Pytania do dziennikarzy analityków

0

Co to znaczy, kiedy Vance uważa, że wrogiem Europy jest ona sama? Przez swoją demografię i obyczaje? Bezkrytyczne wpuszczanie imigrantów, w czym Europa rzeczywiście nabroiła, chyba już nie razi, skoro właśnie zostało mocno skorygowane. Tolerancja wobec osób o niejednoznacznej orientacji płciowej też chyba nie, skoro się równocześnie nie określa, jak mają żyć i włączać się w społeczeństwo ludzie, którym sama natura zwichrowała geny. Wolna aborcja? Ta nigdy nie przestanie być problemem etycznym (z tych poza penalizacją). „Ograniczanie wolności słowa” dla nacjonalistów, którzy czują się niedowartościowani?  Lęk oligarchii finansowej przed nieobliczalnością nietrzymanych w ryzach „ludzi niepotrzebnych”? Niedostateczny zbyt w Europie amerykańskich towarów? Wszystko to razem, ale nade wszystko poczucie „bycia wyzyskiwanym”, ponieważ wspieranie wojny w Ukrainie nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, a skoro „Ukraina jest daleko”, to i Europa się oddaliła, bo jest bogata, a zbyt mało przynosi pożytku Ameryce? Jakkolwiek jest, zachwiała się wspólnota wartości świata zachodniego – prawa człowieka, umieszczane dotychczas na jego symbolicznym sztandarze. Czy ktoś zdefiniuje je na nowo, czy to ich ostateczny kres, jak przewidywali katastrofiści? A może to tylko kres amerykanizacji Europy, procesu przebiegającego dwoma silnymi fazami, po pierwszej i po drugiej wojnie światowej?

Co to znaczy, że Rosja chce „mieć wpływ” na Ukrainę, a w szerszym wariancie na cały obszar, który przez krótszy czy dłuższy czas był łupem jej imperium, więc przede wszystkim kraje nadbałtyckie i znaczna część Polski z Warszawą? Wpływ na co? Podczas zaborów wpływ ten, ograniczając swobody narodowe, stawał się zarzewiem sprzeciwu, spiętrzonego w zbrojnych  powstaniach. W latach Polski Ludowej tolerował wychowanie w duchu patriotycznym wszystkich warstw zmieniającego swoje siedziby historyczne i strukturę społeczną narodu, ale zarazem naciskiem na represje i cenzorskie cięcia pozbawiał tradycje narodowe ich integralnych składników. Dla Rosji wszystko, co było wobec niej krytyczne, stanowiło „nacjonalizm”, w czasach komunizmu nazywany „burżuazyjnym”, potem „faszystowskim”, „nacjonalistycznym” lub wręcz „nazistowskim”. Tak nazywano przywódców Armii Krajowej, Mikołajczyka, ale także Gomułkę i ludzi Solidarności en gros – i wszędzie tu czynni byli nie tyle Polacy, co „ludzie Kremla”. Tak tak, jakby ktoś napadł na kogoś, i zarzucał mu potem, że on go nie lubi. Ukraina, która po rozciągających się na stulecia zmaganiach jako ostatnia w obszarze europejskim (wyłączając Białoruś) zwieńczyła ruch narodowowyzwoleńczy stworzeniem własnego niezależnego państwa, doświadczyła agresji pod wysłużonym pretekstem walki z „nacjonalistycznym wrogiem”. Jak gdyby z samej swojej natury to państwo musiało być antyrosyjskie, choć współpracę z Rosją łatwo było sobie wyobrazić jako korzystną dla obu stron bez gwałcenia uczuć narodowych (może teraz trudniej ze względu na zadane Ukraińcom głębokie rany, trwale znaczące pamięć historyczną). Wojna na wschodzie Ukrainy toczyła się jeszcze zanim zgłosiła ona aspiracje do NATO. Rosja najpierw posłużyła się pretekstem ochrony ludności rosyjskiej, a kiedy sukces był umiarkowany, uderzyła całą siłą. Wystarczy zajrzeć do atlasu historycznego, aby się przekonać, jak stosunkowo świeżej daty jest panowanie imperatorskiej Rosji nad obszarem etnicznie ukraińskim, a znacząca jego część znalazła się pod zwierzchnością radzieckiej Rosji dopiero jako zdobycz w drugiej wojnie światowej. Czy chodzi więc w istocie o mistyczną wizję Wielkiej Rusi (ze stolicą nie w Kijowie, jak w odległej przeszłości, lecz w Moskwie), czy, mówiąc językiem marksizmu, zautonomizowana i nostalgiczna „nadbudowa” nie zdominowała gruntownie odmienionej „bazy”? Bo czym innym miałoby być to „odzyskanie wpływu”, jeżeli nie dominacją polityczną w starym stylu? Ukraińcy takiej dominacji nie chcą, kojarzy im się ona z rusyfikacją, i to jest prawdziwym powodem zbrojnego odporu, reszta to „akcesoria”.

Posiadanie nie oznacza we współczesnym świecie wyłącznie inkorporacji, istnieje poza tym poczucie wspólnoty połączone z solidarnością i swobodnym przekraczaniem granic. Czy wolny Rosjanin nie czułby się w wolnym Kijowie też jak u siebie, tak samo jak Ukrainiec w Petersburgu, Polak w Dreźnie, a Niemiec we Wrocławiu? Tą większą całością jest Europa i czy nie inaczej potoczyłyby się jej losy, gdyby Rosja okazała się w odpowiednim czasie bardziej podatna na wysyłane w jej stronę sygnały?

Jest cechą wszystkich znanych z historii dyktatorów, że czują się nie dość szanowani i podziwiani: już ja im pokażę, co to znaczy nie liczyć się ze mną! – i zarażają tym własne narody. Widać to u Putina, oby ustrzegł się przed tym Trump, który używając obraźliwych określeń jawnie ogłosił, jacy przywódcy państwowi godni są sprawowania władzy, a jacy nie, jak to czynili sekretarze sowieccy wobec zwasalizowanych krajów (wtedy był przynajmniej szyld internacjonalistycznej wspólnoty ruchu komunistycznego, dziś wystarczy imperialistyczna wola). Proszę też przyjrzeć się figlarnym wpisom prezydenta Federacji Rosyjskiej. W cywilizowanych krajach takie słowa wypowiadane są za pośrednictwem dziennikarzy na łamach prasy brukowej.

Ameryce nikt nie odbierze „number one” w rozszerzaniu obecności ludzkiego geniuszu na obszary kosmosu, bo trudno o większy wymiar antropologicznej i pasji, i misji poznawczej. A co się stało z geniuszem rosyjskim? Czy całkiem ugrzązł w wynalazkach zbrojeniowych? Gdzie są idee i dzieła najbardziej dziś potrzebne ludzkości? Czy tylko dlatego nie słychać o wybitnych filmach rosyjskich, że się ich w Polsce nie wyświetla?

Andrzej Lam

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj