Pan dr Janusz Bożydar Daniewski, pseudonim „Cyrus”, a przez młodzież nazywany „Tuti”, był nauczycielem łaciny, propedeutyki filozofii i fizyki. Był przed wojną pracownikiem naukowym Uniwersytetu Warszawskiego. Oficer rezerwy Wojska Polskiego, brał udział w kampanii wrześniowej. Przed przybyciem do Buska – Zdroju – do 1942 roku był aktywnym członkiem ruchu oporu w Warszawie. Zagrożonego aresztowaniem przez Gestapo – Komenda AK w Warszawie skierowała do prac konspiracyjnych na południe Polski.
Po przybyciu z Warszawy na teren powiatu buskiego, zamieszkał początkowo w majątku Padniewskich w Łatanicach i w domu Zygmunta Bałdysa w Gluzach.
Żeby odbyć lekcję ze swoim kompletem w zakonspirowanym lokalu u Cisowskich, Daniewski musiał pieszo pokonać drogę ośmiu kilometrów ze wsi Gluzy do Buska. A droga była niebezpieczna, krążyły patrole żandarmerii polowej i policji granatowej.
Szedł po dobrze wydeptanych ścieżkach, które były patrolowane. Badał uważnie wszystko dookoła. Za każdym krzakiem mogła być zasadzka, na każdym kroku czaiło się niebezpieczeństwo, w każdej chwili mogły spotkać go strzały. Po przejściu kilku kilometrów, odpoczywał pod starą, rosochatą wierzbą na skraju wąwozu, słuchając pluskania wody w dole, gdzie w kapryśnych skrętach pędziła rzeczułka. Wszędzie było cicho. Zaczął powoli schodzić po krętej pochyłości. Wtem nogą poruszył kamień, który potoczył się w dół… Daniewski się zatrzymał… W kilka sekund potem rozległ się głośny plusk wody i prawie natychmiast padł strzał, a po nim drugi.
Przed nim znajdowała się szeroka, otwarta przestrzeń, stanowiąca łąkę, a za nią widać było czarną ścianę lasu. Obejrzał się. Jednym tchem przebiegł, wpół zgięty, tę przestrzeń i znalazł się w lesie. Kołując dotarł do miasta.
Uczniowie kompletu niecierpliwie czekali na pierwszą lekcję łaciny. Pan profesor Daniewski wszedł do pokoju lekko przygarbiony, zacierając dłonie. Uśmiechnął się z zażenowaniem.
– Dzień dobry – proszę usiądźcie.
Daniewski usiadł na krześle z nogą założoną na nogę i patrzył na nich spokojnym spojrzeniem, ukrytym za okularami w grubych ciemnych oprawach. Do tego krótkie ładnie ostrzyżone włosy, broda również krótka, niżej koszula z rozpiętym pod szyją kołnierzykiem, tweedowa marynarka, spodnie od garnituru i czarne podniszczone półbuty.
– Moi drodzy, mamy się uczyć łaciny…
– Proszę pana, ale niech pan coś opowie o obronie Warszawy we wrześniu 1939 roku, przecież brał pan udział w tych walkach? – zapytała Hanka, ciekawa ostatnich przeżyć warszawiaka.
– Uczyliście się łaciny przed wojną – spróbował nieśmiało Daniewski. – Czy coś pamiętacie?
– Ale jak? Jak to było? – nastawała Hanka, a chłopcy już oparli łokcie o stół i wyciągali szyje, gotowi do słuchania.
Tymczasem Daniewski zdawał się czytać w jej myślach
i towarzyszyć ewolucji jej nastroju: był nieagresywny, nie podejmował dyskusji ani w ogóle zasadniczej rozmowy, taki jakiś uległy i bez słów rozumiejący. Nagle przejął inicjatywę i zapytał.
– Jakie macie podręczniki? Przepraszam – uśmiechnął się – proszę pokazać…
Profesor Daniewski czerwieniał i bladł. Usiłował opanować te rozwichrzone głowy. Uśmiechał się bezradnie.
– Rzeczowniki łacińskie, podobnie jak polskie, mogą występować w trzech rodzajach: męskim- masculinum, żeńskim- femininum, oraz nijakim- neutrum.
W dwóch liczbach, numeri: pojedynczej singularis i mnogiej pluralis. A w ilu przypadkach się odmieniają? – proszę odmieniać, wskazał na Witka.
– W języku łacińskim rzeczowniki odmieniają się w sześciu przypadkach:
– Proszą pana , czy to prawda, że zna pan też grekę?
– Proszę odmieniaj. Znam, tak znam.
– Proszę je wymienić – powtórzył.
– Mianownik nominativus, dopełniacz genetivus, celownik dativus, biernik accusativus, narzędnik ablativus, wołacz vocativus.
– Proszę pana, podobno mówi pan po francusku, po niemiecku i po angielsku – czy to możliwe? Tyle języków.
– Język łaciński jest, podobnie jak język polski, językiem fleksyjnym, mówił profesor… i dalej lekcja potoczyła się w przyjemnej atmosferze.
Wtem do pokoju przez uchylone okno wleciał mały ptaszek, usiadł na stole, koło Daniewskiego i wesoło pogwizdywał. Wyglądał oszałamiająco pięknie. Zwierzątko zatrzepotało skrzydełkami, po czym wzbiło się nad głowy i zaczęło latać po pokoju. Dziewczyny widząc to zaczęły piszczeć i wrzeszczeć, a ptaszek spłoszył się i wyleciał z powrotem, przez okno.
– Ten łacinnik jest super nauczycielem,- zawyrokował Jędrek po lekcji. – A bałem się tej łaciny – a to taki fajny gość.
– A ja chcę się uczyć łaciny – po maturze wybieram się na medycynę – stwierdził Tadek. – Ja lubiłem łacinę, jeszcze w szkole przed wojną, ale wy nie dajecie dojść do słowa.
– Ech ty, parva musica – rzucił urągliwie Witek.
– Wiesz, Witek, nie wygłupiaj się. Musimy porządnie zrobić to , co zadał do domu – łagodził Jędrek.
– A ja w dalszym ciągu chcę wiedzieć, coś o walkach w obronie Warszawy we wrześniu 1939 roku – upierała się Hanka.
– No to, do następnego spotkania. Idę zdobyć coś do jedzenia.
Żeby Daniewskiemu oszczędzić przychodzenia na lekcje pieszo tak wiele kilometrów, znaleziono mu zakonspirowane mieszkanie w Busku. W życiu codziennym Daniewski był trochę nieporadny, nie potrafił sobie po prostu ułożyć życia. Chodził głodny, zaniedbany, a jego mieszkanie popadało w coraz większy nieporządek. Na lekcjach zjawiał się w takim stanie, że po prostu budził litość. Jednakże uczennice roztoczyły zbiorową opiekę nad lubianym nauczycielem. Zaciągnęły między sobą zobowiązanie, że zorganizują mu życie. Pod jego nieobecność sprzątały mu mieszkanie, prasowały i reperowały bieliznę, przyszywały guziki, organizowały dla niego produkty żywnościowe. Wyszukały panią, która mieszkając w sąsiednim domu, zgodziła się gotować dla Cyrusa obiady. Dzięki pomocy „niewidzialnej ręki”, Daniewski odzyskał energię. Przestał myśleć o sprawach, które sprawiały mu wiele kłopotów i na których się nie znał. Teraz skupiał się na pracy nauczycielskiej, traktowanej jeszcze szerzej. Młodzież chętnie gromadziła się wokół niego. Grupie wokół niego nadał charakter podziemnej organizacji. Działały tu kółka: historyczne, literatury i propedeutyki filozofii. Zorganizowano własny nasłuch radiowy, a komunikaty radiowe przekształciły się we własny biuletyn informacyjny, wydawany na powielaczu. Wprowadzono szkolenie wojskowe i sanitarne. Powstała myśl, aby stworzyć własny oddział partyzancki.
Doszło do spotkania „Srogiego” z „Cyrusem”. „Srogi” zapewnił, że jest pełen podziwu i uznania dla profesora Daniewskiego. Komplety szkolne muszą być prowadzone. Tylko Daniewski będzie musiał bardziej niż dotąd zadbać o swoje bezpieczeństwo. Trzeba liczyć się z terrorem okupanta, który na pewno będzie rósł, z jego zamiarami wobec młodzieży.
– Panie komendancie! – Zwrócił się Daniewski do „Srogiego”- Jestem głęboko przekonany, że w momencie tak ważnym, jak chwila walki z wrogiem, jestem gotowy stanąć na ich czele. Jestem oficerem, nigdy bym sobie nie wybaczył, gdyby któryś zginął, a ja pozostał żywy. Oni marzą o śmierci bohaterskiej i czystej. Pan zna ten marsz? Oto jego fragment:
W polskiej Wierze kto wygrywa, ten zwyciężył i dopiął;
Co nam stanie zawadą – w gruz niech idzie i popiół!
Miłość naszym orężem, lecz gdzie zdrada lub opór,
Tam nam miłość w jad przejdzie
– oręż zmieni się w topór!
W pochód! w pochód! a wszystko,
co dziś stanie przed nami.
W proch! w proch! się zetrze
pod milionów nogami!
O ty Polsko, o nasza! przez pokutę natchniona,
My na tarczach cię wyniesiem, krzycząc światu: To Ona!
To zwiastunka miłości, gwiazda szczęścia dla ludów.
Daniewski poruszony i przejęty treścią wiersza opadł na krzesełko, po chwili uspokoił się i rozmowa ze „Srogim” ciągnęła się jeszcze długo. Zostały ustalone zasady współpracy. Łączność między Komendą a Daniewskim będą utrzymywali co dwa tygodnie specjalni łącznicy. Panie profesorze, w ten sposób, ludzie pańscy zachowają, zgodnie z naszą umową, całkowitą autonomię.
Niezapomnianą i wielce zasłużoną nauczycielką na tajnych kompletach była pani profesor Janina Czarnecka. Mieszkała w domu rodzinnym w Busku, a właściwie w jednej izbie tego domu, ponieważ pozostałe pomieszczenia Niemcy zagarnęli na własne potrzeby mieszkaniowe. Od początku okupacji Janina Czarnecka włączyła się w nurt pracy podziemnej. Jej mieszkanie w domu pełnym hitlerowców było „skrzynką kontaktową” do „przerzutów” prasy konspiracyjnej, a następnie zbierania materiałów wywiadowczych dla Komendy Obwodu AK. Była członkiem grupy wywiadowczo-operacyjnej, przygotowującej zamach na gestapowca Maxa Petera. Na tajnych kompletach uczyła historii i języka polskiego.
Lekcje geografii prowadziła profesor Janina Cisowska-Graczyk, a przedmiotów ścisłych: matematyki, fizyki, chemii i języka niemieckiego uczył Aleksander Horoszyński.
Mistrzem i nauczycielem rysunków i robót był Marcin Kurzeja. Pan Marcin, znany jako wspaniały nauczyciel, gawędziarz o historii, był mniej znany jako stolarz. Robił piękne meble, a jednocześnie uczył podstaw stolarki: mocowania elementów, strugania, klejenia itp. Był bardzo uczulony na nazewnictwo narzędzi. Jeżeli ktoś powiedział „hebel” zamiast „strug”, to miał kłopoty.
Egzaminy kończące rok szkolny, przyjmowali między innymi: profesorowie Józef Lisak („Robak”) – organizator tajnych kompletów w Busku, Irena Turzańska („Kopta”), Janusz Daniewski „Cyrus” i Józef Poleski. To właśnie w tym czasie, na przełomie 1940 i 1941 roku, młodzież ogarnęła istna pasja nauki i dyskutowania. Jakby na przekór ponurej rzeczywistości, wbrew nastrojom paniki, jaka ogarnęła ludność na skutek olbrzymich łapanek do Oświęcimia, przeprowadzonych w sierpniu i wrześniu 1940 r., wbrew beznadziei politycznej, spowodowanej katastrofą Francji, wbrew strasznym warunkom ciężkiej drugiej wojennej zimy, wbrew temu wszystkiemu ci młodzi ludzie z zaciętym uporem co dzień odrabiali zadane im lekcje i traktowali całą otaczającą ich rzeczywistość jako coś bardzo nierealnego i przejściowego.
Siostra moja, Hanka, uczęszczała na tajne lekcje języka polskiego i historii w zakresie szkoły powszechnej, których udzielały Janina i Teresa Hiżyckie.
Te lata to również czas, kiedy rodzice, na przekór wszystkim przeciwnościom, starali się zaszczepić w nas miłość do ojczyzny i poczucie dumy narodowej. W naszym domu, była biblioteczka, w której poczesne miejsce zajmowali między innymi Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Bolesław Prus, Henryk Sienkiewicz, Józef Kraszewski, Maria Rodziewiczówna, Maria Konopnicka. Mieliśmy dziesięciotomowe wydanie Pism Józefa Piłsudskiego i roczniki „Niepodległości” redagowane przez Leona Wasilewskiego. Rodzice dużo czytali, potem zaś opowiadali nam. A opowiadać umieli pięknie. Uwielbialiśmy te szare godziny, kiedy zasiadaliśmy wokół stołu i zaczynała się opowieść o pięknej kniaziównie, dzikim Bohunie, Kmicicowych swawolach i Małym Rycerzu. Wreszcie o księdzu Kordeckim, co pośród kul procesję prowadził i antyfoną zagrzewał do walki obrońców klasztoru. Tato potrafił wyczarować głosem wycie jesiennego wiatru, tętent i parskanie koni, zgiełk bitewny i krzyki mołojców. Jego niezwykle barwny i sugestywny sposób opowiadania sprawiał, że płakaliśmy rzewnymi łzami nad losem nieszczęśliwego Longinusa, lub zaśmiewaliśmy się z forteli pana Zagłoby. Tych okrytych szarością zmierzchu godzin nigdy nie było nam dość, a wspomnienie o nich przechowuję w pamięci jak największe bogactwo z lat mojego dzieciństwa.










Jestem posiadaczem „Życie wpisane w historię…” / z dedykacją autora / i „Wygrać z samym sobą ” . Obecnie czytam odcinki nowej powieści zamieszczane w Przeglądzie Dziennikarskim. Podoba mi się Jego prowadzony styl narracji, bardzo przypomina ś.p. Wojciecha Siemiona, którego poznałem w Sosnówce Górnej w 1969 roku gdy odwiedził nasz obóz młodzieżowy i z którym się zaprzyjażniłem .Podobnym językiem jak przy ognisku rozmawiał z młodzieżą rozmawia kolega Jan ze swoimi czytelnikami. Pozwalam sobie mówić Mu po imieniu ponieważ łączą nas kilkuletnia rywalizacja na kolarskich wyścigach szosowych i długoletnia przyjażń.