Od dzisiaj żal mi artystów. Oni transponują coś, co jest wytworem ich wyobraźni, coś, co jest na wskroś sztuczne. „Ars, artis“ to „sztuka“ po łacinie, a „artystyczny“ to znaczy „sztuczny“.
Zostawiłem na boku, czyli na dobrze urządzonym parkingu mój samochód. Niech stopi się w tym upale. Czuję, iż napotkam nieziemskie utwory natury. Postanawiam wtopić się w pejzaż, który onieśmiela, porywa, zaprawia do walki o przeżycie. Ja chcę przejść parę mil po bocznej ścieżce Narodowego Parku „Łuki“, czyli przez „Arches National Park“. Wymowa „arches”? Plus minus „AR-czyz”.
Może przeżyję? Jestem w Utah. To pejzaż z innej planety – w stanie mormonów, wśród większości ludzi, wierzących w złotego anioła. Przyniósł on mormonom religię, świeżą jak wiosna, stanowiącą kręgosłup ich wiary. Przybyli tu, wygnani, zaprawieni w bojach. Zostali. Prorok rzekł: „Tu zostaniemy“.
Od tego punktu jestem daleko. Tu, na południu stanu, daleko od Salt Lake City, panuje nie religia, lecz słońce. Nie ma ucieczki. Posuwam się powoli po ścieżce. Zaczynam wchłaniać pejzaż, który w „Arches“ jest wchłaniany przez ręce, nogi i serce a szczególnie płuca. Onieśmiela. Nie wiedziałem przedtem, iż matka-natura jest tak zdolną rzeźbiarką. Ona jest najlepszą specjalistką od spraw sztuki. Artyści są w jej cieniu. Tyle że akurat cienia tu brak! Gdzie on się schował? Idę powoli, aby się nie zmęczyć, aby nie stracić oddechu i wody, aby przynajmniej pokazać upałowi, że nie skapituluję. Taktyka insektów na pustyni.
Upał bowiem jest refrenem mego niepoważnego marszu. Postanowiłem zboczyć z tzw. utartych tras. Nie spotkam tu nikogo. Na początku tylko mijam Włocha. Stoi i mówi do synka, że nie odważą się pójść tam, dokąd ja idę. Nie wie, że ja też nie wiem dokąd zawiedzie mnie ta ścieżka podszyta czerwonym kolorem. Czerwień na ziemnym dywanie panuje pod nogami i w skołatanym mózgu. Przecież to jest inna planeta! Połykam upał wraz z kolorami skał, jakie nigdy w takiej intensywności nie pojawiły się przede mną. Jest to dobijająca gruntowną syntezą mieszanka przekrwionego bordo, wyschłej krwi, poplamionego brązu, wypranego beżu, wybielonej żółci oraz poszarzałej czerni. Tej ostatniej – czerni – jest najmniej. Ona sczezła przez wieki na słońcu, które banalnie oraz konsekwentnie zabija słabszych od siebie. Tylko czysta biel mogłaby się obronić.
Cisza wbijająca mi się do uszu onieśmiela. Czy ja dojdę do końca tej pseudo ścieżki? Dlaczego tu nikt się nie odważył pójść? Biologiczny strach gra tu pierwsze skrzypce. Wiem – mojego strachu nikt nie słyszy. Te skały wokół mnie dumnie milczą, wiedząc, iż mi imponują swą strukturą: to bazalt o różnych formach twardości, przebiegle przez miliony lat broniący się przed zniszczeniem, przed zapadnięciem się. Wtedy już nie będzie atrakcją dla turystów. Ich też miliony…
Dłutem matki-natury jako artystki jest erozja, korozja. Banalne. Ale jakie efekty pracy! Tworzą się łuki (the arches), otwory, załomy, szpary, okna, szczeliny. Służą od dziesiątków lat jako motywy fotograficzne. Początkujący fotograf powinien przyjechać tu na pierwszy kurs: zrobi piękne zdjęcia, wszyscy zobaczą, iż ma talent.
Idę powoli, stawiając delikatnie stopy w pyle. On jest mąką, z której powstanie synteza z krajobrazem łuków. „Ciasto łukowe”. Podnosi się ten pył jak zwiewne meandry, jak dym z papierosa, wydmuchany powoli przez palacza. Dziś rano, kiedy wyjechałem z hotelu w Moab, nie wiedziałem, iż spotka mnie tak olbrzymia porcja historii zaklętej w kamienie, bloki, skały. One, skały, są głównymi bohaterkami po dwu stronach mego marszu. Jestem nikłym zagubionym piechurem w dopracowanym marketingowo parku narodowym “Arches”. Ale główną rolę grają skały: kamienne katedry, kaplice, kościoły, budynki, sfinksy, wieże, penisy, potwory, słonie, kulisy cichych scen (milczenie kosmosu imponuje tutaj bezsprzecznie), patyki, słupy, kolumny z wielotonowym jajkiem na szczycie, korpusy z piersiami. Szykuję aparat: może spadnie jajowata skała spoczywająca na górze kolumny? Miałbym genialne statystycznie szczęście! Ale nie. Ona spoczywa na tym skalnym stole chyba parę milionów lat. Nie chce się ruszyć. Nie chce zrobić ze mnie nagle rozsławionego fotografa. Nie będzie atrakcyjnego ujęcia spadającej kuli o ciężarze 5,5 tony…
Nadal upał i cisza. To znają wszyscy, którzy przybywają do Utah, aby wchłonąć w siebie niebiańskie piękno tej ziemskiej atrakcji. A raczej dwu, gdyż Moab, rozpalone do beżu w tlenie miasto, jest miejscem wypadu do dwu parków narodowych: Canyonlands i właśnie do Arches. Kogo bardziej kochać? Nie tylko dla dziecka jest to trudne pytanie. Upał powoduje uparte myśli: jak mają się odnaleźć artyści, jeśli natura potrafiła stworzyć takie formy bezgranicznego piękna? Zachwyt i hołd dla niej ogarnia serce. Nie mówię o oczach. One pierwsze napotykają tę formułę piękna. Kręci mi się w oczach, gdyż powoli dziwię się, iż moje buty napotykają na tej innej planecie strzępy zieleni. Jak ona tu wytrwała? Zapomniany żołnierz na posterunku sygnałów życia? Mijam w ciszy upału wyschniętego kruka. Mógłby mi opowiedzieć o swoim przejściu do innego bytu, ale nie rusza się. Bardziej go dotknął upał, w wyższym stopniu niż mnie. A konsekwencje leżą pod moją lewą nogą. Czy bardziej suche są kości kruka czy moje wargi?
Wieże skał wokół mnie… To sędziowie w krwisto-beżowo-brązowych togach, wygłaszający wyrok: „Tu będzie cud świata, tu ściągniemy turystów z każdego kontynentu“. Każdy z sędziów to gorąca skała. Poza tym dookoła pejzaż proszący, aby go namalować, sfotografować, zapisać w sonetach zachwytów. Matko-naturo, dlaczego jesteś taka cicha?
A może te wielopiętrowe skały są żądne innych pochwał? Może czają się w piekielnym słońcu, aby mnie zabić temperaturą dochodzącą do szczytu wytrzymałości? Wiem. Ciągle to samo – semper idem – ale upał jest tu refrenem wędrówki, z dala od Visitor Center, gdzie oglądnąłem film, jak powstają te łuki, czyli nowe dziury w skałach, jak się łamią, grzebią w pyle, bo tracą swą równowagę.
Widziałem na filmie w klimatyzowanej sali (Boże, ledwie 2 km stąd!) jak płomień olimpijski przeprowadzono pod Delicate Arch (widzę go w tej piekielnej ciszy i temperaturze) w roku 2002, kiedy mormońska stolica gościła olimpiadę. Wzruszający moment, zarejestrowany współczesną techniką filmową. Pokazano z lotu ptaka (kruka?) ten teren, symbolicznie ukazujący łuki, jak gigantyczne naturalne mosty. A te również wzruszają swym przeznaczeniem: łączą łuki dwie strony, jak tęcze, podając swe ramiona ludziom, aby świętowali olimpiady, zaprzestając wojen.
Może prawidłowo odczytałem wymowę tych amerykańskich łuków, jak magnesy ciągnące tu tabuny turystów w każdym sezonie? Pionowe skały są idealnie strome. Kto zaplanował takie fasady do wewnętrznych teatrów i świątyń? Po półgodzinnym marszu czuję się osaczony przez temperaturę chcącą mnie przeszyć jak promienie rentgena ze wszech stron: słońce i niebo, piach czerwono rozpalony od dołu i „budynki“ skał z lewa i z prawa. Czy się obronię? Strach! Jako ostrożny turysta, pragnący w hotelu w miasteczku Moab zażyć wieczorem jacuzzi, odwracam się na pięcie, tworząc na ścieżce nędzny krater pyłu suchego jak świetny pieprz i czerwonego jak ugotowany rak. Wracam. Nie podołam dojść tam dokąd zamierzałem. Brrrr, to gorąco mnie zabije. Pot oblewa bezbronne plecy, oczy łzawią upałem (+44°C!). Gdzie jest ucieczka? Gdzie jest klimatyzacja, która mi uratuje biologicznie doczesny byt o wymiarach amerykańskiej turystyki? Kontrastowo zaczynam marzyć o zimie. Banalna myśl w mózgu – wiem. Na kolejną zimę musi zasłużyć moja kondycja!
Na filmie w Visitor Center pokazywano śnieg. Nie wierzę. Tutaj? Przysiadam na kamieniu organicznie szarym, ale o czerwonym naskórku: pył ścieżki wciska się i na święte tace rozpalonych kamieni. Spod kamienia wychyla się mała jaszczurka. Patrzy na mnie obojętnie. Nie ma dla mnie współczucia. Otwiera w bezruchu swój pyszczek. Mądre zwierzę. Patrzymy na siebie. Niestety, muszę odejść, podejść pod wzgórze. Nie jest wysokie. Odchodzę. Ale w tej orgii gorąca piano piano pokonuję je, usiłując nie myśleć o fizycznej ewentualnej słabości. Gdybym padł, może mi zagrałyby organy tych skał, które tak intensywnie podziwiam. To całe proste ściany, idealnie nadające się do renowacji jak organy: wmontować piszczałki, które mnie pożegnałyby jakimś nostalgicznym utworem. Byłyby świadkami banalnej historyjki, odnotowanej w lokalnej gazetce w Moab: znowu zasłabł i zginął turysta, gdyż zanadto oddalił się od utartych ścieżek. Wiedział, że to zabronione. Tym razem wywinąłem się. Może dlatego, iż w głupiej ostentacji pragnąłem zobaczyć następny (i następny…) park narodowy w nieziemsko pięknym stanie Utah w USA?






![Karol Czejarek. Autobiografia: Moja droga przez życie [recenzja książki, tłumaczenie z j. niemieckiego]](https://przegladdziennikarski.pl/wp-content/uploads/2024/12/Karol-Czejarek-autobiografia-Kluza-218x150.jpg)




