Tkliwe wspomnienie

0
Autor fotografii Edward Hartwig

Młoda kobieta kolejny raz próbowała zapanować nad bałaganem książek, których wciąż przybywało w jej domowej biblioteczce. Układała je na półkach w dwóch rzędach.

    W głębi stały książki o wyższym formacie, a z przodu układała niższe, by mogła mieć wgląd na wszystkie i wziąć z półki potrzebną w danej chwili książkę. Wśród nich były jakieś inne materiały, wcześniej niezauważone, nie mogła sobie przypomnieć, skąd się u niej wzięły. Już chciała to przeznaczyć na makulaturę, lecz w pewnym momencie dostrzegła niedużą pozycję zatytułowaną „Wykaz Kół Łowieckich i Wędkarskich”. Machinalny ruch odrzucenia tej pozycji spowodował, że otworzyła się na stronie z czarno-białym zdjęciem, na którym z trudem dostrzegła wśród wielu siedzących na trawie i leżących osób swojego ojca. Jej serce ożywiło się na ten widok. A już chciała to wyrzucić. Jej ojciec nie żyje już od dwudziestu pięciu lat, więc ten jeszcze jeden dokument zawarty w ten niedużej starej publikacji stał się dla niej dokumentem rodzinnym i dowodem na to, że jej ojciec był człowiekiem działającym na wielu polach.

   Wróciły wspomnienia sprzed lat. Należał do Polskiego Związku Wędkarskiego. Będąc jeszcze małą dziewczynką nie rozumiała, dlaczego w weekendy wychodził wcześnie rano, gdy wszyscy jeszcze spali, albo na całą noc. A dokładnie na węgorze i sumy. To ryby, które bardzo aktywne są w nocy.

   Ojciec był doskonałym wędkarzem, niejednokrotnie udowadniał przynosząc pokaźnej wagi złapane trofea. Jednego razu, wracając po nocnym wędkowaniu przyniósł zawiniętego w kufajce ogromnego, czternastokilogramowego suma. To była uczta nie tylko dla rodziny, ale i dla zaprzyjaźnionych sąsiadów. A i kotom się też należało.

    Od dziecka wychowała się na rybach słodkowodnych i do dziś lubi te rybne potrawy.

    Nie darzyła sympatią błotnistego węgorza, długiego, mającego śliskie i zwinne ciało, pomykające zygzakami niczym wąż. Zdawała sobie sprawę z tego uprzedzenia, ale długo nie mogła się do niego przekonać. Mama kroiła tego węgorza na kawałki i obtoczonego w mące smażyła na patelni. Natomiast pamięta, że od dzieciństwa nie mogła jeść żadnych wędzonych ryb, węgorza, czy wędzonej makreli.

 

    W archiwach rodzinnych, oprócz legitymacji Polskiego Związku Wędkarskiego  wypatrzyła legitymację Stowarzyszenia Pszczelarzy Polskich. Ojciec zajmował się pszczelarstwem, a dokładnie założył własną pasiekę złożoną z kilku własnoręcznie wykonanym uli, które co jakiś czas przewoził w różne miejsca, by stworzyć pszczołom najlepsze warunki do pozyskania nektaru z kwiatów, czy to w pobliże łąk, czy sadów, a także obok lasu, gdzie mogły sobie zbierać pyłek wrzosowy. Dopóki warunki mu pozwalały, by się tym zajmować, w domu własnego prawdziwego miodu nigdy nie brakowało.

 

    Po tej krótkiej refleksji wróciła do ulubionego hobby ojca, czyli wędkarstwa, bo wędkowanie górowało nad innymi zajęciami ojca. Najsmaczniejszą rybą dla niej był pstrąg. Jak ta ryba wyglądała na żywo, przekonała się będąc na wakacjach u rodziny na Śląsku. Opodal ich domu przepływała bystra rzeka, w której jej kuzyn rękoma wyłapywał żywe  pstrągi. Mięso pstrąga jest delikatne i pyszne. Czasami, w restauracji miała okazję zjeść  wspaniałego pstrąga w towarzystwie frytek z zestawem surówek.

   

    Zapamiętała wiele chwil z dzieciństwa, między innymi to, że ojciec rzadko bywał w domu. Po pracy zawodowej chwilę odpoczywał, krzątał się koło domu, coś naprawiał, potem szykował swój rower, a później gdy miał już ukochany motocykl, zabierał swoje niezbędne akcesoria wędkarskie i wyjeżdżał nad jeziora lub rzeki. Wracał ze zdobyczą, raz udaną, innym razem tylko z małymi płociami. Zapamiętała, jak będąc małą dziewczynką przyglądała się tym rybom. Bawił ją wygląd leszcza, z charakterystycznym pyszczkiem wysuniętym u dołu w kształcie trąbki.

    Mama miała utrapienie przy czyszczeniu tych małych rybek, aż któregoś dnia zdenerwowała się, że czyni to ostatni raz:

  – Albo będziesz sam te leszcze, płotki i inne drobne ryby oporządzał, albo wyrzucę je  okolicznym kotom!

   Okoń to ryba wyjątkowo trudna do czyszczenia. Ma mocne łuski i charakterystyczny garb z kolczastymi płetwami. Przy tej czynności mama wiele razy pokaleczyła sobie dłonie. Ten protest mamy wziął sobie ojciec do serca i od tej pory sam zajmował się skrobaniem ryb z łusek i wnętrzności przed domem. Po chwili schodziły się na ucztę okoliczne koty zwabione zapachem ryb.

    Mama potem wyczarowywała z nich doskonałe przysmaki. Smażone filety w cebulce na kilka dni zamykała w słodko-kwaśnej zalewie octowej z przyprawami, gdzie żadna ość nie miała już szans. Najchętniej jednak smakowały wszystkim smażone na maśle dzwonki do obiadu lub rybne kotleciki. Ryba w galarecie lub po grecku królowała przy okazji imienin, odwiedzin  bliższej i dalszej rodziny. Była ulubionym przysmakiem na świątecznym stole. 

    To hobby było dla jej ojca odpoczynkiem od wszelkich problemów dnia codziennego. Czasem przynosił okazałego szczupaka z charakterystyczną płetwą ogonową złowionego w jeziorze. Szczupaki to ryby dość bojowe, a ich płetwa ogonowa pozwala w pogoni za zdobyczą nawet wyskoczyć do góry by potem nagle opaść we właściwe miejsce do lustra wody. Tato przestrzegał okresu ochronnego szczupaka na początku maja i pod koniec września.

 

    Dzisiaj, córka wędkarza, już jako dorosła kobieta wie jak smakują poszczególne ryby: te słodkowodne jak sandacz, pstrąg, węgorz, leszcz, a także morskie: dorsz, śledzie, halibuty i łososie. Podczas rozlicznych wyjazdów do Włoch, Hiszpanii i Grecji poznała smak owoców morza: doradę, homara, krewetki, małże, ostrygi, mule  i ośmiornicę. 

  W domowym archiwum po rodzicach, zachowało się wiele różnych materiałów, w tym kilka legitymacji z Koła Wędkarskiego z wklejonymi znaczkami potwierdzającymi opłacenie w danym roku składek. Rozczuliła się na ten widok, bo wiedziała, że ojciec znany był z sumienności i odpowiedzialności…

   

    Gdy jej dzieci dorosły, założyły własne rodziny. Wyjeżdżało się z małymi córkami podczas wakacji do Międzyzdrojów. Zapamiętała zdarzenie, którego bohaterem był zdobyczny szczupak. Nie pamięta, kto go przyniósł do domku letniskowego, w każdym razie po usmażeniu w domku i zjedzeniu tego szczupaka,  jednej córce zaszkodził, co objawiło się silną alergiczną wysypką na całym ciele. Od tamtej pory na szczupaka trzeba bardzo uważać.

 

    Wiele lat później rodzice zamieszkali bliżej miasta portowego. Dla jej ojca był to swego rodzaju idealny skansen do wędkowania. W pobliżu wiele rozlewisk Odry i duże jezioro. Szczególnie lubił wędkować nocą. Ciemność z daleka rozjaśniały lekko migocące światła dźwigów portowych, zwanych potocznie żurawiami. Rozlewisko Odry najbliżej domu sprawiały mu frajdę, bo nie musiał trudzić się dalekimi dojazdami. Przysiadał na rybackim stołeczku nad samym brzegiem, zarzucał wędkę z dżdżownicą przyczepioną do haczyka lub innym wabikiem i czekał cierpliwie. I tak mógł czekać i czekać. To zajęcie było dla ojca jakąś formą terapii, spokoju i wyciszenia.

   Jadąc tramwajem czy autobusem, a nawet pociągiem w ciągu dnia, widać było płynące po Odrze lub zakotwiczone nad brzegiem duże barki załadowane żwirem, piaskiem, węglem i innymi surowcami budowlanymi. 

    Przesiadując godzinami nad wodą w ciągu dnia ojciec mógł obserwować przybrzeżną soczystą przyrodę; rozłożyste drzewa rosnące tuż nad wodą, chyląc swoje gałęzie niczym długie ramiona ku Odrze. Szuwary krzewów uzupełniały ten krajobraz. Czasem ojciec wstawał z krzesełka, wychodził spod rozłożystych gałęzi drzew i krzewów, następnie wchodził w wysokich do kolan gumowcach do wody, by zająć dobrą pozycję. Stopy, mimo że owinięte w skarpety i dodatkowo w ciepłe onuce marzły niemiłosiernie. Te nocne eskapady odbijały się  latami na jego zdrowiu. Coraz częściej skarżył się na bóle korzonków. Bywały dnie, kiedy cierpiał okropnie i nie był w stanie podnieść się z łóżka. Wszelkie środki przeciwbólowe i nagrzewania uśmierzały stan choroby na chwilę, lecz te dolegliwości towarzyszyły mu już do końca życia. Szczupły i bardzo żywotny był przez całe życie. Na starość jego sylwetka, pomimo chorych  korzonków była prosta, ale chuda i pozbawiona mięśni. Często narzekał na problemy trawienne, z tego powodu raz przebywał w szpitalu. Gdy telefonicznie córka zapytała  o stan ojca, lekarka oznajmiła zimnym tonem bez skrupułów:

  –  Pani ojciec ma raka.

 Oczywiście rodzina nie mogła się z tym pogodzić, najbardziej rozpaczała kilkunastoletnia wnuczka.

   Ta diagnoza okazała się mylna i jej ojciec po tygodniu wyszedł ze szpitala. Minęło wiele lat, gdy sam poczuł, że już chyba długo nie pożyje. Z dnia na dzień przestał palić. Na pytanie, córki, co się stało, że nie pali, nie potrafił wyjaśnić.  Zmarł mając osiemdziesiąt jeden lat.

   To sentymentalne wspomnienie naszło ją, gdy pewnego dnia idąc wzdłuż nabrzeża bulwaru nad Odrą przyglądała się licznym wędkarzom stojących niemal obok siebie. Pogoda była w miarę sprzyjająca, 14 st. C. i lekki południowy wiatr. Więcej uwagi poświęciła ostatniemu wędkarzowi, który właśnie wyłowił średnią rybkę, następnie zdjął ją z haczyka i z powrotem wrzucił do Odry.

  –  Dlaczego łowi pan ryby, skoro potem wpuszcza okaleczone z powrotem do wody?

  – Wędkuję dla przyjemności, a ryby są z natury drapieżnikami, więc żeby przeżyć, muszą pożerać inne mniejsze ryby, co wiąże się często ze zranieniem, ale to im nie szkodzi.

   Córka wędkarza tego oczywiście nie wiedziała, a wyjaśnienie wędkarza wydawało się jej sensowne. Gdy ojciec żył, nie przyszłoby jej do głowy, by go o to zapytać.

 Widywała potem w odcinkach program z wędkarzami, którzy w podobny sposób traktują to swoje hobby.

    Robiąc kolejne porządki w swoim bibliotecznym archiwum natrafiła na niezwykłą anegdotę o Mieczysławie Karłowiczu, którą zacytowała dziennikarka muzyczna „Głosu Szczecińskiego” Anna Podkańska:

 

    Wybrał się Mieczysław Karłowicz na ryby nad rzekę Prut, łowił jednak w głuchym ustroniu, gdyż nie posiadał urzędowego zezwolenia. Nagle, jak spod ziemi wyrasta strażnik rzeczny i surowym tonem pyta:

– Jakim prawem łowi pan tutaj pstrągi?

– Mój przyjacielu – odpowiada Karłowicz z niezmąconym spokojem. – Czynię to pod nakazem nieodpartej przemocy niezgłębionego, intuicyjnego geniuszu ludzkiego nad upośledzoną nędzną kreaturą …

– Wybaczy pan – rzecze po chwili osłupiały strażnik, zdejmując czapkę i kłaniając się nisko – ale kto by znał te wszystkie nowe zarządzenia. Czy dziś, gdy strażnicy przyrody wierzą jedynie w moc dokumentów, wyszedłby panu Mieczysławowi taki „numer”.

 

                                                                  ***

    Najcenniejszą pamiątką zachowaną w domowym archiwum rodziców, którym się zaopiekowała po ich śmierci, to list z Jersey City z datą 9 sierpnia 1958 roku. Napisał do jej  ojca młodszy z trójki braci, który jako siedemnastolatek tuż po zakończeniu II wojny światowej jakimś cudem razem z aliantami przedostał się do USA. Tam potem odbył służbę wojskową, ożenił się z młodą Irlandką, pielęgniarką, która mając w kieszeni 12 dolarów wyjechała do Stanów w poszukiwaniu lepszego życia.   

                                                                                                                  Jersey City N.J.          Dnia 9-8-58

                          Kochany Bracie, bardzo ci dziękuję za Twój piękny list.

 

   Tego listu nie spodziewałem się od Ciebie, bo pisałem do Ojca, ale jakoś nie chce mi odpisać. Poszukiwałem Was po całym świecie, przez Czerwony Krzyż, potrwało to półtora roku. Otrzymałem tylko Ojca adres a Ty pierwszy dałeś znać o sobie, więc cieszy mnie to bardzo. Napisałeś w liście, ze masz 3 dzieci, ale nie wiem jakie, czy chłopcy, czy dziewczynki. Bo ja mam jednego chłopaka, już teraz poszedł do szkoły, a jedna ma 4 druga 2 lata.

   Pracuję w fabryce, jestem mechanikiem. Mam dobry samochód 58 marki Desoto, którym jeżdżę do pracy, codziennie robię po 25 mil.

   Proszę Ciebie, napisz o moich Siostrach i Władku i o Mamusi. Czy Oni jeszcze Żyją. Na tym kończę, pozdrawiam Cię, Żonę i Twoje Dzieci. Proszę Cię przyślij mi zdjęcie Twojej rodziny. Włożyłem jedno zdjęcie.

 

 Na tym zdjęciu, z dedykacją świąteczną stoi trójka pięknie ubranych dzieci. Najstarszy chłopiec i dwie dziewczynki. Potem jeszcze urodził się najmłodszy syn. Do dziś nie żyje już stryj, stryjenka i dwoje ich dzieci. Aż dziwne, że list ten nie zagubił się podczas wielokrotnych przeprowadzek rodziców.

    W kolejnym liście Bronek prosił ojca, by postarał się odtworzyć jego polskie dokumenty m.in. akt urodzenia i odesłać je do USA. To ojca przerosło. I raczej  był bez szans, by spełnić prośbę brata w tak trudnych latach rządów komuny.

  Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych Bronek dwukrotnie odwiedził rodziców mieszkających w podszczecińskiej wiosce. Natomiast jego dorosła wnuczka w 2023 roku przyjechała do Polski i przy okazji odwiedziła ze swoim mężem kilka polskich miast w tym Kraków. Niemal cała rodzina ze strony ojca mieszkająca w Polsce spotkała się przed ich wyjazdem do USA na zjeździe rodzinnym nad Jeziorem Miedwie. Nic nie wie, czy amerykańska rodzina trudziła się wędkowaniem, wie tylko ze zdjęć, że stryj Bronek przysyłał kolorowe zdjęcia, który na łodziach wraz z innymi prezentował swoje opalone i zdrowe ciało. Z urody był bardzo podobny do jej ojca. Natomiast Darek, syn najmłodszej, nieżyjącej już siostry Elżbiety jest zapalonym wędkarzem. Na Facebooku prezentuje wraz z innymi wędkarzami niesamowite okazy.

   To tkliwe wspomnienie zamieniła na marzenie. Trzeci nieduży pokój to istne archiwum plakatów, paczek z książkami, dokumentami, zdjęciami. Marzy jeszcze o czwartym większym pokoju z uporządkowaną biblioteką. Przy ścianach regały z książkami i z albumami zdjęć, przy oknie biurko, obok drukarka ze skanerem, ryza papieru i radio. Wszystko, co potrzebne jest w zasięgu ręki do intelektualnej pracy.

Poprzedni artykułPaul Morphy – szachowy geniusz i jego przedwcześnie zakończona kariera
Następny artykułWesterplatte
Maria Jaremek
Maria Jaremek - absolwentka bibliotekoznawstwa i informacji naukowej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz podyplomowego studium etyki na Uniwersytecie Szczecińskim. Od 2016 r. publicystka Przeglądu Dziennikarskiego.pl. Pracowała 17 lat w księgarstwie. Bibliotekarka i dyplomowana nauczycielka etyki w szkołach ponadpodstawowych. Autorka kilkudziesięciu artykułów w prasie szczecińskiej, miesięcznikach pedagogicznych, bibliotekarskich, autorka pięciu książek, kilkunastu haseł w Encyklopedii Szczecina oraz Encyklopedii Pomeranica.pl. Członkini Queen Jadwiga Institute, Alliance Française, Stowarzyszenie Demokracja, Towarzystwa Przyjaciół Książnicy Pomorskiej i Dyskusyjnego Klubu Książki.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj