Recenzje powieści Zbigniewa Kosiorowskiego pt. „Metanoia”

0

Mateusz M. Szczeciński

Przemiana, albo rozbitek korpuskularno-falowy

 

Najnowsza powieść Zbigniewa Kosiorowskiego to wielowątkowa podróż kreślona w czasie (początek lat 80-tych: schyłek realnego socjalizmu, apartheid i wojna falklandzka), na rozległych akwenach (Bałtyk, Atlantyk, Ocean Antarktyczny*) i wielu lądach (Kapsztad, Falklandy, Buenos Aires, Hiszpania, NRD i PRL). Wyprawa eksplorująca różne literackie konwencje, toposy i narracyjne archetypy. Jej epicki horyzont  zdarzeń to oczywisty hołd składany przez autora własnym i niegasnącym fascynacjom – podróżniczym, żeglarskim i marynistycznym (w rozumieniu conradowsko-melvillowskim). A zarazem pełnokrwista narracja, z bogatą faktografią i rozmachem przypominającym ostatnie książki Pereza-Reverte. Ten hiszpański duch opowieści-przygody, kunsztownie przeplatanej i wielogłosowej, z barwnym językiem i warstwową strukturą, a zarazem głębszym przesłaniem, nie pojawia się tu przecież przez przypadek (i bynajmniej z powodów tak oczywistych, jak lokalizacja akcji w Kadyksie czy Sewilli).

Bohatera powieści poznajemy jako rozbitka, który się uratował (choć niekoniecznie przeżył i doczekał finalnego wybawienia), ale szerzej również i kogoś, kogo spotkały wielkie życiowe niepowodzenia. Ocalał z katastrofy. A gdyby tak przyjąć, że może nie chodzić tu wprost o tego, który się rozbił, lecz bardziej o kogoś, kto sam uległ rozbiciu, kto został  r o z b i t y, roztrzaskany i rozszczepiony – jak atom, na cząstki elementarne?

Rozbijanie atomów, reakcja łańcuchowa i kwantowe splątanie – czy w powieści tak słonej od morskiej wody jest miejsce na pojęcia zaczerpnięte z nauk ścisłych? A jednak dziwnie przecinające się trajektorie bohaterów, wzajemne przyciągania międzyludzkiej grawitacji, plątanina nawiązań i korelacji właśnie tak pozwalają się opisać. Energia uruchamiająca i wyzwalająca się podczas aktu  r o z d a r c i a, lub może wręcz do niego sama doprowadzająca. Którego echo powraca wielokrotnie, i rezonuje w nieoczekiwany sposób. Einstein tłumacząc naturę niepojmowalnych dla nas kwantowych powiązań między niewyobrażalnie dalekimi obiektami mówił wprost o spooky action at the distance – upiornym oddziaływaniu na odległość. Możliwym zatem i na dystansie wielu mil morskich. Wielu istnień, i wielu lat.

Wreszcie proces odwrotny – ponownego scalania, rekonwalescencji i dostrajania. Czy po  r o z p a d z i e  taka operacja może się powieść? Jeśli zaś tak, to jaki byłby jej koszt i konsekwencje? Może ceną byłaby równie gwałtowna erupcja – potrzeby przyznania się, a raczej rozgrzeszenia, jakiegokolwiek – choćby nawet za urojone, przyśnione jedynie winy. Metanoia, czyli duchowa przemiana, radykalne przeistoczenie czy wręcz nawrócenie. Porzućmy zatem już popularno-naukowe
(wy-) wody, i obierzmy azymut dla szerszej interpretacji kierując się mottem książki, zaczerpniętym przecież z „Jądra ciemności”. Mroczność fabuły w jej sensacyjnej kanwie oraz wartkości akcji służą tu czemuś więcej, niż jedynie fascynowaniu zbrodnią i odkrywaniem jej kulis, tragicznych przypadków i omyłek w świecie niejasnych interesów. Świecie, w którym jednostka, uwikłana w różnorakie wojenno-agenturalne brudne gry, brutalną politykę, wydaje się skazana na przegraną, na smutny koniec, śmierć. W Notatnikach Camusa Don Kichot przyznawał – „Tak, walczyłem z wiatrakami. Jest bowiem rzeczą głęboko obojętną, czy walczy się z wiatrakami, czy z olbrzymami. Tak bardzo obojętną, że łatwo je pomylić. Mam metafizykę krótkowidza.” Podążając dalej śladem Cervantesa (może i Calderona), łatwo można już dostrzec na horyzoncie liliową plamę lawendowych pól Kastylii i poczuć niezwykły, wciągający zapach tysięcy miododajnych kwiatów – w rzeczywistości chyba bardziej chroniący praktycznych mieszkańców prowincji przed plagą skorpionów i uciążliwych pająków.

 

„METANOIA”; współczesna powieść sensacyjna, złożona z 16 rozdziałów, 360 stron.

 

 

Joann Dżaman

 

Kolejna powieść Zbigniewa Kosiorowskiego Metanoia to próba opisania złożoności ludzkiego losu zawieszonego w konglomeracie historii, sytuacji, chwil, w których może się znaleźć każdy, a przed którymi nie można uciec.

Autor, jak Quentin Tarantino w Pulp fiction, początkowo prowadzi nas przez pozornie niepowiązane obrazy, sceny z życiorysów, konflikty i wydarzenia początku lat osiemdziesiątych XX w. Plastycznie i z niezwykłą starannością odmalowuje realia, które z jednej strony są tłem, a z drugiej motorem, motywacją, a niekiedy usprawiedliwieniem czynów. Wiatr historii, burza losów, sztorm wydarzeń. Rejs przez morze od kontynentu do kontynentu, od tonącej w mroku stanu wojennego Polski przez targane eksplozjami sporne Falklandy i tkwiącą w apogeum apartheidu Afrykę Południową po baskijskich separatystów i handlarzy narkotyków. Kiedy bohater podaje w wątpliwość sens okupionej ofiarami walki o kupę kamieni, gdzieś na zapomnianym krańcu świata, słyszy w odpowiedzi: Jak to nie było o co walczyć? Przecież Argentyńczycy i Angole znaleźli tu niewyczerpane pokłady drogocennego honoru i patriotyzmu.

Refleksje i retrospekcje powoli splatają się niczym rybacka sieć i wyłaniają obraz bohatera, marynarza polskiej floty połowów dalekomorskich, o którym z całą pewnością można powiedzieć, niczym o Charlie’m Marlowe, „że nie był on typowym przedstawicielem swojego zawodu. Był marynarzem, ale był też wędrowcem”. Pełnym niezgody na niesprawiedliwość, czy też może na to, co za niesprawiedliwość uważał. Zmiany, które zachodzą w bohaterze nie są wynikiem jedynie przypadku, raczej dowodem jego wrażliwości i deklaracją opowiedzenia się po tej dobrej stronie. Czy jednak zawsze można wybrać dobro, czy dobro istnieje? Czy istnieje racja, a jeśli tak, to kto ją ma? Czy dopiero uderzenie skrzydłem wiatraka pozwala zobaczyć prawdziwego przeciwnika i o co toczy się walka? A może to wciąż ułuda i szlachetne pobudki leżące u podstaw łajdackich czynów.

Podejmowane decyzje wpływają niewątpliwie na nasz los, ale wpływają również na los innych ludzi. Bohater dowodzi, że ludzie morza mają swój kodeks honorowy. Czy można się rozliczyć z przeszłością tak, żeby było sprawiedliwie?

A pokuta? […] – Sumienie nie pozwoli Ci zapomnieć. To wystarczająca kara.

Kluczem do odczytania powieści jest jej tytuł – metanoja, którą: „Słowni­ki greki klasycznej czy też specjalistyczne dotyczące greki biblijnej (…) tłumaczą na poziomie etymologicznym (…) jako: zmiana myślenia, przemyślenie po zaistniałym zdarzeniu, odwró­cenie myśli, zmiana wewnętrznego usposobienia”*.

Autor, odmalowując głównego bohatera, wydaje się przedstawiać jego życiorys nierealnie – „to za dużo na jedne życie, to niemożliwe, by tyle mogło kogoś spotkać” (takie myśli nasuwają się podczas lektury). Zabieg ten pozwala jednak wyraźnie pokazać skrajne reakcje, emocje – wielowymiarowość człowieczeństwa, pobudek, czynów. Staje się przestrogą przed jednoznacznością ocen, które jesteśmy tak często skłonni wydawać. Jednocześnie ten zabieg kontrastuje z wyjątkowym realizmem faktograficznym o wojnach już zapomnianych, a tak nieodległych.

 

* Cyt. za J. Duda, Radość z nawróconego grzesznika. Metanoia w nauczaniu Orygenesa, VOX PATRUM 32 (2012), t. 58, s. 267.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here