Wschodnia podróż Kabatca

0

W przebogatym dorobku jednego z najważniejszych polskich prozaików współczesnych, obchodzącego właśnie swe 90. urodziny Eugeniusza Kabatca, szczególne miejsce zajmuje powstała jeszcze u schyłku ubiegłego stulecia, a opublikowana przez Wydawnictwo Studio EMKA w 2008 roku powieść „Czarnoruska kronika trędowatych”. Z admiracją przyjęta w kraju, wzbudziła też zaciekawienie i uznanie za granicą – w Rosji np. wybitny badacz literatury polskiej profesor Wiktor Choriew w swej fundamentalnej „Historii literatury polskiej XX wieku” umieścił ją wśród najbardziej istotnych dokonań polskiej prozy przełomu wieków. Jubileusz naszego pisarza jest dobrą okazją, by do tego wybitnego, wciąż fascynującego swym myślowym i artystycznym nowatorstwem dzieła jeszcze raz powrócić.

Historiozoficzny dyskurs, którym w rzeczy samej jest ta powieść, obiera sobie za zawiązanie fabuły moment stosunkowo nieodległy i zdarzenie z rzędu zwyczajnych: oto w rok po katastrofie czarnobylskiej bohater-narrator pospiesza w swe rodzinne strony, na północny wschód od Puszczy Białowieskiej, by wziąć udział w pochówku swej chrzestnej; obszary te, które też staną się głównym miejscem akcji utworu – to historyczna Ruś Czarna, położona między górnym Niemnem, dolną Berezyną i Prypecią, na zachodzie dzisiejszej Republiki Białoruś. Tam wszakże niedaleka podróż w przestrzeni przemienia się w daleką podróż w czasie, w której wyniku nasz bohater zostaje przeniesiony w głębokie średniowiecze. U schyłku czternastego wieku, teraz jako kilkunastoletnie pacholę, staje się świadkiem i uczestnikiem podjętej przez swego mentora, uczonego wuja Mikołaja, próby zapobieżenia zawarciu w Wołkowysku przez polskich możnowładców i Jagiełłę polsko-litewskiego układu o związku obu państw. Sposób prezentacji tego nierównego politycznego pojedynku przeciwnika i stronników polsko-litewskiej integracji, sposób pisania o historii, jaki oferuje nam Kabatcowa „Kronika”, jest po części bliski na przykład Parnickiemu (skądinąd takich filiacji można tylko pozazdrościć), w decydującej jednak mierze stanowi propozycję własną i oryginalną. Jak Parnicki, rysuje też Kabatc własne, alternatywne wizje dziejów pogranicza wschodniej i zachodniej Europy: jeśli ten pierwszy w „Nowej baśni” każe na przykład XI-wiecznemu biskupowi nowogrodzkiemu Łukaszowi przemyśliwać o stworzeniu trzeciego (obok rzymskiego i bizantyjskiego), słowiańskiego odłamu chrześcijaństwa, Kabatc każe swemu Mikołajowi snuć projekty niezależnej Czarnej Rusi, z księstwem wołkowyskim jako organizującym centrum; w polsko-litewskim unijnym zamyśle Mikołaj (i Kabatc) dostrzega polityczne i kulturowe zagrożenia i niebezpieczeństwa nie tylko dla swej czarnoruskiej ojczyzny, ale i dla Litwy („pójdzie wszystko w taką stronę, aby Litwa była częścią Polski”), wreszcie nawet dla Polski („wplątawszy się w rozciągliwą pajęczynę wschodnich tęsknot i kombinacji trzeba będzie rezygnować z bogatych własności i jeszcze bogatszych łupów zachodnich, a zwłaszcza północnych”). Lepiej byłoby dla Litwy, a przy tym i dla Czarnorusi, gdyby Jagiełło, „ochrzciwszy swoją Auksztotę w obrządku bizantyjskim, powołał był do życia drugą wielką dzierżawę prawosławną z polityczną stolicą w Wilnie, a religijną w starym Kijowie… byłaby więc na wschodzie wielka Ruś Moskiewska, a tu mielibyśmy naszą Wielką Ruś Litewską, z Białą, Czarną i Czerwoną w środku”.

Książka Kabatca jest jednak nie tylko wielkim olejnym płótnem o wielkiej historii i wielkiej polityce, lecz także delikatną akwarelą o indywidualnym człowieczym dojrzewaniu; młodziutki bohater, trochę jak w „Imieniu róży” Umberta Eco, u boku swego mistrza przechodzi na jej stronicach inicjację i erotyczną (wdzięczna postać „Laszki Hanny”), i intelektualną, i twórczą (kiedy odkrywa dla siebie i próbuje przekładu „Raju” Dantego) – i widzi w marzeniu swą przyszłość, drogę otwierającą się na „kraje pełne winnic, rycerstwa i katedr, na wielkie polany, na których budowano wielkie miasta, a w nich murowane wieże, potężne kuźnie i ludne uniwersytety”… Subtelnie te wszystkie wątki, i o globalnym, i o jednostkowym wymiarze, spajają się i przenikają, harmonijnie wiodą dialog odległe od siebie terytoria i różne od siebie religie, płynnie przechodzą jedne w drugie stulecia i epoki; czas zresztą jest tu dla Kabatca nie tylko wirtuozersko używanym narzędziem kompozycyjnym, lecz także – jako zjawisko i pojęcie – przedmiotem niejednej filozoficznej i teologicznej dygresji, choćby tej o tajemniczym „czasosłowie”.

Ale może nade wszystko jest powieść Eugeniusza Kabatca książką o sobie samym, swoistą autobiografią intelektualną, czy też raczej intelektualnym autoportretem. Jak Wschód i Zachód spotykają się i współistnieją na kartach „Kroniki” (także na przykład w pięknym wariancie opowieści o wędrówce relikwii świętego Mikołaja z Myry do Bari, poprzez którą „Zachód zostaje namaszczony Wschodem”), tak oba te światy intensywnie współżyją również w jestestwie naszego autora, urodzonego w Wołkowysku właśnie i po dziś dzień z tą ziemią i jej kulturą silnie związanego, ale też znawcy, smakosza i piewcy Italii, tłumacza literatury tak białoruskiej, jak i włoskiej. Jak kobierzec zdarzeń i myśli splatających się w „Kronikę” jest namiętnym wołaniem o wzajemną tolerancję i wolny od uprzedzeń międzyludzki i międzykulturowy dialog, tak podobny charakter ma wieloletnia i nader żywa aktywność Kabatca na forum publicznym, przede wszystkim w Stowarzyszeniu Kultury Europejskiej, którego jest jedną z czołowych postaci. Zarówno przeto za motto powieści, jak i za życiowe credo jej autora mogłyby posłużyć słowa, które w „Kronice” słyszy na Czarnej Rusi polski arcybiskup: „Nie bójcie się, panie, innej kultury, ona was ubogaci, uwrażliwi, pomoże pojąć lepiej własne grzechy”.

 

Autor: Grzegorz Wiśniewski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here