– A dlaczego na tym naszym zadupiu taki spokój, jak-by nie wydarzyło się nic wielkiego? Bo u nas jak zwykle ważniejsze są kury i obecność na mszach niż lądowanie na Marsie czy wojna za wschodnią granicą, a Ukraińcom, skurwysynom, dobrze tak za naszą krzywdę, za Wołyń! Tacy jesteśmy, widzimy tylko cudze świństwa. Niestety coś mi mówi, ze nawet ich przeprosiny nie dużo by zmieniły, bo my musimy mieć wroga…
– Nie przesadzaj – Krzyś miał niewyraźną minę. Chciał zwrócić uwagę dziadkowi, że napad złości jest wyłącznie wynikiem jego postępowania, ale czuł, że jakoś nie wypada. W końcu to jego dziadek. Mimo to po chwili namysłu powiedział, co chciał wcześniej powiedzieć. – Ktoś ci założył szlaban na telewizję? Wiem, że według ciebie te buraczane cieniasy kłamią i manipulują, jak mogą, ale człowiek tak zajefajny jak ty, nawet w szajsie informacyjnym dopatrzy się prawdy. A ty nie kupujesz prasy i nawet radia nie słuchasz, tylko czytasz książki.
– Ponieważ… – dziadek otworzył usta, ale tylko wes-tchnął boleśnie, a potem zakończył niespodziewanym stwierdzeniem. – Ponieważ dałem dupy na całej linii! Przepraszam cię za te słowa, ale to prawda.
– No i znowu przesadziłeś. Przecież możesz żyć po swojemu, nawet używać lampy naftowej, to twoja brocha, ale nie narzekaj, że coś jest nie halo. Na tym polegają konsekwencje wyboru, wielokrotnie mi o tym mówiłeś.
– Masz rację Krzychu – dziadek Artur chwilę nad czymś się zastanawiał. – Ale dlaczego ty nic mi nie powiedziałeś? W szkole cisza na ten temat? Internet milczy?
– Widzę, kochany dziadku, że trochę odkleiłeś się od naszej zaściankowej rzeczywistości. W domu mam praktycznie szlaban na portale społecznościowe i właściwie na cały internet, poza możliwością grania i słuchania muzy. To wszystko w temacie kontaktu ze światem. Zresztą na wyraźne polecenie szkoły.
– Nie przypuszczałem, że twoi starzy, a mój syn i sy-nowa, są tak opóźnieni.
– Dziadku, nie gniewaj się, ale oni tak jak ty, mają wszystko gdzieś, dlatego mnie udupili. Przecież broniłem się, jak mogłem, przed tą budą, ale starzy zawsze lepiej wiedzą, co lepsze dla ich dzieci. Tylko wyszło na to, że lepsze tak, ale nie dla mnie. Kompletna padaka! Nie będą ganiać bryki do miasta, bo za daleko. Oni nie maja na to czasu! Żenua! Szkoda gadać. Jakoś muszę to przetrzymać. Tylko nie wiem, co będzie, jeśli nie zdam końcowego egzaminu ósmoklasisty. A ksiądz dyrcio potrafi być pamiętliwy.
– Spokojnie. Możesz zdawać w kuratorium. W końcu chodzi o wiedzę, a nie o to, czy wysysali ci mózg w tej, czy jakiejś innej szkole. Tak czy owak, makabra! – dziadek wzdrygnął się. – A ten wasz święty dyrektor nic nie mówił o wojnie? Przecież to właściwie za miedzą.
– Kilka osób pytało, na co historyk, znaczy katecheta zajmujący się problemami politycznymi i historycznymi, powiedział, że to nie nasz problem, nie my rozpętaliśmy tę zawieruchę. Dopiero następnego dnia dodał, że ta awantura to wielkie świństwo, potem świrował, że to Amerykanie coś kombinują, bo chcą zajechać rusków, a potem mówił o nieuniknionym najeździe Ukraińców na nasz kraj. Jak trwoga to do Boga, walą do nas na kolanach, bo ruski ich mordują, ale nie raczyli nas przeprosić za Wołyń.
– Co za czasy, co za ludzie. Ehh… – westchnął dziadek. – Gdyby Kościół zechciał szczerze wyznać swoje winy i zaczął za nie przepraszać, to ręczę ci, doby nie starczyłoby na bicie się w piersi.
– Dziadku, wytłumacz mi jedną rzecz… Jak były ostat-nie wybory, to ludzie szli na msze głupi, a wychodzili mądrzy, wiedzieli kogo klepnąć, żeby wszystkim się wiodło. A teraz, kiedy mega masakra dzieje się rzut kamieniem od naszych domów, to nikt nic nie wie, nawet najmądrzejsi rżną głupa w tej sprawie. O co tu chodzi?
– No właśnie, Krzysiu, sam sobie odpowiedziałeś. U nas wszystko w rękach proboszcza. Jak ma w czymś interes, to wszyscy o tym wiedzą i popierają, jakby to był ich własny geszeft. Oczywiście wiedzą także, co myśleć i jak postępować. Koniec, kropka! A teraz szanowny ksiądz wizjoner, Bernard budowniczy, nie ma żadnego interesu w zajmowaniu stanowiska w sprawie agresji na prawosławnego sąsiada, być może także z powodów finansowych. W rzeczywistości powinien natychmiast organizować pomoc materialną, noclegi, dożywianie, opiekę lekarską i takie tam uciążliwości, ale Jego Wspaniałość ma większe zmartwienia na głowie. Co za skundlone czasy – Artur westchnął na koniec i umilkł.
– Na szczęście nie wszędzie, dziadku. Koleżanka opo-wiadała, że po drugiej stronie miasta, gdzie mieszka jej wujek, ksiądz już po pierwszych komunikatach o wojnie zaczął organizować zbiórkę żywności, lekarstw i pieniędzy, a miejscowi już przyjęli kilkunastu uchodźców.
– Czyli można. Trzeba tylko kogoś obdarzonego em-patią, komu nie brak odwagi cywilnej i choćby szczątkowego szacunku dla bliźnich. A my, jak się okazuje, zamieszkujemy nieludzką krainę.
– Ale sami ją tworzymy.
– No właśnie. I to jest najsmutniejsze, dlatego musimy coś z tym bolesnym fantem zrobić.
– Ale co? – Krzyś rozłożył bezradnie ramiona.
– Słuchaj, Krzychu, idź teraz do domu, pokaż się star-szym, zjedz coś, ubierz się ciepło i przyjdź do mnie około dziewiętnastej.
Ledwo zamknęły się drzwi za Krzysiem, Artur wyciągnął się na miękkim dywanie i podłożył dłonie pod głowę. Starał się przez chwilę nie myśleć o niczym istotnym, jednak ta prosta z pozoru czynność okazała się praktycznie niewykonalna. Setki drzwi, szuflady i szufladki w jego „garderobie” pamięci otwierały się, zamykały i trzaskały, uwalniając niezliczoną ilość zdarzeń sprzed kilku godzin, z ostatnich dni i tygodni, a także dużo starszych i tych całkiem zamierzchłych. W głowie Artura zrobiło się tłoczno i zapanował harmider, jakby w jednej sali urządzono przyjęcie weselne, stypę, ważny jubileusz i chrzciny, na dodatek w trakcie trwającego remontu owego bankietowego pomieszczenia. Po kilku minutach tego szaleństwa i tylko dlatego, że poczuł senność i przymknął powieki, ruch i gwar powoli słabły. Niechybnie przysnąłby, ale tuż przed zerwaniem kontaktu z jawą, w jego usypiającej świadomości rozległo się bardzo wyraźne pytanie: dlaczego?
– Ale co, dlaczego? – Artur otworzył oczy i wlepił wzrok w sufit.
– Dlaczego pozwoliłeś na to, co się z tobą stało?
– Co się ze mną stało? – powtórzył. – Ano właśnie, co się stało, bo nie bardzo rozumiem…
– Leżysz na dywanie, twoje życie powoli dobiega kre-su, a ty nie zdajesz sobie sprawy, co się dookoła ciebie dzieje? Wybacz, ale to dosyć żałosne. Gdyby nie Krzyś i jego szkoła, nadal trwoniłbyś czas na zakopywanie samego siebie w Stumilowym Lesie. Zostaw to fachowcom, jak przyjdzie twój czas.
– Ale co w tym złego, do diabła, że wysyłam książki tam, gdzie wszystko ma swój początek i koniec! A poza wszystkim sprawia mi to przyjemność. W pewnym sensie czuję się jak Noe.
– Tego nie krytykuję, ale szlag mnie trafia, jak pomy-ślę, co się za tym kryje i dlaczego nie chcesz zauważyć i wykorzystać do innych jeszcze celów swoich możliwości, którymi zostałeś obdarzony przez, nazwę to umownie i w skrócie, istotę rzeczy dającą sens rozumnemu istnieniu. Czy jest to dla ciebie zrozumiałe?
– No…, jak by to powiedzieć… Staram się pojąć, ale…
– Dobrze, że się chociaż starasz – przerwał głos. – Na szczęście posiadasz jeszcze intuicję i nawet potrafisz sprawnie odróżniać dobro od zła. Okay, przyjacielu, mimo wszystko staniesz się wkrótce nad wyraz przydatnym przyjacielem. Na razie odpoczywaj, zaśnij w końcu. Śpij…
I stało się tak, jak powiedział ten, który powiedział. Artur Niewiadomy nie zdążył ani pomyśleć, ani się zdziwić, kto zadbał o jego wypoczynek, tylko zasnął tak głęboko, że nie usłyszał głośnego powitania.
– Cześć, dziadek, a ty co? – zdziwił się Krzyś. – Opiłeś się? Kimasz na dywanie jak byle menel! Dziadek, obudź się! – Krzyś pochylił się nad jego twarzą i pociągnął nosem, ale nie wyczuł w jego oddechu śladu alkoholu, więc szarpnął dziadka za ramię. – Pobudka, już po dziewiętnastej! – krzyknął mu do ucha. Dopiero to poskutkowało.
– Ciszej, Krzysiu, przecież słyszę – dziadek ziewnął szeroko i usiadł, ale przytomność dosyć opornie logowała się na jego twarzy.
– Ty w ogóle pamiętasz, że się ze mną umówiłeś?
Artur skinął głową i mocno przeciągnął ramiona, aż gdzieś w jego wnętrzu trzasnęły kości.
– O matko! Dawno nie spałem tak smacznie… – uśmiechnął się, nie całkiem jeszcze rozbudzony.
– Super!, ale teraz powiedz, co mamy do zrobienia.
Pójdziemy do Stumilowego Lasu? – Nie inaczej…
– Znowu będziesz czytał?
– Oczywiście.
– A co tym razem?
– Fragmenty „Mistrza i Małgorzaty”. Mam pięć egzem-plarzy tej powieści… Nie, przepraszam, już tylko cztery, bo jedną sprezentowałem korzeniom lasu.
– No, no. Czy to znaczy, że cenisz ją najbardziej spo-śród wszystkich książek, jakie masz?
– I także spośród tych, których nie mam, ale kiedyś przeczytałem. Tak to wygląda, mój drogi Krzysiu.
– Ale dlaczego akurat „Mistrz i Małgorzata”? Przecież istnieje tyle jeszcze wspaniałych historii?
– Ponieważ jest to uniwersalna opowieść o proble-mach świata rodzących się w duszach i ludzkich umysłach. Na dodatek, a raczej dlatego, że w niczym nie straciła na aktualności. Wystarczy odwrócić bieguny i już mamy groteskową opowieść o współczesności. W czasach porewolucyjnej Rosji, które opisał autor „Mistrza”, niepodzielnie królował materialistyczny pogląd, zwulgaryzowany i przeciwstawiony wyśmiewanej i tępionej religii z całym jej bagażem elementów świata nadprzyrodzonego. Natomiast dzisiaj to religia z nierozłączną mistyką wyznaczają czasami tak absurdalne normy, jak kiedyś komunistyczny materializm.
– W takim razie będę musiał przyswoić tę twoją uko-chaną powieść.
– Koniecznie, Krzysiu, bo opisane w niej przestępstwa przeciw rozumowi, kariery świadomie czynione kosztem uczciwości i wbrew sumieniu, uległość i podległość władzy, w niczym nie ustępują tym dziejącym się dzisiaj. No i problem jeszcze w tym, że do końca nie wiadomo, czyim dziełem jest natura ludzka – Boga czy Szatana? Niewykluczone, że wspólnym. Według mnie wszystko na to wskazuje.
Krzyś przemilczał ostatnie zdanie dziadka, ponieważ nigdy nie pomyślał w tak obrazoburczy sposób o tym jakże ważkim problemie. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale wygląda na to, że pod wpływem pozbawionych logiki, za to pełnych emocjonalnej przemocy metod wychowawczych, nie dopuszczających dyskusji w sprawach światopoglądowych, chyba jednak sporo pozostało w głowie Krzysia z tego, co chciał w nią wtłoczyć ksiądz Bernard.
– No, to chodźmy, dziadku – Krzyś był wyraźnie poru-szony, pociągał nosem i głośno wydmuchiwał powietrze ustami. – Może nie powinienem się przyznawać, ale mam pietra i w ogóle coś ze mną nie tak.
– Nie masz się czego wstydzić, ja też czuję się niesz-czególnie. W końcu nic nie wiemy o zjawisku, z jakim będziemy mieli do czynienia. Ale bądźmy konsekwentni.
Bierzmy leżaki i w drogę!
– Nie zapomniałeś o książce?
– Jak mógłbym – ale na wszelki wypadek poklepał się po kieszeniach kurtki. – Jest! Oczywiście, że jest – odetchnął głęboko. – Aha, jeszcze latarka i zapałki, kawałek niedopalonej świeczki został na pieńku. No, tym razem to już naprawdę wszystko. Idziemy…
I poszli. Każdy z leżakiem pod pachą i niespokojnymi myślami w głowie. O tej porze roku za kwadrans dwudziesta, to już prawie godzina dojrzałej nocy, mimo że nie wszystkie jeszcze gwiazdy zebrały się na niebie, żeby podziwiać dwóch śmiałków idących w paszczę może nie tak groźną jak ta rekina ludojada, ale milczącą i bardzo tajemniczą.
„Mam nadzieję” – pomyślał Krzyś – „że nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo. Gdyby tak miało być, dziadek na pewno by nie ryzykował”.
„Mam nadzieję” – pomyślał Artur Niewiadomy – „że nie narażam Krzysia na nieprzewidziane wydarzenia i złe nastroje Stumilowego Lasu”.
Szli w milczeniu, obaj pochłonięci podobnymi myślami dotyczącymi tajemnicy lasu. Obaj, każdy na swój sposób, próbowali poradzić sobie ze zbliżeniem wykluczających się wzajemnie światów. Jak się zachować wobec solidnej ściany oddzielającej świat oparty na dogmatycznych podstawach, pseudonaukowych objawieniach i pozazmysłowej przestrzeni, od rzeczywistości zbudowanej na matematyczno-fizycznym fundamencie, wykluczającej wszelką formę egzaltacji jako sposób poznawania i opisywania świata. Mimo że różniły ich poziomy wiedzy i doświadczeń oraz wrażliwość na wszelkiego rodzaju bodźce docierające do ich umysłów i umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami losu, łączyło ich jedno: bezradność wobec tajemnicy Stumilowego Lasu. Dlatego szli w milczeniu, pogrążeni w natrętnych myślach, tylko od czasu do czasu cicho trzaskały pod ich stopami sucha gałązka lub badyl, albo toczył się kopnięty przez nieuwagę kamyk. Dopiero kiedy dotarli do pierwszych drzew, dziadek Artur przerwał milczenie.
– Jak się czujesz? – zwrócił się do Krzysia. – Wszyst-ko w porządku? – sam nie czuł się zbyt pewnie, głos mu wyraźnie drżał, choć jego wcześniejsze wizyty w lesie nie powodowały aż takiej nerwowości, mimo że za każdym razem kończyły się wielkimi emocjami.
– A ty? – odpowiedział pytaniem Krzyś. Wyczuwał w głosie dziadka nuty nie tylko braku pewności, lecz także strachu. – Coś mi mówi, że obaj czujemy to samo. Mam rację?
– Masz – dziadek Artur odetchnął głęboko i zaraz po-czuł ulgę, jakby pozbył się niewiadomo jakiego ciężaru. – Ale chyba nie zrezygnujemy z powodu… – nie dokończył, chwycił leżak i zdecydowanym, zupełnie inaczej brzmiącym niż przed chwilą głosem, dokończył – Idziemy! Koniec mazgajstwa.
Posuwali się pomiędzy coraz starszymi, grubszymi i wyższymi pniami mieszanego lasu. Wkroczyli w obszar późnowieczornego, czarnozielonego mroku. Dziadek Artur wydobył z kieszeni kurtki latarkę i wciął się żółtawym snopem światła w leśną ciemność. Wszystko, co się znalazło w podrygującym strumieniu jasności, odzyskiwało natychmiast barwę, kształt i fakturę. Niedługo szukali pnia z pozostawionymi ogarkami świec różnej grubości. Nogi same ich prowadziły, nie musiały dopytywać pamięci, którędy powinny iść, więc dotarli do celu bez zbędnej zwłoki, a to wyraźnie poprawiło im humory. Rozstawili leżaki po obu stronach pniaka, rozsiedli się, a dziadek zapalił knoty dwóch, najlepiej zachowanych świec i wyłączył latarkę.
– Nasze oczy muszą się przyzwyczaić – powiedział prawie szeptem i zapatrzył się w wyginające się na boki płomyki świec.
Milczenie Stumilowego Lasu nie było zwykłą ciszą wynikającą z całkowitego bezruchu, lecz zjawiskiem wręcz magicznym, drażniącym zmysły tajemniczą ulotnością. Dziadek Artur co rusz unosił wzrok ponad płomyki świec, usiłując przeniknąć czarnozielony mrok. Krzyś natomiast wtulił głowę w ramiona i przymknął powieki, ale odczuwał dokładnie te same bezgłośne wibracje, co dziadek. Obaj mieli wrażenie, że otacza ich krąg ukrytych w mroku postaci, czekających w skupieniu, jak czyni to widownia teatralna tuż przed uniesieniem kurtyny, na to, co się za chwilę wydarzy. Mimo że to tylko wrażenie, napięta uwaga, zbyt intensywne wpatrywanie się w ciemność i wsłuchiwanie się w absolutną ciszę, niemniej wszystko to razem wzięte zaczęło wywoływać omamy słuchowe i wzrokowe. Coś tam w głębokich ciemnościach westchnęło, ktoś cichutko zachichotał, a zaraz potem rozległ się jęk. Między pniami przesunął się niespodziewanie cień przypominający… No właśnie, raczej nic konkretnego, sam siebie, ale powiało grozą nieznanego. Jeszcze chwila, a obaj zerwą się, pozostawią leżaki na pastwę tajemniczych stworów i pognają co sił w nogach do domu, czując na plecach kłujące spojrzenia nocnych zjaw
– Dosyć tego – powiedział głośno dziadek Artur, prze-pędzając w ten sposób atakujące ich urojenia. – Czas zacząć – wziął do ręki egzemplarz „Mistrza i Małgorzaty” i zaczął w skupieniu wertować strony. – To nie… – mruczał pod nosem. – To też nie – szeleścił odwracanymi kartkami. – O! Jest! Myślę, że to idealny fragment, przedostatnia cześć powieści: „Na Worobiowych Górach” – Artur Niewiadomy głośno odchrząknął i zaczął czytać.
Burza przeminęła już bez śladu i przerzucona łukiem ponad całą Moskwę trwała na niebie wielobarwna tęcza, piła wodę z rzeki Moskwy. Wysoko na wzgórzu, między dwiema kępami krzaków, widać było trzy ciemne sylwetki. Woland, Korowiow i Behemot siedzieli na czarnych osiodłanych koniach, patrzyli na rozpościerające się za rzeką miasto, całe w rozpryskach słońca, pobłyskującego w tysiącach zwróconych ku zachodowi okien, na piernikowe baszty Nowodziewiczego Monasteru.
Coś zaszumiało w powietrzu i Azazello wylądował w pobliżu całej grupy – za czarnym trenem jego płaszcza lecieli mistrz i Małgorzata.
– Musiałem przeszkodzić wam, tobie, Małgorzato, i to-bie, mistrzu – po chwili milczenia zaczął Woland – ale nie miejcie o to do mnie żalu. Nie sądzę, byście mieli tego żałować. No cóż – zwracał się teraz tylko do mistrza – pożegnaj się z tym miastem. Na nas już czas – Woland dłonią w czarnej rękawicy z rozciętym mankietem powiódł w tę stronę, gdzie niezliczone słońca roztapiały za rzeką szkło, gdzie trwała ponad tymi słońcami mgła, dym i opary rozprażonego w ciągu dnia miasta.
Mistrz zeskoczył z konia, opuścił jeźdźców i pobiegł na skraj wzgórza. Czarny płaszcz wlókł się za nim po ziemi. Mistrz patrzył na miasto. W pierwszej chwili zakradł się do jego serca smutek i żal, ale niebawem ustąpiły one miejsca słodkawemu niepokojowi, cygańskiemu podnieceniu włóczęgi.
– Na zawsze!… Zrozumże to – wyszeptał mistrz i ob-lizał suche, spękane wargi. Zaczął uważnie przysłuchiwać się temu wszystkiemu, co działo się w jego duszy. Wydało mu się, że podniecenie minęło, przekształciło się w poczucie wielkiej, śmiertelnej krzywdy, ale i ono było nietrwałe, przeminęło, zastąpiła je, nie wiedzieć czemu, wyniosła obojętność, a tę z kolei – przeczucie wiekuistego spokoju.
Grupa jeźdźców oczekiwała na mistrza w milczeniu. Patrzyli na gestykulującą na krawędzi urwiska wysoką, ciemną sylwetkę, która to wznosiła głowę, jak gdyby starając się sięgnąć spojrzeniem aż za dalekie przedmieścia, to znów zwieszała ją na pierś, jak gdyby kontemplując wydeptaną mizerną trawę pod nogami.
Milczenie przerwał znudzony Behemot.
– Pozwól mi, maestro – gwizdnąć na pożegnanie przed jazdą.
– Mógłbyś przestraszyć damę – odpowiedział Woland – a poza tym nie zapominaj, że już koniec wszystkich twoich dzisiejszych wybryków.
– Ach, nie, nie, messer – powiedziała Małgorzata, która siedziała w siodle jak amazonka, podpierając się pod bok, a długi tren jej sukni spływał aż na ziemię – pozwól mu, niech gwizdnie. Ogarnął mnie smutek przed daleką drogą. Prawda, messer, że taki smutek jest czymś naturalnym nawet wtedy, kiedy człowiek wie, że u kresu tej drogi czeka go szczęście? Niech on nas rozśmieszy, bo się boję, że to się skończy łzami i zepsuję wszystko, zanim jeszcze wyruszymy.
Woland skinął na Behemota, ten się niezmiernie ożywił, zeskoczył z siodła na ziemię, włożył palce do ust, odął policzki i gwizdnął. Małgorzacie zadzwoniło w uszach. Jej koń stanął dęba, w zaroślach osypały się z drzew suche gałązki, wzbiły się w powietrze całe stada wron i wróbli, w stronę rzeki ruszył słup kurzu i było widać, że kilku pasażerom tramwaju rzecznego, który przepływał właśnie koło przystani, wiatr zerwał czapki i wrzucił je do wody.
Mistrz drgnął, ale się nie odwrócił, tylko zaczął jeszcze niespokojniej gestykulować – wznosił rękę ku niebu, jak gdyby grożąc miastu. Behemot rozejrzał się z dumą.
– To był gwizd, nie przeczę – protekcjonalnie powie-dział Korowiow…
Artur Niewiadomy przerwał i rozejrzał się po mrocznym lesie, ale nie zauważył nic, co by mogło być reakcją na jego czytanie. Chwilę wpatrywał się w tekst, opuścił kilkanaście zdań i kontynuował.
– No i jak – z wysokości swego wierzchowca zwrócił się do mistrza Woland – pożegnałeś się?
– Tak, pożegnałem się – odpowiedział mistrz, i, już uspokojony, śmiało i otwarcie popatrzył na Wolanda.
A wówczas przetoczył się ponad wzgórzami straszliwy, podobny dźwiękowi trąb głos Wolanda:
– Czas już! – a także przenikliwy gwizd i śmiech Behemota.
Konie poderwały się do biegu, jeźdźcy unieśli się w siodłach i pocwałowali. Małgorzata czuła, że jej oszalały rumak szarpie i gryzie wędzidło. Pęd wzdął płaszcz Wolanda ponad głowami całej kawalkady, płaszcz ten zaczął przesłaniać cały wieczerniejący nieboskłon. Kiedy na sekundę czarna opończa odrzucona została na bok, Małgorzata nie zwalniając biegu, odwróciła się i zobaczyła, że nie ma już za nimi różnobarwnych wieżyc z krążącym nad nimi aeroplanem, nie ma już od dawna i miasta. Jakby się pod ziemię zapadło – pozostała tylko kurzawa i dym…
To były ostatnie słowa przedostatniej części. Artur zamknął książkę i wtedy przez wysokie sklepienie lasu przedarło się jaskrawe jak błyski automatu spawalniczego światło, przeraźliwie niebiesko-białe. Chwilę po tym przetoczył się nad Stumilowym Lasem grzmot, potężny i dudniący jak kotły orkiestry symfonicznej, chwilę krążył, oddalał się, to znów przybliżał, aż pomrukując, przepadł na dobre.
– W marcu burza? – Krzyś chwycił dziadka za rękaw kurtki, wtedy zerwał się wiatr, jęknęły gięte podmuchami pnie, posypało się igliwie i naraz wszystko ucichło. Ale tylko na chwilę, bo jeszcze nie zdążyli ochłonąć, jak zaledwie kilka metrów przed nimi rozległo się rżenie i spośród mroku wyłoniły się trzy czarne jak smoła konie. Tylko oczy ich płonęły żółtym blaskiem. Na grzbietach piekielnych wierzchowców siedziało trzech jeźdźców.
Artur Niewiadomy poczuł wielką suchość w ustach i owiewający mu twarz lodowaty wietrzyk. Wystraszony Krzyś zerwał się ze swojego leżaka i skrył się za plecami dziadka.
– Skąd ten nagły napad lęku? – odezwał się najczar-niejszy z jeźdźców. – Dałbym głowę, że zamiarem waszym było ściągnięcie nas tutaj, więc jesteśmy – po tych słowach czarni jeźdźcy zeskoczyli z czarnych rumaków, a te, rżąc cicho, wycofały się w czerń leśnej nocy.
– Pozwolicie, że przysiądziemy? – najmroczniejszy skinął na swojego towarzysza z lewej ręki. – Azazello, trzy leżaki poproszę – wywołany Azazello wykonał błyskawiczny obrót i już rozstawiał zamówione sprzęty.
– Zapraszam, Messer, zapraszam – wskazał miejsce najbliższe pnia ozdobionego świecami, a on i trzeci towarzysz usiedli nieco z tyłu, pewnie żeby nie tremować wystarczająco już zdenerwowanego Artura i mocno wystraszonego Krzysia.
– Szanowny Arturze, mam nadzieję, że nie dziwi cię, skąd znam twoje imię, ale i ja nie muszę przedstawiać się, ponieważ wielokrotnie czytałeś „Mistrza i Małgorzatę”, przeto na pamięć znasz nasze tytuły, pseudonimy i imiona. Dodam tylko, że ten milczek z mojej prawej strony to Behemot, natomiast Korowiow – Fagot jest na delegacji w Moskwie. Uzbierało się kilka niecierpiących zwłoki spraw do załatwienia.
Artur zdążył się już na tyle uspokoić, że zdobył się na krótkie powitanie. Wstał i trzy razy skinął głową w kierunku każdego z jeźdźców.
– Messer, czy mogę tak zwracać się do pana?
– Ależ oczywiście, dla mnie ważne jest, jakie nuty grają w wypowiadanym imieniu, a ja mam ich sporo. Proszę śmiało, wyczuwam w pańskim głosie szacunek. Mam jeszcze prośbę do pańskiego wnuczka – Krzysztofie, wyjdź zza leżaka, z mojej strony nic wam nie zagraża oprócz sympatii. Przepraszam za zbitek słów, sympatii i zagraża, ale znajomość ze mną przysparza sporo kłopotów, oczywiście tylko plugawym osobnikom. Wystarczy, za dużo mówię, a przecież macie, jak sądzę, wiele do opowiedzenia. Słucham… – Messer zwrócił się do Artura.
– Proszę o wyrozumiałość, trochę jestem stremowany i nie wiem, od czego zacząć.
– Zupełnie niepotrzebnie.
– Postaram się nad tym zapanować – Artur oblizał wiórowe, suche wargi. – Otóż nasza sprawa nie ma natury problemu globalnego, ale dla mnie i wnuka ta okolica jest całym światem.
– Dobrze powiedziane – Messer skinął głową. – Zbyt wiele w panu kompleksów, drogi Arturze – na jego ukrytej w cieniu twarzy pojawił się uśmiech. – Nie jestem skory do prawienia komplementów, bo zazwyczaj zaciemniają obraz rzeczywistości, ale jeśli prawda jest prawdą, pozostanie nią bez fałszywych intencji. No cóż, będziemy jeszcze mieli czas na pogwarki, a teraz rad byłbym usłyszeć, na co pan liczy z naszej strony – oczy czarnego jeźdźca błysnęły, a jego twarz na powrót okryła się cieniem.
– Tak, oczywiście – Artur uwolnił się od krępującej go tremy, natomiast czuł coraz bardziej wyraźną sympatię do tego nieziemskiego gościa. – Otóż, jak już wspomniałem, nasz świat, jego uroda i nieprzeliczalna na żadne pieniądze wartość emocjonalna stanęły w obliczu wielkiego zagrożenia ze strony człowieka sprawującego rząd dusz, jak sobie ubzdurał, w imieniu Boga.
– A to dobre! – Messer roześmiał się metalicznie. – Coraz bardziej interesujące – powiedział niezbyt głośno, ale bardzo wyraźnie.
– Nie dość, że jest samozwańczym właścicielem szko-ły, gdzie mąci biednym dzieciom w głowach, to wdał się w spółkę z jakąś potężną grupą kapitałową. Chcą zmienić ten piękny zakątek w olbrzymi ośrodek o nieznanym przeznaczeniu, trzymanym w wielkiej tajemnicy. Jedno jest pewne, że między innymi będzie to moloch produkujący przyszłych poddanych jemu i jego wspólnikom, twardy elektorat zapewniający im nieustającą władzę. Planują na tym terenie królestwo bardzo ciemnych interesów. O zgrozo i ironio, ten plan nazwali: Civitas Dei – Opus Magnum! Oczywiście wszystko objęte jest klauzulą najwyższej tajności! Na dodatek rozleniwiona społeczność nie interesuje się tym, co szykują ci zbóje!
– Dla nas to żaden problem. Moi asystenci, Behemot i Azazello, wydobędą najtajniejsze dokumenty, nawet te ukrywane w sejfach Watykanu.
– O, tak, Messer, co tylko będzie potrzebne – ni stąd, ni zowąd Azazello roześmiał się śmiechem przypominającym pianie koguta.
– Z wielką przyjemnością wydobędziemy na światło dzienne najtajniejsze z tajnych tajemnice tego bezczelnego biznesmena. I to zupełnie bezinteresownie – zachichotał Behemot.
Krzyś, mocno wystraszony i rozdygotany, skulony za plecami dziadka Artura, powoli oswajał się z obecnością czarnych jeźdźców. W końcu wyłonił się zza leżaka i grzecznie, jak musiał czynić to w szkole, podniósł dwa palce na znak, że chciałby coś powiedzieć.
– Messer, popatrz! – Behemot aż wstał, widząc ośmie-lonego chłopca – Nasz mały książę chce nam coś powiedzieć. Pozwólmy mu!
– I ja wysłucham cię z uwagą – zatarł dłonie Azazello.
– No już, uspokójcie się – Messer podniósł rękę – daj-my mu szansę. Proszę, chłopcze, mów.
– Na początek muszę szczerze powiedzieć, że nie bardzo wiem, co powiedzieć, ale postanowiłem uwierzyć oczom wbrew nieprawdopodobnym okolicznościom, chociaż są dziedziny… – Krzyś odchrząknął – z którymi nijak nie mogę sobie poradzić, mimo że dotyczą całkiem realnego świata, a co dopiero… – nie dokończył.
– Ciekawi jesteśmy, co to takiego – Messer po raz dru-gi rozjaśnił twarz uśmiechem.
– Krótko mówiąc, ludzie i ich zachowania. Myślę także o rodzicach.
– O, tak, jest o czym myśleć – powiedzieli jednocze-śnie Behemot i Azazello.
– Ale największym moim problemem jest ksiądz dyrek-tor. Prześladuje mnie, ponieważ często zadaję na lekcjach pytania, które rujnują, w jego pojęciu, autorytet księdza i dyrektora w jednym. A według mnie jest pozbawionym sumienia nacjonalistą – i to w najgorszej postaci. Wychwala skrajnych prawicowców, a historia aż lepi się od krwi ich ofiar. To straszne i niezrozumiałe, ale według księdza dyrektora ich wyczyny są miłe Panu Bogu. Ostatnio ksiądz wyrzucił mnie ze szkoły za to, że śmiałem skrytykować niektórych żołnierzy wyklętych, opowiadając przypadek mojego pradziadka, któremu te łotry spaliły dziewczynę razem z częścią niepokornych mieszkańców wsi. Mało tego, oberwałem po mordzie od jednego z pupilów księdza za podważanie jego wiarygodności – Krzyś skończył, usiadł na swoim leżaku i ocierał pot z czoła.
– Tak, to są bardzo trudne i straszne historie i niewy-baczalna jest także ludzka niechęć, czasami wręcz odraza do rzetelnej wiedzy, ponieważ wymaga od nich wysiłku myślenia, a to już nie jest ani tak proste, ani tak przyjemne, jak grillowanie kiełbasy. Na pewno zdziwię cię i mocno wystraszę tym, co powiem, ale twój pradziad ma rację. Byłem w tej wiosce i widziałem te nieludzkie zachowania – twarz Messera na powrót zakrył cień.
– To dlaczego pan nie zareagował?! – Krzyś zerwał się z leżaka, nie był w stanie opanować ogromnego wzburzenia.
– Uspokój się, proszę – Messer znowu podniósł dłoń. – Przede wszystkim od niepamiętnych czasów jestem niezmordowanym świadkiem i rejestratorem wszelkich zdarzeń, podobnie moi pomocnicy. Tak to zostało urządzone i trzeba cierpliwie czekać, aż doskwierająca wszystkim rzeczywistość wypali się i bezpowrotnie przeminie, żeby można było zaprogramować lepszy świat, kierujący się innymi, niż obecne, zasadami. Przyznam, że moja nieustająca misja jest wielkim ciężarem, dlatego nie mam serca, w waszym poetyckim rozumieniu, bo gdybym je miał, już dawno rozleciałoby się na tysiące kawałeczków, a ja razem z nim. Zamiast tego kruchego organu mam chłodny, ale sprawiedliwy umysł. Dam ci jeden z milionów przykład tego, z czym się na co dzień spotykam. Na ścianie w twoim pokoju wisi oprawione zdjęcie autorstwa Ryszarda Horowitza. Lubisz je, bo jest piękne, dlatego opowiem o jego autorze. Na pewno znasz jedno z najsłynniejszych ujęć filmowych w historii kina dokumentalnego. Ukazuje maszerujące między drutami ledwo co oswobodzonego obozu Auschwitz kolumny małych dzieci, wyciągających do kamery rączki z wytatuowanymi numerami. Wśród tych maluchów jest także mały Rysio Horowitz. Byłem tam i widziałem tę scenę. Jakiś czas po tym zdarzeniu odwiedziłem kino Wolność w Krakowie. Na sali siedziała mama Rysia i jego starsza siostra, przekonane, że ich ukochany synek i braciszek nie żyje. Właśnie wyświetlana był kronika filmowa, a w niej owa scena z gromadą wyzwolonych maluchów. Nie jesteś w stanie wyobrazić sobie krzyku matki: „Rysiu! Przecież to Rysiu! Rysiuuu!…”. Tak było. Co jeszcze miałbym powiedzieć. Moje oczy i uszy są przepełnione takimi i stokroć dramatyczniejszymi zdarzeniami. Najtwardsze serce by tego nie wytrzymało. Nie
jestem przecież Bogiem…
– A kim pan jest? – Mimo poruszającej opowieści Krzyś zdołał się uspokoić i wrócił na leżak.
– Zbyt wiele we mnie postaci, by nazwać je jednym czy nawet setkami słów. Tak czy owak, jedni mówią o mnie „władca ciemności”, inni po prostu „diabeł”, a jeszcze inni „szatan”. Ja najbardziej przywiązany jestem do germańskiego imienia Woland, imienia szatana, ale to także tylko słowo, umowność, za którą kryją się taki sam mrok i niewiedza, jakbym w ogóle nie był nazwany. Jestem pojęciem abstrakcyjnym, jedną z tysięcy nierozwiązalnych zagadek, i niech tak pozostanie.
– W takim razie przepraszam za ciekawość.
– Och, nie było w niej nic niestosownego, cieka-wość, jeśli uzasadniona, rozwija. Macie prawo pytać, o co chcecie – Woland uśmiechnął się, tym razem wyglądało to na uśmiech dobroduszny. – Pozwól, Arturze, że teraz ja zapytam: czy przyjmiesz nas na kilka dni? Wystarczy nam pokoik w twoim automobilowym dworku.
– Ależ oczywiście, jestem gotów oddać wam wszystkie pokoje! Przecież zjawiliście się na moje zaproszenie.
– Nie inaczej – odparł Woland – ale jak powiedziałem, wystarczy jeden pokój. A teraz wracajcie do swoich zajęć. My pojawimy się trochę później. Mamy w planie wizytę we śnie Bernarda Farnego. Rozejrzymy się po jego wnętrzu, to nam bardzo pomoże – Woland, a za nim jego dwaj pomocnicy wstali i w tym samym momencie z zarośli wychynęły trzy smoliste konie o żółtych ślepiach.
– A zatem do jutra – wskoczyli na ich grzbiety i roz-płynęli się w mroku.
Artur Niewiadomy i jego wnuczek siedzieli w milczeniu, wpatrzeni w gęsty mrok, w który skoczyli trzej jeźdźcy.
– Nie obawiasz się, że uruchomiłeś siły, nad którymi nie masz kontroli? – po tych słowach Krzyś złożył leżak i czekał na dziadka.
– Nic a nic – odpowiedział i też złożył swój leżak. – Musiałbyś przeczytać powieść, z której wywodzą się ci trzej dżentelmeni, żebyś poczuł absolutny spokój. Oczywiście dotyczy on tylko nas.
– A rodziców?
– Chyba też… – odpowiedział z wahaniem. – Jeśli mają kogoś na sumieniu, to wyłącznie siebie.
– I ja tak myślę – przytaknął Krzyś. – A co jutro? – spojrzał na dziadka.
– Nie wiem, ale wierzę, że wydarzy się wiele ważnych rzeczy z naszym udziałem – po tych słowach obaj zamilkli i ruszyli w stronę swoich domów z głębokim przekonaniem, że ich życie zmieni się na lepsze.









