Od zmierzchu do świtu. Rozdział VIII: Narada w Łagiewnikach

0

Cała okolica rozświetliła się narastającą od wschodu ja-snością. Po obu stronach drogi ciągnęły się sosny.
Z półcienia padającego na drogę wynurzył się Wacek z zaśnieżonej przestrzeni. Szedł do Łagiewnik na umówione spotkanie. Droga była trudna, bo śnieg tamtego roku padał obficie. Idąc po wiejskiej drodze, zapadał się w lotny, sypki śnieg. Dmuchała lekka zawieja. Ale po kilkudziesięciu mi-nutach przemieniła się w wichurę. Szedł z przymkniętym oczami. Czapkę wciągnął na uszy, głowę pochylił naprzód. Chwiał się, przewrócił, lecz stale podążał naprzód. Wyglą-dało to tak, jakby płynął w olbrzymim białym wirze. Wicher mknął w górę… Śmiał się triumfująco, udawał, że nie zwraca na nic uwagi. Tylko bawi się: śpiewa, pogwizduje, śmieje się i ugania za płatkami śniegu. Wacek wreszcie dotarł do wsi. Wszedł na ścieżkę i szedł nią między opłot-kami. Pierwsza chata zaraz z brzegu patrzyła na niego oknami, które buchały blaskiem niby otwarte drzwiczki pie-ca. Płot z koślawych palików był do połowy swej wysokości zasypany śniegiem. Wszedł między opłotki. Wiejska ulica była rozjeżdżona koleinami wygniecionymi przez sanie.
Dom Kubickich był w środku wsi. Wacek wszedł na po-dwórko. Pies uwiązany na łańcuchu przy stodole szczekał zajadle i szamotał się na uwięzi. Wacek skierował się do ganku. Drzwi do sieni były otwarte. Następne drzwi, pro-wadzące do mieszkania, również nie były zamknięte. Wszedł do dużej niskiej izby. Ogarnęło go przyjemne cie-pło. Pośrodku izby zobaczył stojącego mężczyznę; to oczekujący na niego Kazik Kubicki „Lew”, adiutant komen-danta Obwodu „Borsuk”. Stał tylko w spodniach i koszuli, na który miał założony wełniany pulowerek.
– No dobrze, że dotarłeś, bo pogoda jest „pieska”.
– Umowa była, że spotykamy się w sobotę popołudniu, wszystko robiłem, żeby umowy dotrzymać.
Na spotkanie przybyli również porucznicy rezerwy Wojska Polskiego: Jerzy Dobrołęcki, „Sędzia”, szef wyszkolenia bojowego oddziałów partyzanckich; Stanisław Lewiński „Stanisław”, szef komórki wywiadu; Feliks Rajca „Kafel” szef komórki sabotażu, dywersji i kontrwywiadu. Było ich w sumie pięciu mężczyzn… silnych, młodych, zdrowych. Siedzieli przy stole paląc papierosy. Kiedy wypili po kielisz-ku wiśniowej nalewki, to, jak w takich okolicznościach by-wa, najpierw trochę powspominali dawne czasy, przyjaciół i znajomych. Ale ponury dzień okupacji absorbował ich najbardziej.
Toteż Wacek patrząc kolejno w uroczyste twarze kolegów zapytał:
– Więc cóż to za bardzo ważna sprawa nas tu sprowadzi-ła?
– Mów ty, Kaziu – zwrócił się Feliks do Kubickiego. Ty naj-lepiej wszystko wyłożysz.
Kazik siedział zamyślony… Przygładził włosy nad wysokim czołem i spojrzał po kolegach.
– Dobrze – rzekł – dobrze… I przystąpił do rzeczy.
– Panowie, mija piąty miesiąc od wrześniowej klęski… Bli-sko pół roku trwa zbrodnicza okupacja hitlerowska. W je-sienne, deszczowe wieczory i niespotykane od dawna śniegi i mrozy powrócili do swych domów polscy żołnierze, którym udało się przeżyć kampanię wrześniową, zbiec z obozów jenieckich, szpitali, czy miejsc odosobnień. Nie-malże natychmiast, pełni nadziei rozpoczęli działania kon-spiracyjne zmierzające do odbudowania struktur wojsko-wych.
Kazik wstał i zaczął chodzić po pokoju. Był wyraźnie pod-niecony.
– Bitwa przetoczyła się przez Broninę, Owczary, Łagiewni-ki, Widuchową… – rozpoczął. Ludzie powoli otrząsali się z grozy, jaką przyniosła ze sobą wojna. Toteż uważny ob-serwator łatwo dostrzegł, że są we wsiach domy, z których stale wyjeżdżają do lasu furmanki. Niby każdy miał za-świadczenie wystawione przez nadleśnictwo, że takiemu to a takiemu zezwala się na wyrąb drzewa lub zbieranie chrustu, ale dlaczego chodzą w głąb z łopatami? Lub za-miast pracować w lesie – rozkopują rowy melioracyjne, pracują na piaszczystych wydmach, czasami rozkopują mogiły, z których wydobywają ciężkie skrzynie w niczym nie przypominające trumien?
Po każdej wyprawie do lasu długo w nocy w kilku chału-pach Łagiewnik widać było światła lamp naftowych. To uczestnicy wyprawy do lasu czyścili wydobytą broń i amu-nicję, smarowali tłuszczem, chowali do skrzyń lub metalo-wych pojemników, a później – w tajemnicy przed ciekaw-skimi spojrzeniami – wynosili je z domów i zakopywali w sobie tylko znanych miejscach.
– Nawet harcerze nie czekali. Już w pierwszych dniach października 1939 roku, młodzież Związku Harcerstwa Polskiego w Busku – Zdroju samorzutnie zaangażowała się w zbieraniu porzuconej przez Wojsko Polskie broni i amu-nicji, szczególnie w okolicach Broniny i Lasu Widuchow-skiego, gdzie oddziały Armii Kraków stoczyły krwawy bój z Niemcami. Ci młodzi harcerze doskonale wiedzieli, co czy-nią, gdy wynosili broń z pól walk z narażeniem życia, czę-sto jeszcze spod gwiżdżących pocisków. Szczególną ak-tywnością wykazali się w tym Tadeusz Wróblewski za-mieszkały w Busku, przy ulicy Stopnickiej i Julian Kumor.
Ekspertem, czuwającym nad bezpiecznym zbieraniem amunicji i broni był Władysław Szarek, absolwent Podofi-cerskiej Szkoły Piechoty.
Koledzy, musimy podjąć jakieś działanie, szwaby już mi gardłem wychodzą. Póki siedzę tu, u siebie na wsi i nie widzę tych teutońskich hełmów, to jeszcze jako tako, ale kiedy zobaczę te krzyżackie mordy, tobym im z gołymi rękami do gardła skakał.
– Robić coś trzeba, tylko mądrze… – odezwał się Wacek.
– Masz rację… – odpowiedział Kazik. O Związku Walki Zbrojnej słyszałeś?
– Tak. Podobno działa w całej Polsce, a podporządkowany jest Sikorskiemu. Niewiele wiem na ten temat. Niedawno o nim usłyszałem, od jednego gościa w zaufaniu.
– I teraz panowie, chcę wam właśnie zakomunikować to, na co my żołnierze i wszyscy patrioci czekaliśmy od pierw-szego dnia wrześniowej klęski… W kraju powstała potężna organizacja konspiracyjna: Związek Walki Zbrojnej! Polska znowu ma Polskie Wojsko!
Kazik Kubicki przerwał, patrząc, jakie wrażenie to oświad-czenie wywrze na słuchaczach.
– Już w listopadzie kontakt ze mną nawiązał Komendant Obwodu Busko, Służby Zwycięstwu Polski o pseudonimie „Sęp”. Zostałem zaprzysiężony i nadano mi pseudonim „Lew”. Jednocześnie otrzymałem instrukcję, jak należy przeprowadzać werbunek członków konspiracji, uwzględ-niając ich przydatność w jednostkach organizacyjnych ob-wodu.
Rajca i Lewiński przerzucili się spojrzeniami.
– No widzicie panowie! Mówi już o tym cały kraj! Oczywi-ście o samym fakcie, a nie o konkretach, bo to ma się ro-zumieć, ścisła tajemnica wojskowa… ZWZ, który działa w kraju, jest jedyną, że się tak wyrażę, „uprawnioną” niele-galną organizacją zbrojną, innymi słowy jest Wojskiem Polskim pod okupacją, podlegającym naszemu rządowi na emigracji. Otóż panowie, mając do tego odpowiednie uprawnienia, proponuję panom wstąpienie do tej organiza-cji.
Jerzy Dobrołęcki, Stanisław Lewiński i Feliks Rajca spon-taniczne wyrazili chęć wstąpienia do ZWZ.
Wtem kot, śpiący pod piecem kaflowym, obudził się, roz-ciągnął i zwinnie wdrapał się na okno. Nie spłoszyła go głośna rozmowa. Zsunął się powoli po kremowej zasłonce i kocim ruchem, jak na kota przystało, zbliżył się do łóżka. Jednym zręcznym skokiem usadowił się na końcu łóżka. Po chwili był już na poduszce. Wtulił w nią swój puszysty łepek. Obrazek ten na chwilę oderwał mężczyzn od dys-kusji. Z uśmiechem przyjęli beztroski występ kota.
Wacek zapalił papierosa. No cóż. Propozycja walki z Niemcami odpowiada mi jak najbardziej. Tylko… Zależy mi, żeby grać w otwarte karty.
– A jaki program ma ten ZWZ? Polityczny program. – Za-pytał Wacek Kwaśniewski i bystrym spojrzeniem obrzucił Kubickiego.
– Jaki ZWZ ma program? Jest to, proszę panów, organi-zacja wojskowa, a jako taka absolutnie apolityczna! Cał-kowicie apolityczna, i inaczej być nie może! Nam, żołnie-rzom, polityka nie jest potrzebna. Jasne!
– W walce ze szwabami możecie zawsze na mnie liczyć – stwierdził Wacek.
– To nie jest pełna i jasna odpowiedź, drogi Wacku. Py-tam, czy dołączysz do nas i decydujesz się na wstąpienie do ZWZ? Wymyśl sobie jakieś pseudo, a ja zaraz odbiorę od ciebie przysięgę…
Wacek zaciągnął się głęboko papierosem, wydmuchnął dym i po chwili powiedział:
– No cóż. Propozycja walki z Niemcami odpowiada mi jak najbardziej. Tylko… Zależy mi, żeby grać w otwarte karty. Otóż zaraz po powrocie z obozu jenieckiego do domu, do Stopnicy, jako wówczas najstarszy stopniem wojskowym, nakazałem kolegom, strzelcom w Stopnicy gromadzenie pozostałej po cofających się wojskach polskich broni i amunicji, i magazynowanie jej. Ponadto w Stopnicy po-wstała, przy moim udziale konspiracyjna Narodowa Orga-nizacja Wojskowa, jestem członkiem tej Organizacji i ak-tywnie w niej pracuję. Spośród najbardziej zaufanych zor-ganizowałem pierwszy oddział zbrojny – grupę oporu przeciwko Niemcom, która jest podporządkowana NOW.
– I powtarzam kolejny raz, że w walce z Niemcami może-cie na nas liczyć choćby i dziś.
– Słusznie, odezwał się Kubicki, ja też lubię szczerość. Dla mnie jest ważne, co w tej chwili sobą reprezentujesz i czy jesteś patriotą, a co do tego nie mam żadnych wątpliwo-ści. I jeszcze jedno: – Rozumiem… Myślę, że to, o czym tu rozmawialiśmy, pozostanie tylko między nami. Liczę na was wszystkich koledzy jako Polaków – powiedział Kazik Kubicki.
Od rozpalonego pieca biło przytulne ciepło. Wacek Kwa-śniewski opowiadał o swojej ucieczce z obozu: – W obozie jenieckim było coraz trudniej. Za ucieczkę groziła kara śmierci albo – w najlepszym razie – obóz koncentracyjny. Zdecydowany byłem uciekać za wszelką cenę i przy naj-bliższej okazji. W takiej masie ludzi – udało się. Każdy ki-lometr zbliżał mnie do kraju. Miałem trochę kłopotu z przedostaniem się przez granicę między Rzeszą i Gene-ralną Gubernią. Ale byłem już u siebie w Polsce.
W domu, jak mówią, nawet ściany pomagają…
Była już późna noc, Kazik wyszedł z domu na podwórko za „potrzebą”. Śnieg krył ziemię grubą warstwą. Był lśnią-cy, chrupiący, poznaczony błękitnymi plamami cienia. Wit-ki zasypanych krzaków sterczały z niego przywalone wiel-ką czapą śniegu. Kazik znajdując się w wychodku, przez szpary między deskami drzwi widział otwartą przestrzeń podwórka. Nasiąkła błękitem ścieżka biegła na skos przez podwórze obok stodoły ku domowi.
Nagle, z lewa tuż przy drodze, wyłonił się z ciemności cień człowieka. Otworzył furtkę, wszedł na podwórko, stanął i rozglądał się na wszystkie strony. Zbliżył się do budynku. Jedno okno było niezbyt szczelnie zasłonięte i przez wą-skie szpary przebijały się smugi światła. Z wnętrza budyn-ku słychać było prowadzoną rozmowę. Cicho zbliżył się do okna, chcąc zajrzeć przez szparę do środka. Kubicki wy-szedł z wychodka i skrył się pod dachem drwalki. Skrada-jący się osobnik wyczuł czyjąś obecność. Zamarł w miej-scu… Odwrócił głowę w lewo. I w tym samym momencie oświetlił Kazika, snopem jaskrawych promieni latarki ręcz-nej. Z ciemności rozległ się głos:
– Ręce do góry! Nie ruszać się!
Kubicki prawie w tej samej chwili wystrzelił z Visa trzy razy z rzędu – tam skąd świeciła latarka i uskoczył w bok. La-tarka napastnika potoczyła się na ziemię i zanurzyła się w śniegu. Teraz błysnęła latarka Kubickiego i natychmiast zgasła. Jej światło uchwyciło w ciemności postać kryjące-go się przy ścianie budynku osobnika z pistoletem w ręku. Kazik skoczył dwa kroki w prawo, kucnął – wtedy padł strzał karabinowy. Błysk wiązki ognia liznął ciemność. Ku-bicki wystrzelił jeszcze w tamtym kierunku kilka razy… Posłyszał jęczenie. W tej chwili niewidzialne w ciemności drzwi domu z trzaskiem się otwarły i szeroki pas światła runął w mrok, przecinając ciemność nocy. Ukazali się w nich uzbrojeni mężczyźni. Napastnik bezszelestnie zniknął za budynkami gospodarczymi.
Przed świtem, zanim zaczęło niebieszczeć niebo, wszyscy zasiedli do stołu. Matka Kazika podała jajecznicę na słoni-nie, chleb upieczony w piecu chlebowym w domu, masło. Kazik wydobył z tylko mu wiadomej kryjówki butelkę sa-mogonu, pędzonego na wędzonych śliwkach. Po posiłku udali się na odpoczynek. Spali do przedpołudnia i po posił-ku rozeszli się do swoich domów.
Wacek maszerował raźno pogwizdując pod nosem, obcią-żony plecakiem pełnym różnych wiktuałów, które otrzymał od pani Kubickiej, matki Kazika. Na samym wierzchu leżał wielki bochen wiejskiego chleba.
Kapral Wacław Kwaśniewski, był członkiem Sztabu Obwo-du NOW i jako podoficer czasu wojny był dowódcą goń-ców, łączników, kolporterów podziemnej prasy. Pełnił funkcję oficera propagandowego, był słuchaczem w tajnej podchorążówce. Zorganizował w Stopnicy ponad 300 oso-bowy oddział zbrojny.
W styczniu 1943 roku podporządkował się z całym szta-bem Narodowej Organizacji Wojskowej – Armii Krajowej. Został awansowany na plutonowego i jako dowódca do-brze wyszkolonej i uzbrojonej drużyny o pseudonimie „Za-olzie”, był zastępcą dowódcy Oddziału Dywersyjnego po-rucznika Pawła Raszyka „Wichra”.
W dniu 30 marca 1944 roku został aresztowany przez ge-stapo i po straszliwych torturach skazany na karę śmierci. W kwietniu 1944 roku Niemcy rozstrzelali 10 spośród 20 skazanych. Druga dziesiątka, w której znalazł się plutono-wy Kwaśniewski, została wysłana do obozu koncentracyj-nego w Dachau. U kresu sił, w gorączce tyfusu plamiste-go, został uwolniły w dniu 29 kwietnia 1945 roku, przez wojska amerykańskie.
Po przyjściu do zdrowia, udał się do obozu Jeńców Ofice-rów Polskich w Murmaru, gdzie wstąpił do tworzącego się Wojska Polskiego. Do Polski nie wrócił, osiedlił się w Ka-nadzie.
Po rozejściu się kolegów, Kazik Kubicki, usiadł w pustym pokoju wyraźnie podniesiony na duchu. Już sam fakt, że w dniach, kiedy się wydawało, że czarna okupacyjna noc nad Polską już nigdy nie będzie miała świtu, istnieje kon-kretna organizacja o idei zbliżonej do tej, która jest mu bliska, że nici tej organizacji sięgają aż do Warszawy.

Poprzedni artykułSzepty i krzyki Stumilowego Lasu – cz. VIII
Następny artykułMiasto Meksyk, dzielnica Roma, ulica Orizaba 150
Jan Chruśliński, ur. 11.03.1937 r. w Busku-Zdroju, mieszka w Warszawie. Członek Związku Literatów Polskich. Laureat trzech nagród literackich. Człowiek o ciekawym życiorysie. Kolarz w kadrze Polski LZS. Startował w wielu prestiżowych wyścigach w kraju i zagranicą. Jako już dorosły, ale młody chłopiec śpiewał i tańczył na scenie w Uzdrowiskowym Artystycznym Zespole Pieśni i Tańca w Busku–Zdroju. Po ukończeniu w 1956 roku Technikum Drogowego w Szczecinie, otrzymał nakaz pracy do Powiatowej Rady Narodowej w Łobzie. Absolwent Oficerskiej Szkoły Inżynieryjnej im gen. Jakuba Jasińskiego we Wrocławiu. Ukończył studia historyczne w Warszawie, zwieńczone pracą magisterską na temat: Emigracja sezonowa z województwa kieleckiego do Niemiec w latach 1926-1931. Pułkownik Wojska Polskiego. Służbę wojskową pełnił na różnych stanowiskach w 12 pułku drogowo-eksploatacyjnym w Modlinie Twierdzy, później w Głównym Kwatermistrzostwie WP i Centrum Szkolenia Obrony Cywilnej w Warszawie. 31 maja 1996 roku, po czterdziestu latach służby, przeszedł w stan spoczynku. W tym samym roku rozpoczyął pracę w ARiMR w Warszawie. W 2009 roku, po 54 latach służby i pracy, mając 72 lata, odszedł ostatecznie na emeryturę. Jest działaczem Warszawskiego Klubu Przyjaciół Ziemi Kieleckiej w Warszawie. Publikuje w piśmie Świętokrzyskie – Środowisko – Dziedzictwo kulturowe – Edukacja regionalna, Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim oraz w Buskim Kwartalniku Edukacyjnym. Autor książek; Rozstania i powroty (2009), Tak było... wspomnienia oficera wojsk drogowych (2010) – Książka otrzymała nagrodę Szefa Transportu i Ruchu Wojsk MON (2016), Życie wpisane w historię (2012), Starość zaczęła się wczoraj...(2013) – Książka uhonorowana nagrodą główną w dziedzinie literatury na I Polskim Festiwalu Sztuki „ORZEŁ 2016”, Miłość i wojna, nagrodzona nagrodą literacką im. Stefana Żeromskiego (2014) i Z Chrobrza na wojenną tułaczkę (2016).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj