Mimo że od dłuższej chwili wokół księdza Bernarda Farnego panowała aksamitna cisza, ociągał się z otwarciem oczu, żeby nie spłoszyć uczucia powracającego spokoju, chociaż trudno zbałamucić boży dzionek z powodu potwornego kaca. Na domiar złego pierwszy raz w jego świątobliwym życiu urwał mu się film. No, ale cóż, pozostanie mu nauczka. A teraz musi wstać i jeśli tylko wypije kawę z odrobiną alkoholu, na pewno wszystko szybko
wróci do starej, dobrej formy. No, to wstaje…
– O Jezu Chryste Nazareński, matko jedyna, gdzie ja jestem?! – ledwo ksiądz dyrektor otworzył lekko podpuchnięte oczy, szlag trafił kruchy spokój po tym, co ujrzał wokół siebie. – Ja oszaleję! – w głowie księdza Bernarda na powrót zaszumiało i natychmiast powróciły potworny lęk i najczarniejsze myśli. – Przecież ja nie jestem u siebie! Nigdy nie widziałem bardziej koszmarnego miejsca! – załkał, rozglądając się dookoła. – A wy co za jedni? – nieudolnie usiłował przejąć kontrolę nad rzeczywistością, która nijak nie chciała poddać się jego woli.
– Ajajaj! – zaśmiał się rudy gość z wystającym z ust zakrzywionym kłem. – Słabiutka pamięć u szanownego dobrodzieja. Nic, tylko: A wy kto, albo: A wy co za jedni? A my ciągle ci sami. Twoi kompani! Jeszcze niedawno raczyliśmy się wódką pod tłustego węgorza. Jak można nie pamiętać takiego koncertu smaków?! Nie wspomnę już o doborowym towarzystwie.
– Co wy pieprzycie, jeden z drugim? – ksiądz dyrektor sprawiał wrażenie, jakby udało mu się pokonać paraliżujący zmysły strach.
– No i gadaj z prostakiem. A cóż to za forma: jeden z drugim? Gdzieś się waszmość nauczył takiego grubiaństwa? A niby ksiądz…
– Śmiechu warte! – tym razem Behemot zawył jak kot podczas marcowej aktywności i załamał ręce.
– Nie uczcie mnie kultury, tylko powiedzcie, dranie, gdzie żeście mnie przywlekli. Ale już!
– Z największą przyjemnością wyjaśniam, że gościmy w pańskiej głowie. Ale jak szanowny pan widzi, nie ma czym się chwalić. Ani tu przytulnie, ani kulturalnie. A ten fetorek?!
Ksiądz dyrektor zamarł po tych słowach i zimny dreszcz, jak stado mrówek, przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa, ale nie był pewien, czy to na skutek oszołomienia i rozsadzającej mu serce złości, czy w wyniku tajemnych, nie dających się poskromić, ot tak, z marszu, procesów niezależnych od jego niecierpiącej sprzeciwu natury. Hardość hardością, mimo to coś jednak w księżym mechanizmie i stwardniałej jak korzeń jałowca duszy pękło, zaskrzeczało, pomyliło jedno z drugim, to co jeszcze wczoraj było bezdyskusyjnie pewne, przestało takie być, straciło wartość do tego stopnia, że w efekcie ksiądz wybałuszył oczy i tylko płaczliwie powtarzał:
– Nie wiem… Nic nie wiem… Nie rozumiem…
O co tu chodzi?… – rozglądał się wokół siebie, ulegając coraz dotkliwszemu przerażeniu. – Powiedzcie mi, panowie, kimkolwiek jesteście i skąd tak szalony pomysł, że jesteśmy w mojej głowie?! Przecież ona jest wyłącznie moja i tylko ja, gdyby to w ogóle było możliwe, mógłbym fizycznie w niej gościć, ale nie wy! Na Boga jedynego, to jakiś kosmiczny absurd i paranoja w jednym! Pewnie otruliście mnie czymś perfidnym, jakimś halucynogennym środkiem! To zgoła piekielna sprawa!
– I tu się z łaskawcą zgadzamy. Ma się rozumieć tyl-ko z tym, ale jak na pańską wiarygodność, to i tak dużo. Ale zostawmy na razie takie cymesy jak rzetelność i przyzwoitość, dajmy także spokój pańskiej ciekawości, jakim cudem możliwe jest odwiedzanie cudzych głów, a dla odmiany proszę zaspokoić naszą ciekawość dotyczącą innej dziedziny. Otóż dręczy nas pytanie, jak to możliwe, że w sytuacji tak dramatycznej dla regionu, ale także dla świata, waszmość, a wraz z nim grupa vipów z najwyższej półki, nawiązuje kontakt z przedstawicielami wschodniego biznesu i wschodniego obrządku w sprawie niekontrolowanego, czyli właściwie mafijnego obrotu finansami na skalę, jakiej zwykły śmiertelnik nie jest w stanie sobie wyobrazić. Nie wspomnę, że ten pozbawiony abstrakcyjnej wyobraźni śmiertelnik za kradzież czegokolwiek, co przekracza sumę pięciuset złotych, idzie do więzienia. I to wzbudza naszą prawdziwą i nieutuloną ciekawość, a nie pańska, za przeproszeniem, wiarygodność. Coś pan nam powie?
– Ja nie rozumiem, dlaczego obrażacie mnie tak per-fidnymi zarzutami? Całe swoje życie poświęciłem bliźnim, ich problemom i wyboistej drodze do Boga! To jest moje prawdziwe dzieło, a nie…
– Oj tak! Zdecydowanie tak! Pięknie ksiądz to ujął – zamiauczał Behemot. – Tak wyboistej drogi jak ta, którą ksiądz zmierza, jego prywatnej Via Dolorosa, to nie widziałem od dobrych kilku wieków! Rzadki numer! – zamiauczał jeszcze głośniej. – Aż miło posłuchać. Będzie dobrodziej miał zasłużone miejsce w piekielnym Panteonie. No, ale jak się chce odwrócić losy świata, przeganiając zastaną rzeczywistość i zastąpić cwaniactwem to, za co Chrystus oddał życie, to nie może być innej zapłaty. Dla kogoś takiego jak waszmość, dla którego nie istnieją fakty, tylko utrefione kłamstwa, los z góry jest przesądzony, a koniec nader przykry. Aż strach pomyśleć! Reasumując – czas zapłaty dla waszmościa właśnie nadszedł. Proszę przyjąć nasze wyrazy szczerego współczucia – kocur chciał przytulić księdza teatralnym gestem, ale ten żachnął się, a właściwie odskoczył mimo nie lada tuszy i wyciągnął w jego kierunku zaciśniętą pięść.
– Nie wiem, kto was na mnie nasłał, ale ja się dowiem, to tylko kwestia czasu, a wtedy sobie pogadamy. Oj, pogadamy. Przekonacie się, dranie, z kim zadarliście! A powiem wam, że mogę wiele, że…
– Zamknij się, bezczelna istoto! Wystarczy już nam księżej hucpy, grubiaństwa i braku choćby śladu szacunku dla tego, w imieniu którego bezczelnie przemawiasz i na którego się powołujesz. Prawdę mówiąc, nie warty jesteś, żeby stanąć przed Jego obliczem i bezcześcić swoim spojrzeniem Jego oczy. Nie dostąpisz zaszczytu i łaski spotkania Najwyższego, szubrawcze! A to co nieopatrzenie było ci wcześniej obiecane, niniejszym jest odwołane. Nasza cierpliwość się skończyła, a twoja zakłamana dusza utknie na zawsze we wnętrzu twojej głowy. Nie będziesz miał okazji na najbłahsze choćby kłamstewko. Zamilkniesz na zawsze! – krzyknął Azazello i plasnął księdza Farnego dłonią w zroszone potem czoło. Nie za mocno, ale na tyle skutecznie, że w szanownym dyrektorze natychmiast zapadła ciemność. Na zewnątrz księdza też…
***
Nowy dzień, który rozgościł się w gabinecie dyrektora Bernarda Farnego po niedawnej wizycie odzianych na czarno dżentelmenów, w niczym nie przypominał żadnego z minionych dni, poprzedzających brzemienne w skutkach odwiedziny. Odmienność nowego dnia z każdą chwilą objawiała się coraz bardziej dramatycznymi zdarzeniami. Pierwsza zderzyła się z tym zadziwiającym fenomenem sekretarka księdza dyrektora, którą wczoraj odesłał do domu, a dzisiaj rano, jak to bywało do tej pory, pierwsza przekroczyła próg szkoły, a dopiero godzinę po niej wstępowali: dyrektor Farny, grono nauczycielskie i na końcu uczniowie. Ale tego dnia wszystko potoczyło się inaczej. Na jej biurku leżało kilka pism z jakiejś poważnej instytucji, na co wskazywał elegancki, firmowy papier z przybitą na dole dokumentu okrągłą pieczęcią mieniącą się ciemnopurpurową poświatą, a kiedy sekretarka wzięła jedno z nich do ręki, dałaby sobie uciąć zbolałą głowę, że pieczęć żarzy się i mruga jak węgle przygasającego ogniska.
W nagłówku dokumentu znajdowała się nazwa instytucji, której przedstawiciele dokonali wczorajszej kontroli, i brzmiała ona tak: Ulotna Brygada Przedstawicielska Najwyższej z Możliwych Instytucji Kontrolnych, powołana przez Twórcę i Jedynego Dysponenta praw do swego Dzieła, wyposażona w niepodważalne plenipotencje i działająca w Jego Imieniu – koniec nagłówka. Poniżej czerniło się kilka zdań odwołujących dyrektora Farnego ze wszystkich piastowanych przez niego funkcji w trybie natychmiastowym i ostatecznym. Drugi dokument powoływał na tymczasowego zarządcę i zarazem kuratora fundacji Civitas Dei – Opus Magnum obywatela Artura Niewiadomego. Oprócz tego na biurku sekretarki znajdowało się upoważnienie do wszystkich kont fundacji, lista wspólników i udziałowców, głównie nieformalnych, wywodzących się z najwyższych sfer władzy świeckiej i duchownej, oraz wykaz darczyńców i finansistów zza wschodniej granicy.
Biedna sekretarka, biała jak kreda do wypisywania mądrości na szkolnych tablicach, wpadła w popłoch. Próbowała wstać, ale roztrzęsione nogi nie były w stanie wykonać najprostszego polecenia ich właścicielki. Nie potrafiła nawet zebrać myśli, żeby podjąć podstawową w tej sytuacji decyzję – co dalej?! Niespodziewanie, czy raczej w sama porę, doszedł do głosu ćwiczony latami nawyk ratowania ciała i duszy koniakiem, którego butelkę miała ukrytą na podobne okazje w biurku. I tym razem pękaty kieliszek błyskawicznie pomógł. Rozdygotana sekretarka odzyskiwała panowanie nad ciałem. Wtedy przypomniała sobie najtajniejsze zalecenie księdza dyrektora. Nikt oprócz niej nie znał numeru telefonu, który dyrektor zdeponował w pancernej szafie przeznaczonej na szkolne dokumenty: arkusze ocen, druki świadectw, dzienniki klasowe, trochę gotówki i rzecz najważniejszą, złożoną starannie na pół kartkę formatu A-4, z zapisanym na niej dziewięciocyfrowym numerem.
„Niech pani natychmiast dzwoni na ten numer, gdyby wydarzyło się coś, czego nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czyli w razie jakiegoś nieszczęścia” – w jej uszach dźwięczał głos szefa.
– Boże, czy to jest właśnie nieszczęście? Co ja mam robić? – powtórzyła to dramatyczne pytanie ze trzy razy i w końcu sięgnęła po telefon. Drżącym palcem wystukała dziewięć cyfr i wstrzymała oddech. Po kilku melodyjnych sygnałach połączenie zostało zrealizowane. Z wnętrza telefonu popłynął niski, lekko zachrypnięty głos:
– Słucham… – tyle zaledwie powiedział, ale w sposób bardzo nieprzyjemny.
– Najmocniej przepraszam, dzwonię do pana w imie-niu księdza dyrektora, sam nie może, bo najwyraźniej przepadł! Zostawił tylko jakieś straszne dokumenty, z których nic nie rozu…
– Proszę nic więcej nie mówić. Mam u siebie na biur-ku chyba te same dokumenty. Proszę zamknąć budynek, nikogo nie wpuszczać ani z nikim nie rozmawiać. Będę za pół godziny, a na drzwiach niech pani natychmiast naklei informację, że szkoła zamknięta do odwołania z powodu… Już pani coś wymyśli. I proszę o tym zawiadomić grono pedagogiczne. Jadę…
– Błagam, byle szybko – powiedziała to już tylko do sie-bie, po czym osunęła się w fotelu, oparła dłonie na blacie biurka, odrzuciła głowę do tyłu i zamknęła oczy. Starała się nie myśleć, tylko głęboko oddychała. Telefon dzwonił kilkakrotnie, ale zgodnie z poleceniem głosu sekretarka nie reagowała. Po chwili z szuflady biurka wyjęła flamastry, taśmę klejącą i nożyczki. Skleiła dwie kartki papieru i napisała dużymi, czerwonymi literami: „Szkoła zamknięta do odwołania z powodu wzrostu zakażeń koronawirusem”, a wcześniej wysłała esemesową wiadomość do nauczycieli.
Ogłoszenie nalepione na szybie głównego wejścia powodowało wybuchy radości podchodzących do drzwi uczniów. Jakiś dowcipniś nalepił swoją kartkę: „Szkolny egzorcysta też zakażony. Koniec świata!”.
Na tej samej kartce pojawiło się jeszcze kilka innych komentarzy w stylu: „Baju baju, sraju sraju!”, albo: „Zły los pstryknął w święty nos!”.
Coś złego wisiało w powietrzu.
Po kilkunastu minutach od wywieszenia ogłoszenia o odwołaniu zajęć przed szkołą zupełnie ucichło. Uczniowie, przyzwyczajeni do szkolnego rygoru rozpoczynania lekcji bez spóźnień, stawiali się w szkole tuż przed ósmą i równie sprawnie odchodzili. Cisza o tej porze była czymś niespotykanym i bardzo niepokojącym. Nic podobnego nie wydarzyło się w wieloletniej historii tego miejsca.
Około godziny dziewiątej przed szkołę podjechały dwa czarne mercedesy z przyciemnionymi szybami. Zanim uchyliły się drzwi pierwszego mercedesa, rozległ się przeszywający ciszę dźwięk klaksonu. Nie minęło więcej niż pięć sekund, kiedy w drzwiach szkoły pojawiła się sekretarka. W tym momencie szeroko otworzyły się drzwi limuzyny i wysiadł z niej niewysoki mężczyzna zasłaniający twarz wielkimi, czarnymi okularami. Z drugiej wyskoczyło czterech wysokich, barczystych dżentelmenów i ruszyli za człowiekiem w czarnych okularach.
– Proszę prowadzić do gabinetu dyrektora – powiedział cichym, ale niecierpiącym sprzeciwu głosem, po czym ruchem podbródka i palcem wskazującym nakazał eskorcie pilnowanie drzwi. – Nikt nie ma prawa tu wejść – podniósł palec dla wzmocnienia kategoryczności nakazu. – Proszę zamknąć drzwi – zwrócił się do sekretarki.
Ledwo żywa i roztrzęsiona, wprowadziła gościa do gabinetu księdza dyrektora. Zamarła na widok obfitych śladów wczorajszej wizyty dziwnych gości. Na stoliku obok skórzanej kanapy stały dwie puste butelki po wódce, szklanki i dwa długie, ogryzione do cna, szkielety węgorzy z zachowanymi łbami. W gabinecie unosił się jeszcze zapach tłustej, wędzonej ryby.
– Co tu się wyrabiało, moja pani?! – gość w okula-rach podniósł głos, ale nie czekał odpowiedzi, tylko usiadł za biurkiem, na którym leżały pisma z tym samym tajemniczym stemplem, co na dokumentach znajdujących się w sekretariacie. – Proszę przynieść resztę papierów – mruknął, wpatrując się z marsem na twarzy w zdanie napisane większymi niż pozostałe literami: „Wasze haniebne tajemnice ujrzą światło dzienne, taka jest kolei rzeczy”.
– Jasna cholera! – gość w czarnych okularach wertował przyniesione przez sekretarkę dokumenty. – Jasna cholera! Kto śmie podnosić na nas rękę! Czy pani ich widziała? Okazali jakieś legitymacje, nakaz czy coś podobnego?
– Nie! – sekretarka prawie krzyknęła. – Oni już byli w gabinecie, zanim otworzyłam szkołę! Jakim cudem? Przecież nikt przede mną nie może tu wejść! A jak przyszedł ksiądz dyrektor, to zaraz kazał mi iść do domu. Co
miałam robić? Poszłam…
– Jaki oni się tu dostali?
– Nie wiem, naprawdę nie wiem, o co tu chodzi – se-kretarka rozpłakała się i wycierała chustką zaczerwieniony nos. – Diabli ich nadali – chlipała. – Nie czuje pan siarki?
– Tym gorzej dla nas wszystkich – pociągnął nosem. – Zabieram te papierzyska.
– A co ze mną? I co dalej ze szkołą?
– Przecież sama pani napisała, że szkoła zamknięta do odwołania. I tak ma pozostać, póki się coś nie wyjaśni. Odezwę się za kilka dni, a do tego czasu proszę pod żadnym pozorem nie szukać ze mną kontaktu. Zrozumiała pani?! – sekretarka skinęła głową. – No! – gość w czarnych okularach wstał, ruszył do drzwi, ale nagle się zatrzymał, o czymś sobie przypomniał. Wyraźnie tracił opanowanie. Widać to było po drżeniu dłoni, nad którym nie mógł zapanować. – Co za jeden, ten cały Niewiadomy? To jakaś miejscowa figura?
– To dziadek jednego z uczniów. Był tu niedawno i strasznie się awanturował. To jakiś podejrzany typek.
– No to go prześwietlimy, cwaniaczka – gość lekko skinął głową i poprosił, żeby sekretarka go wypuściła. – A z panią, tak jak mówiłem, skontaktuję się za kilka dni. Oczywiście pary z buzi o tym, co tu się wydarzyło. Ksiądz na delegacji w Watykanie, albo chory, jak pani woli. Żegnam… – jeszcze raz skinął głową, zbiegł po schodach, wsiadł do pierwszego mercedesa, obstawa do drugiego i odjechali. Zapadła cisza, jakby nic wielkiego się nie wydarzyło.
***
Zielona okolica, którą ksiądz Bernard Farny wybrał na realizację tajemniczej inwestycji Civitas Dei – Opus Magnum, pogrążona była w leniwej zadumie. Nawet wizyta jegomościa w ciemnych okularach i jego obstawy nie zburzyła spokoju podmiejskiej oazy wytchnienia. Ale już kilkanaście kilometrów od tego miejsca, w centrum miasta, przestrzeń zastrzeżona dla komunikacji elektronicznej wręcz wibrowała krzyżującymi się impulsami magnetycznymi telefonii komórkowej, faksów, poczty mailowej i wszystkich dających się wykorzystać do szybkiej wymiany informacji urządzeń. Całe to zamieszanie wywołane zostało nagłym zniknięciem w tajemniczych okolicznościach twórcy i głównego ideologa przedsięwzięcia Civitas Dei, a co jeszcze gorsze, pojawieniem się równie tajemniczych dokumentów, zagrażających trudnymi do przewidzenia konsekwencjami wielu instytucjom i osobom piastującym wysokie stanowiska w strukturach władzy, bussinesu i Kościoła nie tylko w tym regionie, lecz także w głębi kraju i jego stolicy, a także poza jego granicami.
Spokój ludzi robiących gigantyczne interesy, zawłaszczających majątek obywatelskiej wspólnoty bez jej wiedzy legł w gruzach, ustępując miejsca wściekłości, nie strachowi przed zdemaskowaniem, tylko wściekłości. Kiedy zelżał pierwszy atak furii, umoczeni w tym mrocznym interesie zaczęli węszyć, docierać do wszystkich, którzy mogli mieć z tym coś wspólnego, ale bez sukcesu. Nie pomogło nawet to, że dysponowali potężną machiną połączonych agencji bezpieczeństwa, wywiadu, prokuratury i nieformalnych struktur stworzonych przez grupę trzymającą władzę, najsprawniejszą, najbardziej niebezpieczną i bezkarną machiną, bo działającą poza wszelką kontrolą. A jednak bez rezultatu. Dlatego pierwszym i jednocześnie najważniejszym pytaniem wszystkich rozmów na elektronicznych łączach było: „Czy ty coś wiesz o jakiejś ulotnej brygadzie?”. „To jakiś ponury żart?”. „Nie sądzisz, że to jakiś niedopieszczony skurwiel, z układu próbuje robić z nas durniów?”.
W elektronicznej przestrzeni rosło zdenerwowanie i nieufność. W końcu doszło do wzajemnych posądzeń między przedstawicielami śmietanki towarzyskiej, członkami elit polityczno-gospodarczych, niedawnych jeszcze przyjaciół, o spisek mający na celu przejęcie kontroli nad wielkimi inwestycjami i gigantycznymi finansami, a w efekcie zawłaszczenie państwa, które coraz bardziej przypominało super mafię.
„Uruchomić wszystkie środki i siły, jakimi dysponujemy!” – grzmieli coraz wyżej usadowieni decydenci. – „Znaleźć i zlikwidować każdego, kto maczał w tym choćby koniuszek małego palca. Wykonać!”.
Wszyscy, którzy ryczeli, karcili i napominali innych, mieli na swoich biurkach ten sam, co pani sekretarka, komplet dokumentów, dowody zdrady o niespotykanej skali, z ujawnieniem najpilniej strzeżonych planów, nazwisk polityków, świątobliwych mężów, banków i innych instytucji biorących udział w tej gigantycznej operacji ukrytej pod kryptonimem Civitas Dei – Opus Magnum. Ale największą i najbardziej złowrogą zagadką był sam ksiądz Farny, który złożył podpisy na tych strasznych dokumentach. To niesłychane! Przecież ten mąż stanu i Kościoła nie mógł tego uczynić z własnej woli! Kto, w takim razie, zmusił go do tego samobójczego czynu? Kto?!
***
Samotnia Artura Niewiadomego, zbudowana na podobieństwo taboru cygańskiego, w ciągu zaledwie kilkunastu godzin stała się najlepiej znanym miejscem w szerokich kręgach notabli, a on sam częściej gościł na ustach „strongmenów polityki”, vipów i wysoko wyniesionych eminencji niż papież Polak po zwycięskim dla niego konklawe.
Artur, dziadek Krzysia, nie miał zielonego pojęcia, co dzieje się nad jego głową i za jego plecami, dlatego bardzo spokojnie, jak zwykle to czynił, zbierał się do snu. Po zjedzeniu kolacji umył się, wysłuchał w radio najświeższych wiadomości, położył książkę na nocnej szafce zamiast tabletek nasennych, odrzucił kołdrę i…
– Otwierać! Policja! – czyjeś pięści, znaczy któregoś z krewkich policjantów, załomotały w drzwi. – Otwierać, bo wejdziemy z futryną! – znowu rozległo się dudnienie, tyle że jeszcze mocniejsze niż przed chwilą.
– Spokojnie, po co ta awantura – Artur otworzył drzwi. – Umarłych pobudzicie – patrzył zdziwiony na odpychających go bezceremonialnie osobników, ponieważ żaden z całej grupy rosłych mężczyzn nie miał na sobie policyjnego munduru. – Przepraszam, a gdzie ten funkcjonariusz, który tak bardzo pragnął się ze mną zobaczyć? – zażartował.
– Stul pysk! Zaraz ci się żartów odechce! – mówiący te słowa popchnął Artura w stronę kanapy. – Siadaj i gęba na kłódkę, chyba że o coś zapytamy – ponury typ chwilę mu się przyglądał, a im dłużej wpatrywał się w jego twarz, tym wyżej unosił brwi w niemym zdumieniu. – A kto cię tak nauczył powściągać emocje, co?! Zachowujesz się jakby odwiedziła cię paczka starych kumpli.
– A kogo miałbym się obawiać? Kilku, za przeprosze-niem, chamskich kolesi? Co, nie potraficie kulturalnie zapytać, gdzie chowam nalewki? Bo chyba tylko o to może wam chodzić.
– No, no, koleś, nerwy to masz ze stali, ale zobaczymy jak twoja dupa zniesie poważniejszą rozmowę. Ubieraj się, jedziesz z nami. Tylko raz, raz! – mówiący te słowa, krótko ostrzyżony mężczyzna z oczami koloru zmarzniętej stali, pstryknął palcami i w tym samym momencie towarzyszące mu indywidua zaprzestały przeszukiwania szaf i innych zakamarków.
– Nic tu nie znajdziemy, za duży z niego cwaniak.
Artur Niewiadomy potraktował zajście podobnie, jak te widziane wielokrotnie w komediach sensacyjnych, więc nie przejął się, a nawet dowcipkował, przekonany, że gdzieś tam, gdzie jedzie w towarzystwie milczących drabów, za chwilę będą go przepraszać za niefortunną pomyłkę, a potem odwiozą do domu, bo jakże by inaczej. Tego był absolutnie pewny. Jednak sprawy potoczyły się inaczej. Kiedy wjechali w granice miasta, siedzący obok Artura mężczyzna zarzucił mu na głowę parciany worek pachnący cebulą.
– Nie próbuj zdejmować, bo będę musiał wyłączyć ci świadomość. Rozumiesz?
– Skoro tak bardzo wam na tym zależy… Zresztą nie interesuje mnie, dokąd jedziemy, tylko kto i po co wymyślił tę komedię. Straszne ciemniaki muszą pracować w tej waszej… jakiejś tam… – Artur nie dokończył.
Nikt z towarzyszących mu dryblasów nie zareagował na jego zaczepne słowa, tylko silnik powarkiwał raz głośniej, raz ciszej, jakby sam wkurzał się na zaistniałą sytuację.
Jazda w całkowitym milczeniu trwała kilkanaście minut. Artur Niewiadomy nie interesował się tym, co dzieje się po drugiej stronie worka śmierdzącego cebulą. W pewnym momencie nawet przysnął, ukołysany mruczanką silnika, ponieważ nie czuł się w żaden sposób i przez nikogo zagrożony. W końcu dotarli na miejsce. Silnik umilkł, za to trzasnęły drzwi od strony kierowcy, potem pasażera i jeszcze drzwi tylne: prawe i lewe.
– Wysiadaj! – poczuł mocne szarpnięcia za ramię, więc wysiadł posłusznie. Nie zadawał pytań, bo i tak nikt mu nie odpowie. Wcześniej czy później sprawa się wyjaśni, a on ma dużo czasu, nigdzie mu się nie spieszy. W ten sposób Artur Niewiadomy zupełnie niechcący odwrócił role, ponieważ on zachowywał absolutny spokój, natomiast zniecierpliwienie zaczęli okazywać osobnicy z eskorty. Co rusz popychali i drażnili Artura niewybrednymi epitetami. Próbowali w ten sposób wprowadzić go w stan, jeśli nie strachu, to chociaż niepewności – co z nim będzie i o co jest oskarżony.
– Ty, bohater, zaraz ci mina zrzednie, jak cię wezmą w obroty.
– Jak nie mają nic lepszego do roboty, to niech mnie obracają. Uwielbiam karuzelę – Artur zaśmiał się w ciemności worka śmierdzącego cebulą.
– Jeszcze się go dowcipy trzymają, szmaciarz pierdo-lony – przeklął szpetnie głos obiecujący mu rychłe zrzednięcie miny.
– A co ty się tak denerwujesz? – Artur udał mocno za-troskanego. – Przecież nie ciebie będą obracać. A na mnie trzeba prawdziwych kozaków, nie takich harcerzyków, jak wy. W dupie mam wasze groźby!
Jeden z obstawy nie wytrzymał i rzucił się, gotów uciszyć Artura pięściami, ale najstarszy z eskorty powstrzymał narwańca.
– Coś ty, ochujał? Chcesz do pierdla trafić za uszko-dzenie tego gnoja? Podobno ma bezcenne informacje. Puknij się w łeb, fiucie!
Po tym incydencie nie było słychać już nic oprócz kroków kilku osób. W pewnym momencie towarzystwo zatrzymało się, ktoś szeptem wydał polecenie, po czym zaskrzypiały otwierane drzwi, a któryś z eskortujących mocno popchnął Artura i zapadła cisza. Chwilę stał niezdecydowany, wytężał słuch, jednak wokół niego nic się nie działo. Chyba został sam. Zamknęli go w jakimś pomieszczeniu i zniknęli. Artur ściągnął śmierdzący worek z głowy. Stał pośrodku dużego pomieszczenia z małym oknem oszklonym grubymi, matowymi szybami, za którymi majaczył rozmazany cień tęgiej kraty. Resztę wyposażenia stanowił kwadratowy, masywny stół i dwa krzesła, jedno za stołem, drugie pod ścianą.
– No cóż – szepnął Artur, siadając za stołem. – Nie ma tu łóżka, ale i na siedząco potrafię się zdrzemnąć – ziewnął i przeciągnął ramiona. Mimo przykrych zdarzeń nie czuł zmęczenia. A najdziwniejsze było to, że zamiast strachu, niepewności i podobnie przykrych uczuć, zaczął popadać w bardzo przyjemny stan, jaki towarzyszy bohaterom rozmaitych spektakularnych wydarzeń: ratującym czyjeś życie, zdobywcom sportowych trofeów na wysokiej rangi zawodach, albo nagradzanym złotymi statuetkami aktorom, dziennikarzom i zwycięzcom konkursów muzycznych. Czuł właśnie coś podobnego, mimo że był zamknięty razem ze swoimi myślami w miejscu, które nie powinno nastrajać optymistycznie. Ale nie miał nic przeciw temu. Lepiej niech czuje to, co czuje, niżby miał mu spływać po plecach zimny pot strachu. To niesłychane, jeszcze chwila, a zacząłby śpiewać swoją ulubioną piosenkę „W ogrodzie serca mego”, ale w momencie, kiedy otwierał już usta, mrok po jego prawej stronie mocno zgęstniał, następnie błysnęło w nim czerwonawe światło i wyłoniły się z niego trzy odziane na czarno postaci. Przecież to Woland i jego dwaj barwni asystenci!
– Witaj, mistrzu Arturze – Messer skinął głową, a Be-hemot i Azazell ukłonili się z przesadną elegancją.
– Drogi mistrzu! – Azazell błysnął wystającym kłem i skoczył w kąt ukryty za plecami Artura, skąd wypchnął skórzany, klubowy fotel. – Proszę się rozgościć. Nie wypada, żeby szanowne pośladki tak zacnej osoby dręczyło zwykłe, drewniane krzesło.
–A teraz proszę na chwilę zamknąć oczy – tym razem odezwał się Behemot – żeby nie oślepił pana błysk zmian, jakie muszą się tu zaraz dokonać. Ręczę, że za moment będzie tu bardzo przyjemnie, no i przede wszystkim zadziwimy gości, których przewinie się przez nasz wspaniały gabinet spora grupa!
Artur zacisnął powieki, a zaraz potem usłyszał głośne – Raz, dwa, trzy! – i po sekundzie triumfalny okrzyk Behemota.
– Gotowe! Proszę otworzyć oczy!
– A niech mnie! – Artur aż rozdziawił usta. Z ponu-rego piwnicznego pomieszczenia, prawdopodobnie pokoju przesłuchań, nic nie zostało. To co ujrzał, gwałciło zmysły. Jak to możliwe?! Fragment wilgotnych podziemi przemienił się w monumentalny gabinet pełen pałacowych mebli. Pod ścianą z wielkim weneckim oknem, za którym rozciągał się las ciągnący się po horyzont, ustawione były trzy biurka w stylu Ludwika XVI, z fotelami pochodzącymi z tej samej epoki. Siedzieli w nich odziani na czarno goście, a na osobnym, pozbawionym towarzystwa biurka klubowcu siedział Artur. Dwa złocone, odlane z brązu żyrandole wisiały nieruchomo bez żadnej łączności z sufitem. W pewnej odległości od biurek ustawiona była niespotykanych rozmiarów kanapa, również w stylu ludwikowskim. Za tym okazałym meblem pojawiły się wysokie, dwuskrzydłowe drzwi, a nieco mniejsze, pojedyncze, po lewej stronie biurek, w ścianie ozdobionej olbrzymim freskiem, kopią obrazu Henryka Siemiradzkiego „Pochodnie Nerona”.
– Zanim zaczniemy nasze śledztwo, proponuję panu, drogi Arturze kilka godzin wzmacniającego siły snu, a my w tym czasie uzupełnimy dokumentację. Dobrej nocy – Woland pstryknął palcami i zapadła ciemność.
– Mam nadzieję, że dobrze się spało? – Messer poło-żył Arturowi dłoń na ramieniu budząc go tym delikatnym gestem. – No, to czas zaczynać, panowie – Woland usiadł przy środkowym biurku i sięgnął po słuchawkę. – Dzień dobry pani, przy telefonie osobisty konsultant najwyższego prokuratora, Woland. Nie, nie zna mnie pani i lepiej, żeby nie poznała – uśmiechnął się znad słuchawki. – Przed panią leży czerwona teczka, a w niej pismo o numerze… Tak, właśnie to. Mogła pani nie zauważyć w natłoku spraw, ale już pani wie i czuje wagę naszej misji, prawda? Cieszę się, a teraz proszę do nas przysłać pana naczelnika. Im mniej pytań, tym lepiej. Czekam…
Sekretarka naczelnika specjalnego wydziału do spraw bezpieczeństwa państwa z trudem poskromiła drżenie rąk i wykręciła numer wewnętrzny gabinetu szefa.
– Panie naczelniku, jest problem – głos sekretarki wi-brował zdenerwowaniem. – Mamy kontrolę z najwyższego szczebla, ale nie wiem, o jaką sprawę chodzi. Nic nie powiedzieli, tylko żądają natychmiastowego spotkania z panem w sali, o której istnieniu nie miałam pojęcia! W piwnicy, panie naczelniku, w dodatku oznaczonej na drzwiach symbolem leżącej ósemki! Nic z tego nie rozumiem.
Naczelnik odłożył słuchawkę telefonu i bębnił palcami po blacie biurka. Powinien chyba zadzwonić do ministerstwa i sprawdzić, czy tam coś wiedzą o niezapowiedzianej kontroli. Przecież to może być ordynarna prowokacja, próba wysadzenia z siodła całego kierownictwa wydziału. Mało to razy już próbowali? Musi zadzwonić, niech się dzieje, co chce, ale taki jest jego obowiązek.
– Dzień dobry, naczelnik wydziału bezpieczeństwa państwa. Proszę z pierwszym asystentem ministra. Tak, sprawa najwyższej wagi. Czekam…
– No, co tam, Jędruś? – wywołany asystent pokasły-wał do słuchawki. – Ty może coś wiesz o tej rozkręcającej się katastrofie? – „pierwszy” nie dopuścił naczelnika do głosu. – Człowieku, mam u siebie na biurku takie dokumenty, że tylko się powiesić, jak ujrzą światło dzienne! Wiesz, co mi szef powiedział? Rób co chcesz, ale ten, albo ci, co wykradli te cholerne dokumenty, muszą… – głos głęboko odetchnął – zniknąć! Im prędzej, tym lepiej. Inaczej po nas, Jędruś, po całej ekipie, rozumiesz?! Bierz się do roboty i nikogo nie oszczędzaj! Oczywiście oprócz nas. No, kończę, bo znowu ktoś z góry na linii. Trzymaj się!
Pierwszy asystent ministra nie zdążył otrzeć potu z czoła, a już alarmował telefon tak zwanej „gorącej linii”, łączącej z „panem i władcą”, jak go nazywali miedzy sobą urzędnicy wszystkich możliwych ministerstw i podległych im gabinetów, działów i całej gigantycznej machiny pracującej bez wytchnienia, ale bez zwalających z nóg rezultatów.
– Słuchaj „pierwszy” – pan i władca chrypiał, nie si-ląc się na konwenanse – czy wyście, kurwa, rozumy potracili?! To tak mają wyglądać te gigantyczne lody? Co za debil je kręci? Możecie się pozabijać, ale mnie do tego nie mieszajcie! Nie mam o tym biznesie tysiąclecia pojęcia i nigdy nie miałem. Zrozumiano?! A teraz topcie się sami, kretyni, a najlepiej powywieszajcie nawzajem. Od tej chwili nie ma mnie dla was! – pierwszy usłyszał trzask odkładanej energicznie słuchawki i zapadła naprawdę śmiertelna cisza.
Pan i władca oddychał ciężko i mełł w ustach najohydniejsze przekleństwa. Żeby mu choć raz przemknęła przez głowę myśl, że to za gruby, bezczelny ponad wszelką miarę interes, na dodatek z pazernymi głupolami pozbawionymi wyobraźni, to może by się zastanowił, ale się nie zastanowił, podobnie jak ta cała banda cieniasów, którym wieloletnia bezkarność skutecznie odebrała rozumy.
– No, nie! – wściekły walnął pięścią w potężny blat biurka. – A gdzie się podział ten święty wizjoner? – chwycił w dłoń telefon komórkowy, ale zaraz się zreflektował i odrzucił go, jakby nieopatrznie wziął do ręki płonącą szczapę. – Tylko nie to! Zaraz jakieś sukinsyny mnie namierzą! – podniósł słuchawkę starego telefonu i szczeknął do sekretarki – Łącz ze Zbychem!
– Witam… – Zbychu od pół godziny nie robił nic in-nego, tylko odbierał telefony, a im dłużej to trwało, tym dramatyczniejszą zyskiwał pewność, że przyjdzie im w końcu zapłacić za wszystkie skurwysyństwa, jakich się dopuścili.
– Zbychu, może ty mi powiesz, gdzie się podział ten święty od mamony? Jak to nie wiesz! To kto ma wiedzieć, jak nie ty? A co mnie to obchodzi! Jak chodziło o kasę, to ten tłuścioch potrafił pięć razy dziennie skamleć przez telefon, a ty mu wtórowałeś. Ten twój genialny wizjoner, żeby wydoić z budżetu ile się da, obiecywał wręcz nową wersję Ostatniej Wieczerzy. Tak, do kurwy nędzy, ze mną po prawicy jego! Co ja, co ja! Wszyscyście mu do dupy włazili! Owszem, ja też, ale bez wiedzy, którą ukrywaliście przede mną. O jakiej wiedzy mówię? Nie kpij, grzecznie proszę, bo ciebie pierwszego nadzieję dupą na ten pal sprawiedliwości, który tak dzielnie szlifujesz dla swoich wrogów. O ruski kapitał mi chodzi! Tak, wiem. Posłuchaj, dupku! Wcześniej nie wiedziałeś, ile są warte gwarancje wodzów prawosławia, watykańskich geniuszy finansowych i naszych rodzimych wspólników Boga? No, to teraz już wiesz. Nic nie znaczą, nie pieprz głupot! Jeszcze nie rozumiesz? Zostawili nas, mają w czarnej dupie nasze problemy. Im nic się nie stanie, jak zresztą zawsze. Dlatego kombinują z powodzeniem od dwóch tysięcy lat, tylko my, durni frajerzy, zapłacimy za wszystko! A ty pierwszy, przechero! – pan i władca rzucił słuchawkę, przeklinając ciężko własną głupotę. Niestety trochę za późno…
Telefony oszalały nie tylko w centrum miasta i jego najważniejszych urzędach, ale w całej stolicy, jak długa i szeroka, w instytucjach, których nazw lepiej nie wymieniać. Jeśli tak gruba afera wymyka się spod kontroli, tylko kwestią czasu są pierwsze ofiary; a to zawał serca przepracowanego urzędnika, utonięcie w wyniku szoku termicznego, albo wypadek samochodowy. Najpopularniejszą metodą wyrwania się z aferalnego kręgu, ale nie dającą żadnych gwarancji uniknięcia odpowiedzialności, są dymisje i urlopy z powodów zdrowotnych, mimo to długie ręce skorumpowanego losu dosięgają wszystkich. Właśnie się zaczęło. Jest pierwsze samobójstwo, jeśli to było samobójstwo, wysokiej rangi urzędnika służb specjalnych, powodując niebywały popłoch pośród umoczonych w ten ohydny przekręt. Najważniejsi z najważniejszych brali na potęgę zaległe urlopy i wyjeżdżali w najdalsze zadupia współczesnego świata. Byli i tacy, którzy postanowili przeczekać najgorsze na kwarantannach, w absolutnej izolacji w związku z nagłym atakiem wirusa najnowszej mutacji Covida na ich wycieńczone pracą organizmy. Ale nikt z ratujących w ten czy inny sposób skórę nie pomyślał, że ich wiedza na temat inwestycji, jaką dzielił się z nimi mistrz biznesu, Bernard Farny, to zaledwie ułamek tego, co w ich imieniu czynił ksiądz dyrektor, godny stanowiska super księgowego mafii wszystkich kolorów i modeli razem wziętych. Tak właśnie było, nie inaczej i bez cienia przesady.










Drogi Szymonie, Twoją książkę „Szepty i krzyki Stumilowego Lasu” którą mi podesłałeś, przeczytałam wczoraj za jednym przysiadem. Pięknie dziękuję za artystyczną i jestem pod wrażeniem tej lektury. Podziwiam i pozdrawiam, Maria J.
Oczywiście chodziło mi o artystyczną dedykację. Czekam na Twoje następne książki. Maria J.