Szepty i krzyki Stumilowego Lasu – cz. IX

0

Naczelnik specjalnego wydziału do spraw bezpieczeństwa państwa oprzytomniał, kiedy w jego gabinecie rozległ się głos tak silny i przepełniony grozą, że naczelnik zerwał się z krzesła i stanął na baczność.
– Jak długo mamy na ciebie czekać, człowieczku! Nie zdajesz sobie sprawy, co w naszym przypadku oznacza utrata cierpliwości. Jeśli nie zameldujesz się w ciągu minuty, znikniesz jak bańka mydlana!
Naczelnik obiegł biurko dwa razy, wyjrzał przez okno i na korytarz, ale nie dostrzegł nawet cienia właściciela przerażającego głosu. Dopiero wtedy wystraszył się nie na żarty i w te pędy ruszył do piwnicy szukać drzwi oznaczonych leżącą ósemką. Biegł korytarzem, a potem brał schody po dwa, byle tylko znaleźć pokój z przewróconą ósemka przed upływem minuty.
W końcu zatrzymał się zdyszany przed tajemniczymi drzwiami, o których przez tyle lat sprawowania urzędu nie usłyszał jednego słowa. Napięcie opadło z naczelnika, ustępując miejsca irytacji, a właściwie palącemu wstydowi, że on, szef specjalnego wydziału, dał się zrugać komuś, kto na dodatek popędził go jak byle kota w wojsku, gówniarza na posyłki! O nie! Jeszcze on tu rządzi i nikt nie będzie mu rozkazywał!
Naczelnik z rozmachem otworzył drzwi, gotów wszystko jedno komu urządzić karczemną awanturę i przypomnieć o obowiązujących procedurach, ale poraził go przepych wnętrza, o którym przecież nigdy nie słyszał. On, władca tego budynku! Jak to możliwe, do ciężkiej cholery, że ktoś pod jego nosem dopuszcza się tak kosztownej inwestycji, a on nic o tym nie wie!
– Jak się okazuje, jednak możliwe – powiedział poważ-nie i groźnie wyglądający dżentelmen, siedzący za środkowym biurkiem.
– Ale ja przecież nic nie powiedziałem – nader ważny urzędnik zmalał w ułamku sekundy, zapadł się w siebie, a jego irytacja przepadła bez śladu. Stał drżący przed komisją jakiejś potężnej, nadrzędnej instytucji, której przewodniczący słyszy jego myśli. To już koniec! Przed takimi nic się nie ukryje.
– W tym się z panem zgadzamy, nic się nie ukryje, ale to nie znaczy, że wszystko stracone. Przynajmniej w pańskim przypadku. A teraz zechce pan usiąść – Woland klasnął, a spod przeciwległej ściany, pędzone jakąś tajemniczą siłą, bezszelestnie podjechało wprost pod drżące pośladki naczelnika wielkie krzesło. Widząc to, potężny jeszcze przed chwilą urzędnik zbladł i gdyby nie ten majestatyczny mebel, padłby na podłogę rażony niesamowitym, nie dającym się wytłumaczyć, zajściem.
– Drogi naczelniku, proszę o szczerość i krótkie od-powiedzi. Nie będę powtarzał pytań, więc do rzeczy. Jakie ma pan wykształcenie?
– Średnie – zapytany głośno przełknął ślinę.
– Ogólne czy zawodowe?
– Technikum gastronomiczne.
– Czyli jaki jest pana zawód wyuczony?
– Piekarz – naczelnik jeszcze głośniej przełknął ślinę.
– Ach! To cudowny zawód! Pachnący i chrupią-cy – uśmiechnął się Woland, a jego asystenci westchnęli na myśl o ciepłych bułeczkach. – To dlaczego nie piecze pan chleba, tylko prześladuje Bogu ducha winnych ludzi?
– Ale ja tylko wykonuję polecenia wyższych instancji – naczelnik pocił się obficie.
– A to ciekawe, naczelnik, tak poważnej instytucji nie jest nawet w części samodzielny, tylko wykonuje czyjeś polecenia? Niesłychane… Czyje, w takim razie, jeśli można wiedzieć?
– No…, przychodzą z góry.
– Z góry, powiada pan… No dobrze, jeszcze do tego wrócimy, a teraz proszę nam wyjaśnić, jak piekarz staje się naczelnikiem instytucji strzegącej bezpieczeństwa sporego, jak by nie było, państwa i jego mieszkańców. To niesłychanie interesujące. Słuchamy…
– Szwagier mnie wciągnął…
– Szwagier, mówi pan – Woland i jego asystenci z nie-dowierzaniem kręcili głowami. – Proszę wybaczyć, ale pańskie wyznanie uwłacza naszej inteligencji. Szwagier może wciągnąć pana do spółki w prowadzeniu warzywniaka, albo warsztatu samochodowego, ewentualnie jakiegoś podobnie małego biznesu, lecz nie do prowadzenia organu państwa tej wagi. Człowieku, miarkuj, co mówisz!
– Ale ja mówię prawdę – naczelnik prawie załkał. – Mój szwagier od małego lubił dowodzić. Zaczynał w harcerstwie, potem samorządzie szkolnym, a wcześniej był ministrantem, ale nie mógł znieść ciężkiej łapy księdza, więc się wymigał z posługi, a później zaczął działać w sołectwie. Wdał się w politykę. Na początek udzielał się w młodzieżówce, a potem krok po kroku brnął coraz wyżej, aż dotarł na samą górę obecnej…
– Powinien pan naczelnik powiedzieć: po trupach współtowarzyszy.
– Jak było naprawdę z tą drabiną kariery, nie bar-dzo wiem, ale jak już był bardzo wysoko, to przyszedł do mnie z propozycją… – naczelnik otarł czoło, zacisnął powieki, a potem wypalił. – Powiedział, że potrzebuje mnie na ważne stanowisko za grube pieniądze, ale pod warunkiem, że nie będę miał prawa o niczym sam decydować. Dodał na koniec, że to robota łatwa i przyjemna, a wszystko co będę miał do zrobienia, dostarczy mi w teczkach pod nos. No to się złamałem. Tak to wyglądało…
– Ta prosta i przyjemna robota, to w rzeczywistości niszczenie przeciwników politycznych w imię bezpiecznej ojczyzny i szczęścia jej obywateli. Dobrze zrozumiałem? – w oczach Wolanda pojawił się lodowaty błysk.
– Nie śmiem zaprzeczyć – zachrypiał rozdygotany na-czelnik. – Ale ja naprawdę byłem tylko biernym wykonawcą poleceń z góry. Bóg mi świadkiem, że nie miałem pojęcia, o co w tej grze chodzi. Ja…
– Bierzesz Boga na świadka? Czy to nie jawna bezczel-ność z twojej strony? A ty w ogóle wierzysz w Boga?
– Oczywiście, że wierzę. Niewierzący nie miałby szans na stołek naczelnika – mówiąc to, rozglądał się dookoła.
– Czego szukasz? – zainteresował się milczący do tej pory Behemot.
– Przepraszam, ze zdenerwowania zapomniałem, że nie jestem w swoim gabinecie, a chciałem wskazać wiszący na ścianie za biurkiem krzyż.
– W takim razie wytłumacz nam, bogobojny naczel-niku, jak godzisz wiarę w Boga ze swoją przestępcza działalnością?
– Ależ ja nie jestem przestępcą! Jedynie wykonuję po-lecenia zwierzchności.
– Czyli szwagra – zachichotał Behemot.
– Sęk w tym, że ja czy ktokolwiek inny, ale musi to czy-nić. Jestem tylko trybikiem w wielkiej, bardzo potrzebnej machinie, skoro Kościół nam błogosławi. Przecież oni wiedzą lepiej ode mnie, co się wokół nas dzieje, i dlatego nas popierają! Ja nic nie znaczę, jestem małym robaczkiem, nawet nie bardzo rozumiem…
– Zamilcz! Wystarczy! Jesteś tak szkaradnym typem, że przy tobie zwykły złodziejaszek to człowiek z zasadami. Czego ty nie bardzo rozumiesz… – Woland na chwilę przymknął powieki. – Dawno nie czułem takiego zmęczenia – odetchnął, po czym zapytał. – A w diabła wierzysz?
– Chyba nie… – naczelnik nie był pewny, jak jest naprawdę.
– Ale w Boga wierzysz?
– No, tak.
– Czyli krótko mówiąc, Bóg i raj tak, ale piekło i kara nie. Pięknie! Tym razem ja nie wierzę, bo to przechodzi nawet moje diabelskie pojęcie, co się tu wyrabia!
– Ja przepraszam – dłuższa rozmowa ośmieliła na-czelnika, nawet zaczął odczuwać powracająca pewność siebie. – Nie wiem, jaki urząd panowie reprezentują, ale bez względu na to, kim jesteście, musicie chyba wiedzieć, że bez układu z Kościołem, bez jego błogosławieństwa, o poważnej karierze politycznej można zapomnieć, więc…
– Sponiewierałeś duszę! Jesteś pospolitym ladacz-nikiem i rajfurem! Udajesz bogobojnego obywatela, bywasz na mszach, przystępujesz do komunii świętej, ale dla kariery, dla forsy, Pana Boga i diabła masz w takim samym poważaniu, czyli, jak to się u was mówi… po prostu w dupie!
– Niech panowie zechcą zauważyć, że nie ja urządza-łem świat i jestem tylko ofiarą systemu.
– Nie jesteś żadną ofiarą, tylko odrażającym benefi-cjentem synekury z tłustym, podobnie jak ty, kontem, olbrzymią willą, trzema limuzynami i trzema kochankami, z których jedną współdzielisz z pewnym księdzem, notabene twoim przyjacielem. I to ma być, według ciebie, władza dbająca o świat zgodny z boskimi przykazaniami?!
– Messer, proszę się uspokoić – zza swoich biurek wstali Behemot i Azazello. – Już my mu odprawimy taką mszę, że nie przypomni sobie własnego imienia.
– Spokojnie, moi drodzy, spróbuję go wyprostować po swojemu, może w końcu uwierzy na poważnie i bez względu na korzyści – Woland poprawił się w stylowym fotelu, splótł dłonie jak do modlitwy i zwrócił się do naczelnika. – Więc utrzymujesz, nieszczęsny, że diabeł nie istnieje. – Jeśli mam być szczery, jak wcześniej obiecałem, to właśnie tak utrzymuję.
– Twoja sprawa – Woland przybrał obojętny wyraz twarzy. – Doszły nas słuchy o twoim przezwisku, jakiego się dorobiłeś pośród pracowników wydziału. Jak ono brzmi?
– Pyton! – pochwalił się naczelnik i z dumą uniósł głowę. – Głównie za sprawą moich koleżanek – rozciągnął usta w chełpliwym uśmiechu.
– Pyton, powiadasz… Rozumiem, że to z powodu roz-miaru twojego przyrodzenia. Czyż nie tak?
– Nie inaczej – twarz naczelnika w dalszym ciągu zdo-biła duma.
– I jesteś pewny, że to, co skrywasz w spodniach, po-dobne jest do pytona?
– Absolutnie…
– A gdybym grzecznie cię poprosił o pokazanie nam tego niewątpliwie godnego podziwu szczegółu?
– To krępujące, ale z szacunku dla panów gotów je-stem pokazać.
– Świetnie! No, to czekamy – Woland oraz jego asysten-ci zbliżyli się do naczelnika, a ten wstał z krzesła, ale zanim opuścił spodnie, przerażony obmacywał dłonią krocze, nie znajdując tam nic więcej oprócz ledwo wyczuwalnego, maluśkiego niczym korniszonek, zwiędłego siurka.
– Jezu! Co się dzieje?! To niemożliwe! Kto mi to zro-bił? Ratunku! Za jakie grzechy?!
– Ech… Gość bez krzty honoru. Ale cóż, długo na to pracował – Woland położył mu dłoń na czole i naczelnik natychmiast się uspokoił. Był to stan przypominający efekt działania bardzo silnych leków psychotropowych i uspokajających. – A teraz proszę za mną – poprowadził naczelnika, trzymając go za ramię, i posadził za biurkiem – Proszę tu podpisać. – Wetknął mu w dłoń czarne pióro i podsuwał zapisane odręcznym pismem kartki papieru.
– Spisana tu jest pańska opowieść, a ja pozwoliłem so-bie ów tekst uzupełnić kilkoma nazwiskami, żeby nie było wątpliwości, o kim mowa. Jutro zostanie rozesłany do redakcji najpoczytniejszych gazet i tygodników, no i prokuratury w kilku największych miastach. Ot, tak na wszelki wypadek, żeby ta wiedza nie przepadła. A teraz żegnamy szanownego pana naczelnika i życzymy szczęścia oraz sukcesów na nowej drodze życia – Woland doprowadził nader ważnego urzędnika do drzwi w ścianie ozdobionej kopią obrazu Siemiradzkiego i delikatnie wypchnął go w ciemność po drugiej stronie.
– Szanowny panie – Woland podszedł do Artura i spojrzał mu w oczy spojrzeniem tak głębokim i przenikliwym, jak wejrzenie magnetycznych oczu tomografu dostrzegające najmniejsze nawet drobinki ludzkiego ciała. Przed takim wzrokiem nic się nie ukryje. – Drogi Arturze, przyglądał się pan w milczeniu występom tego odrażającego typa, choć muszę powiedzieć, ze nie jest najgorszym z grona tych, których mamy zamiar tu zaprosić. Wielu jeszcze się ich przewinie, dlatego nie będziemy pana dłużej męczyć, mogę jedynie zaręczyć, że po spotkaniu i szczerej rozmowie z nami zdecydują się na jedyne, sprawiedliwe dla nich rozwiązanie. To jest tak pewne, jak ich nie warte litości charaktery. My, oczywiście, jeszcze się spotkamy, ponieważ obaj z wnuczkiem jesteście dla nas ważni – Woland uścisnął mu dłoń, a po nim to samo uczynili Azazello i Behemot. – Zamknij teraz oczy, a za chwilę będziesz u siebie. Jeszcze raz dziękujemy za gościnę. – Woland przejechał mu palcem w poprzek czoła i zapadła ciemność.
***
Słodki sen Artura Niewiadomego przerwało natarczywe brzęczenie, ktoś kto stał przed furtką, nie miał zamiaru zdjąć palca z przycisku dzwonka. Widocznie natrętny właściciel palca miał jakąś niezmiernie ważną, niecierpiącą chwili zwłoki, sprawę.
– Matko jedyna, pali się? – Artur wsunął stopy w kap-cie, poczłapał do drzwi i uchylił je delikatnie, żeby zobaczyć, kto tak natarczywie domaga się wpuszczenia na podwórko.
– Dziadku, wpuść mnie! Kraj się wali, a ty w piżamie?! Życie prześpisz! – przed furtką stał Krzyś z plikiem gazet pod pachą.
– Przepraszam cię, kochaniutki, ale miałem ostatnio bardzo intensywne dni, a spało mi się tak słodko… No, dobrze, wchodź i mów, co cię tak wzburzyło. Kraj się wali, powiadasz? Spokojna głowa, Krzysiu, nie zawali się z tej prostej przyczyny, że już od dawna leży w gruzach – Artur zaśmiał się nerwowo.
– Nie żartuj, dziadku – Krzyś usiadł na kanapie. – Luk-nij na tytuły, reszty nie będziesz musiał już czytać. Patrz – podnosił po kolei przyniesione gazety z wielkimi, wytłuszczonymi czarnym drukiem tytułami na pierwszych stronach, wzmocnionymi dodatkowo wielkimi wykrzyknikami. – Czy to nie robota twoich wszechmocnych gości?
– Najwyraźniej – Artur brał do rąk gazetę po gazecie i odkładał na stolik. – Tak, to nasi przyjaciele – dziadek popatrzył zafrasowany na wnuka. – Rzeczywiście doniesienia dramatyczne, ale nikt, kto ma czyste sumienie, nie wyskakuje z okna szóstego piętra – Artur stukał palcem w tytuł z pierwszej strony „Kuriera Codziennego”: „ Zadziwiające wypadki na szczytach władzy”.
– A te dziwne nagłe choroby, utonięcia, i jeszcze dziw-niejsze zniknięcia? Przecież to przypomina mafijne porachunki. O co tu chodzi?!
– Krzysiu, myślę że nasi goście naruszyli stabilność kruchej konstrukcji wzajemnych powiązań i uzależnień, zdemaskowali gigantyczny spisek nienagannie ubranych polityków zarzynających własny kraj. Widocznie ta przestępcza piramida zbudowana była na takich zbrodniach i aferach, że wielu nie mogło pogodzić się z perspektywą procesów, wieloletnich odsiadek, przepadku mienia, a przede wszystkim zamiany salonów i wypasionych sypialni na cele więzienne wielkości toalet dla służby w ich pałacach. Tak to wygląda, mój drogi. Ci panowie byli przekonani, że pozostaną bezkarni na wieki. No cóż, okazało się, że niedostatki wyobraźni potrafią doprowadzić do tak dramatycznych rezultatów.
Artur Niewiadomy przeglądał przyniesione przez wnuka gazety, a on wcisnął się w narożnik kanapy i głęboko zamyślił.
W większości dzienników biły po oczach wytłuszczone nazwiska i funkcje stygnących polityków, bankierów, przeróżnych menadżerów i prezesów poważnych spółek giełdowych, a nawet kilku „królów” i „królowych” estrady. Nie było tylko choćby słowa o reperkusjach wynikających z tak gigantycznej afery w kręgach kościelnych. Cisza. Być może tylko chwilowa. Natomiast na drugich stronach, nieco mniejszym drukiem opisywano trzech tajemniczych przedstawicieli jeszcze bardziej tajemniczej instytucji, którą jakoby mieli reprezentować. To dziwne, ale nikt, kto był świadkiem ich poczynań, nie potrafił podać wiarygodnego rysopisu, niechby w mglistym zarysie, nikt nie pamiętał nazwisk, albo chociaż imion. Nic, pustka jak przy utracie pamięci. Niektórzy nawet zastanawiali się, czy nie towarzyszyła im kobieta. Natomiast jeden ze świadków upierał się, że to nie była kobieta, tylko wielki, rudy kocur gadający ludzkim głosem. Upierał się do tego stopnia, że na koniec wylądował w zamkniętej klinice psychiatrycznej.
W jednej z ilustrowanych popołudniówek szeroko znany jasnowidz oświadczył, że tajemnicza trójka, nie wiadomo skąd przybyła, to jeźdźcy apokalipsy, od dawna zapowiadani, jako znak nadchodzącego końca cywilizacji. Jednym słowem, w krajowym garncu wrzało. Opozycja żądała zwołania nadzwyczajnej rady bezpieczeństwa, ale okazało się, że nie ma się komu zwołać, żeby wspólnymi siłami zaradzić kryzysowi. Skoro szeregi rządzących zostały przetrzebione, to należy natychmiast rozwiązać Sejm i przeprowadzić wcześniejsze wybory, a na razie powołać tymczasowy rząd fachowców i w ogóle trzeba w końcu zaprowadzić porządek w rozpadającym się państwie.
– Tak, Krzysiu – Dziadek Artur odłożył ostatnią gazetę i ciężko westchnął. – To bardzo przykre, wręcz tragiczne wydarzenia, ale nie ma w tym ani mojej winy, ani sprowokowanej przeze mnie do działania szatańskiej delegacji. Przy okazji ujawnienia tej gigantycznej afery wokół Civitas Dei – Opus Magnum, okazało się, że porządek prawny panujący po tamtej stronie oparty jest na nieudawanym trójpodziale władzy: Niebo, Piekło, plus omnipotentna zwierzchność dobrego Boga, i nikt nikomu niczego nie narzuca i nie grozi utratą stanowiska za niesubordynację. Takie to przynajmniej sprawia wrażenie, ale jak jest w rzeczywistości, przekona się każdy z osobna tuż po ostatnim oddechu… – Artur popatrzył na zamyślonego wnuka i kwaśno się uśmiechnął. – Najbardziej smuci mnie to, że nasi goście w końcu wrócą tam, skąd przybyli, a my zostaniemy sami ze swoimi problemami, ale mam nadzieję…
Artur Niewiadomy nie zdążył dopowiedzieć, czego dotyczy jego nadzieja, bowiem rozległ się dzwonek, a zaraz po nim usłyszeli głęboki baryton:
– Witaj, zacny gospodarzu, i poświęć nam jeszcze chwilę, albowiem nadchodzi czas rozstania, ale zapewniam cię, drogi Arturze, że to nie przyniesie nam ulgi, wręcz przeciwnie, chętnie byśmy pozostali na dłużej w waszym świecie i pomogli pozbyć się jeszcze więcej draństwa, jednak… – Woland uśmiechnął się, ale zaraz zakrył twarz cieniem. – Musielibyśmy pozostać między wami na bardzo długo, przez co zakłócilibyśmy od dawien dawna ustanowiony porządek trwania człowieka na tej ziemi, chociaż dzieje się tyle zła, że nasze osmolone, wygarbowane ludzkimi grzechami diabelskie dusze jeszcze by chciały, nie czekając dnia ostatecznego, przetrzebić armię nikczemników bezkarnie niszczących wasz unikatowy habitat. – Woland westchnął jak zwykły śmiertelnik, co zabrzmiało nieco dziwnie. – Wszystko w swoim czasie. Musimy uzbroić się w cierpliwość, mimo że moje diabelskie ręce świerzbią mnie, żeby ukręcić jeszcze parę łbów, zanim odejdziemy. Ale na wszystko przyjdzie czas, a teraz cieszmy się tym, że prawie wszystko, co się ostatnio wydarzyło, nie pozostało bez echa. Przepadły zastępy nikczemników i zostało to nawet w miarę rzetelnie opisane i zrelacjonowane. Tylko Kościół i jego nietykalni kunzen macherzy rozpłynęli się w niebycie, jakby nigdy nie istnieli, albo nagle wyjechali do Afryki i Ameryki Południowej, oswajać dzikusów. To jest nie do zniesienia! – zagrzmiał Woland. – Nawet najwyższa, diabelska instancja nie jest w stanie im zagrozić!
– Ale tylko na razie, Messer! – miauknął przeraźliwie Behemot.
– Ich czas w końcu nadejdzie! – dziwnie, nie po pta-siemu, zaświergotał Azazell.
– A mnie wręcz zdumiewa – Woland starał się nie unosić już głosu – że społeczeństwu jest w zasadzie obojętne, co wyrabiają te święte zastępy. To jest zjawisko tak niewiarygodne, że nawet mój diabelski żołądek zaczyna się buntować, a w brzuchu tak mi burczy i pojękuje, jakbym więził w nim pokutujące dusze. Tak to się ma, moi drodzy – Woland popatrzył w końcu na zatrwożonego Krzysia. – Jesteś wrażliwym młodzieńcem, więc nie obawiaj się niczego z naszej strony, ani teraz, ani kiedyś tam. Niestety, będziesz musiał cierpliwie i z pokorą znosić niegodziwości, jakie będą fundować ci bliźni, ale bądź taki jak dziadek, pozytywnie nastawiony do świata, mimo braku wzajemności, a nie dobiorą się do ciebie zwątpienie, rozpacz, strach, a przede wszystkim nienawiść. Mogę ci dać na to moje słowo i nawet gwarancję, nie chcąc nic w zamian, mimo że idzie o twoją duszę. Rzecz w tym, że znam się doskonale na ludzkich naturach.
I jeszcze jedno, Krzysztofie, cokolwiek się wydarzy dziś, jutro i w przyszłości, wszystko będzie przez nas kontrolowane i głęboko przemyślane, szczególnie jeśli chodzi o twojego ukochanego dziadka. Ot i wszystko.
A teraz idź do domu i zajmij się rodzicami. Nie opowiadaj im, co widziałeś i słyszałeś, tylko staraj się nie burzyć ich spokoju, bez względu na wydarzenia wokół ciebie i twoich bliskich. Niech pozostaną w swoich dobrowolnych samotniach tak długo, jak to będzie możliwe i konieczne, jeśli tam czują się szczęśliwi i bezpieczni. Nie należy im tego odbierać, nawet jeżeli to jest wyłącznie ich ułuda. Czekają cię w przyszłości trudne dni, bo masz przecież własne życie pełne planów i nie powinieneś ograniczyć się do roli niewolnika swoich rodziców. No cóż, to bardzo trudna i bolesna przyszłość, ale pamiętaj, że nic nie jest wyrokiem ostatecznym. Powodzenia, Krzysztofie. Bądź silny, sprawiedliwy i szczęśliwy, jeśli zdołasz te trzy stany złączyć w miarę udaną jedność. A teraz zmykaj… – Woland uścisnął mu dłoń, a po nim to samo uczynili jego asystenci.
– Twój wnuk nie będzie miał łatwego życia, ale mam nadzieję, że da sobie radę – Woland pokiwał głową i odwrócił się do Artura. Na chwilę znieruchomiał swoim cienistym spojrzeniem na jego twarzy. – Czas na nas – przerwał zadumę. – Musimy załatwić jeszcze jedną ważną sprawę. Jeśli możesz, odprowadź nas, Arturze, do Stumilowego Lasu i tam się rozstaniemy. Chodźmy…
Ruszyli w milczeniu. Twarze asystentów Wolanda sprawiały wrażenie odlanych z brązu pociemniałego szarobrązową patyną setek lat, natomiast ich oczy żarzyły się zielonkawą poświatą.
Artur spoglądał ukradkiem na kroczących obok niego trzech milczących mężów i nagle ogarnęły go ni to lęk, ni to dławiący żal i tęsknota bez konkretnego adresu, ale tak przejmujące, że musiał zagryźć wargi, żeby nie wyrwał mu się z gardła żałosny skowyt. Na szczęście ten przykry stan trwał zaledwie kilka sekund i zaraz ustąpił miejsca wrażeniu, jakby jego życie miało zaraz wrócić do swoich początków, jednak bez utraty wspomnień i zdobytych doświadczeń. Ogarnęło go podniecenie podobne do przeżywanych w dzieciństwie podczas rozpakowywania kolorowych paczek wyjętych spod choinki pachnącej i mieniącej się mocą wiary w spełnienie najskrytszych marzeń. Po chwili zobaczył siebie jako wielką, szklaną klepsydrę, którą jakaś niewidzialna ręka odwróciła tak, że stożek piasku z dolnej części oznaczający rychły koniec odmierzania, znalazł się w górnej części klepsydry, gotowy rozpocząć osypywanie od początku. Ale to nie koniec dziwnej aktywności jego duszy. Gdy wstępowali pomiędzy pierwsze choinki Stumilowego Lasu, Artur poczuł wypełniającą go niebywałą lekkość! Nie była to lekkość ciała, tylko wirujących w nim myśli, niezmiernie przyjemnych, wolnych od wszelkich wątpliwości i lęków. Ulotności te przenikały się wzajemnie i bezkonfliktowo, tworząc idealny stan ducha zawierający w sobie i początek, i koniec, wraz ze wszystkimi elementami świadomości zasługującymi na miano: optymalne. I niech tak pozostanie bez żadnych zbędnych pytań, na które i tak brak sensownej odpowiedzi. Można jedynie głęboko westchnąć. A gdyby Artur mógł dokładnie przyjrzeć się sobie zmienionemu w klepsydrę, zauważyłby, że nie ma już w nim choćby jednego ziarenka piasku, a uwolnione po nim miejsce wypełnił czas w swojej najczystszej, nieprzemijającej postaci.
Woland popatrywał z delikatnym uśmiechem na twarz Artura, na której, jak na ekranie komputera ukazywało się wszystko po kolei, co instalował swoimi metodami w jego duszy.
– No, to jesteśmy tu, gdzieśmy się spotkali – Woland pstryknął palcami, a na ten dźwięk odpowiedziały cichym rżeniem skryte w zaroślach trzy czarne ogiery. – Załatwione wszystko, na co pozwolił nam czas, więc możemy odejść, ale jest jeszcze coś… Może usiądziemy na chwilę – wskazał cztery równo przycięte pnie, których wcześniej tu nie było.
– Drogi Arturze – Woland wyjął z wewnętrznej kie-szeni „jaskółki”, surduta angielskiego, złożoną we dwoje kartkę lekko pożółkłego papieru i podał mu ją. – Nie gniewaj się, ale twój ból i rozpacz po śmierci ukochanej przyjaciółki i żony, pięknej Liwii z domu Rzeszotar, co jest dla mnie ważne, poruszyły moje nieskore do uniesień serce, dlatego postanowiłem, co postanowiłem. Zanim przeczytasz swój własny list, powiem tylko, że byłem w tej urokliwej wsi koło Krakowa, od której pochodzi nazwisko Liwii, kilka razy z różnych okazji i poznałem tam wiele dobrych i złych postaci, między innymi Zyndrama z Maszkowic, miecznika krakowskiego, naczelnego wodza wojsk polskich w bitwie pod Grunwaldem. Miał on interesy z ówczesnym właścicielem Rzeszotar. To naprawdę ciekawe wspomnienia, ale najgłębiej zapadł mi w pamięć mały chłopiec, który w tysiąc czterechsetnym roku przybłąkał się do Reszotar z gęstych borów. Kmiecie przyjęli go jak swego. Chłopaczek był bezimienny, więc dali mu na imię Bór, a na nazwisko Rzeszotar. Wyrósł na dobrego człowieka, zdolnego i pracowitego cieślę, a jak była potrzeba, zamieniał ciesielskie narzędzia na miecz. Taki był… Wspomniałem o nim, ponieważ w żyłach twojej Liwii płynie krew owego Bora z Rzeszotar.
– Chciałeś chyba powiedzieć, Messer, że w jej żyłach płynęła krew.
– Wiem, co mówię, i raczej nigdy się nie mylę. A teraz czytaj.
Artur rozprostował kartkę papieru i spojrzał na nierówne pismo.
– Przecież to mój list do umarłej… Skąd w twoich rękach?
– Bądź poważny, dlaczego w tej historii dziwi cię aku-rat najbłahsza sprawa? Czytaj…
Artur przyglądał się krótkim zdaniom. Doskonale pamiętał, jak przed laty, drżącą ręką próbował zawrzeć w spóźnionym liście do Liwii wszystko, czego nie zdążył jej powiedzieć, choć miał na to wiele lat wspólnego z nią życia. Ale wówczas był przekonany, że są rzeczy istotniejsze niż pozornie mało ważne zaniechania, niedokończone zdania, niewykonane serdeczne gesty i, co najgorsze, uważał, że prawdziwa miłość nie potrzebuje zbyt wielu słów.
– Nie wydaje mi się, że jest tak właśnie, jak myślisz. Słowami można uczynić wiele dobra, rozświetlić mroki zwątpienia, wzmocnić blask słońca i przywracać nadzieję. Można w końcu wyrazić i nazwać wszystko to, co powoduje, że miłość trwa i trwa. Słowami należy obdarowywać, ale z rozmysłem, nie szafować, nie trwonić pod byle pretekstem, ale też nie skąpić i nie wydzielać jak tabletki choremu, inaczej nic nie będzie miało sensu… A teraz przeczytaj list.
– A jeśli przeczytam, Messer, czy nie przywołam tym
Liwii? Powiedz…
– Sam wiesz najlepiej. Decyzja należy do ciebie.
Artur uniósł pożółkłą kartkę do oczu, marszczył brwi, otwierał usta, kręcił głową i głośno wzdychał. W końcu zebrał się w sobie, odchrząknął, wyprostował plecy i zaczął czytać.
– Ukochana Liwio, chciałbym stworzyć jedno, krótkie zdanie, w którym mógłbym zawrzeć cały mój ból, miłość i nadzieję. Niestety nie znajduję odpowiednich słów. Pozostaje mi krzyk rozpaczy, skarga i przekleństwa! Pytam – kim jesteś, który gasisz życie przyjaciół, jak niedopałek w popielniczce?! Nie istnieją przekleństwa, którymi mógłbym zranić winnego mojej rozpaczy, czy to diabeł, czy Bóg.
Artur przerwał speszony i spojrzał na Wolanda, ale on nie zareagował, tylko ruchem głowy wskazał gęste zarośla, z pomiędzy których wysunęła się postać kobiety. Płynęła w ich stronę, unosząc się nad leśnym dywanem utkanym z ostrych traw, zeschłych igieł, szyszek, kęp jagodzin i mnóstwa paproci przypominających rozgwiazdy. Kobieta miała zamknięte oczy i dłonie złożone na piersi, a na jej twarzy tlił się uśmiech. Sprawiała wrażenie, jakby śniła coś wyjątkowo przyjemnego. Może sen o życiu?
Artur wyciągnął ręce i ruszył w jej kierunku, zapragnął swoją ukochaną Liwię wziąć w ramiona, ale w pół kroku zatrzymał się. Otworzył usta, żeby wydusić z siebie wielki żal, miłość i tęsknotę, ale nadmiar zbyt silnych emocji zacisnął mu krtań i jedynie szkliste oczy wyrażały wszystko, czego nie był w stanie wykrztusić, więc tylko patrzył i patrzył, a im dłużej przyglądał się Liwii, tym większą odczuwał ulgę. Twarz mu łagodniała, aż zagościł na niej spokój, jakim może cieszyć się tylko ten, kto jest pogodzony ze sobą i całym światem.
Woland i jego towarzysze obserwowali w milczeniu Artura, a on stał nieporuszony i przyglądał się zwiewnej postaci. Oboje uśmiechali się podobnie delikatnie i sennie, jakby wymieniali się serdecznymi myślami.
– Czy coś postanowiłeś? – Woland zwrócił się do Ar-tura. – Chciałbyś czegoś więcej? – wskazał na delikatnie kołyszącą się Liwię.
– Za chwilę odpowiem – podszedł bliżej uśpionej i w wielkim skupieniu wpatrywał się w jej twarz. Stał nieruchomy minutę, dwie, a może dłużej, ale nikt z towarzyszącej mu trójki nie okazywał zniecierpliwienia. W końcu Artur odstąpił od Liwii i spojrzał w cienistą twarz Wolanda.
– Domyślam się, Messer, że byłeś gotów połączyć nas, ale musiałbyś w tym celu wrócić życie Liwii, albo przyspieszyć mój termin odejścia z tego świata. Nie ma optymalnego wyjścia z tej sytuacji. Dlatego po chwilowej euforii pomyślałem o Krzysiu i jego rodzicach. To zbyt wygórowana cena. Nie jestem aż tak wielkim egoistą. W związku z tym nie będę zakłócał odwiecznego porządku. Niech wszystko odbędzie się zgodnie z jedynym sprawiedliwym scenariuszem i zgodnie z rolami, jakie są nam przypisane. Ale jestem niewymownie wdzięczny, Messer, za wszystko, co dla mnie uczyniłeś, a szczególnie za niesamowitą przemianę, jaką poczułem wkraczając do Stumilowego Lasu. Jestem twoim dozgonnym dłużnikiem – Artur pochylił głowę, a Woland ledwo zauważalnym uśmiechem skwitował „dozgonnego dłużnika”.
– Uczyniłbym dla ciebie, o co tylko byś poprosił, ale muszę przyznać, że w gruncie rzeczy oczekiwałem od ciebie takiej decyzji, jaką właśnie podjąłeś. Przemówiły przez ciebie wielka mądrość i szacunek dla zasad obowiązujących w rzeczywistości narzuconej, albo, co brzmi zdecydowanie delikatniej, zastanej, wyposażonej w fundamentalne cechy nie ulegające subiektywnym ocenom i próbom zmian niezmienialnego. Poskromiłeś wielką pokusę i zachowałeś zdrowy rozsądek, czym mi zaimponowałeś. Dlatego gwarantuję, że czas dzielący cię od spotkania z Liwią upłynie w spokoju, na jaki zasługujesz. Nikt już nie będzie niepokoił ani ciebie, ani innych mieszkańców tej cichej okolicy. Mam na to swoje wypróbowane sposoby. Dlatego twoje nazwisko zniknie z dokumentów fundacji, natomiast szkoła wykorzysta część funduszy na rozbudowę, a dokonają tego ludzie znający wartość dobra, piękna i siły rozumu. Przekonasz się, że nadchodzące dni okażą się zbawienne dla twojej małej ojczyzny. Ale dokąd zaprowadzi was przyszłość i czy dobrych obywateli władza nie sprowadzi na manowce, tego nawet ja nie wiem. Mimo to mogę powiedzieć, nauczony tysiącletnim doświadczeniem, że nie goszczę tu ostatni raz. No cóż, jest jak jest, i tak pewnie będzie się działo do dnia ostatniego. Ale o tobie i wnuku nie zapomnimy. Wracaj teraz do siebie i niech ci się wiedzie.
Woland klasnął i z zarośli wyłoniły się trzy smoliste rumaki. Zanim odziani na czarno dżentelmeni wskoczyli na ich muskularne grzbiety, Messer rzekł półgłosem do Liwii – możesz odejść…
Konie zarżały, przysiadły na zadach, młócąc przednimi kopytami powietrze, po czym skoczyły w mrok gęstych krzaków. Zapadła cisza tak cicha, jakby tu się nic nie wydarzyło, nie spadła na igliwie nawet jedna szyszka.
***
Na tarasie eklektycznego pałacyku z początku dwudziestego wieku, otoczonego z czterech stron starym parkiem, stał wózek inwalidzki z siedzącym na nim mniej więcej sześćdziesięcioletnim mężczyzną z dłońmi ułożonymi na udach okrytych granatowoszarym kocem w ciemnozieloną kratę. Na lewym rogu wełnianego pledu bieliła się prostokątna łatka, a na niej czerwienił się stempel: Hospicjum psychiatryczne imienia błogosławionego Ojca… Reszta była nieczytelna, sprana albo niedokładnie odbita, ale to nie ma większego znaczenia, któremu ze świętych czy błogosławionych twórcy hospicjum powierzali upokorzonych przez życie pacjentów.
Tęgi mężczyzna sprawiający wrażenie pogrążonego w głębokim śnie, to nie kto inny, tylko ksiądz Bernard Farny, dyrektor szkoły i twórca fundacji, której architektoniczna forma nie zostanie już przez niego zrealizowana. Został przywieziony do hospicjum przez policję, a tę powiadomili parafianie zaniepokojeni otwartymi na oścież drzwiami plebanii i ulatującą przez nie złowrogą ciszą. Sprawa nader dziwna, bo od kiedy zamieszkał tam ksiądz Farny, nie zdarzyło się nic podobnego. Wkrótce okazało się, że okoliczności związane z zaistniałą sytuacją były tak tajemnicze i zatrważające, że nawet zwierzchności księdza przestało zależeć na wyjaśnieniu przyczyn ponurego zajścia. Pewne jest tylko to, że ważne osoby, których nazwisk nikt nie śmiał wymieniać, wyraźnie naciskały na dyrekcję i lekarzy hospicjum, żeby nie czynić żadnych prób przywrócenia księdzu Farnemu świadomości. To jest absolutnie niewskazane, a wszelka niesubordynacja w tej delikatnej sprawie spotka się z bardzo surową reakcją.
Stało się, jak postanowiono, w związku z czym pacjent nie otrzymywał żadnych wspomagających leków, nie dręczono jego mózgu uzdrawiającymi prądami, technikami hipnotycznymi ani żadnymi innymi zabiegami przywracającymi sprawność umysłową, w tym pamięć. Jedyną ingerencją w mechanizmy życiowe pacjenta, była sonda żołądkowa wprowadzona przez nos, służąca podawaniu zmiksowanych smakowitości ze szpitalnej kuchni. I na tym koniec miłosierdzia.
Ścienny zegar zdobiący ścianę korytarza wydzwonił godzinę szesnastą, kiedy pielęgniarka wprowadziła do pokoju wózek inwalidzki z jego pasażerem, ponieważ niebo zaciągnęło się chmurami i wyraźnie pochłodniało, a poza tym zbliżała się pora lekarskich wizyt. Ksiądz Farny, niedoszły budowniczy kompleksu w zamierzeniach bijącego na głowę zamek krzyżacki w Malborku ze wszystkimi jego przyległościami, siedział bez ruchu na swoim rydwanie zanurzony w absolutnej ciszy, i gdyby nie to, że ksiądz należał do świata żywych w rozumieniu czysto biologicznym, można by powiedzieć: w grobowej ciszy. Niewątpliwie taki rodzaj ciszy otoczy kiedyś dyrektora Farnego, ale kiedy…? Bóg raczy wiedzieć.
Pielęgniarka poprawiła pled na kolanach siedzącego i wyszła z pokoju, mijając w drzwiach lekarza dyżurnego. Ten w milczeniu skinął jej głową i uśmiechnął się delikatnie, po czym przysunął krzesło blisko chorego, żeby mógł wykonać codzienne czynności: zbadać puls, zmierzyć ciśnienie, a potem osłuchać, czy nie ma zmian w płucach milczącego pacjenta. Doktor dokonał niezbędnych pomiarów, wyniki zapisał w karcie i zapatrzył się w pozbawioną świadomości twarz księdza dyrektora. Zauważył pod jego powiekami delikatne ruchy gałek ocznych. To coś bardzo dziwnego, przecież osoby w głębokiej śpiączce nie powinny mieć takich odruchów. Ale z drugiej strony księdzu nie wykonano podstawowych badań mogących stwierdzić, w jakim stanie jest jego mózg, w związku z czym całkiem możliwe jest, że… Lekarz nie dokończył myśli, ponieważ ksiądz Farny wyszczerzył nagle zęby, jakby chciał na niego warknąć.
– Matko jedyna, a to co?! – mocno się odchylił, prze-straszony groźną miną chorego. Coś tu jest nie tak – pomyślał. – Przecież on sprawia wrażenie, jakby w jego uśpionym mózgu dochodziło do wzbudzania na tyle mocnych impulsów, żeby wywołać na jego twarzy psi grymas.
– To naprawdę bardzo dziwne – szepnął i obejrzał się na drzwi, czy są dobrze zamknięte. Jeszcze mógłby ktoś pomyśleć, że dopuszcza się niesubordynacji. Mimo poważnych obiekcji doktor nachylił się i przytknął ucho prawie do ust księdza. Wsłuchiwał się w jego słaby oddech, ale nic złego się nie działo. Już chciał przerwać nasłuchiwanie, gdy wtem ku jego wielkiemu przerażeniu usłyszał wydobywające się z wnętrza dyrektora Farnego cichutkie zawodzenie. Doktor wstrzymał oddech i zamknął oczy, żeby nie rozpraszać uwagi.
– Wypuśćcie mnie! Wypuśćcie! – z głębi księżego ciała sączyła się ledwo słyszalna prośba.
– Nieprawdopodobne! – lekarz niemalże krzyk-nął, zapominając o ostrożności. – Przecież słuch mnie nie myli i nigdy nie mylił! – Zerwał się z krzesła i podszedł do drzwi. Uchylił je lekko i wyjrzał na korytarz.
Na szczęście panował absolutny spokój. To bardzo rzadkie momenty w tej instytucji, ale się zdarzają.
– Boże święty, co ja mam robić? Przecież ten nieszczę-śnik żyje zamknięty we własnym ciele! Co za straszna tortura! Co za cierpienie… – chodził od okna do drzwi i zastanawiał się, jak powinien zachować się w tak dramatycznej sytuacji. Donieść komu trzeba? Ratować? Cholera, jednak wyraźnie przestrzegali, żeby nijak mu nie pomagać, bo inaczej… Jasna cholera, ja zwariuję, przecież w tym tłustym cielsku zamknięty jest człowiek, znaczy jego świadomość. Co mnie obchodzi, że ciężko zgrzeszył, czy co tam. A oni tam, lepsi? Jezu, pomóż! Co mam robić?
Co! Nikt mi nie pomoże, ani Pan Bóg, ani diabeł…
W pokoju nagle zaszumiało, jakby wiatr wpadł z wizytą, ale okien zdobionych kratami od dawna nikt nie otwierał. Nie koniec na tym niespodzianek, bo ni z tego, ni z owego, niewielkie wnętrze zapłonęło krwistym światłem zachodzącego słońca, choć za oknem ścieliła się deszczowa, wieczorna szaruga.
Przerażony lekarz przykleił się plecami do ściany, wtedy drzwi otworzyły się i do pokoju wkroczyło trzech bardzo dziwnie wyglądających ni to pielęgniarzy, ni to lekarzy. Nie byli to także pracownicy pionu technicznego. Mieli na sobie fartuchy, jakie noszą lekarze, ale czarnego koloru! To niesłychane, on, pracujący w zawodzie ponad trzydzieści lat, nigdy nie spotkał na swojej drodze nikogo podobnego!
– A panowie w jakiej sprawie? – doktor bał się odstą-pić od ściany, żeby mu się nogi nie rozjechały.
– A cóż to szanowny kolega tak nagle pobladł, jakby miał coś bardzo niemiłego na sumieniu – odezwał się ten, który sprawiał wrażenie najważniejszego z całej trójki.
– Ja nie mam nic na sumieniu…, to znaczy nic takiego, czego miałbym się obawiać – sprostował doktor.
– No tak, racja – zgodził się ważny w czarnym far-tuchu – tchórzostwo i usłużność wobec zwierzchności nie jest karana, to prawda. Ale jest jeszcze coś takiego jak duma, godność, odpowiedzialność i na koniec gęba, na której, jak w sądowych aktach, wypisane są wszystkie świństwa i obrzydliwości. Niestety, nikt tego u siebie nie dostrzega, bo gdyby było inaczej, lustra znikłyby z przestrzeni publicznej.
– Panowie, ja mam tylko sprawdzać, czy pensjonariu-sze tego smutnego przybytku jeszcze oddychają, i…
– I tylko tyle? – zdziwił się najważniejszy. – A po-moc w cierpieniu? Nie zna pan słów Hipokratesa: „Salus aegroti suprema lex”?
– Zdrowie chorego prawem najwyższym – doktor kiwnął głową. – Tylko że ja dostałem wyraźny nakaz, żeby przy tym pacjencie nic kompletnie nie robić. Nic! A on coś szepcze! Nie wiem, jak mam się zachować w zaistniałej sytuacji.
– To bardzo proste, jeśli nie chcesz mu pomóc, prze-stań udawać lekarza. Sprzeniewierzył się pan przysiędze Hipokratesa. Mimo iż ten pacjent nie zasługuje na współczucie, obowiązkiem medyka jest nieść mu pomoc. Za wszelką cenę. No cóż, ale jak powiedziałem, spleśniałe charaktery nie podlegają karze, a to wielki błąd.
Najważniejszy z trójki położył na łóżku obok wózka z nieruchomym księdzem dyrektorem bardzo piękny skórzany neseser i zapukał w jego pomarańczowo-brunatne wieko. Z walizeczki dobiegła przytłumiona wrzawa, krzyki i lamenty, podobne do tych wydostających się z wnętrza Bernarda Farnego. Doktor wybałuszył oczy i przerażony położył dłoń na sercu.
– Chryste Panie, co to za sztuczka?! Kto tam jest? Ja przepraszam, słabo mi – po tej skardze lekarz osunął się na podłogę, nie odrywając pleców od ściany.
– Tam są wspólnicy szanownego pacjenta i ci, któ-rzy nakazali panu bezczynność. Są takimi samymi łotrami jak ten tutaj – ruchem brody wskazał siedzącego na wózku – dlatego przyszliśmy po niego. Dołączy do grupy sobie podobnych, niech duszą się we własnym sosie, bo na inny los nie zasługują.
Mówiący te słowa ponownie zapukał w neseser i wypowiedział krótkie: Milczeć! Rzeczywiście wrzawa ucichła, wtedy uchylił wieko, nad głową księdza Farnego wykonał dłonią gest, jakby chciał chwycić go za włosy, po czym strzepnął palcami. Siedzący na wózku zmiękł jak balonik tracący powietrze, a po chwili stał się mgliście przezroczysty, zmienił się w bezkształtny obłoczek i z delikatnym świstem czmychnął do wnętrza walizeczki.
Doktor próbował coś powiedzieć, czy raczej krzyknąć, ale zamiast tego pobladł jeszcze bardziej i stracił przytomność.
– Na pewno jeszcze się spotkamy, panie doktorze – najważniejszy skinął głową leżącemu na podłodze, po czym trójka czarnofartuchowców spokojnie opuściła pokój.

Poprzedni artykułDawno nie było takiego koncertu! Piotr Anderszewski i Sinfonia Varsovia
Następny artykułOd zmierzchu do świtu. Rozdział IX: Wojna i dzieci
Szymon Koprowski to prozaik i artysta plastyk. W 1976 ukończył Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Studiował na wydziale architektury wnętrz i wydziale projektowania ceramiki i szkła w pracowni Zbigniewa Horbowego i Ludwika Kiczury, gdzie obronił pracę magisterską. Po studiach poświęcił się ilustracji książkowej i rysunkowi. Miał wystawy indywidualne miedzy innymi we Wrocławiu, Łodzi, Pradze i Bratysławie (w Instytucie Kultury Polskiej), Monachium i Iserlohn. Działalność plastyczną łączył z literacką, co zaowocowało debiutem prozatorskim w 2008 roku, powieścią „Balkon na krańcu świata”. Do tej pory ukazało się siedem jego powieści, a następne są w drodze. Od 2019 roku piastuje funkcję wiceprezesa Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj