Czy z neologizmu „ministra” można się jeszcze wycofać? Prawie wszyscy służebnicy mediów połknęli go jak kluskę. Tymczasem wszystko przemawia za tym, żeby rzeczowniki nazywające stanowiska urzędowe były dwurodzajowe: pan i pani prezydent, pan i pani premier, pan i pani minister, ten i ta wojewoda, starosta, burmistrz i wójt. „Budujemy mosty dla pani starosty” – to brzmi całkiem dobrze. Inna praktyka wymagałaby zmiany tekstu konstytucji, ale jak to przeprowadzić konsekwentnie? Wchodząca już w użycie „premierka” brzmi jak licha premiera, ale przynajmniej jest językowo poprawna. Wojewodzina czy starościna to słowa o już zajętym znaczeniu, dla małżonek. Może w szaleństwie feminatywnym: „wojewódka”, „burmistrzka” i „wójtka”?
Poprawna byłaby „ministerka” (tak mają Czesi), ale po polsku kojarzy się niepoważnie, jak frajerka, a sprzeczna z polską morfologią „ministra” (po francusku le ministre i la ministre, w niemieckim przyjęła się naturalna w tym języku końcówka: Ministerin, Kanzlerin) brzmi grubo i niekobieco. Wyobraźmy sobie zdanie: „Pięć ministr jest w rządzie”. Czy nie ładniej powiedzieć: „Pięć kobiet w randze ministra”? Był kiedyś film „Pani minister tańczy” i to brzmiało całkiem sympatycznie. Gdyby tańczyła pani ministra, to widziałoby się ją, jak myli kroki w tańcu.
Oczywiście w wypowiedziach nieurzędowych każdy może mówić i pisać, jak chce język, którym się posługuje. Mimo że w przypadku „ministry” nie żywy język ją wymyślił, tylko koncept.
Autor: Andrzej Lam













Ruch feministyczny w gramatyce – robi postępy, nie ma na niego kordonów. Ale w języku polskim istnieje już w gramatyce takie zagęszczenie feminitywów, że – według mnie – nie należałoby dodawać przesadnie innych elementów.
Przykład? Po angielsku zdanie „my friend told me the truth” jest niezrozumiałe bez kontekstu.
Bowiem „my friend” może znaczyć „mój przyjaciel” lub „moja przyjaciółka”. To angielskiemu przydałby się zastrzyk feminizacji! Ale nie polszczyźnie, gdzie gramatyka wyjątkowo zadbała od wieków o panie.
Przykład? „Magdalena pracowała…”, lecz „Karol pracował…” Tu język polski zadbał o to, by czasownik (sic!) miał swój odrębny rodzaj. To jest unikat w skali światowej, biorąc pod lupę tzw. kategorie gramatyczne. Po niemiecku jest banalniej: „Helmut hat gearbeitet” i „Gisela hat gearbeitet”. Niemożliwe jest ustalenie rodzaju gramatycznego (i płciowego) w jedynie prostej formie „gearbeitet”. A po polsku od razu (dzięki redundancji) odgaduję, kto aktywnie konsumował przy stole: „jadł” contra „jadła”. Już nie wspominam o trzecim rodzaju – „dziecko jadło”.
Nawet ruch sufrażystek o większe prawa społeczne dla kobiet został dawno uczczony w języku polskim. Też o nie zadbał, bowiem istnieje „sufrażystka”, natomiast nie ma odpowiednika męskiego: „sufrażysta”? „sufrażek”?
Tu mógłbym oczekiwać komplementów od sufrażystek i feministek, gdyby nie fakt, iż pamiętam etymologię słowa łacińskiego na „kobietę” – femina. Pochodzi ten wyraz (jak i w językach romańskich – fr. la femme, włoski la femmina, rum. femeie, itd.) od słowa „femur”, czyli „udo”. Czyje udo? Jasne! Adama!
Z medyczno-anatomicznym pozdrowieniem dla Ew i Adamów
Wiesław Piechocki