Abonament, cugle do powożenia misją

0
Laurie Simmons, 1978

Jak doniosła prasa, a nieco wcześniej rzecznik Prezydenta RP, w dniu 18 marca br. prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o rekompensatach dla TVP i Polskiego Radia „za utratę wpływów z abonamentu”.

W uzasadnieniu czytamy, że pozyskane środki mają wyrównać utracone wpływy z opłat abonamentowych w latach 2018-2019, a uzyskane zostaną poprzez emisję skarbowych papierów wartościowych, których łączna wartość nominalna nie może przekraczać kwoty 1,26 mld zł. Warunki emisji papierów wartościowych ustalą ministrowie kultury i finansów. Batalia o kolejne w ostatnich latach dofinansowanie dla TVP i PR kończy się więc oczekiwanym sukcesem zarządu mało publicznej obecnie telewizji. Jej prezes jeszcze niedawno przestrzegał przed finansową klapą i zagrożeniem dla produkcji drogich programów misyjnych (tu warto przypomnieć, że jego poprzednik z lat 1998-2004 Robert Kwiatkowski mówił podobnie, ujmując problem wyraziściej, że „tyle misji, ile abonamentu), ale jeszcze przed podpisaniem ustawy przez prezydenta, znalazłem na stronie internetowej Wirtualnych Mediów[1] informację, iż TVP wypracowała za rok 2018 ponad 31 milionowy zysk. Oczywiście z uwzględnieniem wcześniejszej rekompensaty. Z danych tam przedstawionych wynika, że Telewizja Polska otrzymała w ub. roku 979 mln zł z abonamentu (wraz z jego rekompensatą), czyli o 57 proc. więcej niż rok wcześniej. I tak w ubiegłym roku TVP dzięki kolejnej transzy rekompensaty miała rekordowo dużo środków, bo ponad dwa razy więcej niż w latach 2014 i 2015 oraz prawie pięciokrotnie więcej niż w 2010 i 2011 roku. Złośliwi mówią, że na obecną super misyjność telewizji rząd musiał znaleźć super środki. W okresach wcześniejszych owa inaczej rozumiana i ograniczona prawem misyjność nie zasługiwała widocznie na tak wyraziste wsparcie rządów, jak obecnie. I w tym sensie sprawdza się i spełnia to, „ile abonamentu, tyle misji”, ale warunek ten obecnie brzmi co nie co a’rebours.

Zupełnie na marginesie pozostają domysły dziennikarzy (nie tylko „Rzeczypospolitej”), że o rekompensatę toczyła się gra. „Prezydent miał wprowadzić do zarządu „swoich ludzi” wykorzystując podpis pod ustawą o rekompensacie jako kartę przetargową” – i wprowadził dwie osoby, zatem tę jakby przedwczesną informację o zysku spółki za rok 2018 (na dobę przed podpisaniem ustawy) można odczytywać różnie. Na przykład jako kpinę, a nawet szyderczy śmiech adresowany nie tylko do opozycji zwłaszcza, że po wspomnianym wprowadzeniu nastąpiło prawie zaraz zawieszenie jednego z nowych członków zarządu. Nasuwające się skojarzenia bledną jednak w obliczu pogłębiającego się kryzysu obiektywizmu i wątpliwej niezależności mediów publicznych (w ujęciu ustawowym), jak i kwestii ich zasilania pieniężnego jako jednoosobowych akcyjnych spółek skarbu państwa. Przyjęte i modyfikowane sposoby finansowania tych mediów, a także zamierzone oraz przypadkowe tego skutki, będą głównym tematem w niniejszym artykule.

Założenia i pytania

Przyjmijmy na wstępie, że stworzony przez ustawodawcę w 1992 roku system mediów elektronicznych dla wspierania polskiej transformacji ustrojowej i wdrażania zasad demokracji oraz aktywizacji samorządności obywatelskiej, służył temu celowi przez pewien czas z pożytkiem. Stanowiąc prawo w tym zakresie politycy chyba jednak nieco naiwnie zakładali dobrą wolę i wyłącznie demokratyczne ambicje rządzących, nie tworząc wystarczających zabezpieczeń przed łamaniem tak ważnej umowy społecznej. Historycznie rzecz ujmując system zarządzania i finansowania tych mediów, skonstruowany w ustawie rtv z 1992 r., był na miarę tamtych czasów i wydawał się dobrze skrojony.

Czy jednak gdyby ustawodawca wprowadził inny sposób finansowania mediów publicznych, inną ich strukturę organizacyjną, to trudniej byłoby je podporządkować interesom partii rządzących państwem? Aby móc odpowiedzieć na tak postawione pytanie, koniecznym staje się analiza funkcjonującej do dziś struktury spółki akcyjnej skarbu państwa. Już na wstępie budziła ona szereg wątpliwość. Jej zdecydowanym przeciwnikiem był np. poseł Aleksander Małachowski, który bronił (niedopracowanej zdaniem autora) koncepcji utworzenia państwowej osoby prawnej – korporacji prawa publicznego (?), przytaczając jako przykład funkcjonowanie BBC, ale zapominając jednocześnie, ile to już lat liczy okrzepła brytyjska demokracja.

Pojawił się projekt sygnowany przez posła Jana Krzysztofa Bieleckiego, który zakładał, że telewizję publiczną stanowią: fundacja Skarbu Państwa dla telewizji ogp. oraz fundacje gmin i miast dla ośrodków terenowych (te ostatnie samorządowe, niezależne od centrali). W myśl tamtego projektu istniałaby wielość podmiotów telewizyjnych: publiczna, prywatna, państwowa i samorządowa.

Argumenty przeciw spółkom opierały się na przekonaniach niektórych posłów, że Skarb Państwa będzie miał zbyt duży wpływ na publiczną radiofonię, z obawy, iż to (de facto) organy rządowe będą mogły ograniczać niezależność wspomnianych mediów. I nie były to bezpodstawne głosy krytyczne.

Do laski marszałkowskiej zgłoszono ostatecznie (po dwóch latach konsultacji i arcyciekawej dyskusji w komisjach sejmowych) pięć projektów ustawy o radiofonii i telewizji. O obradach plenarnych zakończonych 29 grudnia 1992 r. przyjęciem ustawy rtv przez Sejm (już nie kontraktowy) pisałem: „Stenogram z posiedzenia (…) zajmuje blisko 30 stron i jest interesującą dokumentacją, jak ostatecznie głosami rozsądku dało się zwieńczyć wieloletnie starania o demonopolizację państwowego radia i telewizji oraz ustanowić prawo może niedoskonałe, ale wspierające demokrację, wolność słowa, a nade wszystko rozwój elektronicznych mediów publicznych, do których państwo wcześniej ciągle musiało dopłacać”[2].

Formuła jednoosobowej spółki akcyjnej Skarbu Państwa dla zarządzania mediami publicznymi budziła szereg prawnych wątpliwości. Po pierwsze, tworzono tę koncepcję niejako u progu transformacji ustrojowej i gospodarczej w cieniu usuwanych zaszłości po nakazowo-rozdzielczym monopolu państwowym, w przededniu utrwalania się doktryny prawnej i faktycznego stosowania kodeksu handlowego. Po wtóre wobec wyłączenia niektórych artykułów z tego kodeksu ustawa miała charakter lex specialis i wręcz oszałamiała, jednych brakiem możliwości porównania z czymkolwiek znanym z przeszłości, a drugich – otwarciem perspektywy tworzenia nowych samodzielnych rozwiązań i nadawania tej formule treści ideowych, programowych i twórczych wpisanych do ustawy w dziale: obowiązki mediów publicznych, misyjność. Panowało powszechnie przekonanie (mówimy o latach 1992-1993), że ustawodawca rozważył wszelkie inne możliwości i uznał formułę spółki akcyjnej za instytucję dającą się najlepiej dopasować do szczególnych funkcji i celów, jakie miały wypełniać podmioty rtv. Wkrótce miało się okazać, że praktyka stosowania ustawy daje powody do postawienia tezy, iż regulacje te w wielu miejscach czynią ze spółek organizmy mniej efektywne (tak pod względem ekonomicznym jak i programowym), bowiem utworzona dychotomia zależności i podporządkowania ich dwom ciałom decyzyjnym: KRRiT oraz Skarbowi Państwa, wikła je w rozwiązywanie problemów obcych modelowym, typowym spółkom akcyjnym. Od tego się zaczęło i trwa do dziś owa dysjunkcja między polityką a ekonomią, pociągająca za sobą narastającą ekwilibrystykę w dążności do podporządkowania omawianych mediów i partyjnego ich uzależnienia. Skutecznym instrumentem dyscyplinującym okazywał się właśnie abonament w wysokości ustalanej przez sejm (polityków), a następnie coraz bardziej uznaniowo rozdzielany przez KRRiT, obsadzanej z tzw. klucza partyjnego; ostatnio już tylko przez jedną opcję. Autor obserwował ten proces jako prezes zarządu spółki (lata 1993-2006) oraz doktorant Szkoły Głównej Handlowej. W swej rozprawie doktorskiej interpretował prawno-ekonomiczne uwarunkowania misyjności publicznych mediów. Jedna z uwag dotyczących tej kwestii brzmiała następująco: Po przeanalizowaniu wszystkich publikacji dotyczących mediów elektronicznych w Polsce, ukazujących się od 1992 do połowy 1998 roku w takich dziennikach jak „Rzeczypospolita” i „Gazeta Wyborcza”, tygodnikach „Polityka” i „Wprost”, a także wybiórczo w „Życiu”, „Trybunie” i „Media Press”, można zaryzykować twierdzenie, że podczas trwającej ponad sześć lat dyskusji o mediach publicznych, aspekt ekonomiczny funkcjonowania tych jednoosobowych spółek Skarbu Państwa, jeśli się pojawiał, to niemal wyłącznie w kontekście wyraziście artykułowanych celów politycznych. O upolitycznieniu mediów publicznych mówiono więc od zawsze, z coraz większym zacietrzewieniem i otwartością. Tu warto też wspomnieć, że w maju 1998 r. obecny członek Rady Polityki Mediów pisał we „Wprost”: „Hipokryzją jest nawoływanie przez polityków do tego, by media publiczne były niezależne, skoro to oni właśnie wymyślili precyzyjny system uzależnienia ich od siebie”. Dziś można by dodać, że nie tak precyzyjny i skuteczny, jaki udało się skonstruować ich następcom. Potrzeba było nieco czasu. Zapowiedzią wojny, która zaczęła się toczyć i trwa aż do dziś, stał się tekst zamieszczony w lipcu 98 r. w „Polityce”: „Politycy AWS są sfrustrowani, że nie udało się im ulokować swoich ludzi w zarządach radia i telewizji, które znalazły się w rękach ludzi związanych z SLD, PSL i UW. Dlatego bitwa o władzę nad państwową telewizją i radiem wkroczyła w krytyczną fazę, a AWS zapowiada frontalny atak na KRRiT. Zamierza się doprowadzić ich członków przed Trybunał Stanu.” Wtedy po raz pierwszy pojawiło się w prasie sformułowanie „państwowa telewizja i radio”, będące dyshonorem dla mediów publicznych. I tyle przypomnienia z tego frontu, który trwa, a walka rozwija się i eskaluje kolejne dziesięciolecie. Wszakże jego główną amunicją był i jest abonament.

Opłaty abonamentowe

Abonament jako podstawa zasilania finansowego spółki i dość skomplikowana konstrukcja pierwotna tej „daniny”, a następnie nowelizacje, które miały usprawnić pobór, kontrolę ściągalności, nakładanie sankcji na niepłacących oraz zasady rozliczania z Pocztą Polską kwot przez nią pobieranych i przelewanych na konto KRRiT z przeznaczeniem do podziału między 19 samodzielnych[3], autonomicznych spółek prawa handlowego – to historia niemożności; istna kwadratura koła. Zastanawiające, że wszyscy (mowa o politykach różnych opcji) podejmowali próby, żeby ów problem rozwiązać, a nikomu to się do dziś nie udało. Zespoły wybitnych ekspertów pracowały miesiącami nad tworzeniem nowego ładu medialnego, nad kompleksową nowelizację ustawy o rtv. Powstawały „białe”, „zielone” i inne wiekopomne księgi zawierające nie tylko dyskusyjne ale i rozsądne rozwiązania, lecz za każdym razem „walka o uzdrowienie mediów publicznych” kończyła się tak samo; ułomną małą nowelizacją. Partie idące do wyborów niezmiennie zapowiadały „zapewnienie wolnym i demokratycznym mediom publicznym swobodę w służbie obywatelskiej i koniecznej ich niezależności dla spełniania ustawowej misji” – jak tylko dojdą do władzy. Dochodziły, i zapał ich do „uszczelniania” np. poboru abonamentu wygasał. Nawet w kręgach tak pragmatycznie myślących liderów obecnej ekipy. A może właśnie ów pragmatyzm miał w tym przypadku zasadnicze znaczenie?

Niedawno dla potrzeb innego tekstu, autor dokonał analizy wszystkich nowelizacji ustawy rtv na przestrzeni ostatnich 25 lat, głównie w kontekście zmian dotyczących abonamentu, i doszedł do wniosku, że na przeszkodzie załatwienia raz a dobrze problemu skutecznego zasilania finansowego mediów publicznych stały nie tylko trudności związane z obowiązującym prawem unijnym (to po 2004 r.), by „nowy abonament” miał np. formę opłat jak za energię elektryczną. Przyjmijmy że byłoby to możliwe, że wprowadzony system podziału pozyskanych środków nie miałby już charakteru uznaniowego (i w tym zakresie rola KRRiT by zanikła), że jednocześnie środki owe zapewniają publicznym mediom pełną realizację ustawowych zadań; jeśli tak, to… To po co nam takie media? Może nazbyt obcesowo została postawiona sprawa tej nieustannej dbałości rządów i partii, by media były niezależne, ale nasze. Hipokryzja nie jest tu na miejscu, a uczciwość nakazuje, żeby ten ciąg niemożności „para abonamentowej” nazwać po imieniu. Media są nasze, gdy funkcjonują na uwięzi. Na kilku lejcach, z których abonament (im bardziej ograniczony i źle pobierany, tym lepiej), okazuje się skutecznym środkiem podporządkowania mediów publicznych i ich uzależniania od ekip władzy.

W tym pierwszym okresie (1993-1998) mogło się zdawać, że poszerzanie stosowanych ulg w płaceniu abonamentu, umarzanie zaległości w płatności, jak i rosnąca nieskuteczność poboru abonamentu, jest dowodem na to, iż ustawodawca nie umie albo nie chce uwzględnić skutków powyższych działań, ale i zaniechań, pogłębiających niewydolność i tak ułomnego systemu. W efekcie sposób poboru abonamentu (jego nieskuteczność), obniżenie realne wartości wpływów abonamentowych przekazywanych spółkom przez KRRiT, nierytmiczność tych wpływów i opóźnienia, a także niejasny – nie dający się przewidzieć rozdział środków abonamentowych, przekładał się wprost na ograniczenie dla tych spółek możliwości (w rozumieniu ustawy) realizacji misji mediów publicznych, jak i nieskuteczność rzetelnego planowania finansowego i programowego z uwzględnieniem klasycznych metod analizy strategicznej i finansowej. Mowa przecież wciąż o zarządzaniu spółkami akcyjnym Skarbu Państwa, podmiotami prawa handlowego, jakkolwiek w ujęciu lex specialis. Zatem już wtedy, po pierwszym pionierskim okresie wdrażania ustawy rtv stawało się jasne, że formuła spółki akcyjnej nie wspomaga misyjności mediów publicznych, raczej ja ogranicza, narzucając inne modele zarządzania zbliżone do stosowanych w gospodarce rynkowej, w której podmioty siłą rzeczy nastawione są na zysk i rentowność produkcji. Nie stanowi więc najodpowiedniejszej ze względów ekonomiczno-prawnych formy prawnej, mogącej skutecznie wspierać realizację wymaganej przez ustawę misji. Inne, poza ekonomiczno-prawne względy byłyby ważniejsze?

W powyższym przywoływaniu znaczących ograniczeń i faktów, nie wolno pominąć kwestii niestabilności prawa. Właśnie owa niestabilność prawa i jego złe stosowanie w zakresie regulacji działalności publicznych mediów przyczyniała się do pogłębiania ułomności strukturalnej tych spółek i stało się podstawą regresu spostponowanej, wręcz ośmieszanej obecnie misyjności.

Zwieńczeniem smutnych powyższych konstatacji niech będzie przypomnienie, że 3 maja 1999 roku po dwóch latach dyskusji z udziałem wielu ekspertów, debat w komisjach sejmowej i senackiej, sejm przyjął kolejną nowelizację ustawy rtv będącą świadectwem braku gotowości do aktywnego czynienia dobrego prawa o czym ówczesny poseł UW Juliusz Braun mówił: ”Opieszałość parlamentu powoduje, że z chwilą przyjęcia jednej nowelizacji konieczne jest już przyjęcie zmiany kolejnej. Stąd i najnowsza propozycja zmiany ustawy jest spóźniona i dalece niedoskonała”[4]. A była to już piąta nowelizacją(!).

Wniosek nazbyt oczywisty

Po latach stosowania ustawy o radiofonii i telewizji z ustalonym w niej sposobem finansowania mediów publicznych (głównie z abonamentu) można dojść do wniosku, że żadna forma zasilania pieniężnego tych mediów jako spółek skarbu państwa, ani ta dotychczasowa i modyfikowana poprzez karkołomne dopłaty, refundacje i rekompensaty, ani też te znane z rozwiązań innych państw, nie zapewniają ich rzetelności i obiektywizmu. Bo gdy jakieś państwo łamie zasady demokracji i poprzez swoje organy wpływa właśnie na te media podporządkowując je, to jednocześnie nadaje im wyraziste atrybuty rządowych mediów partyjnych jako niezbędnej dla władzy tuby propagandowej. (Vide: Węgry, Turcja, Włochy za Berlusconiego). Konstatacja ta oparta jest na wieloletniej analizie działalności polskich i zagranicznych mediów „publicznych”; zarówno w aspekcie prawnym jak i ekonomicznym.

A wina Tuska?

Rzeczywiście Platforma po chwilowej utracie władzy i zwycięstwie PIS w wyborach w 2005 roku, zaczęła niejako programowo krytykować media publiczne, a jej lider otwarcie sygnalizował wsparcie obywatelskiego sprzeciwu w postaci niepłacenia abonamentu na przejęte przez zwycięskie ugrupowanie media publiczne, bo stały się one nie tylko państwowymi, ale znów rządowymi. Bezsprzecznie tym zakamuflowanym wezwaniem przyczynił się do zmniejszania wpływów z abonamentu, czego po roku 2008 nie udało się Platformie ani zniwelować, ani cofnąć.

Zamiast pointy

Poza dyskusją zdaje się ustawowy nakaz społecznej służby mediów publicznych, realizacja szeregu misyjnych powinności, na które media te winne otrzymywać wystarczający abonament. Pytanie, czy zmiany legislacyjne, a było ich po roku 1992 blisko dwadzieścia, wspierały realizacje tych obowiązków? Zdaje się, że zasadniczym przełomem w traktowaniu istoty funkcji wspomnianych mediów w sferze społecznej komunikacji; funkcji powiązanych z szerokim zakresem służby społecznej w warunkach konkurencyjnego rynku prasowego, było spektakularne – w okresie narastania tzw. afery Rywina – uwikłanie nadawców publicznych w podejrzane polityczno-ekonomiczne interesy. Owo uwikłanie, jeszcze nie uwikłanie się, w największym stopniu pozycji mediów publicznych zaszkodziło; gwałtownie malało ich zaufanie społeczne. Później było tylko gorzej, zwłaszcza ostatnio, gdy media te ugrzęzły w owym pełnym już uwikłaniu się we wspieraniu ekipy rządzącej, stając się instrumentem walki z opozycją. Ta nowa misyjność zdecydowanie koliduje z zasadą pluralizmu, rzetelności, niezależności i obiektywizmu. W cyklu rzekomych poszukiwań modus operandi dla ładu medialnego w Polsce i roli mediów publicznych w dialogu obywatelskim zmienia się w zasadzie tylko częstotliwość postępujących lawinowo małych aktów nowelizacyjnych. Mają je na sumieniu niemal wszystkie partie polityczne w Polsce, a najbardziej PO i PIS. Stałe i niezmienne są natomiast deklaracje polityków, że media publiczne mają być misyjne i służyć obywatelom, doskonaląc się w cnotach pluralizmu i obiektywizmu. Kto nie wierzy niech sięgnie do starych gazet, programów wyborczych, stenogramów z obrad sejmu i senatu. Autor ma to już za sobą i stąd jego pesymizm. Bowiem większość prób nowelizacji ustawy rtv, a w tym wprowadzenia skutecznych form zasilania finansowego TVP SA i PR SA, podejmowana była w interesie polityków traktujących media jako instrument wspomagający rządzenie, a wcześniej zdobycie lub utrzymanie władzy.

P.S.

Autor świadomie poprzestał w artykule na objaśnianiu głównie zawiłości abonamentowych dotykając ledwie nie mniej ważnych zagadnień ustrojowych, strukturalnych, a w tym zmajoryzowanego od lat przez partie rządzące trybu powoływania członków KRRiT, rad nadzorczych i zarządów spółek. To sprawy wymagające osobnego opisu i interpretacji jakkolwiek dotyczą tego samego problemu: niszczenia misyjności i niezależności mediów publicznych w Polsce. Oczywiście na ilustrowane powyżej pasmo niemożności można popatrzeć inaczej; uwierzyć politykom, że bardzo chcieli, starali się, napracowali i stąd aż tyle tzw. małych nowelizacji. A że nie wyszło, nie udało się, no przeszkód było wiele…

[1] https://www.wirtualnemedia.pl/artykuly, dostęp 18.03.2019r.

[2] Z. Kosiorowski, Radiofonia Publiczna, SRP, Poznań-Szczecin 1999.

[3] Nota bene przedstawiciele Kancelarii Prezydenta w ostatnich wypowiedziach zdradzają niewiedzę w zakresie systemu prawno-finansowego i struktur organizacyjnych mediów publicznych, bo mówią o rzekomych oddziałach regionalnych Polskiego Radia, których przecież nie ma od 1993 roku.

[4] Kronika Sejmowa r 64. III kadencja, s. 22

Poprzedni artykułWpływ pyłów zawieszone na rozwój dziecka
Następny artykułPremier League: Łukasz Fabiański na miarę angielskich marzeń…
Zbigniew Kosiorowski
Dr Zbigniew Kosiorowski, prof. nadzw. ZPSB – prozaik, dziennikarz, autor licznych reportaży radiowych, prasowych i słuchowisk. Ukończył studia wyższe polonistyczne (UAM, Poznań) i podyplomowe: prawa autorskiego (UJ, Kraków), krytyki artystycznej (WSNS, W-wa), a także w dziedzinie zarządzania, doradztwa finansowego i budowy strategii spółek (SGH, W-wa). Doktorat z ekonomii w zakresie nauk o zarządzaniu (SGH, W-wa). Współzałożyciel i redaktor naczelny Wydawnictwa GLOB (1984-1990), czasopism: Morze i Ziemia (1978-1981) i Między Innymi (1985-1989). W latach 1990-2006 prezes i redaktor naczelny Polskiego Radia Szczecin SA. Medioznawca i ekspert prawa autorskiego, profesor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu, autor monografii naukowych m.in.: Radiofonia publiczna (1999), Dysjunkcje misji (2009), podręczników cyfrowych do nauczania online: Gospodarowanie kapitałem ludzkim (2011) i Ochrona własności intelektualnej (2011), a także kilkudziesięciu artykułów naukowych z dziedziny zarządzania. Założyciel i dyrektor Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami (1987-2003), kapitan jachtowy. Wydał ponad 20 pozycji książkowych, m.in.: W pętli (1985), Gnilec (1986), cykl powieści młodzieżowych Przez cztery oceany (1986-1990), Archipelag odpływów (2010), Desant (2013), Kamień podróżny (2016) i Zapadnia (2018).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here