie trotylem przez Serbów w maju 1993, już odbudowany. Chcę wejść. Zamknięty.
(c) i oczywiście podziwiam centralnie tu osadzoną cerkiew, czyli Saborni Hram Hrista Spasitelja. Wieża widoczna z daleka. Chcę wejść. Cerkiew otwarta. Jest to jedyny kościół prawosławny w płd.-wschodniej Europie, błyszczący kopułą ze szczerego złota! W ten sposób, idąc ku rzece Vrbas aleją Króla Piotra I (widocznie miał większość genów serbskich w ówczesnej Jugosławii, stąd czci się go w stolicy RS) poznaję problemy tej części BiH. Nie zawsze są złote. Symbioza jest trudna.
BaLu – BaLu
W centrum wielkiego miasta jest oczywiście pozoriszte, czyli Teatr RS. Króluje w parku miejskim. Na tablicach pod szkłem na ścianie tego przybytku kultury podano informacje oraz repertuar tylko w cyrylicy! Serbskość zobowiązuje! Odejdź w cień rzeki, alfabecie łaciński!
Ulice są schludne, a drogie sklepy puste. Ludzie nie mają pieniędzy. Na rogu dwu głównych alei powoli oglądam eleganckie wejście do solidnego pałacu: tu urzęduje Prezydent RS, słynny kontrowersyjny Milorad Dodik. Jestem jedynym człowiekiem fotografującym. Obserwuje to ze specjalnej budki dwu znudzonych palących policjantów.
W środku miasta stoi pokrzywiony publiczny zegar na nodze z pordzewiałej blachy. Wskazówki stoją na cyferblacie. Zegar nie chodzi. Pokazuje godzinę, kiedy 27. 10. 1969 roku trzęsienie ziemi zatrzymało go. Jak widać, natura i polityka nie szczędzą problemów młodej republice. Równoległą do Alei Króla Piotra I, szeroką ulicą Doktora Mladena Stojanovića dochodzę wreszcie do rzeki. Toczy piękne, czyste krystalicznie wody – jak wszystkie rzeki w BiH. Vrbas – to nazwa rzeki, wpadającej po 250 km do Sawy. Przechodzę przez zupełnie zdezelowane wrota opuszczonego zamku-fortecy-bastionu. Stoi nad brzegiem rzeki. Kruszą się mury bastionu. Mógłby być wielką atrakcją. Ale nie jest. Widocznie nie ma burmistrz na to sporych ilości KM. Czysta woda wita radośnie turystów. Można ich zliczyć na palcach jednej ręki. Odcinają się ich sylwetki na soczystej zielonej trawie…
Banja Luka ma 200 000 mieszkańców. Mam szczęście. Stoję znowu przed wspomnianą centralną cerkwią ze złotą kopułą. Nie mogę dalej przejść. Tłum gęsty, pilnowany przez policjantów oraz security-men. Zablokowali trotuary oraz zaryglowali jezdnię. Na asfalcie ruszają się grupy młodzieży ubranej w narodowe serbskie stroje. Przeważają dziewczęta z warkoczami, tańczące ludowo. Ubrane w spódnice, kierpce, podkolanówki, haftowane bufiaste bluzki, wianuszki wplecione we włosy. Ich rodzice na chodniku powiewają flagami. Pytam sąsiada opartego jak i ja o metalowy płot-barierę, o co tu chodzi. „-A, to nasze doroczne święto serbskiej tradycji! Niech pan cieszy się z nami!”. Solidarnie wykwita mi uśmiech na twarzy – aczkolwiek, z komponentem dystansu i dyplomatycznej uprzejmości. Jak zareagowałby, gdybym mu powiedział, że jestem Chorwatem?
BaLu – BaLu
Z megafonów umocowanych wszędzie na słupach grzmi muzyka ludowa, słychać serbskie śpiewy, dziewczęta tańczą na asfalcie – oczywiście policja wstrzymała 1 km od nas cały ruch od godziny na centralnej arterii. Przed cerkwią stół. Przy nim elegancko ubrane kobiety. Na stole puchary. Piękne Serbki będą wręczać nagrody. Komu? Nie wiem. Za jakie dokonania: narodowe? patriotyczne? sportowe? artystyczne?
Zaczyna się nowa atrakcja. Na asfalcie zbliżają się do nas fury, karety, pojazdy ciągnięte przez konie. Grupki tańczących w korowodzie dziewcząt usuwają się na bok. Na wozach grupy emerytów głośno śpiewają narodowe pieśni serbskie. Mikrofony, megafony. Każdy widz ma flagę, którą powiewa. Przypominam, iż jesteśmy w kraju BiH, którego flagą jest żółty trójkąt z białymi gwiazdkami przy fioletowo dominującym polu! Nikt nie ma w ręku takiej flagi! Po prostu nikt nie zrobił tego faux-pas… Wszyscy powiewają czerwono-niebiesko-białymi flagami! Oczywiście! Toż to echo Serbii, leżącej nie tak daleko od Banja Luki. No właśnie. Chodzi o podkreślenie faktu: tu mieszkają Serbowie, mimo że tu nie Serbia! Widocznie to ostentacyjne powiewanie jest legalne? Tolerowane przez władze? Przemycone przez patriotyczne uczucia? Sporo się człowiek uczy w trakcie podróży. Banja Luka to nauka… Powoli ludzie się rozchodzą. Nie stawiam pytań. Mądre porzekadło mówi po łacinie: „Audi, vide, tace / Si vis vivere in pace!” – albo: „Słuchaj, patrz i milcz / Jeśli chcesz żyć w pokoju!”.
Dla mnie nastał po demonstracji serbskości czas bośniackiej kolacji. Wchodzę do restauracji „Starobure”. Wszystko mi smakuje! Czewapcziczi jest wyśmienite, a banjaluczko swijetlo piwo rozsławia nieznany mi browar, czerpiący widać wodę z Vrbasa. Prawię kulinarne komplementy kelnerowi. A on palcem pokazuje papierowy prostokąt, jaki rozesłał przede mną na stole 45 minut temu pod talerzami. Na tej współczesnej serwecie czytam: „Mjesto gdje se dobre jede”. Zgadza się. Gastronomia jest OK.
Zmiana dekoracji.
Ja szukam następnego dnia zupełnie czegoś innego. Ale za krótko tu jestem, niestety. Muszę odjechać. Nikt mi nie może odpowiedzieć na pytanie gdzie jest grób pewnego Chorwata polskiego pochodzenia. Nie złożę kwiatów na grobie Feliksa Niedzielskiego. Był niesłychanie ciekawym człowiekiem. Urodził się tu w Banja Luce w 1912 roku. Był poetą, doktorem praw, eseistą, po prostu bardzo mądrym człowiekiem. W 1935 roku, czyli w Królestwie Jugosławii, opublikował jako bardzo młody student (sic!) poważną rozprawę: „Krytyka marksizmu”. To miało konsekwencje 12 lat potem w jego młodym życiu. Dnia 20 lutego 1947, jako primo nieustępliwy zwolennik chorwackiej niepodległości (nie doczekał jej) oraz secundo przeciwnik komunizmu (tow. Tito już był u steru powojennej Jugosławii) został po sądowym wyroku śmierci rozstrzelany przez pluton egzekucyjny.
Tu, w ślicznym, teraz akurat spokojnym i rozwijającym się turystycznie mieście Banja Luka.
Jak będzie jutro?
Wiesław PIECHOCKI, Banja Luka, Republika Srpska, czerwiec 2023












