Od paru dni mieszkam w hotelu „Matschner“ w miejscowości Ramsau am Dachstein, czyli w „R. pod Dachsteinem”. Dachstein jest najwyższą górą Styrii. Brakuje tej „Skale pod Dachem” parę metrów do 3000 m.
Pragniemy w znanym hotelu (mała grupka rodzinna – moja żona i ja oraz córka z mężem i synkiem z Salamanki) spędzić tu tydzień, a zwłaszcza dni tzw. Sylwestra 2021 i Nowego Roku 2022.
Sama Styria (po niemiecku – w oryginale – die Steiermark) jest historycznym regionem Austrii na południe od Wiednia a na północ od Słowenii. Od tego źródła Steier pochodzi polska nazwa tańca „sztajerek”. Ale dziś? Za dużo tańców nie będzie… pandemia trzyma ludzkość mocniej w okowach niż alpejski mróz.
W sylwestrowy poranek schodzimy jak zwykle do sali restauracyjnej na śniadanie. Mimo restrykcji związanych z pandemią widać sporo turystów z innych krajów. Na parkingu przed hotelem widzę każdego dnia samochody z Holandii, Danii, Szwecji, nie wspominając o Francji czy Słowacji. Tu chapeau bas przed zespołem kulinarnym hotelu: wszystkie posiłki są wyśmienite. Dyrekcja hotelu wie, jak pozyskać „miłość” gości – przez żołądek. A wypoczynek jest dodatkowo zaakcentowany rozległym basenem kąpielowym, należącym do hotelu. Sam basen jest bardzo przeszklony. Do niego przechodzi się z budynku hotelowego podziemnym korytarzem o długości 120 m. Nad nim lód i śnieg. Kąpiel, pływanie zimą, z oglądaniem śniegu za szybą oraz groźnych szczytów, to spory luksus nowoczesnych czasów…
DACH-DACH-DACH
Wychodzimy przed hotel obserwując niebo. Jest bezchmurne (wreszcie), czyli możemy zjechać 10 km samochodem do Schladming. Druga po Ramsau znana nazwa w świecie narciarskim. Schladming leży w dolinie rzeki Enns, znanej z pięknych widoków, zwłaszcza jeśli się je obserwuje z siodełka roweru. Ale to latem…
Serpentynami zjeżdżamy do widocznego dobrze miasteczka Schladming. Widać je jak z okna samolotu. Nie tylko na obrzeżach, ale i w samym centrum widoczne są wyciągi narciarskie. Łatwo tu było organizować (1982 i 2013) narciarskie mistrzostwa świata. Kieruję się zgodnie z zainteresowaniami w kierunku zabytków. Takich „Zakopanych” ma Austria zresztą wiele.
W sercu miasta stoi piękny neogotycki pałac, obecnie służący jako ratusz. Stoi przy Coburg-Strasse, gdyż August książę von Sachsen-Coburg-Gotha zbudował go w 1884 roku jako pałacyk myśliwski. Jest wyraźnie „dopieszczony” architektonicznie: nadproża, wykusze, wieżyczki, solidna czerwona cegła, pseudo-renesansowe okna – to robi(ło) wrażenie! Pięknem słynęła też małżonka księcia, Clémentine d’Orléans, córka francuskiego króla.
Paręset metrów dalej stoi kościół parafialny, utrzymany na zewnątrz w typowej w Austrii kolorystyce „terezjańskiej”, czyli dominującej sympatycznej żółci. Jedyna to sympatyczna żółć akceptowana przez oczy. Inne rodzaje żółci są, jak wiemy, ze swymi atakami na bliźnich, antypatyczne. Wnętrze świątyni zimne. Krążąc zygzakiem wśród naw (odczytuję tablice nagrobne na ścianach), idąc ku ołtarzowi, czuję zimno. W tych warunkach psychicznych – wszak dziś Sylwester – zaczynam robić powoli bilans roku 2021. Czuję ten rok jak ciężki wagon towarowy na szynach, który ledwo ruszył, pchany siłą moich mięśni. Do tego wagonu doczepi los za kilka godzin następny wagon z dyskretnym napisem „2022”. Ale dopiero za kilka godzin. Czy będzie to lżejszy wagon, łatwiejsze zadanie? Jak mawiają Francuzi: qui vivra verra, zatem kto dożyje, zobaczy…
Opuszczamy pusty kościół oraz gościnną naprzeciw niego kawiarnię „Charly Kahr”. To nazwisko właściciela, czyli gwiazdy wyczynowego narciarstwa austriackiego oraz trenera sprzed lat. W czerwcu 2022 będzie Karol K. święcił 90 lat oraz przedawnienie lub zamknięcie procesów, w których był oskarżony o wybryki seksualne. Byłe zawodniczki z ekipy narodowej oskarżały go anonimowo o gwałty na nich. Ale on miał dobrych adwokatów…
DACH-DACH-DACH
Wracamy do Ramsau, czyli czeka nas pokonywanie wielu serpentyn, tym razem odwrotnie, w górę – znowu pod nogami Schladming jak z samolotu, przedmieścia, za lasami ukazują się pierwsze zabudowania naszego Ramsau. Zostawiamy (gest klimatyczny) auto na parkingu hotelu i czekamy na bliziutkim przystanku na przyjazd regionalnego autobusu, jadącego właśnie spod ratusza w Schladming do Ramsau i dalej.
„Dalej” oznacza parę kilometrów na zachód, potem skręt w prawo na północ ku górze „Dachstein”. Za skrętem po 2 km widać drewnianą konstrukcję, niemal sporą kapliczkę. Stop. Tu albo się wjeżdża autobusem (bilety zapłaciliśmy w Ramsau u uprzejmego kierowcy-konduktora-kasjera) albo trzeba za wjazd własnym samochodem uiścić 20 euro.
Elegancki autobus jest pełny, wiele osób stoi. Siedzące miejsca są zajęte. Ja też przesuwam się na wolne miejsce przy oknie, robiąc uprzejmie miejsce turystce z małym dzieckiem, zgniatając wierzchnią kurtkę na kolanach. W kieszeniach czerwonej kurtki mam dwa ważne przedmioty: portmonetkę oraz smartfon. Niezbędne w dzisiejszej turystyce: pieniądze (pecunia non olet) i komunikowanie się (homo homini lupus est…).
Po 25 minutach jazdy wysiadamy na końcowej stacji, czyli przy schronisku-restauracji Türwandlhütte. Słońce nadal cudownie świeci, dodając optymizmu w pożegnalnym dniu roku 2021. Wszyscy wysiadają i robią to co ja – jedni z plecakami i biegówkami inni bez lub z psami, pchając dziecięce wózki. Niemal biegną do widocznego 250 m dalej węża ludzkiego, stojącego grzecznie w wysokogórskim słońcu. Ramsau leży na 1150 m, tutaj jesteśmy już na plus minus 1700 m! Dołączam do niemrawej ludzkiej kolejki z nartami i bez, z psami lub bez, z dziećmi nudzącymi się bardziej od dorosłych. Ustawiam się karnie. Przede mną posuwa się powoli młoda para z Czech, z małymi dwiema dziewczynkami, kładącymi się co jakiś czas na asfalcie lub robiącymi „orła” na pobliskim cienkim śniegu w ramach zabijania nudy.
DACH-DACH-DACH
Przed nami cel: porządnie zbudowana stacji kolejki linowej na szczyt Dachsteinu, około 100 m od nas. Z daleka wygląda jak wielki nowy hotel. Aby tam dotrzeć, trzeba będzie stać do skutku, czyli do kasy (tu zdradzam puentę czasową – równe 80 minut!). Widoczny elegancki, nowoczesny, błyszczący cicho w słońcu odjeżdżający w górę wagon zabiera maximum 45 osób. Górski „tramwaj” zasuwa cicho do góry i zaraz zjeżdża w dół. Ta firma dziś sporo zarobi. Przed dojściem do kasy kontrola szczepień i certyfikatów w smartfonach.
Jeszcze nie zacząłem porządnie się nudzić w nasłonecznionej kolejce, kiedy mój zięć portugalski po zrobieniu kilku zdjęć w pobliżu, podchodzi do mnie, mówiąc po angielsku (jedyny język, jakim możemy się komunikować): „-Proponuję ci, abyś zadzwonił z twego smartfonu do moich rodziców do Portugalii i życzył im szczęśliwego nowego roku 2022!”.
Uznałem to w duszy jako dość słabej jakości dowcip, gdyż chciałem oczywiście do nich zadzwonić za 11 godzin, ale nie teraz, wśród ludzi przestępujących z nogi na nogę, uganiających się krzyczących dzieci, w sznurze turystów, pragnących jednego – jak najszybciej być TAM, na górze, zapłaciwszy 43 euro za osobę za 6 minut cichej jazdy, ostrego wznoszenia się…
Odpowiadam zięciowi, iż owszem zatelefonuję, ale nie teraz. Rozglądam się bezradnie dookoła, sygnalizując mu moją obojętnością reakcję: Dlaczego tu i teraz? Dlaczego wśród obcych ludzi? Dlaczego nie mogę posuwać się w spokoju w kierunku ukrytej w budynku kasy? O co mu chodzi?
A on na to: -Wiesławie, to jest mój mały dowcip. Nie mógłbyś i tak zadzwonić do Portugalii ani do innego kraju! Zobacz, co mam w ręku!
Istotnie, pokazuje mi mój smartfon! O, Boże! To znaczy, iż ja zostawiłem w niewiedzy mój smartfon na fotelu autobusu. Mój aparat wysunął się z kieszeni kurtki i upadł na fotel! Ja wyszedłem z autobusu a idący za mną zięć spojrzał przypadkiem na moje miejsce i zobaczył leżący tam smartfon. Wziął go. Zaczął konstruować moment oddania mi go.
W tym momencie zorientowałem się w rozmiarach niedoszłego nieszczęścia. Zdębiałem! Gorąco dziękowałem zięciowi po angielsku, ściskając go po polsku. Ten jego „dowcip dzwonienia do Portugalii” zadziałał! Efekt trzymałem mocno w ręku! Muito obrigado, querido Pedro!
DACH-DACH-DACH
W tym momencie, właśnie w tej konkretnej chwili, obejmując czule smartfon oraz zięcia, NIESTETY zorientowałem się w innym cichym nieszczęściu: odzyskałem smartfon, ale w drugiej kieszeni kurtki nie czuję portfela!! Najprawdopodobniej został na fotelu autobusu! Boże! Co za Sylwester! Patrzę w dal – tak, na pętli stoją dwa autobusy. Jeden zapuszcza motor, drugi stoi za nim. Ale który jest ten „mój”, sprzed 10 minut? Przecież nie notowałem jego numeru. Ten z przodu odjeżdża.
Zaczynam pędzić dramatycznie 250 m do jedynego stojącego autobusu. Dyszę ciężko: wiek, przypadłości sercowe, nadwaga, zredukowana ilość tlenu na tej wysokości oraz skondensowana obawa w głowie dają mi się w znaki w tym biegu po portfel, gdzie oczywiście są wszystkie moje dokumenty nowoczesnego człowieka. Sapię jak lokomotywa. Dowcip znany: ego sum homo sapiens… Akurat rano z bankomatu wziąłem kilkaset euro, tkwiących w przegródce dla nich przeznaczonej! Czarno przed oczami, mimo ostrego górskiego słońca. Portfelu, portmonetko, pugilaresie – gdzie jesteś?
Parę metrów przed autobusem, kładę się niemal pod koła, machając dramatycznie rękami. Kierowca – akurat zapuścił silnik – staje, widząc jakiegoś starego wariata w czerwonej kurtce, machającego rękami jak wiatrakami. Docieram do pojazdu. Sycząc otwierają się drzwi. Wchodzę, tłumaczę mu, co się stało. Autobus jest kontrastywnie pusty. Tylko kierowca i ja. 10 minut temu był pełniuteńki. Nie tylko nasza rodzina doceniła cudowny sylwestrowy dzień – stąd monstrualna kolejka przed stacją wagonika na linie.
-Siedziałem mniej więcej w środku autobusu – tłumaczę dysząc szoferowi – może tam na fotelu został mój portfel?
-Niech pan idzie i sprawdzi – praktycznie i spokojnie mówi mi starszawy kierowca autobusu. O odzyskanym smartfonie nie wspominam. Co go to obchodzi?
Idę ciężko w pustym autobusie do środka, koło ubikacji. Przesuwam się między rzędami foteli. To tu siedziałem, niedaleko od WC. To tu przesunąłem się uprzejmie dla innej pasażerki. Patrzę na fotel. Pusty. Nie ma mojego portfela! Ktoś go zabrał! Jednak! Cholera! Moje przerażenie trwa chyba 2-3 sekundy. Pochylam się. Słońce (tak, to sylwestrowe, austriackie i alpejskie!) oświetla dokładnie podłogę pod moim fotelem. A na podłodze leży rozwarta jak odwrócone „V” moja czarna błyszcząca skórzana portmonetka, kupiona kiedyś na warszawskim Nowym Świecie. Drżącą ręką podnoszę ją. Nie wierzę swemu szczęściu! Opuszczając autobus, bardzo dziękuję uprzejmemu szoferowi. On się uśmiecha. Jestem chyba jednak szczęśliwszy od niego. Ledwo zdążyłem mu życzyć zdrowia bezpandemicznego w nadchodzącym roku 2022, kiedy już odjeżdżał. Zamykane drzwi syczą. Przeze mnie miał 25 sekund opóźnienia w harmonogramie…
DACH-DACH-DACH
Wszystko potem w sylwestrowym dniu bledło w mej głowie, przepełnionej szczęściem. A „wszystko” miało wiele atrakcyjnych twarzy: jazda eleganckim „tramwajem” 6 minut na wysokość 2750 m, dzikie kilkusetmetrowe przepaści pod podłogą wagonu, (strach patrzeć w dół), na szczycie zdjęcia wykonywane wokół majestatu Alp, cudowne widoki, dziewiczy śnieg, szklane schody „donikąd”, czyli znowu pod szkłem straszne przepaści, „lodowy pałac” w grocie, wiszący most, efektownie oklejony soplami i oświetlony kawałkami kryształów lodu w słońcu, i wreszcie grzaniec, czyli „Glühwein“ w „Panorama-Restaurant“. Radosna atmosfera rodzinna, robienie bilansu. Może trochę za szybko? Co może przynieść jeszcze los przed północą? Kto to wie?
Potem było coraz mniej efektownie w porównaniu z odzyskaniem przeze mnie smartfonu oraz portfela dzięki dowcipowi zięcia. Zjazd efektownym wagonem w dół, w doliny, do hotelu. Innym autobusem z innym kierowcą. W naszym hotelu Matschner nie ma żadnego programu sylwestrowego, jako iż obostrzenia pandemiczne wprowadzone przez rząd Austrii stanowią, iż 31.12.2021 w całym kraju wolno jedynie w grupach do 10 osób przebywać publicznie do godziny 22.
Po bardzo dobrej gastronomicznie kolacji stoliki w restauracji zaczynają się przerzedzać, sala wyludniać, bywalcy cicho narzekać na ciężkie czasy. Druga część odbywa się po godzinie 22 w pokojach. O północy 2021/2022 słychać dwie kanonady: korków od butelek szampana na balkonach pokojów hotelowych (goście hotelowi nie zapomnieli o zmianie kalendarza) oraz petard i fajerwerków w zaułkach, uliczkach miasteczka Ramsau am Dachstein, 330 km od Wiednia. To tubylcy…
A ja, owej Sylwestrowej nocy, kojarzyłem czerń lasów wokół z czernią mojego portfelu, ciemny błękit nieba z kolorem oprawki mojego smartfona, a biel śniegu z jasnymi barwami moich odzyskanych dokumentów.
A nasz pokój, mający wczoraj stempel „2021”, teraz nagle przeżywa metamorfozę – nazywa się „2022” i czeka z nami na nieznane przygody kolejnego roku.
—
Autor tekstu: Dr Wiesław Piechocki
ur. 6 listopada 1947 (Skorpion) w Pyskowicach na Górnym Śląsku. Egzamin dojrzałości w rodzinnym miasteczku 1965. Studia romanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim (1965-1970). Studium doktoranckie i uzyskanie tytułu doktora filologii 1974.
Praca (asystent, adiunkt) na UW 1974-1981.
Ożenek z mgr inż. Małgorzatą Boguszewską w grudniu 1973. Narodziny córki Katarzyny 1975.
1979 – wydaje „Rozmówki francuskie“, Wiedza Powszechna, Warszawa.
Emigracja polityczna 1981 przez Norwegię do Austrii. Mieszka 1981-2018 w Feldkirch, Vorarlberg, od 2018 w Wiedniu.
Praca pedagogiczna w „Liechtensteinisches Landesgymnasium“ w Vaduz, stolicy Księstwa Liechtenstein. Naucza po niemiecku języków: francuski, łacina, włoski, rosyjski.
Równolegle jest dziennikarzem w lokalnej gazecie „Volksblatt“ w Vaduz. W ciągu 10 lat publikuje 540 artykułów oraz recenzji o kulturze i sztuce oraz 54 teksty całostronicowe o dynastii Liechtenstein. W tym celu badania naukowe w archiwach Gartenpalais Liechtenstein in der Rossau, 1090 Wien, Liechtensteinstrasse.
Narodziny córki Claudii (1983) oraz Julii (1986).
2005 – wydaje książkę „Okolice“ (antologia reportaży), Warszawa.
Przez 31 lat codziennie przekracza samochodem granicę Austria-Liechtenstein.
Pisuje dziesiątki artykułów w periodykach polonijnych: (1) Jupiter, Wiedeń, Austria; (2) Nowy Dziennik, Nowy Jork, USA; (3) Panorama Polska, Edmonton, Kanada; (4) Nowy Kurier, Toronto, Kanada; (5) Nasza Gazetka, Zurych, Szwajcaria.
2018 przeprowadza się z Vorarlbergu do Wiednia. Nadal współpracuje z „Jupiterem“. Córka Katarzyna jest profesorem na HARVARD University, Boston, USA. 2019 wydała naukową książkę „Cartographic Humanism”, University of Chicago Press.
Claudia pracuje w Lizbonie a Julia w hiszpańskiej Salamance na tamtejszym uniwersytecie.
2021 ukazał się tom wspomnień W. P.: „Lustro mojego czasu”, Warszawa, wydawnictwo „Borgis”.












