Rozmowa z Justyną Rekść-Raubo – artystką wiolonczeli, viola da gamba i violone, a także organizatorką upowszechniania muzyki

2
Fot. Marta Ankiersztejn

Od dawna zachwycam się Justyną Rekść-Raubo, także moja rodzina – żona i córka. Przeto kontynuując swój cykl „muzyczny” w PD, postanowiłem nagłośnić Jej działania.

Artystka ukończyła warszawską Akademię Muzyczną im. F. Chopina w klasie wiolonczeli prof. Andrzeja Zielińskiego oraz Akademię Muzyczną w Krakowie w klasie violi da gamba i violone prof. Rainera Zipperlinga.

Od 1995 roku występuje w zespole „Musicae Antiquae Collegium Varsoviense” w Warszawskiej Operze Kameralnej, specjalizując się w wykonawstwie basso continuo.

Z sukcesem występowała już w wielu międzynarodowych festiwalach, takich jak: „Warszawska Jesień”,

„XIX Biennale Muzyki Współczesnej” w Zagrzebiu,

„Musica Polonica Nova” we Wrocławiu,

„Hofkonzerte im Podewil” w Berlinie, oraz

„KONTRASTY” we Lwowie.

Jest ponadto pomysłodawcą i współorganizatorem serii koncertów muzyki XX wieku „NONSTROM prezentuje” (w Zamku Ujazdowskim – Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie).

Zainicjowała byt „Kapeli Jazdowskiej”.

Z jej inicjatywy odbyło się dotąd wiele koncertów muzyki współczesnej: oprócz wspomnianego już „NONSTROM prezentuje” również:

„GALERIA MUZYKI AUKSO”,

„LAKMUS”,

„LUTOSFERY”, czy

„PROBÓWKA”.

Wraz z Markiem Mosiem jest również inicjatorem i dyrektorem festiwalu „LETNIA FILHARMONIA AUKSO”, który przez 20 lat odbywał się co roku na Suwalszczyźnie, a przez 5 lat także w Pieninach.

 

Karol Czejarek (Karol): Pani Justyno, serdecznie gratuluję tak wielu dokonań!

Justyna Rekść-Raubo (Justyna): Bardzo Panu dziękuję!

Karol: zapytam jednak, czy nie czuje się Pani już nieco zmęczona swoimi rozlicznymi działaniami?

Justyna: O… zadaje mi Pan to pytanie w momencie, kiedy rzeczywiście jestem tym wszystkim „dość specyficznie” zmęczona – kreacją, tworzeniem i odtwarzaniem.

Karol: I jak się dowiedziałem – pracowała Pani aktualnie nad wydaniem jubileuszowego albumu dotyczącego „Letniej Filharmonii AUKSO”!

Justyna: Owszem! I siedząc zanurzona po uszy w dokumentach i fotografiach z tamtych lat, od samego czytania i oglądania byłam rzeczywiście zmęczona, zwłaszcza „organizacyjnie”.

Przypominam sobie różne sytuacje i uświadamiam, że chyba wypierałam te wszystkie przeciwności losu, bo o nich autentycznie zapomniałam. Odnoszę wrażenie jakbym podczas organizacji wydarzeń muzycznych miała włączony taki tryb energetyczny, który sprawia, że kłopoty i kwestie problematyczne stanowią jakiś samonapędzający mechanizm motywujący do działania. Lubię rozwiązywać problemy, choć jest to cecha przypisywana raczej mężczyznom.

Karol: A niby dlaczego tylko mężczyznom, jak Pani to uzasadni?

Justyna: Ja z pewnością jestem dość zdecydowana w organizacji, Zadaniowa. Jest problem – trzeba go rozwiązać, zlikwidować. To trochę tak, jak w grze komputerowej: zestrzeleni wrogowie znikają z pola widzenia. Śmieję się, że kiedy miałam przyjść na świat, rodzice spodziewali się chłopca. Miałam być Tomkiem (uśmiech) – może właśnie tutaj owa męska zadaniowość dochodzi u mnie do głosu?

Karol: Udowodniła Pani już „setki” razy, że i kobiety są świetnymi organizatorami!

Justyna: Dziękuję… Przy całej determinacji płciowej zapisanej w naszym mózgu – każdy korzysta i z prawej, i z lewej półkuli. Pytanie, ile z której i czy dążymy do jakiegoś zrównoważenia i pełni? Z pewnością w organizacji tego rodzaju kulturalnych przedsięwzięć przydaje się z drugiej strony także kobieca empatia i gotowość do służebności w pewnym zakresie.

Karol: I za to właśnie podziwiam Panią!

Justyna: Znów dziękuję. Ale nie powiem odkrywczo, że w życiu warto pilnować równowagi! (uśmiech) Dość niespokojna wyobraźnia zawsze mi dostarczała kolejnych celów artystycznych, którym ta moja zadaniowość służyła. A – wracając do Pańskiego pytania na początku naszej rozmowy – potwierdzam, że „to wszystko”, o czym tu mówimy, potrafi być męczące. Dlatego warto robić przerwy i po każdej aktywności odpoczywać. Zresztą nie tylko z powodu zmęczenia, ale także po to, żeby spojrzeć na osiągnięcia z pewnej perspektywy. Stanąć obok.

Karol: To, co Pani robi, to WIELKIE akty twórcze; zgadzam się, że one męczą, ale jednocześnie dostarczają ogromnej satysfakcji?

Justyna: O tak. Przyznaję, że lubię i chcę być twórcza! Zwłaszcza, gdy coś powstaje z niczego. Wtedy dochodzi do tej niezwykłej artystycznej symbiozy pomiędzy publicznością a wykonawcami.

Zawsze się cieszę, gdy ideowy zamysł realizuje się realnie, żeby nie powiedzieć: materialnie. Zwłaszcza w tej specyficznej materii, jaką jest dźwięk – roztoczony na żywo w jakiejś szczególnej przestrzeni architektonicznej. A konsekwencje tego procesu zostają w ludziach po obydwu stronach sceny na długo.

Karol: Tak, jak onegdaj… decyzja o nauce gry na skrzypcach pewnej kelnerki w Domu Pracy Twórczej w Wigrach…?

Justyna: (uśmiech) Tak!… W zeszłym roku usłyszałam od miłej kelnerki w restauracji w poklasztornym ośrodku w Wigrach, gdzie „Letnia Filharmonia AUKSO” miała swoją bazę przez kilkanaście lat, że nasze koncerty sprawiły, iż zapragnęła uczyć się grać na jakimś instrumencie i poszła do szkoły muzycznej. Przyznaję, że pojawiło się wtedy u mnie dumne poczucie SPRAWCZOŚCI. Wyobrażam sobie, że to może uzależniać, podobnie jak władza czy każda inna praca.

Karol: Zgadzam się – ale „akty twórcze” dostarczają nam poczucia szczególnej satysfakcji, czyż nie mam racji?

Justyna: Tak, to taki specyficzny „rząd dusz”, który też czuję, kiedy sama występuję.

Karol: Podziwiam Panią, że potrafi działać NARAZ w różnych kierunkach kreacji…

Justyna: Ja rzeczywiście z przyjemnością działam jednocześnie w różnych sferach aktywności – począwszy od organizacji koncertów, poprzez wykonywanie muzyki i indywidualne przybliżanie słuchaczom mojego muzycznego świata, aż po… inicjowanie nowych akcji artystycznych. Niedawno miałam też pierwsze doświadczenie z komponowaniem.

Karol: Czego mianowicie jeszcze się Pani podjęła?

Justyna: Napisałam muzykę do filmu dokumentalnego p. Barbary Grzybowskiej, której bohaterem jest bardzo ważna dla mnie postać – prof. Andrzej Strumiłło.

Karol: Tak! Zmarły niedawno – to ważna osobowość w skarbcu naszej kultury! Co Panią z Nim wiązało?

Justyna: Andrzeja Strumiłło poznałam równo 20 lat temu… To ciekawe – teraz sobie uzmysłowiłam… – był dokładnie koniec sierpnia 2000 roku, kiedy przyjechaliśmy z „Letnią Filharmonią AUKSO” nad Wigry po raz pierwszy. Pan Profesor był obecny na tym koncercie… Miał magnetyczną osobowość. Miał ten dar łączenia sacrum i profanum, który jest dany nielicznym. Człowiek chciał przebywać w Jego towarzystwie. Zwłaszcza w sferze myśli artystycznych, filozofii czy w poszukiwaniach inspiracji, ale też spokoju i naturalnej refleksji – lgnęło się do Niego. To, co stworzył w Maćkowej Rudzie to prawdziwa instytucja kultury. Bardzo ciekawie zapowiada się kontynuacja tej kulturotwórczej siły, którą zainicjował nestor Andrzej w aktywności Jego dzieci – Anny i Rafała oraz wnuków – Janka i Kuby. Każda z tych postaci to odrębny, piękny i twórczy świat. Podziwiam ich, bo jak mawia moja przyjaciółka – poetka: „pod wielkim dębem nic nie rośnie”… A oni są samodzielnymi artystami, idącymi w tak różne strony… Prawdę mówiąc – jest to dla mnie w pewnym sensie też artystyczny dorobek profesora Strumiłło – nie wiem czy przez niego samego doceniony…

Karol: Dziękuję, że przypomnieliśmy Profesora przy okazji naszej rozmowy. Ale chciałem jeszcze zapytać, jak znosi Pani obecną „pandemiczną” rzeczywistość?

Justyna: Czas zarazy to trudna kwestia. Cała nasza kreatywna branża próbuje teraz swoich sił w przestrzeni internetowej, ale są to dla mnie jedynie rozpaczliwe próby oszukania rzeczywistości. Tak jak platformy komunikacyjne i to, co nazywamy mediami społecznościowymi – nie zastąpią bezpośredniego kontaktu człowieka z człowiekiem, tak streaming nie zastąpi przeżycia koncertowego.

Karol; Zgadzam się z Panią! Ale kiedyś ten paskudny wirus musi się przecież skończyć?!

Justyna: Szczerze mówiąc – ja tak nie myślę. To, z czym borykamy się chyba najbardziej, to lęk z powodu niewiedzy i niepewności przyszłości, ale czuję, że raczej prędzej my musimy się nauczyć z nim żyć i zdobyć odporność społeczną. Już próbujemy jakoś zorganizować się w tych pandemicznych okolicznościach, vide – powoli organizowane w nowych warunkach koncerty…

Karol: Zatem, kiedy i gdzie zobaczymy Panią znów na estradzie?

Justyna: Bardzo się cieszę, że Pan o to zapytał. Nie tylko dlatego, że sama jestem wciąż w artystycznym „poście” i nie mogę się doczekać normalnych występów – bez ograniczeń dla publiczności. Ale również z tego powodu, że jestem tuż po wznowieniu działalności performatywnej. 16 sierpnia znowu zagrałam po raz pierwszy z moją ulubioną orkiestrą – AUKSO! No i z Kubą Monowidem – kontratenorem, z którym występujemy w Warszawskiej Operze Kameralnej już od wielu lat. To był koncert w suwalskiej Konkatedrze, ale nie w ramach Filharmonii, której kontynuacji tymczasem nie planujemy, ale z okazji 300-lecia założenia miasta. A pierwszy prawdziwy koncert po pandemicznej przerwie zagrałam 12 sierpnia w przepięknym Zamku „Na skale” w Trzebieszowicach. Polecam to miejsce z niezwykłą historią i oryginalnymi artefaktami związanymi z Alfonsem Muchą. No, a potem 14 sierpnia, w niezwykłych okolicznościach – w pobliżu cudownej Jaskini Radochowskiej koło Lądka Zdroju.

Karol: Proszę o kilka zdań o tym miejscu.

Justyna: Jak zwykle dużo zależy od gospodarzy takich miejsc. I tak, jak w przypadku Zamku „Na skale” – niezwykłą wyobraźnią i odwagą inwestycyjną wykazali się właściciele – Pani Danuta Nojszewska i Pan Zbigniew Nojszewski, tak i w przypadku jaskini – również tu genius loci dopełniają ludzie. To niezwykłe miejsce jest pod opieką kreatywnych i energicznych Państwa Natalii i Zbigniewa Piotrowiczów. Kiedyś zagrałam tam na wiolonczeli bardzo kameralny (dla 30 osób) „minirecital” – w środku jaskini, tuż nad oczkiem wodnym. Była świetna naturalna akustyka. Co ciekawe – bez względu na porę roku jest tam stała temperatura + 9 stopni. A tym razem tuż przed wejściem do Jaskini, w plenerze zagraliśmy nowy program dedykowany muzyce dawnej i tradycyjnej pt. „Woda i ogień”, razem ze śpiewaczką i cymbalistką Anią Brodą. Zaprezentowaliśmy utwory obrzędowe związane z kultem żywiołów ujętym w kalendarzu słowiańskim. Poza Ani śpiewem (i moim nieśmiałym wtórowaniu głosem) można było usłyszeć różne viole da gamba, wiolonczelę, duduk oraz dudy – w trio wystąpił z nami także Jacek Mielcarek.

Karol: Pani Justyno szanowna, gratuluję tego przedsięwzięcia! Ale nie kończymy jeszcze naszej rozmowy, zachłanny jestem na Pani dalsze działania i osobiste granie. Kiedy znów będzie można Panią posłuchać (i zobaczyć) w Warszawie? A może ma Pani już jakieś pomysły na rok przyszły? Czy imprezy, które Pani do tej pory organizowała na Wschodzie Polski i w Zamku Ujazdowskim będą kontynuowane? I kiedy planuje się wydanie albumu, nad którym Pani pracuje?

Justyna: O, jak dużo pytań zadał mi Pan naraz?! Ale idąc od końca:

Pierwsza wersja albumu ujrzała światło dzienne miesiąc temu. Książka ma 128 stron i wydałam ją własnym sumptem, narazie w symbolicznym nakładzie. Ale drugie wydanie – rozszerzone, które będzie zawierać również dokumentację tego, co wydarzyło się w Pieninach – powstanie w końcu roku. To zależy od środków, które uda się zebrać – proszę niech Pan trzyma kciuki!

Karol: Będę!

Justyna: Co do projektów polsko-litewskich – jest to temat szczególnie bliski memu sercu, ze względu na fakt, iż moja Mama urodziła się w Wilnie. Szczęśliwie tak się potoczyło moje życie zawodowe, że mam związki z tamtejszym środowiskiem muzycznym. W 2018. udało się w pewnym sensie zrekonstruować czy raczej stworzyć domyślną wersję (kompozytorem był włoski klawesynista mieszkający na stałe w Polsce – Marco Vitale) zaginioną operę „Porwanie Heleny” Marco Scacchiego. W XVIII w. była ona wykonywana na dworze w Wilnie i w Warszawie – niestety, partytura nie została odnaleziona… Wcześniej z kolei – między 2011 a 2013 rokiem zamówiłam serię utworów na viole da gamba. Napisali litewscy kompozytorzy m.in.: Kutavicius, Germanavicius, Martinaitis, ale i Polacy: Konieczny, Duchnowski, no i Antoni Miłosz…! Cieszę się znajomością z synem poety. A że Pan Antoni jest również twórcą – muzykiem i kompozytorem i parę lat temu napisał naprawdę kapitalny utwór na mój koncert dyplomowy podczas studiów w Krakowie, za co jestem Mu bardzo wdzięczna – to mam nadzieję na realizację kolejnych wspólnych pomysłów. Mój związek z Zamkiem Ujazdowskim zakończył się w roku 2015, co było dla mnie wówczas niespodziewane, bo nastąpiło w tydzień po bardzo udanej pierwszej edycji Biennale BASSO. Niestety – obserwując ze zdumieniem, co dzieje się tam muzycznie – nie sądzę, żeby to, co robię znalazło uznanie obecnych władz CSW. Myśląc o tej instytucji czuję dziś żal i smutek, zwłaszcza, kiedy przypominam sobie i porównuję pozycję, jaką na mapie wydarzeń w muzyce współczesnej piastował Zamek w czasach koncertów mojego zespołu NONSTROM, ale i wcześniej…

Natomiast z wielką niecierpliwością czekam na wspólny występ z Andrzejem Jagodzińskim w Warszawie. W ramach programu bachowskiego, który opracował nasz czołowy jazzman, znajdzie się miejsce dla solowo potraktowanej violi da gamba – to już 18 i 19 września w Basenie Artystycznym w Warszawie. A czekam tym bardziej, że tuż przed nastaniem pandemii zdążyliśmy odbyć jedną próbę i wiem dobrze, za czym tak tęsknię… Przyszły rok, mam nadzieję, będzie rokiem budowania kolejnych programów solowych – to forma, którą chciałabym rozwijać, grając przede wszystkim akustycznie, ale także z niewielką elektroniką (looper). To powinno się pokryć z pracą nad solową płytą i nad pewnymi działaniami edukacyjnymi….

Karol: … a cóż to za wyzwanie?

Justyna: Przy okazji opracowywania witryny internetowej na temat violi da gamba, chcę nagrać dwa pierwsze programy edukacyjne na temat tego instrumentu. Często opowiadam o historii i specyfice różnych viol da gamba podczas swoich recitali. Dawno mnie kusiło, żeby coś z tego zarejestrować. Mam w głowie serię takich programów, ale tymczasem – dzięki „pandemicznemu stypendium ministerialnemu”, jak je nazywam, powinno udać się stworzyć pierwsze dwa odcinki.

Karol: Pani Justyno, co można do tego, co Pani zapowiada jeszcze dodać? Tylko gratulacje i życzenia, aby to wszystko SIĘ SPEŁNIŁO. A znając Panią i używając Pani słownictwa – wierzę, że zmaterializuje się NA PEWNO!

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Poprzedni artykułPremier League: Chelsea wraca na szczyt…
Następny artykułW cieniu koronowirusa. Polityka Trumpa wobec Chin
Karol Czejarek
Karol Czejarek, doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa; magister filologii germańskiej, tłumacz przysięgły z języka niemieckiego; członek Związku Literatów Polskich; profesor nadzwyczajny b. Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora, wieloletni adiunkt - kierownik po. Zakładu Kulturoznawstwa Stosowanego w Instytucie Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego; nauczyciel mianowany j. niemieckiego w szkołach średnich; przedstawiciel stowarzyszenia „ost-west-forum Gut Goedelitz” w Warszawie. Inicjator i redaktor (wspólnie m.in. z Tomaszem Pszczółkowskim), Biografii polsko-niemieckich pt. „Historia pamięcią pisana”, „Polska między Niemcami a Rosją” oraz Redaktor „Dzieł zebranych Hansa Hellmuta Kirsta”. Autor książek: „Nazizm, wojna i III Rzesza w powieściach Hansa Hellmuta Kirsta”, monografii o Annie Seghers, antologii niemieckich pisarzy wojennych pt. „Sonata wiosenna”, gramatyki niemieckiej „Dla ciebie” (wspólnie z Joanną Słocińską), oraz spolszczenia (z synem Hubertem) „Collins German Grammar” i „Collins Verb Tables” (przy współudziale Ewy Piotrkiewicz-Karmowskiej). Współautor publikacji „Polen – Land und Leute” oraz albumów „Polska” i „Szczecin”. Członek Komitetu Naukowego Międzynarodowej Konferencji nt. „Praw człowieka” w Sejmie RP Przełożył z j. niemieckiego m.in. Georga Heyma, Guentera Kunerta, Hansa Hellmuta Kirsta, Hansa Walldorfa, Christy Grasmeyer, Heinera Muellera. Wykładał m.in. Historię literatury niemieckiej, Metody nauczania j. obcych, Problematyka UE i Globalizacji oraz prowadził ćwiczenia m.in. ze sztuki tłumaczenia i znajomości praktycznej j. niemieckiego. Również (na UW, jak i AH w Pułtusku) – seminarium magisterskie. Autor licznych artykułów i recenzji; aktualnie zastępca red. nacz. Przeglądu Dziennikarskiego. Przed rokiem 1990 – m.in. kierownik księgarni, sekretarz Szczecińskiego Towarzystwa Kultury, dyr. Wydziału Kultury PWRN w Szczecinie; dyrektor Centralnego Ośrodka Metodyki Upowszechniania Kultury, dyr. Departamentu plastyki w Ministerstwie Kultury i Sztuki, dyr. Wydziału Kultury Urzędu m.st. Warszawy i Dyr. dep. Książki MKiS.

2 KOMENTARZE

  1. Przeczytałem rozmowę z Panią Justyną Rekść Raubo z wielkim zainteresowaniem i jestem pełen podziwu nie tylko z powodu Jej dotychczasowych osiągnięć, ale także z racji niespożytych pokładów energii twórczej i planów na przyszłość bliższą i dalszą. Pani Raubo jest wspaniałym przykładem i jednocześnie dowodem na to, że można w naszej „trudnej” Ojczyźnie zajmować się z powodzeniem czymś dużo bardziej budującym naszą dumę niż „rozdygotana”, rujnująca narodowy dorobek polityka. Chwała Jej za to, a Tobie, drogi Karolu, za wynajdywanie takich mało znanych ogółowi bohaterów. Wielkie dzięki za rozmowę i życzenia następnych, podobnie ciekawych wywiadów.

  2. Przeczytałem wywiad z wielkim zainteresowaniem oraz admiracją dla Obojga Państwa. Pod opieką Karola Czejarka poznawałem tajniki zarządzania kulturą niemal równo 40 lat temu. A Panią Justynę Raubo Rekść poznałem gdy wiosną 2000 roku, organizując pierwszą edycję Akademii AUKSO na Wigrach, odwiedziła mnie w ministerstwie szukając wsparcia… serdecznie pozdrawiam – Pani Justyno i Karolu. Gratuluję tej rozmowy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here