Straciłem wszystkie dane z dysku. Moja historia z happy endem

2

Wyobraź sobie, że nagle, bez żadnego logicznie uzasadnionego powodu, tracisz wszystkie dane zapisane na dysku swojego komputera. W ciągu sekundy znikają  z niego ważne dokumenty, rachunki, zdjęcia, prace dyplomowe.

– Scenariusz mało prawdopodobny. Mnie to nie dotyczy – sądziłem. – Mój laptop jest w miarę nowy, dobrej marki. W dodatku nie jest przenoszony z miejsca na miejsce; dbam o niego… 

Wydarzenia jednego z jesiennych dni udowodniły mi, jak bardzo się myliłem.

 

Wystarczy chwila

Był czwartek. Wróciłem z pracy, zjadłem obiad i – jak co wieczór – skupiłem się na pisaniu swojej rozprawy doktorskiej. To już niemal „meta”, więc zostały w większości drobne poprawki tekstu. Po dwóch godzinach pracy postanowiłem uciąć sobie półgodzinną drzemkę. Zostawiłem więc włączonego laptopa na biurku i spocząłem w objęciach Morfeusza. Kiedy wstałem, zaparzyłem kubek zielonej liściastej herbaty i usiadłem w fotelu, gotów do dalszej pracy. Ruszyłem myszką, by „zbudzić” laptopa. Brak reakcji. Eh, zapewne bateria się wyładowała. Podłączyłem kabel zasilający, odczekałem chwilę i ponownie spróbowałem go uruchomić. Moim oczom ukazał się niebieski ekran z informacją, że dysk twardy „nie został wykryty”.

Mój sąsiad jest informatykiem, więc postanowiłem niezwłocznie zasięgnąć jego fachowej opinii. Mimo że był już wieczór, z uśmiechem na ustach zgodził się mi pomóc. Pochylił się nad laptopem, otworzył obudowę, chwilę podumał. Nasłuchiwał pracy dysku, sprawdzał coś, chrząkał i nerwowo pocierał kciukiem o brodę. W końcu oświadczył: – Przykro mi, ale ten dysk jest najprawdopodobniej uszkodzony.

Jak to możliwe, skoro laptop leżał na biurku?! Podziękowałem za pomoc i czym prędzej udałem się do mojego szwagra, który jest programistą. Próbowaliśmy odzyskać dane z dysku do godziny drugiej w nocy, a później z przerwami przez kolejne trzy dni. Wreszcie i szwagier się poddał, uznając, że nie jest w stanie nic zdziałać w tym przypadku.

Szybkie podsumowanie poniesionych strat w razie utraty wszystkich danych wyglądało dla mnie druzgocąco. Co prawda co pewien czas zapisywałem moją rozprawę doktorską na innym nośniku, ale ostatnia jej wersja, którą dysponowałem, była sprzed pięciu tygodni. Co więcej, wszystkie zdjęcia, rachunki czy dokumenty przepadłyby na zawsze.

Chirurg od elektroniki?

Desperacko zacząłem poszukiwać firm odzyskujących dane z uszkodzonych nośników. Chciałem powierzyć dysk wyłącznie zawodowcom z odpowiednim doświadczeniem, więc spośród wielu ofert znalezionych w Internecie wytypowałem firmę (a przynajmniej osobę korespondującą ze mną), która wydawała mi się być najbardziej wiarygodna i wykazująca się dużą wiedzą w temacie. Co więcej, wspomniany ekspert przedstawił rozsądną ofertę, co również nie pozostało w tym przypadku bez znaczenia. Tym profesjonalistą był Paweł Sowa z warszawskiego laboratorium AVIDATA (w podzięce za ich uczciwość i rzetelność, zdecydowałem się ujawnić nazwę firmy).

Po wymianie kilku wiadomości oraz ustaleniu kolejnych kroków współpracy, przyszedł czas na wysłanie nośnika do Warszawy. Nie było to łatwe, gdyż byłem wówczas za granicą. Zaufałem przy tym międzynarodowej firmie kurierskiej DHL, której przedstawiciele, podczas przedstawiania swojej oferty, niestety pod wieloma względami minęli się z prawdą. Reklamę w ich wykonaniu zweryfikowała rzeczywistość, przez co zarówno czas, jak i koszt doręczenia paczki znacznie odbiegały od tych początkowo obiecanych. Poza tym przesyłka utknęła na pewien czas w polskiej odprawie celnej.

Po turbulencjach związanych z firmą kurierską przyszedł czas na prace laboratoryjne w AVIDATA. Zleceniu nadano wysoki priorytet i pracowano nad nim na trzy zmiany. Przekazywano mi wszelkie informacje dotyczące podejmowanych kroków mailowo w odstępach dwudniowych. W razie potrzeby mogłem też monitorować status zlecenia w strefie klienta na portalu firmy. Nie ukrywam, że opcja ta szczególnie przypadła mi do gustu, bo zawsze lubię być dobrze poinformowany o istotnych dla mnie kwestiach.

Wskrzeszenie dysku

Awaria była poważna. Teraz trzeba było dokonać niemalże niemożliwego i „ożywić” zniszczony nośnik danych. Pierwszym z kroków w celu odzyskania moich dokumentów była weryfikacja stanu podzespołów nośnika. Jak powiedział Paweł Sowa, sprawujący pieczę nad moim dyskiem:

– Podłączyliśmy dysk do naszych narzędzi diagnostycznych. Pomimo wielu prób nie mogliśmy »skomunikować się« z nośnikiem. Świadczyło to o wystąpieniu usterki mechanicznej. Na tym etapie nie było jeszcze wiadomo, czy błąd, z którym mamy do czynienia, obejmuje swoim zasięgiem elementy wewnątrz (hermetycznie zamkniętej obudowy) dysku, czy też dotyczy którejś z części elektroniki. Konieczne więc było skorzystanie z innych, bardziej precyzyjnych i zaawansowanych narzędzi, które pozwoliły na stwierdzenie, że awarii uległy m.in. główny element dysku odpowiadający za zapis i odczyt zawartości z powierzchni talerzy. 

Aby potwierdzić wstępną diagnozę, jakoby uszkodzony został główny element dysku – głowice – konieczne było otworzenie nośnika w wyspecjalizowanym i naszpikowanym elektroniką laboratorium AVIDATA. Prace wykonane bezpośrednio na module pozwoliły na potwierdzenie awarii głowic. Oznaczało to tylko jedno – znaczące uszkodzenie dysku. Nie ukrywam, że było to dla mnie dużym zaskoczeniem. Jako humanista bowiem nigdy nie podejrzewałbym, że dysk w laptopie potrafi samoistnie ulec uszkodzeniu do takiego stopnia… Dlaczego doszło do tak poważnej awarii, skoro dysk np. nie upadł czy też nie spalił się? Jak mi wyjaśniono:

– Odległość, w jakiej unosi się głowica nad powierzchnią, jest tak mała, że nawet tzw. artefakty na samej powierzchni mogą spowodować poważną awarię. Artefakty powierzchni generują się same, na skutek zużycia nośnika; struktura zastosowanego tworzywa się zmienia. Może więc do tak poważnej usterki dojść samoistnie, bez wyraźnej ingerencji z zewnątrz. Dodam, że obecne dyski HDD są zaprojektowane do przenoszenia lub przesuwania wyłącznie wtedy, gdy są wyłączone. Głowice nie znajdują się wówczas nad powierzchnią, tylko w specjalnym (bezpiecznym w przypadku wstrząsów) miejscu, na tzw. rampie.

Kolejnym etapem prac była weryfikacja stanu powierzchni dysku, czyli szukanie miejsc, w których głowica zetknęła się z powierzchnią magnetyczną, a więc miejscem, gdzie znajdują się dane.

– Podczas tego procesu sprawdzaliśmy czy doszło do zetknięcia się głowic z powierzchnią i, jeśli tak, to czy doprowadziło to do poważnych zniszczeń. W ogromnej większości przypadków, w których dochodzi do awarii głowic, styka się ona z powierzchnią często kilkukrotnie. Takie obszary są już niemożliwe do odczytania i najczęściej na ich powierzchni powstają artefakty.

Dlaczego laboratorium?

Zastanawiała mnie jedna kwestia – dlaczego usługi oferowane przez laboratoria, nie mogą być wykonywane przez tzw. pogotowie komputerowe? Jak już wspomniałem, ani sąsiad-informatyk, ani też szwagier-programista nie odważyli się otworzyć dysku w domowych warunkach. Otóż, jak się okazuje, otwarcie nośnika w miejscu innym niż laboratorium zmniejsza szanse na odzyskanie danych aż czterokrotnie. Jak wyjaśnia Paweł Sowa:

– Zgodnie z testami przeprowadzonymi przez nas kilka lat temu (na dyskach, na których margines błędu był większy, niż teraz) otwieranie nośników danych w warunkach pokojowych powoduje zanieczyszczanie drobinami, które znajdują się w powietrzu.

Poniższy rysunek przedstawia wielkość drobin z powietrza. Warto zwrócić uwagę na przedstawioną w tle odległość głowic od powierzchni dysku. Jeśli drobiny dostaną się pomiędzy głowicę a powierzchnię, spowodują awarię kompletu głowic. Otworzenie wnętrza dysku w warunkach domowych może więc utrudnić lub nawet uniemożliwić odzyskanie danych.

– W sytuacjach ekstremalnych drobiny z powietrza mogą spowodować zarysowanie całej powierzchni nośnika. Powstają w wyniku tego setki tysięcy mikrofragmentów zdartej powierzchni. Na skutek ich namagnetyzowania, przylegają one do powierzchni nośnika, bezpowrotnie uniemożliwiając odzyskanie danych – zaznaczył Paweł Sowa.

Poszukiwanie dawcy

Tak, jak w przypadku operacji przeprowadzanych na ludziach, w kwestii odzyskania danych z uszkodzonego dysku często potrzeba dysku-dawcy. Po dogłębnej analizie problemu, jaki dotknął mój nośnik danych, specjaliści przystąpili do poszukiwań nośnika-donora. Jak się bowiem okazało, niezbędne było dobranie nowego kompletu głowic.

– Sprawdziliśmy zgodnie ze schematami budowy, jakie są kryteria doboru podzespołów dla tego dysku, następnie rozpoczęliśmy poszukiwania odpowiedniego nośnika, tj. takiego, którego głowica byłaby taka sama, jak ta uszkodzona. Warunkiem powodzenia było dobranie elementu z tej samej linii produkcyjnej, z tego samego okresu. Linie produkcyjne w fabrykach dysków zmieniają się co około 3-4 miesiące. Producenci zmieniają różne parametry dysku, często również podzespoły – wyjaśnił Paweł Sowa.

Jak widać, znalezienie nośnika o takich samych parametrach jest nie tylko trudne, ale często też czasochłonne. Jak usłyszałem:

– Rozpoczęliśmy przeszukiwanie Internetu i naszych zasobów. Odnaleźliśmy w naszych magazynach 2 dyski, które spełniały kryteria doboru podzespołów. W tym przypadku mieliśmy szczęście; często okazuje się że odpowiedni nośnik trzeba ściągać z Niemiec, Kanady czy np. Singapuru. Koszty takiego nośnika (o parametrach odpowiadających parametrom dysku-donora; mówimy o zgodności czasem aż 6 parametrów z etykiety) – to koszt nawet do 1000 złotych. Wyszukiwaniem nośników o odpowiednich parametrach zajmują się też wyspecjalizowane w tym firmy. Bywa, że zdobycie odpowiedniego dysku jest niemożliwe inaczej niż właśnie poprzez taką firmę.

„Operacja udana, pacjent zmarł”. Jak uniknąć takiego scenariusza?

Samo zdobycie dysku-dawcy nie rozwiązuje wszystkich problemów. Aby zminimalizować prawdopodobieństwo awarii podczas tzw. doczytywania powierzchni konieczne jest odpowiednie zaplanowanie tego procesu.

– Wiedzieliśmy, że w najbardziej uszkodzonych rejonach może dojść do ponownej awarii głowic (mowa o miejscach, w których już doszło do uszkodzenia poprzedniego kompletu głowic). Przystąpiliśmy więc do sprawdzania stanu powierzchni, co umożliwiło zaplanowanie procesu doczytywania w odpowiedni sposób. Powierzchnia, co do której mieliśmy pewność, że nie jest uszkodzona, miała zostać doczytana w pierwszej kolejności; w następnych etapach mieliśmy doczytać powierzchnię, o której wiadomo, że mogła powodować kłopoty. Ostatnim etapem było ręczne doczytanie sektorów problematycznych. Przy tym ostatnim kroku istniało też bardzo duże ryzyko awarii modułu głowic, który już raz w pewnym miejscu został uszkodzony – powiedział Paweł Sowa.

Po dostarczeniu odpowiednich dysków-dawców do laboratorium przystąpiono do wymiany komponentów oraz elementów indywidualnych dla każdego nośnika. Proces, na szczęście, zakończył się powodzeniem. Po wymianie i skalibrowaniu nowych podzespołów rozpoczęto doczytywanie powierzchni zgodnie z utworzonym uprzednio planem.

Awaria głowic

Wszystko przebiegało zgodnie z oczekiwaniami do momentu odczytania 90% powierzchni dysku. W obszarze sklasyfikowanym uprzednio jako ryzykowny, doszło do pierwszej awarii wymienionego kompletu głowic. Jak mówi Paweł Sowa:

– Konieczne było posłużenie się kolejnym nośnikiem, który mógł posłużyć jako donor i wznowienie prac związanych z kontynuacją doczytywania powierzchni. Dane na dyskach dzielone są podczas zapisu na bardzo wiele fragmentów i zapisywane są w różnych miejscach na powierzchni. Nawet standardowe zdjęcie dzielone jest na 4-8 fragmentów i zapisywane jest różnych miejscach na powierzchni – wszystko po to, aby ten zapis przyspieszyć. Mając więc 90% doczytanej powierzchni wcale nie można powiedzieć, że ma się 90% danych. W sytuacjach, w których brakuje 10% powierzchni, możemy mieć zarówno wszystkie pliki (takie sytuacje należą do rzadkości) jak i nie mieć żadnych (jeśli mówimy o 10% kluczowego obszaru powierzchni). Na tym etapie uznaliśmy, że weryfikacja 90% powierzchni pod kątem tego, co zawiera, będzie stratą czasu i przystąpiliśmy do kolejnej wymiany podzespołów oraz wznowienia prac związanych z doczytywaniem. Po sczytaniu 98% powierzchni przeszliśmy do doczytywania obszaru najbardziej zniszczonego. Po odczytaniu kolejnego 1% powierzchni (najbardziej zniszczonej) doszło do kolejnej awarii głowic.

Kamień z serca…

Po odzyskaniu 99% danych powstało pytanie, czy warto zakupić kolejny nośnik, by spróbować odczytać pozostały 1%.

– Biorąc pod uwagę sposób zapisu danych na dysku ze zlecenia oszacowaliśmy, że niedoczytany obszar powierzchni najprawdopodobniej nie zawierał danych, lub zawierał ich bardzo niewielką ilość. Dlatego przystąpiliśmy do kolejnego etapu dekodowania. Odczytane 99% powierzchni w postaci ciągu 0 i 1 przekształciliśmy do postaci danych otrzymując foldery oraz pliki w strukturze, którą użytkownik posiadał przed wystąpieniem awarii – wyjaśnił ekspert.

Laboratorium AVIDATA niezwłocznie przekazało mi poprzez Internet 30 GB najważniejszych dla mnie danych. Resztę plików, czyli około 250 GB, przesłano pocztą tradycyjną na dysku zewnętrznym. Zaskoczył mnie jednak wysoki poziom bezpieczeństwa, który towarzyszył temu procesowi. Pliki były zaszyfrowane, a kody do ich otwarcia przesłano osobno. Wszystko to na wypadek, gdyby dane trafiły one w niepowołane ręce. Co więcej, mój stary, uszkodzony dysk, zostanie wkrótce poddany profesjonalnemu zniszczeniu.

Nie sposób opisać mojego szczęścia, gdy otworzyłem plik z odzyskaną rozprawą doktorską – w końcu zaoszczędziłem wiele godzin pracy. Poza tym znów miałem na dysku wszystkie zdjęcia, ważne dokumenty… Nie ukrywam, że był to niezwykły dla mnie prezent. Dzięki warszawskim ekspertom mój problem został rozwiązany.

Kilka porad na koniec

Co można zrobić, by ustrzec się przed utratą danych z dysku? Najlepiej zapisać wszystkie ważne pliki w kilku miejscach – np. na dyskach zewnętrznych, w internetowej „chmurze” oraz regulanie je aktualizować. Jeśli jednak nie udało się tego zrobić, a dysk jest już uszkodzony, lepiej nie czekać i nie próbować naprawiać dysku na własną rękę (wówczas można bezpowrotnie stracić dane). Nie należy też powierzać swoich dysków firmom, które są niedoświadczone i nie posiadają właściwych sprzętów i pomieszczeń.

I choć wyspecjalizowane laboratoria odzyskujące dane nie należą do najtańszych, ich skuteczność jest bardzo wysoka. Jeśli więc wybierzemy profesjonalną placówkę o dużym doświadczeniu, możemy być niemal pewni, że odzyskamy wszystkie swoje dane. Ja miałem wielkie szczęście, gdyż pomimo poważnej awarii, eksperci odzyskali wszystkie moje pliki. I takiego samego szczęścia życzę wszystkim tym, którzy borykają się z problemem utraty danych.

Paweł Rogaliński

—-

Wywiadu udzielił Paweł Sowa z laboratorium AVIDATA.pl

2 KOMENTARZE

  1. Mocno udramatyzowana historia. Stwierdzenie uszkodzenia głowic jest relatywnie proste i specjalista zwykle trafnie wytypuje tę usterkę w ciągu kilku sekund od podłączenia dysku. A już na pewno bez trudu odróżni uszkodzenie mechaniczne od elektronicznego. I nie będzie katował tego dysku programami diagnostycznymi, czy do odzyskiwania danych, bo to nie ma sensu. Poza tym praca dysku z uszkodzonymi głowicami jest obarczona ryzykiem degradacji jego powierzchni. Dlatego szwagrowie i koledzy – informatycy, jakim brakuje wiedzy o zagadnieniach sprzętowych, wcale nie muszą otwierać dysku, żeby mu naszkodzić.

    Na pewno przy wyborze firmy odzyskującej dane warto się zorientować, czy ktoś, z kim rozmawiamy, jest merytoryczny i faktycznie ma wiedzę w tej dziedzinie. Zdecydowanie zalecałbym unikać firm obiecujących cuda na kiju, wyceniających zaocznie usługę bez diagnostyki nośnika, zwłaszcza, jeśli to wyceny w stylu „za gigabajt” (żaden profesjonalista tak nie robi), szczycących się skutecznością powyżej 90 % (w praktyce nie jest to możliwe, chyba, że do kogoś trafiają same proste przypadki), używających wobec siebie frazesów typu „światowy lider” i samozwańczych ekspertów. Z ekspertami jest, jak z damami – jak ktoś jest nim naprawdę, nie musi o tym przypominać, a będzie miał dorobek, jaki będzie o tym świadczył. I to dosyć uniwersalna zasada, a w każdym razie dobrze mi się sprawdza, kiedy sam szukam wykonawców różnych usług.

    Odzyskiwanie danych na drzwiach może sobie napisać każdy, ale warto zwrócić uwagę, czy jest to filar czyjegoś biznesu, czy jedynie dodatek do pogotowia komputerowego lub pisania stron internetowych. Dobrze jest wybrać kogoś, kto funkcjonuje w tej dziedzinie przynajmniej kilka lat. Po pierwsze – dlatego, żeby miał odpowiednie doświadczenie, a po drugie – nawiązując do wcześniejszego komentarza – te kilka lat, to czas, jaki eliminuje z zawodu tych, kto nie ma do tego serca, a bierze się za to jedynie dla pieniędzy. Przypadki bywają różne, a jednak lepiej trafić do kogoś, kto powalczy o naszego pacjenta, a nie rzuci go w kąt, kiedy trafi mi się prostsze lub bardziej lukratywne zlecenie.

    Dobór dawcy, to sam w sobie obszerny temat. Wbrew temu, co zostało napisane, nie muszą to być głowice z tej samej linii produkcyjnej i z tego samego okresu, ale właśnie takie najlepiej rokują. Czasem jednak można użyć głowic z innej fabryki, innego okresu, a nawet zupełnie innego modelu. Zdarzały mi się sytuacje, kiedy z braku odpowiedniego dawcy używałem kilku uszkodzonych bloków głowic, gdzie część głowic była uszkodzona, a część sprawna i dane wyciągałem czytając powierzchnię po powierzchni różnymi głowicami. Dużo zależy też od producenta – np. Seagate jest wyraźnie bardziej kapryśny od innych. Cena dawcy często zależy od tego, jak bardzo jest on unikatowy. Wyselekcjonowany przez wyspecjalizowaną firmę dawca – „biały kruk” potrafi kosztować nawet kilkadziesiąt razy drożej od „podobnego”, a jednak nieprzydatnego dysku z Allegro. I czasem dopiero po otwarciu potencjalnego dawcy i przeczytaniu oznaczeń na samym bloku głowic możemy mieć pewność, że będzie się nadawał. To też powód, dlaczego wyselekcjonowani dawcy potrafią kosztować po kilkaset euro.

    O adresowaniu danych, strukturach logicznych, algorytmach rozmieszczania plików na dyskach i przyczynach fragmentacji plików można by książkę napisać – ale tak jest. Można mieć kilka – kilkanaście % fizycznego odczytu, a klient będzie zadowolony, bo akurat tam będą najważniejsze rzeczy, a można mieć 99 % odczytu fizycznego i zamknąć proces niepowodzeniem. Odzyskiwanie danych jest o tyle trudne, że kiedy mamy do czynienia z usterką prostą i rutynową, jest szybko, tanio, dobry rezultat i w opinii klienta możemy być cudotwórcą nie wychodząc poza bardzo podstawowe procedury. Ale kiedy mamy do czynienia z naprawdę złożonymi problemami, jakich rozwiązanie wymaga wykazania się inwencją i pomysłowością, jest kosztowne i długotrwałe, a z pewnymi uszkodzeniami nie jesteśmy w stanie sobie poradzić nie dlatego, że ktoś nie umie, czy mu się nie chce, ale dlatego, że nie pozwalają na to prawa fizyki, możemy po wspięciu się na wyżyny kunsztu usłyszeć od klienta, że jesteśmy debilami, bo klient nie jest w stanie zrozumieć skali złożoności problemu i porównuje go z tym, jak zobaczył na youtubie, jak po podłączeniu do magicznego pudełeczka dane odzyskały się same. To też jest powód, dlaczego w celach reklamowych na ogół eksploatuje się przypadki łatwe i trywialne. One dają klientowi nadzieję i budują pozytywny wizerunek, jakiego nie da się zbudować wśród laików pokazując wielogodzinne analizy w hex-edytorze. Łatwiej ludziom zaimponować sztuczką manualną, jakiej nie potrafią powtórzyć, niż sztuczką intelektualną, jakiej nie potrafią zrozumieć.

    W każdym razie, żeby uniknąć kosztów, wysiłku i straty czasu związanej z klonowaniem „wolnego miejsca”, staram się jak najszybciej podejść do analizy metadanych systemu plików i wytypowania zajętego miejsca, a jeśli to możliwe – także położenia najważniejszych plików. Tak – czasem w trakcie pracy trzeba zmienić podejście, kiedy się okazuje, że to np. właśnie metadane są najbardziej uszkodzone. Wtedy nie zawsze jest możliwe odbudowanie struktury logicznej i czasem trzeba oddać klientowi pliki bez nazw, posortowane po typach.

    Co do samego sprzętu i wyposażenia – jak ktoś rozumie działanie dysków, często może sobie poradzić nawet prostymi narzędziami, ale specjaliści zwykle mają dobrze wyposażone laboratoria, bo to pozwala na zbudowanie odpowiedniej wydajności pracy. Ta wydajność jest potrzebna, by przetrwać na konkurencyjnym rynku usług dosyć trudnych i jednak tanich w relacji do tego, ile trzeba się nauczyć, ile zainwestować i jakie koszty materiałowe ponosić, żeby świadczyć te usługi na profesjonalnym poziomie. W drugą stronę to nie działa – tzn. jest sporo firm, jakie pokupowały sobie zabawki, jakimi nie potrafią się bawić. Często działa to na zasadzie dobrze rozwiniętego marketingu, robienia tylko tych zleceń, jakie da rady obsłużyć zautomatyzowanymi procedurami i kasowania pozostałych klientów za diagnostykę.

    Takie życie.

    Z pozdrowieniami dla kolegów z Avidaty:)

Skomentuj Jakub Anuluj odpowiedź

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj