Trudno byłoby znaleźć jakąkolwiek publikacje dotyczącej polskiej wojny obronnej w 1939 roku, nazywanej także Kampanią Wrześniową, w której nie padłaby nazwa Westerplatte. A przecież obrona tej polskiej enklawy w Wolnym Mieście Gdańsku nie decydowała o losach wojny polskiej w 1939 roku, ale miała wymiar symboliczny ukazujący heroizm Polaków w obronie niedawno, bo raptem 20 lat wcześniej odzyskanej niepodległości.
Po odrodzeniu państwa po rozbiorach, Polska co prawda uzyskała dostęp do Bałtyku, ale nie dysponowała żadnym liczącym się portem morskim. Dlatego decyzją Ligi Narodów w 1924 roku, przekazano Polsce półwysep nad Zatoką Gdańską, przy ujściu Martwej Wisły, w obrębie Wolnego Miasta Gdańska, ale wyłączonego z jego terytorium, na bazę przeładunkową importowanych towarów, także broni i amunicji dla polskiego wojska. Długość tego półwyspu wynosiła około 2 kilometrów, a szerokość od 300 do 500 metrów.
W 1926 roku przetransportowano drogą morską na pokładzie trałowca ORP „Mewa” oddział wartowniczy WP, liczący początkowo 22 żołnierzy, w tym dwóch oficerów. A ponadto do obsługi magazynów i terenu Wojskowej Składnicy Tranzytowej zaangażowano dalszych żołnierzy i pracowników cywilnych. W sumie miało być 88 żołnierzy. W późniejszym czasie, w obliczu napięć w Europie, jakie miały miejsce, wzniesiono cztery żelbetonowe wartownie, odporne na wybuchy, z otworami strzelniczymi.
Niemiecka agresja objęła duże obszary Polski i w wielu miejscach żołnierze polscy ofiarnie stawiali opór – walcząc często z przeważającymi siłami wroga, chociażby nad Wizną, to jednak właśnie Westerplatte pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli wojny polskiej w 1939 roku i w dalszym ciągu jest przedmiotem zainteresowania, o czym świadczy duża frekwencja zwiedzających teren byłej polskiej Składnicy Tranzytowej. Zwiedzający pytają przewodników głównie o żołnierzy polskich broniących tej placówki, ilu ich było, ilu poległo i co się z nimi działo po poddaniu się, itp. Również chcieliby wiedzieć, czy prawdą jest, że walką faktycznie dowodził kapitan Franciszek Dąbrowski, bo dowódca major Henryk Sucharski przeżywał załamanie psychicznie, powołują się przy tym na film fabularny, ten drugi i kontrowersyjny o Westerplatte. Wielu z nas pamięta zapewne fragment wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, że „Do nieba czwórkami szli żołnierze z Westerplatte”, co mogło sugerować, że żołnierze broniący Wojskowej Składnicy Tranzytowej zginęli co do jednego.
Rozbieżności było wiele – od rzeczywistej liczebności załogi Westerplatte 1 września, skąd się rekrutowali i o ich powojennych losach. Dopiero w 2023 roku, trzech historyków z Muzeum II Wojny Światowej: W. Samóla, J. Tuliszka i S. Ruta skrupulatnie wyliczyło, że 207 żołnierzy i pracowników cywilnych stanowiło 1 września 1939 roku załogę Westerplatte. Pracowników cywilnych było 26 i mieli oni również przeszkolenie wojskowe. Ustalono także nazwiska obrońców Składnicy. Obecnie Muzeum na Westerplatte jest oddziałem Muzeum II Wojny Światowej. Nawiasem mówiąc jeden z niemieckich archiwistów, badając dokumenty, które po poddaniu Składnicy znalazły się w rękach Wehrmachtu – podał liczbę 280.
Załoga Westerplatte standardowo liczyła 88 żołnierzy, tylu ustaliła Liga Narodów. Wobec wzrostu napięcia między Niemcami i Wolnym Miastem Gdańskiem a Polską nastąpiło potajemne wzmacnianie polskiego garnizonu, aż do miesiąca sierpnia 1939 roku. Aneksja litewskiej Kłajpedy przez III Rzeszę w marcu 1939 roku, stał się sygnałem alarmowym. Zwiększając wojskową obecność Składnicy stosowano różne fortele, na przykład „ucywilnienie” niektórych stanowisk, na przykład szewc, krawiec, rusznikarz czy fryzjer. Funkcje te pełnili żołnierze, więc zastępowano ich pracownikami cywilnymi, a żołnierze i tak pozostawali w składnicy. Również „przemycano” żołnierzy z Gdyni na Westerplatte drogą morską przy pomocy holowników. Podobnie było z wyposażeniem w broń strzelecką i sprzęt artyleryjski. Polska jednostka wartownicza na Westerplatte nie mogła dysponować ciężką bronią maszynową, nie mówiąc już o artylerii. Stosując różne fortele, oprócz standardowego wyposażenia w karabiny Mauser i pistolety, na uzbrojeniu znalazły się karabiny maszynowe, w tym 16 ciężkich oraz 25 lekkich i ręcznych, 2 działka przeciwpancerne 37 mm Boforsa, 1 armata polowa 75 mm i 4 moździerze 81 mm, a także granaty ręczne. Na każdy ckm przypadało 25 tysięcy nabojów, na rkm 5 tysięcy, a na działka ppanc 300. Ponadto wykonano wiele prac ziemnych, przede wszystkim okopy z przedpiersiami, które zamaskowano, przygotowano także gniazda dla karabinów maszynowych, oraz wejście na półwysep zabezpieczono metalową siatką z hartowanej stali i „kozłami hiszpańskimi” jako zaporę przeciwczołgową. To dlatego obrona Składnicy była skuteczna przez prawie tydzień, biorąc także pod uwagę świetne wyszkolenie i wysokie morale oficerów i żołnierzy.
Służbę na Westerplatte traktowano jako misję wojskową poza granicami państwa, dlatego załogę Składnicy dobierano dosyć rygorystycznie. Do tej „pierwszoliniowej” placówki kierowano żołnierzy o wysokim morale, sprawnych, mających odpowiednie umiejętności, doświadczenie wojskowe oraz przeszkolenie specjalistyczne i taktyczne a także znajomość obsługi różnych rodzajów broni strzeleckiej, a nawet działek przeciwpancernych i moździerzy. Ponadto żołnierze kierowani do Składnicy powinni mieć co najmniej 170 cm wzrostu, musieli być narodowości polskiej i być stanu wolnego, przesłużyć przynajmniej rok w wojsku i sugerowano również żeby byli wyznania rzymskokatolickiego. Służąc poza granicami państwa oficerowie i żołnierze dostawali specjalny dodatek do żołdu i mogli korzystać z kantyny, gdzie kupowali towary bezcłowe. Na przykład gaża majora Sucharskiego wynosiła 1400 zł. (w tym czasie pensja majora wynosiła ok. 800 złotych) Również surowe wymagania stawiano przed pracownikami cywilnymi, którzy musieli mieć przeszkolenie wojskowe i być rezerwistami WP.
Dobre było także wyżywienie, w Składnicy hodowano krowy mleczne oraz świnie a także uprawiano warzywa. Ponieważ polscy żołnierze byli niemile widziani w Wolnym Mieście Gdańsku, a do Gdyni było dosyć daleko, to starano się uprzyjemnić im czas wolny na własnej plaży i pływaniem na kajakach.
Żołnierzy rekrutowano z wielu jednostek, a trzon ostatniej zmiany stanowili żołnierze, łącznie z ich dowódcą majorem Henrykiem Sucharskim z 4 Pułku Piechoty Legionów z Kielc, którym dowodził wtedy ppłk dypl. Zygmunt Berling. Dowództwo tego pułku odpowiadało za wyznaczenie i przygotowanie wiosennej zmiany Wojskowej Składnicy Tranzytowej. Specjalne wytyczne Sztabu Głównego WP regulowały formę wyszkolenia i doboru ludzi na tą ważną dla Polski placówkę. Z chwilą uruchomienia portu w Gdyni składnica przeładunkowa, w małym stopniu zajmowała się już tym, do czego była przeznaczona, ale posiadanie i utrzymanie enklawy polskiej w Gdańsku było bardzo ważne. Ostatnią załogę wzmocniło kilkunastu najlepszych żołnierzy z poprzedniej zmiany z 5 Pułku Piechoty Legionów z Wilna. Na Westerplatte wysłano także 15 żołnierzy z 2 Morskiego Batalionu Strzelców a także Marynarka Wojenna RP oddelegowała dwóch podoficerów – matów, do obsługi motorówki będącej na wyposażeniu Składnicy.
W zamyśle Głównego Inspektoratu Szkolenia i Sztabu Głównego WP, do Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte powinni trafiać najlepsi żołnierze – specjaliści. Dotyczyło to także oficerów. Dobierano też bardzo starannie pracowników cywilnych, tylko przeszkolonych wojskowo rezerwistów. Dlatego we wrześniu 1939 roku na Westerplatte walczyła naprawdę dobrana załoga. Wymienieni wyżej historycy z Muzeum II Wojny Światowej potwierdzili również liczbę 15 poległych Westerplatczyków, do liczby tej należy dodać radiotelegrafistę Kazimierza Rasińskiego, najprawdopodobniej zamordowanego przez Niemców już w niewoli.
Na jesieni 2019 roku zespół pracowników, w tym i archeologów z Muzeum II Wojny Światowej odnalazł 9 zwłok poległych żołnierzy polskich, z czego 7 zidentyfikowano. Pracowali nad tym prokuratorzy IPN z Gdańska oraz genetycy z Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego ze Szczecina. Identyfikacja 2 pozostałych zwłok nie powiodła się. Ponadto jeden z poległych, kpr. Andrzej Kowalczyk, którego szczątki przeniesiono z Westerplatte w 1963 na cmentarz komunalny na Srebrzysku, zostały uroczyście przeniesione znowu na Westerplatte. Wszystkich 9 poległych pochowano w listopadzie 2022 roku na nowym Cmentarzu Żołnierzy WP na Westerplatte, gdzie spoczęli obok swojego dowódcy – majora Henryka Sucharskiego. Jeszcze przed śmiercią Sucharskiego, w kasynie w Ankonie, w której przebywał Major po uwolnieniu z niemieckiej niewoli, doszło do przypadkowego spotkania majora Sucharskiego z Melchiorem Wańkowiczem, korespondentem wojennym w 2. Korpusie gen. Andersa. Dla Wańkowicza był to niepowtarzalna okazja do przeprowadzenia wywiadu z bohaterem walk wrześniowych i napisania o tym w książce o Westerplatte. Major Sucharski wkrótce zmarł w 1946 roku i został pochowany na Polskim Cmentarzu Wojennym w Casamissima. Jego szczątki w w 1971 roku ekshumowano i sprowadzono z Włoch do Gdańska. Było to w czasach Gierka, który chciał zdobyć popularność wśród Polaków. Prochy majora Sucharskiego wystawiono w Dworze Artusa, gdzie gdańszczanie oddali Mu cześć, a następnie został pochowany na Westerplatte. Ceremonia pogrzebu Majora miała bardzo uroczysty charakter i odbyła się w pełnej oprawie zgodnie z ceremoniałem wojskowym: z kompanią honorową WP, sztandarami, orkiestrą i salwą honorową. W uroczystości uczestniczył ówczesny minister Obrony Narodowej gen. Wojciech Jaruzelski, który wygłosił mowę okolicznościową.
Losy westerplatczyków wziętych do niewoli były różne, większość trafiła do obozów jenieckich, oficerowie poszli do oflagów – w tym mjr Henryk Sucharski, któremu niemiecki generał Friedrich Eberhardt pozwolił zachować szablę w niewoli, kpt. Franciszek Dąbrowski, kpt. lekarz Mieczysław Słaby, por. Leon Pająk, por. Stefan Grodecki, ppor. Zdzisław Kręgielski, chor. Jan Gryczman, a podoficerowie i szeregowi do stalagów. Pracownikom cywilnym wojska nie przysługiwała taka ochrona prawna, jak żołnierzom, nawet tym, którzy zostali zmobilizowani tuż przed wybuchem wojny. Tych ludzi przeniesiono ze stalagów do „Obozu Jeńców Cywilnych Stutthof,” który wtedy jeszcze nie był obozem zagłady. To spotkało 9 jeńców z Westerplatte, a 4 nie przeżyło wojny. Inną grupę stanowili jeńcy, którzy podejmowali kilkakrotnie próby ucieczek, ale zostali ujęci i zesłani karnie do obozów koncentracyjnych. Po oswobodzeniu z niewoli ponad 40 Westerplatczyków wzięło jeszcze udział w dalszych walkach z Niemcami, w szeregach Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, a także w formacjach Wojska Polskiego zwanego później „ludowym”, a także w ruchu oporu, przeważnie w AK, a nawet w Armii Czerwonej. Służbę w powojennym Wojsku Polskim, podjął kpt. lekarz M. Słaby i awansował na stopień majora, ale był szykanowany przez Informację Wojskową, a kpt. F. Dąbrowski służył w Marynarce Wojennej i awansował na stopień komandora podporucznika. Losy Westerplatczyków odzwierciedlają więc wszystkie archetypy losów Polaków podczas II wojny światowej. Losy powojenne Westerplatczyków są mało znane i udokumentowane. Dlatego wielkie słowa uznania należą się nieżyjącej już pani redaktor Stanisławie Górnikiewicz, która w czasach PRL-u nie tylko otoczyła „matczyną opieką” żyjących jeszcze legendarnych obrońców Polskiej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte, ale nawet przewodniczyła Kołu Westerplatczyków w ramach dawnego Związku Bojowników o Wolność i Demokracje (ZBOWiD). Jej praca opublikowana po raz pierwszy, w wydanej przez Wydawnictwo Morskie książce „Lwy z Westerplatte” pozwoliła zweryfikować listę Westerplatczyków i wyeliminować osoby, które próbowały podszywać się i nie mające nic wspólnego z obroną Składnicy. Ponadto Pani Górnikiewicz opisała jeszcze powojenne losy wielu z nich. Wcześniej, 30 sierpnia 1881 roku była współorganizatorką podniosłej uroczystości, przy zbiorowej mogile poległych Westerplatczyków, przy prochach ich dowódcy majora Sucharskiego, w której obecny przy tym ordynariusz Diecezji Gdańskiej ksiądz biskup Lech Kaczmarek odprawił Mszę św. i uroczyście poświęcił krzyż, ponownie postawiony na grobach poległych bohaterów, a wcześniej usunięty. Było to już możliwe, bo trwał wtedy „karnawał „Solidarności”, przed stanem wojennym.
Miałem przyjemność osobistego poznania i krótkiej współpracy z Panią Stanisławą Górnikiewicz. We wrześniu 1984 roku, w Gdańsku, odbywały się centralne obchody państwowe 45 rocznicy napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę. Główne uroczystości odbywały się przy Polskiej Poczcie i na Westerplatte. W tym czasie odbywał się również zlot żyjących jeszcze wtedy Westerplatczyków, o ile pamiętam było ich jeszcze około 80. Zlot ten współorganizowała Pani Górnikiewicz, przy bardzo dużej pomocy wojska, a konkretnie „Niebieskich Beretów.” Weterani z Westerplatte byli zakwaterowani w obiektach wojska i spożywali posiłki w kasynie wojskowym, przy Klubie Garnizonowym przy ul. Słowackiego. Pełniłem wtedy służbę w sztabie 7 Dywizji Desantowej w Gdańsku i dowódca dywizji gen. bryg. Henryk Szafrański wyznaczył mnie do pilotowania z ramienia dowódcy Garnizonu Gdańsk wszystkich spraw związanych z pobytem uczestników i które zabezpieczała Dywizja. Wtedy to poznałem Panią Górnikiewicz i rozmawiałem z nią i z wieloma bohaterami, o których słynny spiker Polskiego Radia Tadeusz Bocheński, rozpoczynał w pierwszych dniach września 1939 roku każdy komunikat wojenny słowami: „A Westerplatte jeszcze walczy” Po zakończeniu zlotu Pani Górnikiewicz ofiarowała mi swoją książkę „Lwy z Westerplatte” z dedykacją i wtedy poprosiłem uczestników zlotu o podpisaniu mi tej książki, co zrobili. Szkoda tylko, że nie wszyscy podpisali się czytelnie.
Marek Skolimowski
- Górnikiewicz S. Lwy z Westerplatte Gdańsk 1983
- Moczulski L. Wojna Polska Poznań 1973
- Wańkowicz M. Dwie prawdy. Westerplatte – Hubalczycy. Kraków 1997















