Szymon Koprowski – wieczór autorski w Pokrzywnicy

0
Jan Koprowski

Ostatniego wieczoru września, kiedy jak zwykle o tej porze dnia siedziałem skupiony nad ważnymi notatkami, rozdzwoniła się moja „komórka”. Westchnąłem trochę poirytowany, mimo to nie okazałem nieznanemu rozmówcy zniecierpliwienia. Po kilku grzecznościowych zwrotach usłyszałem: Jestem wójtem Pokrzywnicy, miejsca w którym urodził się pana ojciec, Jan Koprowski. Jest on bardzo ceniony przez miejscową społeczność. W bibliotece gminnej trzeba czekać na książki pana Jana, bo są, jak to się mówi, chodliwe. A szczególnie „Opowieść o moim ojcu” i „Opowieść o mojej matce”. Wie pan, czytelnicy odnajdują w powieściach opisy miejsc prawie wszystkim znane. Jest też wielu, którzy postacie opisane przez pana ojca znają z opowieści swoich rodziców i dziadów. Mamy w Pokrzywnicy stary spichlerz pięknie odnowiony, przeznaczony na miejsce różnych działań kulturalnych. Przed nim stoi gablota upamiętniająca Jana Koprowskiego. A dzwonię do pana, ponieważ dowiedziałem się od szefowej biblioteki, że odkryła książki Szymona Koprowskiego. Podzwoniliśmy, popytaliśmy, trafiliśmy do wydawnictwa ATUT, wydawcę pańskich powieści, poprosiłem o kontakt, no i właśnie rozmawiamy.

Wzruszył mnie telefon z Pokrzywnicy, bo w czasach jakich przyszło nam żyć taki rodzaj pamięci nie jest codziennością. Wójt zaproponował spotkanie autorskie połączone ze wspomnieniami o ojcu. Poprosił także o przywiezienie moich rysunków i akwarel żony. A w ogóle zaproszeni zostaliśmy oboje, ja i moja żona Wiesia. Jak mógłbym odmówić człowiekowi, który włożył tyle trudu, żeby nie tylko nas odnaleźć, ale także ustalić kilka ważnych faktów z naszych życiorysów, choćby ukończenia przeze mnie i moją żonę Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Przesympatyczny wójt zadbał o dwa noclegi i zwrot kosztów podróży. Umówiliśmy się na przedostatnią niedzielę października, na godzinę szesnastą. No i jeszcze drobiazg, obiecałem przywieźć czterdzieści egzemplarzy moich książek. To była także prośba wójta. No cóż, pomyślałem, jedziemy samochodem, co mi szkodzi towarzystwo moich własnych książek, najwyżej pojeżdżą ze mną po świecie i wrócą do domu.

Ruszyliśmy w drogę dzień wcześniej, żeby nie ryzykować spóźnienia, to w końcu ponad trzysta kilometrów z Wrocławia, po drodze może czyhać wiele przykrych niespodzianek. W pewnym sensie była to podróż sentymentalna, ponieważ jechałem na spotkanie miejsca, gdzie urodził się mój ojciec, ale także wracałem w okolice gór świętokrzyskich, które w czasach licealnych ( 1965 – 1969) wielokrotnie odwiedzałem jako uczestnik szkolnych rajdów, aż do egzaminu dojrzałości . W pamięci mocno już podstarzałej, obejmującej wydarzenia i obrazy sprzed pięćdziesięciu lat, nijak nie mogłem znaleźć niczego podobnego do widoków rozciągających się za szybą samochodu. Może inaczej: krajobraz gór był niemalże ten sam, tylko rzeczywistość architektoniczna nie miała już nic wspólnego z tą, którą zapamiętałem. W czasach licealnych, oczywiście moich czasach, Kielce i szerokie okolice tego pięknego miasta, nazywano „Szkieletczyzną”. Nie pamiętam za dobrze ówczesnych uwarunkowań ekonomicznych tamtego regionu, ale utkwiły mi w pamięci dosyć smętnie wyglądające wioski, kiepskie a nawet bardzo kiepskie drogi, parterowe chałupiny kryte strzechą i szarych, zmęczonych tambylców, ale bardzo gościnnych i przyjaznych.

Jadąc w sobotę nie musiałem śpieszyć się, wpisywałem do pamięci nową odsłonę Łysogór. Naprawdę doskonałe drogi, nawet te prowadzące do małych wiosek, dookoła mnóstwo nowych i nowoczesnych domów, zadbanych, pięknie ogrodzonych, widać, że ich właścicielom dobrze się powodzi.

W końcu jesteśmy na miejscu, to znaczy w miejscu noclegu. Mamy pokój w urokliwym Domu Pielgrzyma położonym na terenie Sanktuarium Matki Bożej, Bolesnej Królowej Polski, wartego oddzielnego opisu wzbogaconego zdjęciami. Polecam wszystkim, którzy znajdą się w tamtej okolicy. Dom noclegowy, jak zresztą cała okolica, ma jedną wadę, która w gruncie rzeczy jest wielką zaletą, tylko trzeba się do niej przyzwyczaić. Jest to cisza, której w pejzażu miejskim nie da się doświadczyć. Początkowo trudno było zwabić sen, ale gdy już dał się obłaskawić… Eh, słowa są tylko słowami, trzeba samemu posmakować świętokrzyskiego snu.

Do Pokrzywnicy z sanktuarium mamy dziesięć kilometrów i mniej więcej dziesięć minut trwa jazda samochodem. Wita nas wójt i zaprasza na poczęstunek przed spotkaniem z publicznością. Piękny dom, przemiła gospodyni, smakowite ciasta i nalewki mające chyba w swoim składzie fragmenty nieba, bo wyraźnie czułem je w gębie. Rozmawiamy o szczegółach spotkania. Pytam się wójta, czy nie obawia się klapy, w końcu to niedziela, a ja to nie mój ojciec, którego tu znają i cenią, no i poobiedni czas lenistwa przed telewizorem. „Nie wiem” – odpowiada. – „Co będzie to będzie” – uśmiecha się tajemniczo. – „Bądźmy dobrej myśli, w końcu mamy przy bibliotece bardzo prężny klub dyskusyjny, może ktoś przyjdzie”.

Około szesnastej sala spotkań gotowa była na spotkanie z czytelnikami. Obrazy, żony i moje, pięknie wyeksponowane, krzesła (około sześćdziesięciu) ustawione w rzędy z zachowaniem bezpiecznej, anty covidowej, odległości. Nad stolikiem obok wejścia plakat z moją podobizną i zdjęciami okładek, a pod nim kilkadziesiat moich książek, w sumie impreza przygotowana bardzo profesjonalnie. Ledwo wybiła godzina szesnasta otworzyły się drzwi i weszli pierwsi goście. Po dziesięciu minutach było ich już ponad dwadzieścioro. Siedziałem przy stoliku i ledwo nadążałem wpisywać dedykacje, miejscowi czytelnicy kupowali po dwie, trzy książki. Po półgodzinie sala była pełna! Tego nie przewidziałem, zresztą jak miałem przewidzieć taką frekwencję, w dodatku „na wsi”, skoro wielkomiejskie doświadczenia moje i moich kolegów mówią o sukcesie wieczorów autorskich przy obecności dwudziestu, trzydziestu czytelników. Spotkanie trwało bite dwie godziny, wójt przygotował na finał niespodziankę, zaprosił na wieczór autorski rodzinę mojej babki, matki mojego ojca, Anny Koprowskiej z domu Grad. To była naprawdę miła niespodzianka. Ale ja również przygotowałem coś, co wywołało burzę braw. Przekazałem na ręce pani dyrektor miejscowej biblioteki rękopis powieści „Opowieść o mojej Matce”. Niech pozostanie tam, gdzie wszystko się zaczęło, oczywiście wszystko co dotyczy mnie i mojej rodziny.                   

Wracaliśmy do Wrocławia w poniedziałek pełni świeżych wspomnień, bardzo miłych i naprawdę niespodziewanych. Milczeliśmy oboje, jak się okazało w rozmowie przy lampce wina już na starych śmieciach, milczeliśmy z tego samego powodu. Zaskoczyło nas zderzenie wielkiego miasta z prowincjonalną mieściną, na niekorzyść naszej metropolii. Jak to jest, że wielkie miasto nie rozwija w swoich mieszkańcach takich więzi i jednocześnie wspólnej świadomości miejsca, jego historii i tradycji. Być może tutejsi mieszkańcy nie mają wielkiej wiedzy o życiu celebrytów Nowego Jorku i Warszawy, ale mają coś o wiele bardziej cennego: szanują swoją przeszłość, są wobec wielu epizodów bardzo krytyczni, ale wierzą w dobrą przyszłość swojej małej Ojczyzny i bardzo dbają o jej korzenie, które pielęgnował także mój ojciec, Jan Koprowski.

Autor: Szymon Koprowski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here