O przyjaźniach z: Andrzejem Kreutz-Majewskim, Urszulą Plewką-Schmidt, Wojciechem Siemionem a także Andrzejem Fogttem i Marią Wollenberg-Kluzą.
Przystępuję w tym odcinku od razu do rzeczy (aby zdążyć z zaplanowanym tematem), podkreślę jedynie na wstępie, że Andrzej Fogtt i Maria Wollenberg-Kluza to twórcy żyjący i dostępni dla PT Czytelników, którzy chcieliby z Nimi nawiązać bezpośredni kontakt, a którego z pewnością nikomu nie odmówią.
Obydwoje też są na okładkach zainicjowanych przeze mnie publikacji „Historia pamięcią pisana. Biografie polsko-niemieckie” (Pułtusk 2014 i 2017) – Andrzej Fogtt w części I, a Maria Wollenberg-Kluza w II.
A teraz już o pierwszym wymienionym w tytule Artyście –
Andrzeju Kreutz-Majewskim.
Był przyjacielem, nie tylko moim (ale i mojej żony, jak i naszych dzieci).
Odwiedzaliśmy się zarówno w Warszawie, jak i w Zakopanem, dyskutując o sztuce i planując różne strategie jej rozwoju i upowszechniania. A przede wszystkim, zainicjowania w Polsce powstania samodzielnego Muzeum Scenografii. Nasze spotkania w Zakopanem zawsze miały miejsce w Jego ulubionej pracowni „na Sobiczkowej”, gdzie miał piękny, prawdziwie „góralski” dom po rodzicach.
Zakopane było przez wiele lat celem naszych urlopowych wyjazdów, szczególnie w czasie letnich ferii wakacyjnych naszych dzieci. Tatry kochamy nadal, choć czasy intensywnego chodzenia „po górach” dawno minęły. Ale będąc tam, nadal odwiedzamy muzea, wszelkie tam wystawy i imprezy kulturalne (niezależnie od sportowych), a nade wszystko żyjących wówczas tam Artystów, wśród których – obok Andrzeja Majewskiego – byli też OBOWIĄZKOWO w planie naszych zakopiańskich spotkań i odwiedzin – Władysław Hasior i Tadeusz Brzozowski oraz znakomite środowisko zakopiańskich twórców ludowych, kontynuujących tradycje słynnej „szkoły Kenara”.
Ale wracajmy do Andrzeja – wtedy jeszcze „tylko” Majewskiego, gdyż dodatek „Kreutz” pojawił się znacznie później (nigdy nie pytaliśmy Artysty, dlaczego?).
Andrzej był człowiekiem bardzo wrażliwym, a nawet „nadwrażliwym”, ale jednocześnie niezwykle ciepłym w kontaktach osobistych, przejętym „od rana do wieczora” MALARSTWEM, ale nade wszystko SCENOGRAFIĄ (de facto – będącą też swego rodzaju „malarstwem”, tyle że dodatkowo wzbogaconym projektowaniem kostiumów i rekwizyt oraz światłem pojawiającym się na scenie. Wspominam o tym dlatego, by scenografii nie nazywać czy sprowadzać li tylko do „dekoracji teatralnej”! Tego Andrzej zawsze przestrzegał i „wymagał” od innych.
Dla Niego scenografia była – i słusznie – „sztuką czystą”, służącą odtwarzaniu rzeczywistości w sposób metaforyczny i filozoficzny, ale kojarzącą się ze współczesnością.
Nie wiem nawet, kim Andrzej był bardziej – malarzem, czy scenografem? W każdym razie, nie było przed nim w polskiej sztuce TAKIEGO ARTYSTY i chyba długo po nim nie będzie. A nawet gdyby się pojawił – to Andrzej Kreutz Majewski i tak na zawsze pozostanie „jedynym, niepowtarzalnym egzemplarzem”! Był człowiekiem wielkim i sławnym, a jednocześnie niezwykle skromnym, „wyciszonym” i to nawet w okresie swych największych sukcesów. Miał przed sobą jeszcze wiele planów, których realizację przerwała niespodziewana śmierć Artysty. Na szczęście pozostały po Nim wspaniałe obrazy i rysunki oraz dziesiątki projektów scenograficznych, które nadal są i zawsze będą podziwiane.
Zwłaszcza Jego wielkie realizacje scenograficzne nie tylko w najsławniejszych teatrach świata, ale przede wszystkim w warszawskim Teatrze Wielkim – Operze Narodowej!
A wszystko zaczęło się od „Elektry” Richarda Straussa w Operze Paryskiej w 1974r., potem była m.in. niezwykła scenografia do „Hagith” Szymanowskiego i „Don Giovanniego” Mozarta w Krakowie. Wreszcie długoletnia funkcja naczelnego scenografa Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, która owocowała jednym sukcesem za drugim!
Pamiętna na zawsze pozostanie Jego WIELKA INDYWIDUALNA WYSTAWA „malarsko-scenograficzna” w „Zachęcie” w 1984r. To na niej „marzycielskie” malarstwo Andrzeja zostało uzupełnione (czy raczej dopełnione) projektami scenograficznymi, oryginalnymi kostiumami oraz fragmentami dekoracji, m.in. do „Diabłów z Loudun” Pendereckiego i do „Orfeusza” Strawińskiego.
Ostatnią wystawę indywidualną – jakby pożegnalną (gdyż na krótko przed śmiercią) – miał Andrzej w Muzeum Wilanowskim. Będącą wydarzeniem na skalę co najmniej europejską! Zwiedzili ją nie tylko liczni warszawiacy, ale i wielu zagranicznych fanów Andrzeja Kreutz-Majewskiego. W tym liczne grupy młodzieży szkolnej i studentów oraz grup turystycznych z całego świata (czego z żoną byliśmy świadkami).
Spotykając się w tym czasie nader często z Mistrzem, nadal marzyliśmy o wspomnianym już powołaniu w Polsce Muzeum Scenografii (na wzór słynnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi), ale tylko częściowo udało się nam to przedsięwzięcie wtedy zrealizować w… Muzeum Śląskim w Katowicach, które powołało Oddział Scenografii.
Chwała i dzięki za to jego ówczesnemu kierownictwu.
Choć polska scenografia zasługuje na samodzielne muzeum (gdyż Polacy nadal odnoszą w niej naprawdę światowe sukcesy).
Na takie MUZEUM ochotę miał kiedyś Poznań (za sprawą niezapomnianego Zbigniewa Bednarowicza), a także Warszawa, m.in. w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej. A może tej potrzebie wyjdzie obecnie powstające Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie?
Artysta zmarł 28 lutego 2011r. w Warszawie, a mnie do dziś łza kręci się w oku, gdy wspominam spotkania z Nim, wieczorne rozmowy, a przede wszystkim Jego niekwestionowany dorobek.
Andrzej Kreutz Majewski rozsławił Polskę, tworząc dzieła w nurcie najszerzej pojętego europejskiego symbolizmu.
***
Podobnej klasy Artystką była też i pozostanie w naszej pamięci na zawsze, poznanianka z pochodzenia – Urszula Plewka-Schmidt.
I Ona, podobnie jak Andrzej Kreutz Majewski, była Artystką o światowej sławie, tyle że w innej niż Andrzej dyscyplinie sztuki – TKACTWA ARTYSTCZNEGO. I zasłynęła też powołaniem do życia POZNAŃSKIEJ SCHOLI (zaraz wyjaśnię, co to takiego było?).
Ula odwiedzała nas przez lata, co najmniej raz w miesiącu w Warszawie, a i my jeździliśmy często do Jej SCHOLI i do pracowni (w domu, w którym mieszkała z mężem Włodzimierzem Szmidtem, także wybitnym artystą plastykiem – grafikiem i projektantem) w Poznaniu.
„Schola” – była to powołana przez Nią WYŻSZA SZKOŁA SZTUKI STOSOWNEJ w Poznaniu, której potem przez wiele lat była „Jej Magnificencją” (czyli rektorem). A do której zaistnienia – dosłownie w ostatniej chwili swego urzędowania – przyczynił się prof. Jerzy Wiatr, ówczesny minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego (chwała mu za to).
Również ówczesny minister kultury i sztuki, prof. Aleksander Krawczuk nawet pojechał wtedy ze mną do Poznania, aby osobiście zapoznać się z tą inicjatywą, po czym udzielił swego ministerialnego poparcia.
W Warszawie do dziś można podziwiać Jej „tkaniny chopinowskie” w Filharmonii Narodowej, w sali na I piętrze, która prowadzi do loży honorowej, porównywalne do słynnych Wawelskich arrasów!
Ula – przez cały okres swej działalności artystycznej – tworzyła nie tylko klasyczne gobeliny, lecz także monumentalne tkaniny ścienne, znajdujące się, m.in. w Muzeum Sanktuarium na Jasnej Górze, a przede wszystkim w zbiorach Muzeum Włókiennictwa w Łodzi, które organizował przed laty i rozwinął, wielce prężny i inicjatywny, niezapomniany dyr. Norbert Zawisza.
Tego, czego nie udało się przeprowadzić (a było także Jej pomysłem), to utkanie kurtyny w Sali Kongresowej PKiN (jakże tej Sali dzisiaj brakuje, a w Warszawie nie ma innej!), gdyż miała wspaniałą akustykę i wystrój, godny licznych imprez estradowych światowej rangi, które się w niej „na okrągło” odbywały.
Kurtyna w Sali Kongresowej miała przedstawiać najważniejsze wydarzenia z dziejów Polski. O taką prosi się też, aby kiedyś zawisła w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej.
W każdym razie Urszula Plewka Schmidt, należy do artystów, którzy również, jak Andrzej Kreutz Majewski, rozsławili w świecie współczesną sztukę polską, w Jej przypadku tkaninę artystyczną, podnosząc ją do rangi, jaką wcześniej przypisywano tylko tzw. sztukom „czystym”, czyli malarstwu, rzeźbie i grafice.
Ona także (nie tylko poprzez Scholę) opiekowała się utalentowaną młodzieżą artystyczną i udowodniła, że współczesna tkanina artystyczna łączy w sobie nie tylko, wspomniane przeze mnie trzy elementy tzw. sztuki czystej, ale też może być wyrazem nowatorskich, współczesnych przemyśleń inspirujących człowieka do działania, a nie tylko do przeżyć estetycznych.
Była też Ula inicjatorką, bardzo udanego (bo zyskał światowe uznanie) Międzynarodowego Triennale Tkaniny Artystycznej w Łodzi, które jeszcze nie tak dawno, obok Biennale Plakatu w Warszawie i Triennale Grafiki w Krakowie, było przedsięwzięciem porównywalnym ze słynnymi „Documenta” w Kassel czy Biennale Sztuki w Wenecji!
Uli Plewce-Schmidt zawdzięczamy dziś to, że „język tkaniny” nie ogranicza się jedynie do aspektów dekoracyjnych, a jest – jak malarstwo, rzeźba, czy grafika – wyrazem niezwykłych wizji artystycznych, zaangażowanych w sprawy społeczne.
Jej pasją, a nawet w pewnym sensie obsesją, było przekazywanie swego warsztatu artystycznego młodzieży. I tej sprawie – obok utworzonej SCHOLI – poświęciła całe swoje życie, podobnie jak tworzonej przez siebie sztuce.
Była również owładniętą ideą tworzenia teatrzyków edukacyjnych.
Nigdy nie zapomnę przepięknej prezentacji (poprzez swoich studentów) na jednym z festiwali maltańskich w Poznaniu, barwnego korowodu postaci z obrazów Boscha do tematów bajek Ezopa!
Pozostawiła po sobie także bardzo ciekawe kompozycje przestrzenne nazywane instalacjami. To monumentalne, wieloelementowe kompozycje rzeźbiarskie wykonane różnymi technikami i z różnych materiałów. Chwalono je i krytykowano.
Wiele z nich kojarzyło się z upamiętnieniem tragedii ludobójstwa, które dokonało się w Auschwitz i Birkenau. Ale powstały i takie, które odnoszą się do współczesnej przestrzeni społecznej i starające się uczynić człowieka lepszym, poprzez krytykę jego wad.
***
Podobną pasję obcowania ze sztuką, a szczególnie poezją, jak i w ogóle skierowaną do mieszkańców małych miast i gmin, miał w sobie inny wspaniały Artysta – Wojtek Siemion,
z którym „tak na dobre” zaprzyjaźniłem się, gdy pracowałem w MKiS i w Urzędzie m. st. Warszawy, a wcześniej w Centralnym Ośrodku Metodyki Upowszechniania Kultury.
On zachwycał się wtedy, wydawaną przez nas (Wydawnictwo COK) serią folkloru polskiego. Bo Wojtek Siemion był człowiekiem „polskiego folkloru”. W ogóle – wielkim zwolennikiem rozwoju wszelkich form aktywności kulturalnej, szczególnie MŁODZIEŻY wiejskiej, twórców ludowych; upamiętniania (ale i tworzenia nowych) regionalnych tradycji kulturalnych, które nazywał „matecznikami”, gdyż – jak twierdził – na nich opiera się nasza kultura narodowa.
Z niezwykłą konsekwencją realizował każdego dnia swoją ideę „obcowania ze sztuką” – w tym szczególnie dzieci i młodzieży w małych miasteczkach, gminach i wsiach. Ale przybliżał też kulturę powstającą w małych ośrodkach regionalnych mieszkańcom wielkich aglomeracji.
Nie znam w każdym razie drugiego takiego jak On, który swój talent twórczy bez reszty oddawał idei, by KULTURA rzeczywiście trafiała „pod strzechy”, a ta stanowiła ważny element kultury narodowej.
Wojtek był przy tym ogarnięty misją …odkrywania talentów i nie robił tego dla tzw. kariery – choć na ten temat nie brakowało pomówień.
On był naprawdę WIELKI, WSPANIAŁY I BARDZO POLSKI, we wszystkim co robił!
Nasza znajomość i przyjaźń trwała przez prawie 30 lat. Ileż w tym czasie dokonał, zagrał ról, powołał do życia teatrzyków… tego już dzisiaj nikt nie zliczy.
Wojtek Siemion, był także miłośnikiem i znawcą sztuki, kolekcjonerem obrazów. Niezapomniane, dla wielu ludzi z Nim zaprzyjaźnionych, były wieczory, które urządzał u siebie na wsi, w Petrykozach, a także w „swoim” teatrze „Starej Prochowni” w Warszawie.
Nie wstydził się swego chłopskiego rodowodu, przeciwnie, był z niego dumny.
W każdym razie – zawsze fascynowała mnie ta gloryfikacja wiejskiego folkloru i wszystko, co jest z nim związane.
Nie zapomnę przeżyć, których dostarczył widzom w „Starej Prochowni” (stworzonym przez siebie teatrze), adaptując w nim prozę Wiesława Myśliwskiego „Kamień na kamieniu”!
Zaprezentował publiczności spektakl złożony z kilku epizodów, których tytuły „ZIEMIA-DROGA-PŁACZ-CHLEB” ukazywały migawki z życia polskiej wsi. Można by je określić mianem symbolu całej Jego działalności. Był w każdym razie autentycznym mecenasem sztuki ludowej, niedoścignionym jej twórcą i piewcą.
I jeszcze jedna sprawa, którą chciałbym w swoich wspomnieniach utrwalić: Siemiona można było spotkać wszędzie, wśród młodzieży, w szkołach, zakładach pracy, na ludowych festynach (które swego czasu były bardzo modne), w domach kultury (w których grywał jednoaktówki), bibliotekach (w których recytował wiersze), w parkach (na imprezach masowych, swego czasu też bardzo popularnych), a także na kiermaszach książkowych (organizowanych z okazji „majowych dni kultury” i „wrześniowej inauguracji nowego roku kulturalnego”), a także podczas uroczystości świąt państwowych.
Nie słyszałem, aby kiedykolwiek odmówił przyjęcia takiego zaproszenia.
Sam wielokrotnie zwracałem się do Niego „Wojciechu powiedz coś na spotkaniu z poetami, Wojciechu – uświetnij Dzień Działacza Kultury”. Ile razy tak było? I Wojciech przychodził, zawsze w charakterystycznym czarnym żakiecie, z zawiązaną aksamitną wstążeczką pod szyją, czasem w kapeluszu z ogromnym rondem, czasem w pelerynie…
Kiedy recytował Wojciech – zapominało się o całym świecie, zwłaszcza w „Starej Prochowni” – w tym niewielkim, nietypowym, specyficznym teatrze.
W swoim teatrze organizował też spotkania z wielkimi sławami „teatru jednego aktora”, odbyły się, m.in. monodramy Niny Andrycz, Ireny Eichlerówny, a przede wszystkim samego SIEMIONA!
Jego niepowtarzalne recytacje zawsze budziły refleksję (myślę, że u wszystkich słuchaczy) i marzenia na temat piękna języka polskiego, piękna naszego urozmaiconego krajobrazu, w ogóle „przywiązania” do ojczystej mowy i ziemi – Narodu i Polski.
Wojciechowi Siemionowi należałoby za wszystko, co uczynił – jeszcze dziś, gdy piszę te słowa, a jest rok 2022 – tytuł „diamentowe” GLORIA ARTIS! Za to,
że w ogóle był, ale mówiąc poważnie:
za popularyzację polskiej poezji,
za organizowanie licznych „świąt i festiwali poetyckich”;
za sięganie do poezji staropolskiej,
ale i recytację utworów poetów współczesnych!
Również za (pozostającą wciąż w mojej w pamięci) „Stachuriadę” – niepowtarzalny spektakl w „Starej Prochowni” (trwający kiedyś przez cały miesiąc),
na który złożyło się 265 stron książki Edwarda Stachury.
Trudno zapomnieć wystąpienie Wojtka na sesji Stołecznej Rady Narodowej poświęconej kulturze, kiedy uzasadniał, m.in. plany dotyczące rozwoju życia kulturalnego w podstołecznych miastach i gminach! Postulował, aby kiedyś i Sejm RP poświęcił swoje obrady rozwojowi kultury i jej upowszechnianiu!
On wszędzie – gdzie tylko mógł – podnosił problemy związane z
rozwojem kultury i dostępnością do niej, szczególnie dzieci i młodzieży w małych miejscowościach i gminach. Podnosił też problemy związane z:
ochroną środowiska,
istnieniem teatrów regionalnych,
łącznością z Polonią.
Szkoda, naprawdę szkoda, że Go już nie ma!
Nigdy Cię Wojciechu nie zapomnimy.
***
A teraz o mojej, także mojej rodziny, wieloletniej przyjaźni z Andrzejem Fogttem i Jego rodziną. (Bożeną Biskupską, Zuzią ich córką, jak i obecnie z Katarzyną Szydłowską i jej synem – Maksymilianem).
ANDRZEJ FOGTT,
jest z charakteru nawet podobny do Wojtka Siemiona – także był i jest nadal działaczem kultury „z krwi i kości”.
Człowiekiem serdecznym, bezpośrednim, partnerskim w kontaktach, więc Andrzeju… pozostań takim do końca świata (i nawet – jak mawia Jurek Owsiak – „o jeden dzień dłużej”). Nie tylko Ci tego życzymy, ale wierzymy, że tak będzie!
Jesteś dla mnie jednym z największych współczesnych artystów malarzy (nie tylko zresztą malarzy, ale o tym za chwilę), którego przyjaźń wysoko w całej rodzinie sobie cenimy! (O czym na pewno wiesz, ale niechaj to wyznanie zabrzmi także publicznie w mojej autobiografii)!
Gdy piszę te słowa (w październiku 2022r.) w Szczecinie – w tamtejszym Muzeum Narodowym trwa Twoja wystawa, która okazała się być KOLEJNYM Twoim WIELKIM, zasłużonym sukcesem. Już samo miejsce Twojej prezentacji – w Muzeum Narodowym – świadczy o tym, że tak jest. Jakże mało artystów żyjących doświadcza takiego zaszczytu (prezentowania się w muzeum narodowym).
Szkoda, że tylko z relacji Eli i Mirka Górnych (obecnych na wernisażu) wiemy, jakie to było przeżycie dla tłumu Szczecinian na otwarciu wystawy, bowiem sami nie mogliśmy w tym wydarzeniu uczestniczyć. Byli oszołomieni i zszokowani wstrząsającym przesłaniem cyklu obrazów „Bucza” poświęconym Ukrainie, w której Rosjanie dokonują ludobójstwa i masakry na cywilnej ludności. To tylko część wystawy, choć niezwykle wymowna i ważna.
Drugą część stanowią wspaniałe, iskrzące kolorami obrazy z cyklu „BRDA” – dopełnione kompozycją neonową oraz z instalacjami z aluminium i szkła – rzeźbiarza Jarosława Perszko.
Wrażenia z tej wystawy podzielają inni nasi znajomi sprzed lat, którzy uważają, że jest to największe wydarzenie kulturalne od lat. Kuratorem wystawy (gdyż jej także należą się gratulacje) jest pani Tamara Książek. Jeszcze raz gratulujemy Ci Andrzeju tego sukcesu!
Jednocześnie, jak się dowiedzieliśmy, trwa w Szczecinie, w prywatnej galerii ART GALLE, przepiękna prezentacja Twoich obrazów jeszcze z lat 80. ub. wieku pt. „ŻYWIOŁY”, także dopełnione trzema rzeźbami Jarosława Perszko.
I jeszcze o jednym WYDARZENIU, które miało miejsce równolegle do wystawy w muzeum i galerii Art Galle, to zaprezentowanie dziennikarzom przez marszałka województwa dwóch murali Twojego autorstwa na ścianach budynku marszałkowskiego przy ul. Piłsudskiego 42 w Szczecinie! Oraz prezentacja w willi Lentza – w obecności marszałka Senatu RP p. Tomasza Grodzkiego – dwóch filmów (autorstwa Dariusza Cieczkowskiego i operatora Michała Dudzika) zatytułowanych „PORTRETY” (Twojego portretu i pana Perszko).
Andrzeju, składamy Ci z Magdaleną (bo tylko Ty tak nazywasz ją pełnym imieniem) hołd, gdyż w Szczecinie ongiś (choć było to już dawno temu, kiedy myśmy jeszcze w nim mieszkali) zdobyłeś Grand Prix Festiwalu Współczesnego Malarstwa Polskiego, a teraz klamrą tamtego wydarzenia (choć to jeszcze nie koniec Twojego artystycznego życia), stała się -–potwierdzająca Twoje „światowe” aspiracje – obecna wystawa.
Przyjmij od nas nasze najszczersze gratulacje. Należą Ci się za wielkie sukcesy:
na Biennale w Wenecji,
za wszystkie – bez wyjątku – Twoje cykle malarskie,
za dziesiątki wcześniejszych wystaw indywidualnych i
udział w zbiorowych prezentacjach polskiej sztuki współczesnej w kraju i zagranicą.
Ukłon należy Ci się też za
stworzenie własnej fundacji „A. M. Fogtta” oraz
za prowadzenie otwartej Pracowni – Galerii przy ul. Inżynierskiej 6, na warszawskiej Pradze Północ!
Dla mnie osobiście do jednego z Twoich WIELKICH dokonań artystycznych należy też zaliczyć, choć dotąd niezrealizowany projekt (ale mam nadzieją, że kiedyś BĘDZIE!) wybudowania w Warszawie WIEŻY JEDNOŚCI (pisałem o niej szczegółowo na swojej stronie w „Przeglądzie Dziennikarskim” pod datą 18 sierpnia 2019r. , co zwalnia mnie od powtórzenia w tym miejscu jej założeń i pokazania jej wizualnego kształtu; dodam jedynie w tym miejscu, że realizacja tego projektu byłaby porównywalna z Centrum Pompidou w Paryżu czy Lincoln Center w Nowym Yorku oraz innymi WIELKIMI obiektami kultury w świecie.
I Andrzeju jeszcze jedno podziękowanie „na koniec”.
Za zainicjowanie wspólnie z Mieczysławem Wejmannem (i jeszcze innymi kilkoma wybitnymi artystami) założenia (po rozwiązaniu w stanie wojennym ZPAP) – Związku Polskich Artystów Malarzy i Grafików – ZPAMiG! Zapewniłeś w ten sposób ciągłość przedstawicielstwa środowiska artystów malarzy i grafików w decyzjach ówczesnych władz państwa na rzecz środowiska, które zaowocowało powstaniem m.in.
Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie,
utworzeniem Państwowego Funduszu Zamówień Plastycznych oraz
powołaniem przedsiębiorstwa „Sztuka Polska”.
Nigdy Ci tej odwagi, jaką okazałeś wtedy – w chwili krytycznej dla środowiska artystycznego w Polsce – nie zapomnę!
Andrzeju – żyj 100 lat i dłużej i nadal działaj „bez względu na wszystko”…
***
A teraz już o ostatniej w dzisiejszym odcinku, zaprzyjaźnionej ze mną i moją rodziną, i to także od wielu, wielu lat… wspaniałej Artystce, jaką niewątpliwie jest
Maria Wollenberg-Kluza,
urodzona w Puławach, która w 1973 otrzymała dyplom z wyróżnieniem Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Odbyła w niej w latach 1973-75 staż asystencki i miała do chwili, kiedy piszę te słowa już ok. 200 wystaw indywidualnych w kraju i za granicą!
Kochamy z żoną Jej sztukę, nawiązującą do różnych form wyrazu artystycznego – muzyki, poezji, teatru, tańca, a także… filozofii.
Maria Wollenberg-Kluza jest w najczystszej formie kontynuatorką polskiego koloryzmu, modyfikując go jednak poprzez elementy (UWAGA, gdyż to ważne!) ekspresjonizmu i symbolizmu.
Kto chce się o tym przekonać, powinien sięgnąć do Jej najnowszego katalogu – KSIĄŻKI pt. „Refleksjonizm w twórczości ” (wydany przez Fundację Sztuki Współczesnej PALETA w 2021r). Zawiera bowiem przegląd całej dotychczasowej twórczości Artystki.
Maria Wollenberg-Kluza jest m.in. laureatką Nagrody im. Jana Cybisa. Także (z czego jest bardzo dumna) wyróżniona została medalami „Zasłużona Kulturze Gloria Artis” i „Pro Masovia”.
Pisali o Niej (na cześć Jej sztuki) m.in. Zbigniew Jerzyna, Krzysztof Gąsiorowski, Roman Śliwonik, Zygmunt Trziszka, Wojciech Siemion, Piotr Kuncewicz, Eugeniusz Kabatc, Marek Wawrzkiewicz. Ja także pisałem, a jeden z jej obrazów umieściłem na okładce, jednej chyba z najważniejszych moich książek, mianowicie II cz. „Historia pamięcią pisana. Biografie polsko-niemieckie”.
(To obraz zatytułowany „Krzyk nocy”, nawiązujący do treści książki).
Choć Ona sama o swych dziełach mówi skromnie „obrazki”. Ale jakie to są OBRAZKI! Wspaniałe, pełne dramatu i treści (jak ten na okładce wspomnianej wyżej książki). Pełne przestrzeni, myśli, smutku, nadziei i wiary!
Maria maluje też przepięknie morze, a ponadto „pomnożone” sylwetki, zwierzęta wielorakie, także architekturę, pejzaże, portrety, jak i dające wiele do myślenia – współczesne, abstrakcyjne kompozycje. (Jeśli ktoś nie zdobędzie wydanego najnowszego albumu Jej dzieł, na pewno może obejrzeć go w Internecie).
Niezapomniane są (i były zawsze) dla nas nasze prywatne spotkania z Artystką i Jej mężem, nasze rozmowy o sztuce i o tym, co dla artystów, dla rozwoju kultury i upowszechnienia sztuki w Polsce można i należałoby jeszcze zrobić. Ale dochodziło też z Jej mężem do (niekoniecznie zgodnej) wymiany poglądów na sprawy pojednania polsko-niemieckiego. Ale w tym miejscu jest to mniej ważne, natomiast od lat podziwiam Ludwika (Tadeusza) – męża Marii (i ich synów) za zaangażowanie w pomocy Artystce w organizacji wystaw, których miała dużo w wielu miejscach całej Polski i zagranicą, m.in. we Francji, Niemczech, Holandii, Hiszpanii, Szwecji, także w USA.
Mario i Ludwiku – pozostańcie takimi, jakimi przez całe lata naszej przyjaźni byliście i jesteście, oraz oczywiście – MARIO – maluj swoje przepiękne „obrazki” dalej!
I jeszcze zdanie płynące z serca: twórz dalej całe cykle swoich obrazów, tak jak te, które już weszły do kanonu współczesnej sztuki polskiej: m.in. „Ludzie w mieście”, „Człowiek i maszyna”, „Impresje poetyckie”, „Gra wyobraźni”, „Zwierzenia matki”, „Podróż do antyku” „Obrazy z Norwida” i wzbogacaj też nadal swój cykl obrazów poświęcony muzyce – Fryderykowi Chopinowi, Ignacemu Paderewskiemu i innym wielkim kompozytorem polskim. I…
Pozostań na zawsze wierna swemu mottu:
„Z ciężaru pustki uwalniam przestrzenie – dla spraw człowieczych”!
Cd. nastąpi i będzie miał tytuł:
„A jednak nie obejdzie w mojej autobiografii bez
BRONISŁAWY WILIMOWSKIEJ”
P.S. Gryzie mnie też sumienie, że wśród osób bardzo ze mną i moją rodziną związanych, dotąd nie znaleźli się Lucjan Kydryński, Henryk Albin Tomaszewski, Eugeniusz Eibisch, Krystyna Kofta, Zbigniew Lengren, Jan Koprowski, Michał Sprusiński, Adam Koseski, Jan Kobuszewski, Jan Chodera, Stefan Kubica, Andrzej Bzdęga, Bogdan Gustowski i… mógłbym, tak długo jeszcze wymieniać, wśród których powinna być przede wszystkim (ale będzie już za miesiąc) – BRONISŁAWA WILIMOWSKA-SZLEKYS!










Szanowny i Drogi Karolu jestem pod wrażeniem przeprowadzonej przez Ciebie rozmowy z Panem Gero Hellmuthem. To pouczająca i zmuszająca do analizy lektura, np. P. Gero pisze o wydarzeniu z 1943 r. w III Rzeszy. Szkoda, że w przybliżeniu nie podaje chociażby pory roku. Przypuszczam, że już po bitwie pod Kurskiem, gdzie Rosjanie przejęli inicjatywę strategiczną. Klęska III Rzeszy była nieunikniona. Pan Gero Hellmuthem pisze, że zebrany duży tłum dorosłych Niemców na pytanie dygnitarza „Czy chcecie wojny totalnej?”, entuzjastycznie krzyczy „Tak!!!”. Tak przedstawione wydarzenie sugeruje, że Niemcy popierali faszyzm. Można postawić kilka pytań, np. czy wszyscy?, czy byli nazistami?, czy zdawali sobie sprawę, co to wojna totalna?, czy byli zastraszeni przez aparat przemocy na czele z gestapo?, czy wiedzieli o zbrodniach dokonywanych w podbitych krajach i u siebie? Ograniczę się do stwierdzenia, że naziści a zwłaszcza podległy im aparat przemocy [ zwłaszcza gestapo] zdominowali życie ludności niemieckiej. Byli w zdecydowanej mniejszości, ale zdołali zastraszyć jej większość, która podporządkowała się ideologii faszystowskiej. Tylko nieliczni przeciwstawili się zbrodniczym praktykom reżimu i podjęli nieudaną próbę zabicia Hitlera m.in. 20 VII 1944 r.
P. Gero zaprzecza sobie też w wypowiedziach, np. stwierdza, że obecnie doskonale zna okrucieństwa popełnione przez Hitlera i jego zwolenników, ale nie czuję się odpowiedzialny za te czyny jako Niemiec. Natomiast jako obywatel Niemiec czuję się odpowiedzialny, szczególnie wobec Polski, i chcę swoją pracą pokazać, że Niemcy wyciągnęły wnioski ze strasznej przeszłości. Nie zamierzam rozwijać tego wątku, ale jest podział na Niemców i obywateli Niemiec.
Słuszni podkreśla P. Gero, że w Niemczech nastąpił rozwój demokracji, ale pomija wzrost nacjonalizmu, m.in. wg mnie poprzez liczny napływ wyznawców islamu, którzy opanowują już poszczególne części w miastach i wprowadzają swoje porządki [ nie badałem tej problematyki, ale na podstawie wielu rozmów ze Ślązakami przebywającymi i mieszkającymi w Niemczech od wielu lat].
Uwagę zwraca fakt, że P. Gero swoją twórczość nie tylko w malarstwie, podporządkowuje pojednaniu między narodami, której towarzyszyć powinna empatia, dążność do współpracy, wyciąganie wniosków z przeszłości i nie dopuszczenie do kolejnej wojny. Hasło „Nigdy więcej wojny” jest jednym z podstawowych w Niemczech i powinno obejmować wszystkie państwa, aby zapanował pokój i rozwój stosunków między nimi. Niemcy wyciągnęli wnioski z przeszłości i dążą aby młode ich pokolenie współpracowało z młodzieżą polską.
Należy mieć nadzieję, że wystawa prac P. Gero zaprezentowana zostanie w Warszawie , bo w przeciwieństwie do naszych władz już spełniła swoje zadanie w zbliżeniu obu sąsiadujących z sobą narodów. Rzeczywiście sztuka, jak podkreśla P. Gero nie zapobiegnie wojnie, ale nie można milczeć i trzeba walczyć także sztuką o pokój.
Ps. Drogi Karolu gratuluję bardzo ciekawego wywiadu. Po drugi inny nie mógł być, bo jesteś perfekcjonistą.