Wokół Uskrzydlonych Marzeń Jerzego Józefa Tyszki

0

Dopóki słyszę morze, żyję…

(Axel Liffner)

1.

Obecnie ma 87 lat i nie przestaje marzyć. Jego kolejne akwarele i grafiki, szczególnie te z ostatnich miesięcy 2021 roku, które – „izolowany od życia” – spędził w szpitalach, tego właśnie dowodzą. Są wyrazem upartej dążności Jerzego Józefa Tyszki ku metaforycznemu morzu, zrozumieniu istoty żywiołu pełnego treści oraz wypowiedzeniu choć części bogactwa Wielkiej Wody ołówkiem, pędzlem, piórkiem, żartem i okolicznościową anegdotą. Wszak istotą morza jest życie. I w sztormach, i wtedy gdy drzemie. Kiedy niesie klipry pod żaglami w stronę terra incognita i gdy łączy kontynenty oraz ludzi, a także gdy pomaga oddzielić odważnych od szmondaków. Jerzy Tyszko nie jest tak naiwny, by sądzić, że morze czyni to Coś za nas czy też bez naszego udziału. Ono stwarza tylko okazję; udostępnia bezkresny i kapryśny poligon, na którym Lord Jim zmaga się heroicznie ze swoim upadkiem, a Moby Dick wyprowadza prześladowców na manowce wątpliwości. Rzecz w tym, żeby tę wyrachowaną i pulsującą niewstrzemięźliwość oceanów w porę rozpoznać, oznaczyć, i z niej skorzystać. I Jerzy o tym wie. Od dawna, bardzo dawna.

 Stosowne zeznanie ze swego życiowego halsowania rozpoczął niedawno od słów: „Ja, Jerzy – Józef Tyszko, s. Jana i Stanisławy z domu Gago, urodziłem się 31 marca 1935 w Warszawie. Miałem piękne i bogate dzieciństwo. Najpierw nad Wisłą, a potem nad Brokiem. We wrześniu 1939 r. ci w podkutych butach przeszli obie rzeki śpiewając radośnie Haili-haila, spalili dom w Wysokiej Mazowieckiej, pozabijali sąsiadów Żydów i odeszli. Następnie przypełzli ci ze sztykami w czubiastych bolszewickich hełmach z czerwonymi gwiazdami i zaczęła się tam Zapadna Białorus. 10 lutego 1940 r. mama uprzedzona, że jesteśmy na liście do wywózki postanowiła uciekać z nami do Generalnej Guberni, do Warszawy, do domu taty, który angażował się w walce konspiracyjnej z okupantem, ale styczniowych wyzwolicieli jakoś nie pokochał. Świat mi się zawalił dwukrotnie; w 1945 śmierć ojca na Rakowieckiej, i w dwa lata później gdy zmarła matka. Opiekujący się nami mąż siostry stracił w 1947 roku prawo wykonywania zawodu (akowiec), wyjechaliśmy więc na Ziemie Odzyskane do Łuczan, obecnie Giżycko. Stanąłem nad brzegiem Niegocina i usłyszałem morze”.

 

 

2.

Jego pierwszy morski rysunek, wzorowany na podarowanym przez ojca kartonowym modelu statku, przedstawiał transatlantyk m/s „Piłsudski” w rejsie do USA. Wybuchła wojna. W czasie okupacji uciekał przed szkopami w morze na buchalteryjnym, kratkowanym papierze, co ułatwiało utrzymywanie tworzonej flotylli w należytym szyku. W pierwszym rzędzie reanimował kontrtorpedowca ORP „Wicher”, a potem wyposażył podziemną polską marynarkę wojenną w pancernik. O!, znacznie większy i z mocniejszą artylerią od tego zdradzieckiego bandyty, co 1 września 39 ostrzelał Westerplatte. Chciał zbudować dla chłopaków z Gdyni eskadrę stalowych smoków oraz ze trzy podwodne „Orły”, ale zaczęły się łapanki i nawet buchalterom zabrakło kratkowanego papieru. Więc w jego ukrytym pod materacem doku pozostały ledwie muśnięte kopiowym ołówkiem okręty podwodne. A był już bardzo blisko ziszczenia marzeń; zerkał nawet przez ich peryskopy na układające się po powierzchni Bałtyku fale i zastanawiało go, jak się celuje torpedami, żeby niezawodnie roz…, no rozkwasić burtę i zatopić zdradzieckiego „Schleswiga-Holsteina”.

 Po tamtych chłopięcych impresjach pozostała po wojnie nieostra pamięć i żal za utraconym dzieciństwem. I tak nad owym Niegocińskim morzem Jurek stanął bezradny, wyzuty z fantazji; to morze zdawało się nazbyt płaskie, dopiero po chwili zmarszczyło twarz na spotkanie z wiatrem, który przywiał nagle, gdzieś od Wilkasów zjawiskową łódź pod żaglami. Najpierw jedną, potem drugą, i kolejne, aż cała przestrzeń ożyła i marzenia powróciły. Należało skoczyć im naprzeciw, zaryzykować, sprawdzić. Zajęło mu to trochę czasu. Kiedy już po ukończeniu Państwowego Liceum Mechanicznego w Kętrzynie pukał do Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej z ust przewodniczącego Komisji Kwalifikacyjnej usłyszał, że „pomiot czarnej reakcji nie może być oficerem Ludowego Wojska Polskiego”. Nawet Bałtyk na te słowa się oburzył i walnął wtedy sztormem, zatopił dwa kutry nieopodal Gdyni i w porę ochłodził rozpaloną głowę Jerzego. Ochłonął. W odwodzie pozostał rejs na zakończenie kursu żeglarskiego w Giżycku. Stąd trafił do Węgorzewa nad Mamry. Tu morze było już większe, więcej też wymagało.

 Konstytucyjny obowiązek zasadniczej służby wojskowej dopadł go – jak pisze we wspomnianym zeznaniu – 5 grudnia 1955 roku i tak trafił do Szkoły Podwodnego Pływania na Oksywiu. Dotykał wtedy z pietyzmem każdego fragmentu ćwiczebnego urządzenia, zapamiętywał jego budowę, przeznaczenie, ale najbardziej ciągnęło go do peryskopu. Jak najszybciej chciał sprawdzić czy przykładając oko do zakazanego dla żółtodziobów instrumentu zobaczy to samo, co już widział w chłopięcych marzeniach. Nie mógł jednak niczego porównać, bo zapodział gdzieś szkice kreślone na buchalteryjnych kartkach. A poza tym owych wyobrażonych fal na powierzchni morza, nie zapisał przecież, nie narysował, tylko prześnił. Chłopięce pragnienie odżyło wówczas w dorosłym mężczyźnie, co go nawet rozeźliło. Szczęściem te fantasmagorie jeszcze przed pierwszym zanurzeniem zabił smród panujący w podwodnym sarkofagu, a ich resztkę wyrzygał po paru godzinach, gdyż Bałtyk z czegoś był niezadowolony. Peryskop? Peryskop należał tylko dla wybranych, więc musiał jeszcze sporo się nauczyć, by wreszcie „wrazić ślepie w lupe”, jak dworował sobie z nowych ich bosman z samygo Ślunska.

 „Żeby zapewnić żonie i dzieciom byt, pozostałem na okrętach podwodnych jako podoficer zawodowy (na ORP „Kujawiak” i ORP „Orzeł II”)”, wspominał Jerzy po latach. Już jako bosman z dostępem, a jakże, do „lupy”. A tam górą, nad ich głowami śmigały żaglowce, a nawet zdarzył się kiedyś „Latający Holender”, co odnotował czarno na białym w skrywanym przed innymi prywatnym bardzo kapowniku. W dzienniku pokładowym pozostał inny, oficjalny zapis uczyniony ręką II oficera, że „namierzono statek żaglowy z uszkodzonym takielunkiem, prawdopodobnie pod banderą wrogiego kapitalistycznego kraju; widoczność ograniczona”. I tak dobrze żeśmy go nie storpedowali, zakpił pod nosem czytając później zapis oficera. I im głębiej pływali, tym więcej żaglowców krążyło nad, no może nie ich głowami, ale nad głową Jerzego Tyszki. Kapownik pęczniał od rysunków, zdarzały się nawet pirackie okręty, niestety wszystkie czarno-białe. Morze nabrało kolorów, kiedy trafił do Petersburga, to znaczy jeszcze Leningradu, znanego m.in. stąd, że już w 1917 roku wybuchło tam nad Newą „źródło naszego wieku”. Tam też w 1962 roku dowództwo Polskiej Marynarki Wojennej skierowało go na przeszkolenie teoretyczne. Praktykę obsługiwania sowieckich okrętów podwodnych typu M15 (wzorowanych na Uboot VIIC), przechodził w Kronsztadzie z widokiem na sławny z buntu marynarzy krążownik „Patiomkin”, ale okręt ten mniej go już interesował. Wolał petersburskie muzea, tamtejszy teatr, balet. Wtedy też doznał innego oczarowania. W Pałacu Michajłowskim (Państwowe Muzeum Rosyjskie) stając przed obrazami malarza. Wymykał się codziennie do któregoś z petersburskich galerii i nieodmiennie kamieniał przed dziełami Ajwazowskiego. I jeśli dla Iwana Konstantynowicza Ajwazowskiego w latach czterdziestych XIX wieku włoskie muzea stały się drugą uczelnią, jak twierdzą jego biografowie, tak muzea petersburskie stały najważniejszą szkołą marynistycznego malarstwa dla Jerzego Józefa Tyszki. „To tam, w Petersburgu, kupiłem pierwsze farby, pędzle. Pierwsze próby były raczej marne…” mówił w wywiadzie dla „Węgorzewskiego Tygodnia”[1]. Nieco później uległ fascynacji twórczości holenderskiego grafika Reinera Noomsa zwanego Zeemanem (XVII w.), którego prace bodaj w największym zakresie zainspirowały go do ćwiczeń w tej właśnie dziedzinie, co wkrótce przyniosło nadspodziewane rezultaty. Grafika marynistyczna tworzona piórkiem stała się bowiem najmocniejszą stroną artystycznych wypowiedzi Jerzego Tyszki.

 

 

3.

Z jego pracami, grafiką, akwarelami, zetknąłem się po raz pierwszy na posiedzeniu Komisji Kultury, Etyki i Wydawnictw PZŻ w Warszawie, której przewodniczyłem, a Jerzy w 2003 roku został jej członkiem. Był już wówczas na emeryturze po odsłużeniu m.in. na ORP „Orzeł II” kilkunastu lat podwodnej żeglugi, a następnie wypełnianiu nie tylko reprezentacyjnych funkcji na okręcie-muzeum ORP „Burza”[2] w randze zastępcy dowódcy sławnego kontrtorpedowca. Stawił się na posiedzenie komisji jako najbardziej brodaty z wyróżniających się wilków morskich w Polsce, jednocześnie komandor Morskiego Klubu LOK w Węgorzewie, szanowany instruktor, znany w środowisku żeglarskim z dokonań szkoleniowych, w tym fanatyk edukowania młodzieży na specyficznych, wymagających, dwumasztowych łodziach bez pokładu typu DZ. Przywiózł ze sobą tekę akwarel, grafik i rysunków. Marynistycznych, rzecz jasna. I posiał je między nas. Byliśmy zauroczeni jego pracami. Kilka z nich Jerzy podarował Komisji, żeby je rozprowadzić podczas koncertów Międzynarodowego Fetiwalu „Shanties” w Krakowie, a pozyskane środki przeznaczyć na bogatszą i bardziej wyrazistą działalność Komisji. I tak się stało. Z teczki Jerzego wyciągnąłem coś jeszcze. Humorystyczną rysunkową wersję szkoleń dzieci i młodzieży pod żaglami DZ-ty; na wesoło, ale perfekcyjnie ilustrującą cały proces nauki żeglowania. Aż prosiło się TO wydać, nie tyle jako książkę co broszurę ze względu na konieczny dla właściwego zobrazowania etapów szkolenia spory format, co najmniej w A4. „Szkolne przypadki poczciwej DZ-ty uczuciowo ilustrowane przez Jerzego J. Tyszko” ukazały się dwa lata później nakładem Wydawnictwa FOKA w Szczecinie (1,5 tys. egz.). To było bardzo dobrze przyjęte novum w procesie szkolenia, o czym prof. kpt. ż.w.j. Jacek Czajewski, wybitny naukowiec (Politechnika Warszawska) i autor szeregu podręczników z nawigacji i meteorologii tak napisał: ”w bardzo udanej formie, nawiązującej do komiksu (…) popularyzuje dezety. Czyni to lekko, dowcipnie, krótko, operując dobrą grafikę i przemycając sporą porcję merytorycznej wiedzy”.

W takich to okolicznościach poznałem Jerzego Tyszkę. Podarował mi wówczas wyszukaną grafikę pięknego galeona pod pełnymi żaglami, holującego małą szalupę, nie wiadomo dlaczego. Zapomnieli, że coś ciągną za rufą? Morze jest przecież wzburzone. Na górnym kasztelu pojawia się sylwetka oficera, który chyba przeklina pod nosem, może po angielsku, hiszpańsku albo po rosyjsku; za daleko więc nie słychać. Dedykacja na odwrocie jest prostsza i bardziej zrozumiała. A choć tyle już lat się znamy, jakoś dotąd nie zapytałem go skąd tam za żaglowcem owa szalupa na sznurku. Jeszcze o wiele innych spraw nie zapytałem Jurka. A przecież należy.

 

 

4.

Pragnieniem bosmana pokładowego Tyszki było wyrwać się z ciasnej przestrzeni stalowego pudła, spomiędzy torped czekających na rozkaz trafienia jakiegoś wroga internacjonalnej wolności, chronionej przez siły Układu. Tkwił w służbowej monotonii zredukowany do sprawnego mechanizmu okrętu, w szaroczarnym, przyćmionym świetle, czasem w oparach absurdu towarzyszącego błyskaniu czerwonego alarmu. Ale przecież i do niego należało ratowanie morale załogi, żeby w tym mroku, smrodzie i lęku nie traciła ducha oraz bojowej sprawności. Najpierw kształtował w chłopakach przekonanie, że świat jest jednak kolorowy, czasem nawet zabawny, a śmiech jest potrzebny do normalnego życia. Pozwolono mu ozdabiać okrętowe jadłospisy dowcipnymi rysunkami. Wkrótce dostał też zgodę dowódcy na wydawanie (w jednym egzemplarzu) satyrycznego pisma „Bombel”, ilustrowanego humorystycznymi scenkami z bytowania w puszcze na śledzie. Z czasem zamieszczał tam barwne akwarele z żaglowcami z kolorowych snów i marzeń. Jednakże załoga doceniając jego talent prosiła nade wszystko o nagie baby. Niestety, kapitan przestrzegał przed próbą tak jawnego naruszania socjalistycznej moralności, bo mogłoby to załogę uczynić bezbronną wobec zachodniego, zepsutego świata. „A gówno tam, panie bosmanie! No kurwaaa! – sprzeciwiał się zakonnym ograniczeniom mat Wacek, delegat załogi ds. pol.wych., domagając się wobec bosmana Jerzego o więcej światła zwłaszcza dla maszynowni – chłopaki źle przykleili do ścianki zdjęcie tej, no Zośki Loren, tej takiej z tym, no fajnym cycem, no utopili ją w zęzie, no i teraz pan bosman, coś z tym zrobi, tak? A morale upada przez to, że nasze oficery – tu ściszył głos – chodzą po burdelach. Sam widziałem w Kopenhadze. A chłopaków nie stać nawet na portowe dziwki, więc zabieraj się pan do roboty, załoga czeka, kurwa, nie?!”. Jerzy Tyszko uratował bojowość chłopaków nie tylko z maszynowni, ale i tych z głębszych jeszcze katakumb sięgających zęzy ORP „Orzeł II”. W kronikach Marwoja o tym nie piszą, ale tak było. Nie zbagatelizowano też innych osiągnieć bosmana; artystyczno-wychowawczych. Zaczął rysować dla tygodnika „Bandera” w Gdyni, a także nawiązał współpracę z branżowym pismem „Namiary”. Niestety, brak dowodów na to, czy aby we wspomnianym „Bomblu” nie pojawiły się gotowe do poświęceń odalistki i roznegliżowane nimfy, ponieważ wszystkie egzemplarze zbyt podwodnego pisma zarekwirowali specjaliści Zarządu Politycznego MW. Tak właśnie pozbawiono Jerzego Tyszkę wyrazistego dorobku z okresu przed wyjściem na powierzchnię; wynurzeniem się. Do archiwizowania wcześniejszych prac, tych jeszcze z Liceum Mechanicznego, też nie miał szczęścia. W tamtych smutnych czasach stalinowskiej indoktrynacji wyspecjalizował się w szkole w kreacji „wodza narodów” na brystolu dzięki czemu nie musiał pisać durnych referatów o dorastaniu geniusza Soso. Wypowiadał się rysunkami. Do czasu aż poniosła go fantazja i umieścił „ojczulka” – ów symbol sprawiedliwości i pokoju – na spienionym ogierze z mieczem w jednej dłoni i nahajem w drugiej. Coś się w tej kreacji nie spodobało dyrektorowi szkoły, może nazbyt ponure spojrzenie wodza, bo rysunek skonfiskował i od tamtego momentu mógł się Tyszka kontaktować ze światem wyłącznie werbalnie i pod stosowną kontrolą. Tym bardziej musiał zważać na to, co i jak rysuje, gdy już wrócił ze szkolenia w Leningradzie. Głównie chodziło o to jak rysuje? Udał się więc do Ogniska Plastycznego w Gdyni (1963) żeby wyostrzyć tam ołówki i nabrać stosownej perspektywy oraz ogłady pod kierunkiem Stanisława Rolicza, przedwojennego pedagoga z Wileńskiej Akademii Sztuki. „Najpierw ty rysuj – nakazał Rolicz – malowanie samo przyjdzie. Uważaj na szczegół, detal…” Zaczął więc z większą uwagą podpatrywać grafiki Noomsa i policzył, że na jednym z żaglowców uwiecznionych przez Holendra zmieściło się ponad pięćdziesiąt lin takielunku, a każda niezbędna i nie mącąca kształtu żaglowca, nastroju i tajemnicy w nim ukrytej. Nikt nie ogląda takich obrazów przez szkło powiększające, nikt nie liczy fałów, szotów, gejtaw, a Tyszka od tego zaczął studiowanie twórczości Zeemana, by rozwiązać zagadkę „jak on to robi, że obraz żyje, choć przez lupę statek jest aż tak dosłowny”? Obłożył się modelami, studiował budowę typowych fregat, brygów i szkunerów na podstawie podręczników, rysował i darł kolejne karty kartonu, klął i nie ustawał w odkrywaniu warsztatu holenderskiego marynisty. W końcu przestał liczyć liny, które już same z siebie, jakoś bezwiednie dopasowane do kształtów tworzonej metafory ożywiały i jego statki żeglujące na pograniczu snu i jawy. Konkret przestał przeszkadzać, skrył się jakby w tle jedynie dla potwierdzenia wiarygodności, ważniejszą stawała się wykreowana idea, nastrój, zawarte w większości prac. Znam wiele doskonały grafik Jerzego Józefa Tyszki świadczących o tym, że zagadkę Noomsa rozwiązał z powodzeniem. W tej dziedzinie były bosman z „Orła” stał się bowiem mistrzem. Zaś zestawianie go z Holendrem nie wydaje się nadużyciem, jest wskazówką, czyja twórczość go najbardziej inspirowała. No i malarstwo Iwana Konstantynowicza też, rzecz jasna.

 

5.

 Od 1962 roku zebrało się tekach Tyszki setki akwarel, grafik, satyrycznych rysunków, półki w domu i w węgorzewskim klubie wypełniły rzeźby w drewnie, na ścianach przyjaciół wiszą podarowane przez niego prace; rozsiał swoje oceany po sporej części świata, wzbogacił naszą wiedzę i uruchomił wyobraźnię. Wyszedł daleko poza swoja ukochaną krainę – Mazury, poza dość częste ekspozycje i wystawy w Muzeum Kultury Ludowej w Węgorzewie. W roku 2019 trafił m.in. do Centrum Kultury Euroregionu w Szczecinie z retrospektywną wystawą w salach „Starej Rzeźni”. Blisko sto prac, głównie akwarel i grafik zestawionych w pięciu kręgach tematycznych: „Żaglowce biało-czerwonej bandery”, „Żaglowce historyczne”, Dezeta kolebka na głębinie”, „Piraci nam się śnią” i „Portrety nieco krzywe”. Większość wykonana techniką akwarela plus pastela, w formacie A4, na papierze. Powstawały w różnych okresach twórczości i na podstawie takiego linearnego ciągu czasowego mogłem rozróżnić, które były te najwcześniejsze, świadczące też o lekkomyślnej rozrzutności Jerzego z początków jego mierzenia się z marynistyką w malarstwie. Najwyższy poziom sztuki osiągnął w grafice. Z kolorem fantazjował, ale nie wychodził poza ramy konwencji; wiele akwarel fascynowało głównie zawartą w nich metaforą. Gdybym był psychologiem sztuki – kombinowałem w maju 2019 roku dokonując jako komisarz wystawy selekcji akwarel – spróbowałbym zaryzykować rekonstrukcje nastrojów towarzyszących Tyszce w różnych okresach jego twórczości. Przyjechał z synami, żeby mi pomóc w ułożeniu prac w ciągi tematyczne. Rozumieliśmy się bez słów, po kilku latach znajomości już go rozgryzłem jako przyjazną duszę, kogoś bardzo bliskiego w rozumieniu morza; byliśmy kumplami z tego samego herbacianego klipra marzycieli, nie licytowaliśmy się, kto ile beczek soli już zjadł i w jakim towarzystwie. Na otwarcie wystawy 4 maja przyszło wiele osób, akwarele przyciągały wzrok. Tę paradę żaglowców i jachtów pod biało-czerwoną banderą otwierał „Lwów”. Najpierw wyłonił się z mgły nieco anonimowo; jeszcze nie wiemy, że to właśnie ON, myślałem – historyczna kolebka polskich nawigatorów. Zaraz przywieje, bark pochyli się na zawietrzną, bukszprytem zawadzi o chmury, fala odbita od dziobu chluśnie na burtę i raz jeszcze ochrzci pianą jego nazwę, a na gaflu załopocze biało-czerwona. Tak właśnie ożywiony przez Jerzego „Lwów” otwierał paradę żaglowców na Lasztowni w Szczecinie. „Inspiracje artysty – czytaliśmy w „Kurierze Szczecińskim” – wydają się oczywiste, odczuwamy to wyraźnie, im bardziej poddajemy się wizji unoszonych w morskiej przestrzeni zjawiskowych żaglowców. Odczytujemy ich znaki, dekodujemy ów język niosący wielość treści wpisanych w losy tych statków i ich załóg. To nie są wyłącznie metaforyczne morskie fantazje, to żaglowce z frachtem intrygujących opowieści o epoce, która minęła…”[3].

Stosowana przez J. Tyszkę technika akwareli – malowania rozcieńczonymi pigmentami na papierze szybko wchłaniającym wodę, uznawana jest za jedną z trudniejszych, nie pozwala na dokonywanie poprawek, wyklucza retusze, uniemożliwia przykrycie błędów kolejną warstwa farby. (Przydały się lata ćwiczeń pod okiem Ajwazowskiego i Noomsa). Jest świadectwem urealnionego zamysłu autora w pierwotnej postaci – pisałem w prospekcie do wystawy – wspartej rzetelnym rzemiosłem, bez śladów żmudnego cyzelowania szczegółów. Wszakże w akwarelach tych liczy się nastrój: od lirycznej melancholii po apokaliptyczną grozę, ich zwiewność, wyszukana kolorystyka oraz metaforyczna fabuła, a także przypisane Jerzemu (przez Stwórcę i naturę) poczucie humoru. Należy dodać, że wiele impulsów do poszerzania marynistycznych skojarzeń Tyszko czerpie z lektur powieści historycznych, morskich kronik, ale głównie wynosi z galerii i muzeów europejskich, wzbogacając je następnie rzetelnymi studiami z zakresu konstrukcji, takielunku i wyposażenia statków.

 

6.

Honorowy Obywatel Miasta Węgorzewo, rozpoznawalny artysta znany ze swych licznych inicjatyw w obszarze kultury morskiej w Polsce, wybitny szkoleniowiec z ogromnym dorobkiem w zakresie morskiej edukacji dzieci i młodzieży, odznaczany przez PZŻ za zasługi dla rozwoju żeglarstwa polskiego oraz odznaczeniami państwowymi i resortowymi, wpisany w krajobraz węgorapskiej krainy, zrośnięty z nią na zawsze, czeka aż puszczą lody i Mamry się znowu otworzą; jak co roku. Z okien swojego domu ma wgląd (bardziej po prawej) na dawny zamek krzyżacki, ale też leżące po drugiej stronie Węgorapy Muzeum Kultury Ludowej i nowe nabrzeże Żeglugi Mazurskiej. W zakolach rzeki, tam gdzie nurt jest żwawszy, pojawiają się coraz wyraźniejsze oznaki życia; zbliża się wiosna? W marinie jeszcze marazm, cisza. Jerzy czeka aż wrócą siły, żeby zejść na dawną przystań. Pora sprawdzić jak się ma wypieszczona przez niego DZ-ta z rumplem w kształcie smoka własnoręcznie wyrzeźbionym z jesionowego kloca. Jeszcze przykryta plandeką. Podejdzie też pod obelisk upamiętniający (z Jego inicjatywy) ekstrawaganckie rejsy Braci Eysmontów, którzy z Węgorzewa wyruszyli w świat, najpierw uciekli do Danii, później siedzieli w PRL-owskim pierdlu, wreszcie dali dyla przez Atlantyk i postanowili opłynąć Horn. Znów musi z nimi pogadać, może tym razem powiedzą, gdzie ich szukać, choć to nietrudna zagadka i domyśla się, że przyjdzie pora, by usiąść przy nich na jakiejś niebiańskiej grzędzie. Powinien odpisać na list Tadeusza Piaskowskiego, przyjaciela od lat – przesiedleńca z Wilna do Węgorzewa w roku 1945, byłego Dyrektora Muzeum Morskiego w Gdańsku[4], który go zawsze wspierał, a teraz oczekuje, że zdradzi mu swoje wiosenne już plany. Nie wie zaś, że ktoś chce go zachęcić do wykonania dodatkowych ilustracji do planowanego wznowienia historycznej powieści „Desant”, do której przecież już parę obrazków kiedyś wykonał. Nic takiego, ilustrował wszak kilka książek, więc poradzi sobie… – tak zareaguje na tę propozycję, gdy tylko o niej usłyszy. Tymczasem ożywia kolejną wersję zapomnianej „Elemki”, pięciomasztowego szkunera zakupionego w latach trzydziestych przez Ligę Morską. Szkuner ma otwierać projektowany kalendarz na 2023 rok z żaglowcami pod białoczerwoną. Gdyby się powiodło, to i rok następny dałoby się zaliczyć, czyż nie? To obiecująca perspektywa.

 

7.

Rozmawiam ostatnio z Jurkiem Tyszką telefonicznie co tydzień, z niepokojącą przerwą w kontaktach, związaną z chorobą, w trakcie której, jak mówili mi synowie Jerzego, też nie tracił humoru. Z nikim innym nie doświadczam takiej uciechy jak słuchając jego celnych, złośliwych, świadczących o nie gasnącej inteligencji, absurdalnych żartów, które głównie nas obu bawią, bo tak się złożyło, że nadajemy w tych samych częstotliwościach. „Śmiech? – powiedział przed laty w wywiadzie dla węgorzewskiego tygodnika – to pomagało mi w długoletniej służbie na okręcie podwodnym, tym bardziej pomaga na lądzie. Świat jest taki piękny – jak tu się nie cieszyć? Co rozbawia mnie najbardziej? Otóż wszyscy ci wielcy poważni, dostojni ludzie publiczni. Sztuczne dostojeństwo, odgrywanie roli „króla” jest arcyśmieszne”[5]. Mamy więc z czego dworować, zwłaszcza obecnie, jakkolwiek towarzyszą temu coraz smutniejsze refleksje. I wtedy wracam do jego akwarel, kolorowego świata z mórz i oceanów pełnego marzeń, z ładunkiem nadziei na odkrycie w naszym życiu jeszcze czegoś więcej, niż poczucia upływu czasu.; może na wyimaginowaną powtórkę… Dzieła sztuki istnieją bowiem o tyle, o ile ożywają w naszym z nimi kontakcie, w zetknięciu się, w interakcji. Do życia potrzebują naszych oczu i myśli. Gdy nachodzi mnie chandra, kieruję więc wzrok na akwarele Jerzego, zajmujące całą ścianę w mojej pracowni. Po chwili ta flotylla ożywa i zaczyna mówić, a bywa dość szczególnie rozgadana jak i jej twórca. W kilwaterach jego żaglowców zdają się przebłyskiwać, nie tylko przy świetle księżyca, historie naszych niegdysiejszych uniesień, zachwytów i pragnień. Wtedy czuję się znacznie młodszy i znów chciałbym w morze. I znowu powracają marzenia, bo kiedy słyszę morze…

 

(Spisane w Szczecinie w dniach 20.01. – 05.02.2022 r.)

[1] A. Styrańczyk, Ajwazowski między zupą a drugim daniem…, „Węgorzewski Tydzień”, 5-11 kwietnia 2013 r., s. 4.

[2] ORP „Burza” po wycofaniu ze służby od 1960 do 1976 r.  okręt-muzeum MW PRL, później zastąpiony przez ORP „Błyskawica”.

[3] A. Koczerga, Akwarele Jerzego Tyszki, „Kurier Szczeciński”, 25 kwietnia 2019 r., s. 9.

[4] T. Piaskowski, wybitny muzealnik i historyk sztuki, dyr. NMM w Gdańsku od 1988 do 2004 r.

[5] Strona z kulturą, www.wegorzewo.wm.pl, pobr. 20 lutego 2022 r.

Poprzedni artykułJeszcze o moich książkach, publicystyce i przekładach. Autobiografia Karola Czejarka, cz. XXI
Następny artykułŻycie na rozkaz (o powieści „Wojak Janunio” J. Stępnia)
Zbigniew Kosiorowski
Dr Zbigniew Kosiorowski, prof. nadzw. ZPSB – prozaik, dziennikarz, autor licznych reportaży radiowych, prasowych i słuchowisk. Ukończył studia wyższe polonistyczne (UAM, Poznań) i podyplomowe: prawa autorskiego (UJ, Kraków), krytyki artystycznej (WSNS, W-wa), a także w dziedzinie zarządzania, doradztwa finansowego i budowy strategii spółek (SGH, W-wa). Doktorat z ekonomii w zakresie nauk o zarządzaniu (SGH, W-wa). Współzałożyciel i redaktor naczelny Wydawnictwa GLOB (1984-1990), czasopism: Morze i Ziemia (1978-1981) i Między Innymi (1985-1989). W latach 1990-2006 prezes i redaktor naczelny Polskiego Radia Szczecin SA. Medioznawca i ekspert prawa autorskiego, profesor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu, autor monografii naukowych m.in.: Radiofonia publiczna (1999), Dysjunkcje misji (2009), podręczników cyfrowych do nauczania online: Gospodarowanie kapitałem ludzkim (2011) i Ochrona własności intelektualnej (2011), a także kilkudziesięciu artykułów naukowych z dziedziny zarządzania. Założyciel i dyrektor Szczecińskiej Szkoły pod Żaglami (1987-2003), kapitan jachtowy. Wydał ponad 20 pozycji książkowych, m.in.: W pętli (1985), Gnilec (1986), cykl powieści młodzieżowych Przez cztery oceany (1986-1990), Archipelag odpływów (2010), Desant (2013), Kamień podróżny (2016) i Zapadnia (2018).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here