W zielonej enklawie

0

Był styczeń początku lat pięćdziesiątych XX wieku. Zmarnowany i zniszczony szedłem ulicą Nowy Świat w Warszawie. Natomiast  po drodze spotkałem grupę studentów Wydziału Konsularno – Dyplomatycznego  Akademii Nauk Politycznych znanej wtedy warszawskiej uczelni w której studiowałem i jeszcze miałem etat młodszego asystenta w Katedrze Materializmu Dialektycznego i Historycznego, do niedawna kierowanej przez prof. Adama Schaffa a potem przez prof. Juliana Hochfelda (1) i to jako jedyną jeszcze płatną pracę, z której utrzymywałem się w pół głodowym stanie (2). Na wspomnianym Nowym Świecie, spotkałem niespodziewania grupę studentów ze wspomnianej Akademii, w której byłem wtedy studentem II roku Wydziału Konsularno – Dyplomatycznego. Wśród nich mojego kolegę Bogdana Czernickiego, który nie tylko był studentom tej uczelni, ale był znany z tego, że  samodzielnie wypalał różne figurki z gliny stawiając  je do licznych sklepów zarówno w Warszawie, jak i innych miastach Polski. Miał też dziwne umiejętności zbierania nad Bałtykiem bursztynów. Nawet wiedział kiedy Bałtyk je wyrzuci. Obdarowywał też nimi liczne koleżanki i kolegów ale ważniejsze było to, że z ich sprzedaży czerpał  duże zyski i naszym wszystkim imponował dużymi jak na owe czasy pieniędzmi. Zapraszał nas na sute obiady i kolacje będąc na tej podstawie dość lubiany w studenckim gronie.  Bogdan przywitał mnie radośnie przedstawiając zarazem sporej grupie kolegów i znajomych mu towarzyszących, jako wybitnego asystenta prof. Adama Schaffa, ze wspomnianej akademii.  Próbowałem nieśmiało wytłumaczyć, że wszystko się zmieniło. Adama Schaff odszedł ze wspomnianej akademii obejmując Katedrę Filozofii w Uniwersytecie Warszawskim, a ja odszedłem razem z nim z  tej katedry. Katedrę po Adamie Schaffie objął natomiast prof. dr. hab.  Julian Hochfeld, w której ja mam jeszcze etat, ale już nie mam etatu młodszego asystenta w katedrze UW u wspomnianego prof. Adama Schaffa . Na dodatek odszedłem z Kompanii Akademickiej Wojska Polskiego, w której korzystałem z koszarowej noclegowni w Cytadeli Warszawskiej i znalazłem się nieco dramatycznej  sytuacji noclegowej. Nie miałem czasu na rozwijanie opowieści o  przyczynach moich ówczesnych ,dramatycznych ,nieszczęść, bo uczestnik tej grupy już wtedy znany pisarz ludowy Henryk Syska (3), zaprosił wszystkich na małą popijawę i wyżerkę do swojego mieszkania blisko położonego od Nowego Świata na ulicę Okólnik. Zostałem też tam  zaproszony, choć z przykrością musiałem poinformować wspomnianych kolegów, iż nie mogę się dołożyć do zakupu alkoholu i „wyżerki”, bo jestem w ciężkim położeniu materialnym. Spotkało się to ze zrozumieniem zebranych i po zakupach wszyscy z paczkami udaliśmy się do wspomnianego mieszkania Henryka Syski. Bogdan Czernicki będący entuzjastą mojej skromnej osoby, wypytywał mnie po drodze jak to się stało, że z dobrej pozycji życiowej znalazłem się w takim kryzysie. Przecież jeszcze do niedawna sam prof. Adama Schaff wizytował seminarium , które prowadziłem a odbywało  się z uczestnictwem Bogdana Czernickiego jako studenta i omawiając tę wizytację ze mną i studentami, formułował  pod moim adresem takie komplementy, które oni ze zdumieniem wysłuchiwali. Po tym natomiast  informowałem jeszcze wspomnianego Bogdana Czernickiego, że opuszczę wspomnianą Akademię, w której on kontynuował swoje studia i w drodze awansu zasilę katedrę Filozofii Marksistowskiej w Uniwersytecie Warszawskim z szansą obok szybkiego skończenia  studiów dyplomatyczno – konsularnych również studiów filozoficznych w UW i szybkiego awansowania na drabinie kariery naukowej aż do uzyskania tytułu profesora i przynależenia do czołówki polskich  filozofów  marksistów ówczesnego okresu. Miałem też z poręki samego prof. Adama Schaffa szybko otrzymać pokój asystencki do samodzielnego zamieszkania

Po drodze nie było czasu na długą rozmowę, ale w mieszkaniu Henryka Syski składającego się co prawda z jednego ale olbrzymiego  pokoju na ulicy Okólnik, wspomniany Bogdan Czernicki usiadł obok mnie i popijając kieliszek za kieliszkiem męczył mnie swoimi pytaniami na temat mojej katastrofy życiowej. Faktycznie była to całkowita katastrofa. Natomiast ja  byłem rozżalony, z rozwiniętą pretensją do siebie i świata, że dałem się łatwo całkowicie zniszczyć we wspomnianej katastrofie. W złagodzonej postaci poinformowałem Bogdana, że w przeciwieństwie do wprowadzającego mnie w pracy  na stanowisko młodszego asystenta w UW na jego wydziale filozoficznych prof. Adama Schaffa, kilkudziesięciu  zespół moich nowych kolegów i koleżanek przyjął mnie z nieukrywaną wrogością i niechęcią. Na dodatek w porównaniu z Akademią Nauk Politycznych, gdzie w katedrze było dwóch Polaków  narodowości żydowskiej dobrze do mnie ustosunkowanych, a dwóch narodowości polskiej równie dobrze do mnie ustosunkowanych, to w nowej katedrze w UW byłem odosobnionym przedstawicielem polskiej narodowości, traktowanym albo z niechęcią, albo wręcz z wrogością przez moich żydowskich nowych współtowarzyszy pracy. Wprowadzający mnie do tej katedry prof. Adam Schaff na początku próbował mnie bronić przed agresją moich nowych żydowskich nowych  kolegów, ale potem stwierdził, że skoro wszyscy są o mnie negatywnego zdania, to zapewne mylił się w dotychczasowych swoich ocenach na temat mojej osoby i coraz wyraźniej przychylał się do zdania większości moich nowych  kolegów na temat mojej osoby. Byłem przy tym dość obiektywny. Opowiedziałem Bogdanowi Czernickiemu, że jeden z moich nowych kolegów też żydowskiego pochodzenia o nazwisku Tadeusz Jaroszewski, okazał mi wielkie współczucie, uznanie  i poparcie, ale tylko okazywane wtedy, kiedy znajdowaliśmy się sam na sam i nikt tego nie widział i nie słyszał. Przy tym owa niechęć do mnie nie posiadała charakteru jakichś subtelnych aluzji a przeradzała się w brutalną agresję, która przybierała postać zarzutów pod moim adresem, w których  słowa „imbecyl” i „niedouczony analfabeta”, znajdowały się w częstym obiegu.

Przejście z pełnej afirmacji moich zdolności, wiedzy i umiejętności nie tylko potwierdzonej w ocenie prowadzonych zajęć w Akademii Nauk Politycznych prof. Adama Schaffa, ale też w ocenie mojej działalności w Zarządzie Głównym Związku Akademickiej Młodzieży Polskiej i w redakcji wspomnianego czasopisma  Zarządu Głównego Związku Akademickiego Młodzieży Polskiej  „Po prostu”, psychicznie całkowicie mnie załamały. Na dodatek tego wszystkiego prof. Adama Schaff nie zrealizował swojej obietnicy zapewnienia mi pokoju w bursie asystenckiej, (nawet dwuosobowego) a ja zrezygnowałem z mojej przynależności wojskowej do kompanii akademickiej i zapewnienia tym samym mi noclegów w budynku tej kompanii, usytuowanym na terenie  Cytadeli Warszawskiej, skąd codziennie ,pracowicie dojeżdżałem do znanego Bogdanowi dobrze budynku Akademii Nauk Politycznych na ulicy Wawelskiej w Warszawie. Bogdan Czernicki bardzo mi współczuł, ale nie widział specjalnie możliwości udzielenia mi pomocy noclegowej zwłaszcza tego dnia i w następnym czasie. Porozmawiał jednak w cztery oczy z Henrykiem Syską, który obiecał, że będę mógł w jego jednoosobowym, ale olbrzymim pokoju przenocować najbliższe dni a może nawet tygodnie. Bieżąca sprawa została rozwiązana, ale moja sytuacja osobista i skutki dramatycznych przeżyć nie stwarzały dla mnie korzystnych warunków samodzielnego istnienia w stołecznym grodzie, w którym się co prawda urodziłem, ale w którym znalazłem się nagle w niezwykle tragicznym położeniu. Mieszkając czasowo u Henryka Syski, udałem się do willi, w której mieszkała moja macocha wraz z jej matka oraz córeczką w kilku pokojowym mieszkaniu i prosiłem o udostępnienie mi jednego z najmniejszego pokoiku w jej wielkiej posiadłości, ale spotkałem się ze stanowczą odmową w tej sprawie. Co więcej potraktowany zostałem z wielką wyniosłością i arogancją. Wydaje się, że to, że tym razem pojawiłem się cywilu, a nie w mundurze, miało na to zachowanie wielki wpływ. W tej trudnej sytuacji wydawało się, że  znajdę się w sytuacji bez wyjścia.

Należy zwrócić uwagę, że byłem ówcześnie na granicy całkowitego załamania psychicznego. Nigdy dotąd nie byłem w takim stanie. Nawet jak siedziałem wraz z ojcem w gestapo w Kozienicach i byłem bity i maltretowany przez wyspecjalizowanych w takich czynnościach pracowników gestapo, nie byłem tak załamany psychicznie jak po specyficznym opuszczeniu katedry Adama Schaffa w UW i znalezieniu się w nowym katastrofalnym położeniu. Materialne kłopoty sprzęgały się przede wszystkim z całkowitym odmówieniem mi przez przytłaczającą większość pracowników tej katedry jakichkolwiek zdolności i talentów i uznaniem, że jestem wręcz niewydarzoną fantazją mojego  naukowego mistrza.  Przy tym przejście od najwyższego uznania nie tylko mistrza w osobie Adama Schaffa, ale też jego starszego i młodszego asystenta, to znaczy Leona Szyfmana i Jerzego Wierzchowskiego było tak wielkie, że musiało to spowodować moją całkowitą niezdolność do dalszego funkcjonowania, a nawet życia. W katedrze Adama Schaffa w UW specjalizował się zwłaszcza w dyskwalifikowaniu mnie wtedy nie tylko jako kandydata na uczonego ale nawet jako kandydata na studenta Wydziału Filozofii UW wspomniany wcześniej  dr Henryk Holland (4), który świeżo obronił pracę doktorską o Tadeuszu Kotarbińskim, w który w dużej mierze odmawiał temu wybitnemu ,polskiemu  prakseologowi walorów naukowych. Świeżo mianowany doktor zarówno w indywidualnych rozmowach ze mną , jak i w publicznych wystąpieniach na mój temat nie tylko próbował dyskwalifikować wszystko co ówcześnie miałem do powiedzenia choćby na temat filozofii marksistowskiej, ale czepiał się nawet stylistyki moich wypowiedzi, na siłę dopatrując się w nich mojej rzekomej nieznajomości mojego języka ojczystego. Wtórował mu Roman Zimand, Alina Osiadacz i sporo jeszcze osób ówczesnych pracowników Katedry Filozofii Adama Schaffa w UW. Publicznie nikt mnie nie wziął wtedy w obronę. Co prawda gwiazda wschodząca ówczesnej filozofii dr Leszek Kołakowski zaprosił mnie nawet na obiad do jedynej warszawskiej eleganckiej restauracji mieszczącej się w Alejach Ujazdowskich niedaleko od skrzyżowania ulicy Marszałkowskiej i Alej Ujazdowskich a nawet  dystansował się w tej rozmowie wobec chamstwa dr H. Hollanda, R.  Zimanda,  A. Osiadacz i szeregu innych starszych i młodszych asystentów naszego wspólnego profesora, i nigdy zgłosił pod moim adresem poważniejszych wątpliwości, dotyczących tego  czy wrośnie ze mnie prawdziwy uczony wnoszący do filozofii swój oryginalny i znaczący wkład ale nigdy też nie uczynił tego publicznie choćby na zabraniu pracowników wspomnianej Katedry które mieliśmy ówcześnie  co kilka dni ale próbował mi wyjaśnić negatywny do mnie stosunek nowych kolegów. Głównie moją nowością w tym gronie. Natomiast pocieszający mnie w samotnych rozmowach świeżo upieczony magister Tadeusz Jaroszewski (5), radził mi na zgłoszone pod moim adresem obelgi, zacisnąć zęby i przetrwać mimo wszystko taką trudną dla mnie sytuacje.

Z takim bagażem przeżyć było mi niezwykle ciężko i aż się dziwię, że nie miałem żadnych samobójczych zamiarów. Jednak bardzo pomocną dłoń wyciągnął pod moim adresem wspomniany Henryk Syska pisarz ludowy, który w swej książce „Nad błękitną moją Narwią”, dał upust swojemu zachwytowi i opisowi  piękna naszej ziemi ojczystej. Z wielką przyjemnością nie tylko tego wieczoru, ale w dni następne nocując mnie kiedy nie miałem gdzie się znaleźć danej nocy, ale  starałem się nie nadużywać jego gościnności, mimo ,że to pomógł mi przeżyć ówczesne wyjątkowo trudne chwile mojego życia. Wspomniany pisarz był zarazem członkiem i działaczem ZSL, które w tym okresie czasu było partią sojuszniczą   wobec PZPR, do której osobiście wciąż należałem i mimo przykrości sprawionych mi przez mojego przełożonego prof. Adama Schaffa i takich członków PZPR jak Holland, Zimand, czy Jacek Krupski, starałem się znaleźć dla siebie miejsce na przeżycie i szanse ewentualnego mego powrotu do gwałtownie utraconej  wielkości. Tym czasem przez wielki pokój Henryka Syski, przewinęło się liczne grono funkcjonującej wtedy partii pod nazwą Zjednoczone Stronnictwo Ludowe wiele osób. Wszyscy przetaczający się przez ten pokój pili ze mną wódkę i rozmawiali oraz starali się jak najszybciej znaleźć dla mnie jakieś zajęcie. A były to osoby znaczące w ówczesnej rzeczywistości naszej ojczyzny. Wielu z nich byli członkami kierownictwa wspomnianego ZSL. Z inicjatywy ówczesnego członka kierownictwa Naczelnego Komitetu Wykonawczego ZSL Andrzeja Dudy, Ludomira Stasiaka, Józefa Olzgi – Michalskiego, zatrudniony zostałem ostatecznie w organie prasowym  Naczelnego Komitetu Wykonawczego ZSL „Wola Ludu” na stanowisko kierownika działu ideologicznego tego dziennika. W zatrudnieniu tym pomogło mi zaświadczenie wydane przez mgr Tadeusza Książka sekretarza generalnego Towarzystwa Przyjaźni Polsko – Radzieckiej, w którym zostało zapisane, że moje wystąpienie na  wspólnym posiedzeniu Towarzystwa Przyjaźni znacznej ilości krajów z narodami ZSRR, zyskało najwyższe uznanie strony radzieckiej. A ściśle Zarządu Głównego radzieckiego stowarzyszenia przyjaciół Narodów ZSSR.

Dzięki takiemu dokumentowi, znalazłem przejściową pracę w organie prasowym sojuszniczego wobec PZPR ZSL. Powoli zacząłem się odbudowywać. Zostałem pracownikiem ówczesnej prasy kontynuując moje pierwsze doświadczenia z tego zakresu, zdobyte w tygodniu „Po prostu”, organie prasowym Zarządu Głównego ZAMP. Praca ta szła mi nawet sprawnie. Napisałem szereg artykułów poświęconych problematyce  filozoficznej  i społecznej, które zyskały nie tylko dobrą opinię ówczesnego redaktora naczelnego wspomnianego dziennika „Wola Ludu”, Pana Szajera w której byłem zatrudniony, ale ponadto uzyskałem dobrą ocenę członków  ówczesnego kierownictwa ZSL. (zwłaszcza Józefa Ozgi –Michalskiego i Ludomira Stasiaka). Po części rozwiązywała mi ta nowa sytuacja moje sprawy bytowe, bo mogłem wynająć na peryferia miasta pokoik w zniszczonym działaniami wojennymi  domu, w którym mogłem się przespać przed codziennym pobycie w  lokalu wspomnianej „Woli Ludu”, który mieścił się w centrum Warszawy w Alejach Jerozolimskich, niedaleko ówczesnego Dworca Głównego PKP w Warszawie. W pewnym jednak momencie wspomniany pokoik mi wypowiedziano, z tej racji tego , że budynek podlegał wyburzeniu, a na tym miejscu miano postawić nowy blok mieszkalny. Za taką cenę jaką płaciłem za wynajem tego pokoju nie mogłem znaleźć innego pokoju w Warszawie, nawet na dalekich peryferiach w stosunku do centrum i dlatego szukałem nowego miejsca pracy, które by mi zapewniło możliwość przeżycia oraz zapłacenia za mieszkanie Te poszukiwania innej pracy, zbliżonej do tej, którą utraciłem dzięki agresji wspomnianych wcześniej moich kolegów z pracy  a zwłaszcza Hollanda, Zimanda, czy Osiadacz. W pewnym momencie okazało się, że taką pracą mogłaby być posada wykładowcy w Centralnej Szkole Partyjnej ZSL w Pyrach koło Warszawy. Tym bardziej, że połączona była  z możliwością uzyskania na jej terenie pokoju gościnnego w przybudówce do wspomnianej  szkoły. Zrezygnowałem więc z pracy w „Woli Ludu” i przeniosłem się do pracy Centralnej Szkole  Partyjnej ZSL. Moje wykłady tam dotyczyły filozofii marksistowskiej, z którego tematu prowadziłem przez dłuższy okres czasu zajęcia na wszystkich wydziałach wspomnianej Akademii Nauk Politycznych, mieszczącej się na ulicy Wawelskiej w Warszawie, które były wizytowane kilkukrotnie przez prof. Adama Schaffa i dr Leona Szyfmana, starszego asystenta w tej katedrze i zyskały one bardzo pozytywne opinie. Teraz zatrudnienie mnie na nowym  stanowisku nie wymagało otrzymania odpowiedniego zaświadczenia od moich poprzednich kierowników naukowych. Wystarczała natomiast rekomendacja członków kierownictwa ZSL.

Skończyła się wobec tego sytuacja, która zagrażała mojemu życiu i istnieniu. Miałem stałą pracę i na dodatek wróciłem do zajęć, które z taką brutalnością przerwane zostały przez Hollanda,  Zimanda oraz  Osiadacz. Pewne zdenerwowanie na ten temat powstało natomiast, gdy się dowiedziałem, że na mój wykład filozoficzny dla słuchaczy Centralnej Szkoły Partyjnej ZSL poświęcony stosunkowi marksizmu do kwestii chłopskiej, przyjedzie sam prof. dr hab. Stefan Ignar, ówczesny prezes NKW ZSL, a zarazem wybitny uczony pracujący od wielu lat i to w zakresie nauk społecznych w Uniwersytecie Łódzkim, który zweryfikuje moje poglądy na tematy naukowo i intelektualnie mu bardzo bliskie. Starannie się przygotowałem do tego wykładu i z niecierpliwością czekałem na wspomniane jego wizytowanie. Temat był szczególnie trudny, zarówno w ówczesnym, jak i nawet we współczesnym czasie. Na dodatek wizytujący był człowiekiem nie tylko na wysokim poziomie intelektualnym, ale znanym z tego, że w swoim charakterze i sposobie postępowania był osobą całkowicie niezależną i niepokorną (6). Wiedziałem, że oceni mój wykład nie kierując się tym, że byłem asystentem prof. Adama Schaffa, ani że dobrze jestem oceniany przez czołowych działaczy ówczesnego ZSL, wchodzący w skład najwyższych władz kierowniczych tego stronnictwa. Kierownictwo wspomnianej szkoły i studenci też przezywali razem ze mną wielką tremę dotyczącą tej wizytacji.

Przez całe trzy godziny mojego wykładu, oczywiście z trzema przerwami po 10 minut, prof. Stefan Ignar uważnie słuchał i czynił notatki na temat tego, co mówiłem. Nie omieszkałem skonstatować, że doktryna Karola Marksa skoncentrowana była na analizie zwłaszcza miejsca klasy robotniczej w rozwiniętych przemysłowych krajach kapitalistycznych i że w twórczości swojej twórca marksizmu poświęcił dużo mniej niż klasie robotniczej środowisku wiejskiemu, a zwłaszcza drobnym posiadaczom gospodarstw rolnych. Wręcz zajmowało to jego peryferyjną uwagę. Jednakże z całokształtu twórczości Karola Marska stwierdziłem w moim wykładzie, że wynika, że ludność wiejska, a zwłaszcza chłopi mało i średnio rolni, uważani byli przez Karola Marksa za ważnego sojusznika przemysłowej klasy robotniczej, niezbędnego do obalenia kapitalizmu i ustanowienia na to miejsce ustroju socjalistycznego jako przeciwstawnego wszech panującego w ówczesnym świecie ustroju kapitalistycznego. Szczególnie zwróciło uwagę mojego kontrolera to, iż uważałem, że obalenie ustroju kapitalistycznego, a zwłaszcza utrwalenie zdobytej władzy, było historycznie niemożliwe bez sojuszu proletariatu przemysłowego z ubogim i średnio zamożnym środowiskiem ludzi pracujących w rolnictwie. Sprawa ta nabrała szczególnego znaczenia wtedy, kiedy kierując się marksistowską analizą struktur społecznych W. I. Lenin, przystąpił do przygotowania obalenia w zacofanej kapitalistyczno – obszarniczej Rosji i zastąpić dotychczasowe  struktury władzy, władzą wyrażającą interesy nie tylko proletariatu przemysłowego, ale też biednych i średnio zamożnych chłopów oraz inteligencji rozbitej wewnętrznie, ale którzy pomyślność swoich ojczyzn widziały w zwycięstwie proletariatu  nad ustrojem kapitalistycznym. Zwróciły też mojego recenzenta uwagę moje konstatacje dotyczące tego, że rewolucyjny ruch robotniczy inspirowany doktryną Karola Marksa w wielu punktach nie przyjął jego zastrzeżenia dotyczącego możliwości przejmowania władzy w krajach zacofanych gospodarczo i, że spowodowało to znaczące trudności budowania nowego ustroju przeciwstawnego kapitalizmowi na wielkich przestrzeniach ówczesnej Rosji, co po części się potwierdziło też w naszej ojczyźnie. Innym ważnym elementem mojego wykładu było stwierdzenia, że bez sojuszu robotniczo –  chłopskiego faktycznie nie możliwe było i jest pomyślne nie tylko rozpoczęcie ale pomyślne zakończenie budowy nowego ustroju w naszej ojczyźnie, ale nawet przy realizowanym  tym sojuszu zagrożenia tej budowy były i nadal  są wielkie i wymagają przezwyciężenia skłonności nowo powołanej władzy do alienacji wobec interesów zarówno robotników przemysłowych, jak szczególnie biednych i średnio zamożnych rolników.

Nie streszczając całego wykładu, musze stwierdzić, że wspomniane jego elementy wzbudziły szczególne zainteresowanie, ale  też  uznanie prof. Stefana Ignara i na zakończenie wykładu bardzo pozytywnie oceniając jego zawartość, zwrócił mi uwagę, że tożsamość interesów robotników, biednych i średnio rolnych chłopów oraz części  biurokracji niezbędnej do kreacji nowego ustroju okazuje się w praktyce budowy nowego ustroju dość trudna. Bowiem interesy sojuszników tej budowy nie są całkowicie tożsame i że brak tej tożsamości może powodować różnego rodzaju perturbacje o dużej doniosłości . Odniosłem się szerzej do tych uwag stwierdzając, że ten problem może stanowić zagrożenie nowego ustroju z czym się wspomniany lustrator mojego wykładu całkowicie zgodził.

W mojej dotychczasowej karierze życiowej, po brutalnym wyrzuceniu mnie z katedry Filozofii Marksistowskiej UW kierowanej przez prof. Adama Schaffa z inspiracji i pod naciskiem Hollandów, Zimandów, Osiadaczy, przy niechęci i niezdolności przeciwstawieniu się temu ze strony deklarujących przyjaźń ze mną członków tej katedry choćby w postaci Tadeusza Jaroszewskiego pomoc udzielona mi przez „zieloną enklawę” działającą w mojej ówczesnej ojczyzny uchroniła mnie od całkowitego załamania życiowego, ale nie dawała mi satysfakcji, która byłaby podstawą mojej poważniejszej pomyślności życiowej. Dlatego po przerwie, którą wykorzystałem do pracy w ogniwach ZSL, zwróciłem się do  znanej mi Marii Dłuskiej z KC PZPR o pomoc w znalezieniu dla mnie pracy, która by mi dała możność wrócenia do realizacji moich naukowych zainteresowań. Na początku mi to zostało przyrzeczone a moja interwencja właściwie się nie udała, bowiem dopiero prawie po roku od mojej prośby o pomoc pod tym adresem skierowanej zostałem przez wspomnianą Marie Dłuską ówczesnego zastępcy kierownika Wydziału Nauki i Oświaty KC  PZPR skierowany do pracy  w Głównym Urzędzie Kontroli Prasy Książek i Widowisk, która pozwoliła mi przetrwać ciągle dla mnie nie korzystnych warunków  zewnętrznych dla realizacji moich ambicji zwłaszcza naukowych. Długa droga wiodła do mojego powrotu na ścieżkę realizacji moich rzeczywistych zainteresowań naukowych, ale to już opowieść z innej bajki. O tym oczekiwaniu na prace otrzymaną z rekomendacji Marii Dłuskiej prace po dłuższym oczekiwaniu o czym nie pisałem w dotychczasowych wspomnieniach (pomijając ten drażliwy temat) bo ostateczni pomogła mi ona przetrwać dla mnie trudne czasy.

(x) Jest to fragment pamiętnika, który ukaże się w odrębnej książce w całości poświęconej pracy i życiu prof. dr hab. (w tym. h. c. czołowej uczelni ukraińskiej) nadanej w 2021 roku Wojciechowi Pomykało z okazji jego 90 lecia.

Przypisy:

1.Prof. dr. Julian Hochfeld był ówcześnie nie tylko czołowym działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej która razem z Polską Partią Robotniczą powołała Polską Zjednoczoną Partie Robotniczą ale był poza tym wybitnym uczonym w zakresie nauk społecznych.2.Wcześniej miałem etat asystenta w tej katedrze ,etat w Zarządzie Głównym ZAMP oraz żołd kaprala podchorążego skierowanego przez Wojsko Polskie na studia wyższe

2.Tą jedyną moją ówczesną pracą było stanowisko młodszego asystenta w Katedrze Materializmu Dialektycznego i Historycznego Akademii Nauk Politycznych kierowanej wtedy przez prof. Juliana Hochfelda-znanego ówcześnie działacza PPS.

3.Henryk Syska już wtedy napisał i wydał przepiękną książkę „Nad błękitną ,moją Narwią” wydaną przez Wydawnictwo Ludowe.

  1. Wspomniany dr Henry Holland został wiele lat później aresztowany przez ówczesną Służbę Bezpieczeństwa za dostarczenie za pieniądze referatu N.S. Chruszczowa na XX Zjeździe KPZR francuskiemu dziennikowi La Monde w czasie rewizji w jego mieszkaniu wyskoczył z wysokiego piętra zabijając się. Przez długi okres czasu twierdzono ,że wspomniani funkcjonariusze SB zabili go wyrzucając z wysokiego piętra. Dopiero od kilku lat oficjale władze potwierdziły, że dr Henryk Holland sam wyskoczył z wysokiego piętra swojego mieszkania.
  2. Wspomniany prof.dr.hab. Tadeusz Jaroszewski po zastaniu przeze mnie redaktorem naczelnym dwu tygodnika „Wychowanie” gdy on równolegle został redaktorem naczelnym dwumiesięcznika „Człowiek i światopogląd” blisko ze mną współpracował  a nawet uczestniczył w  dialogu katolików i marksistów  organizowanych  pod moim naukowym kierownictwem  (por „Dialog i współdziałanie” Wydawnictwo PAX Warszawa 1970 r.)
  1. Niepokorność prof. S. Ignara była tak wielka, że jako prezes NKW ZSL kilkukrotnie nie tylko nie podporządkował się „szefowi” ówczesnej głównej partii politycznej funkcjonującej po 1956 roku w Polsce w postaci PZPR czyli Władysławowi Gomułce, ale na skutek konfliktu wynikającego z tego niepodporządkowania w sposób dość oryginalny, któregoś dnia bez porozumienia z nikim i bez składania odpowiednich wniosków i załatwiania formalności opuścił stanowisko prezesa NKW ZSL i udał się do swojego miejsca naukowej pracy oraz zamieszkania, to znaczy do Łodzi, i więcej się nie pojawił w swoim dotychczasowym miejscu pracy, a ściśle na swoim na bardzo wysokim stanowisku.
Poprzedni artykułŻegnaj Januszu, przyjacielu z lat młodzieńczych! (a przy okazji o Domach Opieki Społecznej)
Następny artykułKosmetyki z retinolem – jakie dają efekty i kiedy je stosować?
Prof. dr hab. Wojciech Pomykało - pedagog, doktor habilitowany nauk społecznych w zakresie pedagogiki, nauczyciel akademicki Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie, specjalista w zakresie teorii wychowania. Specjalizuje się m.in. w antropologiczno-filozoficznych podstawach edukacji oraz interdyscyplinarnych studiach dotyczących kształtowania osobowości człowieka XXI wieku. Od kilkudziesięciu lat zajmuje się problematyką teorii wychowania ze szczególnym uwzględnieniem kreacji wizji człowieka, a zwłaszcza Polki i Polaka nadchodzących czasów. W wieku 19 lat zdał z pierwszą lokatą egzamin konkursowy na asystenta prof. Adama Schaffa ( ówczesnego czołowego polskiego filozofa) i podjął pracę w jego Katedrze. W 1972 roku ukończył studia na Akademii Nauk Społecznych w Warszawie. W 1976 uzyskał w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie stopień naukowy doktora. Jego praca doktorska była poświęcona determinantom kształtowania osobowości Polaka obecnych i nadchodących czasów. W latach 1961–1989 redaktor naczelny tygodnika „Oświata i Wychowanie”. Autor jedynej w Polsce po II wojnie światowej Encyklopedii Pedagogicznej, sprzedanej w nakładzie 150 tys. egzemplarzy. W latach 1996-2010 prof. W. Pomykało kierował stworzoną przez siebie Wyższą Szkoła Społeczno-Ekonomiczną w Warszawie. Od 2012 roku jest członkiem Komitetu Naukowego corocznej międzynarodowej konferencji prawników i innych przedstawicieli nauk społecznych, organizowanych w Sejmie RP przez Uniwersytet im. Jana Kochanowskiego w Kielcach poświęconych interdyscyplinarnie traktowanym prawom człowieka. Dnia 19 lutego 2021 r. w przeddzień 90 rocznicy urodzin, otrzymał od czołowego uniwersytetu w Kijowie „Ukraina” tytuł „Honoris Causa”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj